Skandaliczne przemówienie burmistrza Esslingen w Piotrkowie

Poczułem się jakby w moim własnym domu Gość, Przyjaciel i Brat, spoliczkował mnie i właściwie nie bardzo wiem dlaczego Czytaj więcej »

 

Search Results for: ulatowski

Był sobie Burmistrz…

Generalnie model funkcjonowania państwa i społeczeństwa w większości krajów wygląda następująco; władza ściąga znaczną część środków od społeczeństwa w postaci różnie nazwanych danin, a następnie decyduje na co je przeznaczy. Bo podobno to władza wie najlepiej, co obywatelom jest potrzebne i przez swoich funkcjonariuszy wytycza jedynie słuszne kierunki rozwoju. W związku z tym większość prawa jest tworzona „na górze”, a następnie podawana do wykonania „dołom”. Taki system jest uważany za... normalny.

Strefy dla „specjalnych”

W okolicach, gdzie pomieszkuję, istnieją dwie specjalne strefy ekonomiczne. Ciechanów (razem z Mławą, Płońskiem i Ostrołęką) – jak od kilku lat widnieje w internecie − należy do Warmińsko-Mazurskiej SSE. Mieszkańcy raczej tego nie odczuwają – ponad połowa w ogóle o tym nie wie.

Pułapka płacy minimalnej z „burzą” w tle…

Od razu na początku chciałbym zaznaczyć, że artykuł, który poniżej prezentuję został napisany przeze mnie dla jednego z lokalnych tygodników północnego Mazowsza (Tygodnika Ilustrowanego). Akurat tutaj, w gronie czytelników Prokapitalizm.pl, poruszony w artykule problem i jego analiza, mogą co najwyżej zostać uznane za rzecz przestarzałą, oczywistą – „zjeżdżony wątek”. Dlatego nie sam temat popycha mnie do zamieszczenia go tu, lecz pewne osobliwe, związane z artykułem, zdarzenie.

Jak władza wykańcza rynek wyrobów tytoniowych?

Produkcja  wyrobów tytoniowych od dawna stanowiła ważną część naszej gospodarki. Początki uprawy tytoniu, sprowadzonego do Polski prawdopodobnie z Turcji,  przypadają na wiek XVII. Ponoć już za Jana III Sobieskiego Rzeczpospolita zyskała pozycję liczącego się eksportera suszu tytoniowego na Europę.

Ludzie myślą, że mają w Polsce kapitalizm…

Ciepłe letnie wieczory to świetna okazja jak powszechnie wiadomo - żeby sobie po-grillować w gronie znajomych, a wspólne biesiadowanie żeby sobie po-politykować. I nie jest to wcale tylko nasza, polska specjalność.
Podczas jednej z takich tegorocznych "posiadówek", któryś z uczestników w pewnym momencie sformułował następującą konkluzję: "..Bo wszystko przez to, że w Polsce kapitalizm jest dziki!". A widząc moje zdziwienie, dodał ponadto: "Bo każdy robi, co chce – taka... wolna amerykanka!" Oczywiście mówca, wypowiadając określenie "wolna amerykanka",  raczej nie miał przy tym na myśli znanej odmiany walk zapaśniczych (wolnoamerykanki). Może tylko próbował stworzyć analogię. (Chociaż tak zupełnie na marginesie warto podkreślić, że ów styl walki, jakimś dziwnym trafem, akurat plasuje się bardzo blisko idei libertarianizmu, a to przez swoją kluczową zasadę "wszystkie chwyty dozwolone, z wyjątkiem tych, które zagrażają życiu". Libertarianie, najsilniej akcentujący potrzebę możliwie maksymalnej swobody jednostki w życiu społecznym, zaznaczają bowiem "wolność mojej wirującej pięści musi być ograniczona bliskością Twojego nosa moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna Twoja..."). Autor wypowiedzi o "zdziczałym kapitalizmie" i "wolnej amerykance" w Polsce, jak większość sfrustrowanych rodzimym bałaganem ogólnym, złudnie upatruje ratunku w działaniach rządu, który jego zdaniem  powinien wprowadzić jeszcze więcej uregulowań i obostrzeń zwłaszcza w gospodarce. Zatem czy w naszym "ciężko doświadczanym kraju nad Wisłą" faktycznie mamy kapitalizm i  tę "wolną amerykankę"? Mój rozgoryczony rozmówca, w słowach: "bo każdy robi, co chce", sam już sobie częściowo odpowiedział i zarazem zaprzeczył. Właśnie o to chodzi, że u nas w życiu publicznym, a w szczególności w gospodarce, tak naprawdę tylko nieliczni mogą robić, co chcą. A przecież to zakres powszechnych swobód - miara wolności w tym obszarze, stanowi główną podstawę kapitalizmu (właśnie określoną tutaj jako "wolna amerykanka"). Z definicji encyklopedycznych wynika, że cyt.: kapitalizm to system ekonomiczny oparty na prywatnej własności środków produkcji, wolnej przedsiębiorczości, wolnym obrocie towarami i usługami oraz na wolnej konkurencji pomiędzy podmiotami. W każdej z nich aż roi się od "wolności" w postaci przymiotników, odmienianych niemal we wszystkich przypadkach. Kapitalizm musi być "dziki"! Kapitalizm rozpoznajemy zatem i oceniamy po dwóch atrybutach – w jakim są one stanie – własności i wolności – naturalnie ze sobą sprzężonych. Własność nie tylko jest podstawą produkcji i wymiany, ale również pomaga zabezpieczyć wolność osobistą jej posiadacza, pomaga zaznaczyć jej prywatne granice w najbliższej przestrzeni. Jeśli "coś mam", a najlepiej – "im więcej mam" – tym bardziej muszą się ze mną liczyć! Z drugiej zaś strony – sama wolność wynika z istoty własności, rozumiana jako wyłączność władztwa nad daną rzeczą – "mogę z nią zrobić, co mi się podoba". Nie mogę jedynie zagrażać własności innych, ich zdrowiu i życiu. Tylko tyle ograniczenia – "co nadto – od Złego pochodzi" i stopniowo niweczy obydwa atrybuty, w konsekwencji pozbawiając cały system sensu. Z jakimkolwiek dodatkowym ograniczeniem – