Nadzieja i krytycyzm

Z wielką nadzieją sięgnąłem po książkę Grzegorza Malinowskiego >>Nierówności i wzrost gospodarczy<<, jako że tytuł wielce obiecujący, a tematyka bliska moim zainteresowaniom Czytaj więcej »

 

„Żelazna Dama” według zwolennika wolnego rynku

10 lutego br. na ekrany polskich kin wszedł najnowszy film Phyllidy Lloyd „Żelazna Dama”, który opowiada o najważniejszych wydarzeniach z życia byłej premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. W roli głównej wystąpiła znana amerykańska aktorka Meryl Streep. Zastanawiające jest, że film ten opowiada o najważniejszych przeżyciach byłej premier Wielkiej Brytanii – osoby, która jeszcze żyje. Jednak najdziwniejsze jest to, że film o zwolenniczce gospodarki wolnorynkowej wyreżyserowała Phyllida Lloyd, która nie ukrywa swoich lewicowych poglądów. A oto efekt jej pracy.


Zanim Margaret Thatcher stała się Żelazną Damą

Była córką sklepikarza. Żyła w ciężkich czasach. Przeżyła II wojnę światową. Mimo trudnej sytuacji nie zniechęciła się. Jej ojciec uczył ją, że nie należy się poddawać, trzeba pracować, by później móc realizować swoje cele. Margaret poszła tą drogą. Dostała się na Uniwersytet w Oksfordzie. Wykształciła się na jednej z najlepszych uczelni w Europie. Wyszła za mąż, miała dwójkę dzieci. Zdecydowała się na udział w życiu publicznym. Po wielu próbach dostała się do brytyjskiego parlamentu, gdzie prowadziła zażartą wojnę z…mężczyznami, którzy zdominowali życie polityczne w ogarniętej kryzysem Wielkiej Brytanii. Była członkiem Partii Konserwatywnej, ale nawet tam nie mogła znaleźć zrozumienia. Nawet jej koledzy krytykowali ją za zbyt radykalne poglądy, jakie głosiła. Kiedy wszyscy spece od PR w Partii Konserwatywnej przekonywali, że partia musi się przypodobać wyborcom, musi iść na rękę związkom zawodowym, ona jedna wyrażała odmienne zdanie. „Samotna” Margaret nie mogła znaleźć w nikim oparcia, ani wśród Konserwatystów, nie mówiąc już o politykach z Partii Pracy. Nie jeden z nas w takich okolicznościach odpuściłby, nie widząc dla siebie miejsca. Ona tego nie zrobiła. Zdecydowała się kandydować na przewodniczącą Partii Konserwatywnej, mimo sprzeciwu ze strony jej męża i dzieci. Wszyscy byli przeciwko niej, a ona jednak dopięła swego. Została przewodniczącą brytyjskich konserwatystów i w 1979 r. jej ugrupowanie wygrało wybory parlamentarne. Tym samym rozpoczął się trwający prawie 12 lat okres jej rządów.

Żelazna Dama w najwyższej formie

Była pierwszą kobietą premierem w Wielkiej Brytanii, co na ówczesne czasy było czymś nie do pomyślenia. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy z tego, że jej rządy będą trwały tak długo i że na zawsze zmienią bieg historii.

Wbrew dotychczasowej taktyce Partii Konserwatywnej, czyli pójścia na rękę związkom zawodowym, Margaret już jako szef brytyjskiego rządu postanowiła pójść z nimi na „wojnę”. Dla niej nie do pomyślenia było utrzymywanie na siłę nierentownych kopalni. Uważała to za marnotrawstwo i nie zamierzała słuchać się żadnych doradców, którzy przekonywali ją, że sprzeciwianie się związkom zawodowym doprowadzi do utraty popularności Partii Konserwatywnej. „Co z tego, że nasze pomysły są niepopularne, skoro są słuszne” – odpowiadała premier Thatcher. Ona po prostu wierzyła w to, co robi. Ani na chwilę nie zawahała się przy podejmowaniu swoich decyzji. Wierzyła, że jeśli ograniczy ingerencje państwa w małe przedsiębiorstwa, to będzie to dobra decyzja, która przyczyni się do wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii. Społeczeństwo brytyjskie to zaakceptowało i nic dziwnego, że jej rząd zyskał na popularności. Margaret Thatcher nie miała skrupułów w walce z zamachami zorganizowanymi przez Irlandzką Armię Republikańską, czy w wypowiedzeniu wojny Argentynie. Jej brytyjscy, jak i zagraniczni doradcy odradzali jej wszczynanie działań zbrojnych o nic nieznaczące Falklandy. Przekonywano ją, że nie ma sensu angażować się w tą wojnę. Doradca prezydenta USA Ronalda Regana chciał ją przekonać, by podpisała zawieszenie działań zbrojnych. Ona jednak twardo postawiła na swoim. Nie jest bowiem istotne, czy walka toczy się o ważny, czy mniej ważny teren. Uważała, że skoro Falklandy należały do Wielkiej Brytanii, to jest rzeczą oczywistą, że trzeba je odzyskać. Decyzja o wypowiedzeniu wojny Argentynie była trudna i ryzykowna, ale dla Margaret Thatcher było czymś oczywistym, że musi dbać o swoje państwo, którego jest reprezentantem. Ani na moment nie zdecydowała się na prowadzenie polityki ugodowej wobec Argentyny. Odzyskanie Falklandów sprawiło, że premier Thatcher jeszcze bardziej zyskała na popularności. Po wielu latach upokarzających kryzysów Wielka Brytania ponownie wróciła do roli nie tyle europejskiego, ale światowego mocarstwa.

Jej upór w podejmowaniu decyzji politycznych sprawił, że najbliżsi współpracownicy przestawali darzyć ją zaufaniem. Ostatecznie straciła poparcie we własnej partii i w tym momencie już nie mogła się upierać. Podała się do dymisji. W ten sposób zakończył się jej prawie 12-letni okres sprawowania władzy, jak dotąd najdłuższy w historii Wielkiej Brytanii.

Co chciała nam przekazać Phyllida Lloyd?

Reżyserka teatralna, nieukrywająca swoich lewicowych poglądów, sklasyfikowana przez liberalno-centrolewicową gazetę „The Independent” na 56. miejscu wśród najbardziej wpływowych gejów i lesbijek w Wielkiej Brytanii – dlaczego taka osoba zdecydowała się na wyreżyserowanie filmu, którego główna bohaterka z wielką pogardą odnosiła się do socjalizmu? Czemu nie zdecydowała się zrobić filmu o jakimś lewicowym polityku, który pozytywnie wpisał się do historii najnowszej? Być może dlatego, że takiego polityka nie było.

Kiedy dowiedziałem się, że na ekrany kin wejdzie film o Margaret Thatcher pomyślałem, że w końcu ktoś mądry zdecydował się na wyprodukowanie czegoś sensownego. Kiedy na kilka godzin przed obejrzeniem „Żelaznej Damy” dowiedziałem się, że reżyserka Phyllida Lloyd jest jakąś zwykłą brytyjską skandalistą pomyślałem, że ten film nie pokaże prawdziwego oblicza rządów premier Thatcher. Wydawało mi się, że w filmie zostanie pokazane przede wszystkim to, co w dzisiejszych czasach jest popularne, czyli udowodnienie wszystkim „konserwom” i tradycjonalistom, że kobieta też potrafi rządzić. W pewnym sensie tak właśnie było. W „Żelaznej Damie” mieliśmy wielokrotnie pokazywane, jak Margaret Thatcher z trudem przedzierała się przez polityczne salony, zdominowane przez mężczyzn. Widz o poglądach lewicowych dopatrzył się, że oto ona jedna, sama stawiła czoła całej reszcie facetów – politycznych mięczaków, którzy nie potrafili postawić spraw jasno. Dopiero ona musiała wziąć sprawy w swoje ręce i zostać pierwszym w historii Wielkiej Brytanii kobietą premierem. Tak mógłby to odebrać widz o poglądach lewicowych. Problem polega na tym, że tymi mięczakami byli także politycy z lewicowej Partii Pracy, którzy z wielką ochotą szli na rękę związkom zawodowym i w żadnym razie nie chcieli podejmować gwałtownych reform gospodarczych, które później podjęła premier Thatcher.

Nie jest jednak prawdą, że w „Żelaznej Damie” mieliśmy jedynie wyeksponowany sam fakt, że kobieta została premierem. W filmie Margaret Thatcher wielokrotnie prezentowała swój sprzeciw wobec socjalistów, którzy doprowadzili brytyjską gospodarkę do prawdziwej ruiny. Jej pomysły reform gospodarczych budziły ogromny sprzeciw nie tylko opozycji, ale i najważniejszych przedstawicieli Partii Konserwatywnej. Te niekiedy bolesne reformy rządów Margaret Thatcher początkowo budziły ogromny sprzeciw społeczeństwa, ale wkrótce większość Brytyjczyków dostrzegła pozytywne strony jej decyzji.

Phyllida Lloyd z racji swoich lewicowych poglądów chciała zrobić film, który udowadniałby, że kobiety też mogą zajmować najważniejsze urzędy państwowe. Być może „Żelazna Dama” miała m.in. za zadanie udowodnić, że potrzebne jest wprowadzenie ustawy o parytetach dla kobiet. Warto tutaj jednak zaznaczyć, że Margaret Thatcher została premierem Wielkiej Brytanii, mimo że wówczas nie obowiązywały żadne parytety. Niezależnie od tego, kto reżyserował film, byłoby rzeczą niemożliwą, by w filmie o Żelaznej Damie nie poruszono wątku odejścia od dotychczasowych socjalnych rozwiązań i walki ze związkami zawodowymi.

Czego nas nauczyła?

Kiedy film „Żelazna Dama” wszedł na ekrany polskich kin, niektórzy publicyści zastanawiali się nad tym, czy reformy Margaret Thatcher rzeczywiście były słuszne. Publicyści, nawet ci z rzekomo prawicowego „Uważam Rze”, po głębszej analizie dochodzili do wniosku, że jej rządy przyniosły więcej złego niż dobrego. Być może inni dziennikarze sympatyzujący z rządem Donalda Tuska uważają, że obecny polski premier idzie w ślady Żelaznej Damy, czego przykładem miałby być upór ws. wydłużenia wieku emerytalnego, bo przecież dziś premier Tusk również nie liczy się z głosami związków zawodowych, zupełnie jak kiedyś Margaret Thatcher.

Każdy może sobie ten film przetłumaczyć na swój sposób i każdy znajdzie w nim coś na potwierdzenie swoich tez, zarówno lewicowiec, jak i prawicowiec. W każdym razie dziś trudno jest się dziwić publicystom sympatyzującym z PiS-em, jak i z PO, że nie są przekonani co do słuszności reform Margaret Thatcher. Dla nich polityka to sztuka kompromisu, czyli coś przeciwnego jeśli chodzi o sposób prowadzenia polityki przez Żelazną Damę. Im wydaje się, że najważniejsze są sondaże popularności i w związku z tym nie należy podejmować trudnych decyzji politycznych. Liczy się przecież kompromis. Dzięki tej kompromisowej polityce każdego dnia Polacy składają się na wspólną służbę zdrowia, kolej, budowę stadionów i to wszystko dla dobra ogółu. To także dzięki tej kompromisowej polityce dla dobra wspólnej Europy musimy poświęcić znaczną część swojej suwerenności.

W jednym z numerów tygodnika „Uważam Rze” na stronie tytułowej postawiono pytanie: „Thatcher-czego nas uczy”. Ponieważ niektórzy publicyści tego czasopisma sami do końca nie wiedzieli, czego nas nauczyła była premier Wielkiej Brytanii, to warto podkreślić, że nauczyła nas odwagi i wiary w podejmowaniu nawet najtrudniejszych zadań. Szkoda, że nasze elity polityczne tego nie potrafią.

Mateusz Teska


One Response to „Żelazna Dama” według zwolennika wolnego rynku

  1. Marko napisał(a):

    Jesli kogos zagrala Meryl Strip-tiz to mozna spokojnie przyjac, iz zrobila to na zlecenie Ligi Oszustow, ktora chce nam za przeproszeniem wcisnac KITU. Zyciorys Zelaznej Damy jest taki typowy dla opowiastek z Holy Budu: biedne dzieciatko, doswiadczone ciezko przez zycie, ze az budzi politowanie u kogos, kto ma serce z granitu, przebijalo sie mozolnie i z biedy dotarlo na szczyt (znamy chyba wszyscy mit o lachach i bogactwie). Szkoda tylko, ze to sie niestety nijak ma do prawdy. Pani Thatcher to kobieta z krwi i kosci Ligi Oszustow, ktorej zadaniem bylo – jak Reagana w USA – dac troche wiatru w skrzydla stojacej wtedy gospodarki, wpuszczajac w nia pieniadze z FED w formie kredytu, obcinajac podatki (sprytny chwyt LO kiedy trzeba udobruchac masy) i dajac troche wolnosci gospodarczej i politycznej ulicznej gawiedzi. Swoja role Mrs Thatcher zagrala swietnie, jak Ronald(o), w koncu oboje byli doskonalymi (politycznymi) aktorami. Pan Teska oczywiscie dal sie nabrac na numer z brzydkim kaczatkiem i biednym Kopciuszkiem. I niestety – nie tylko on jeden.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *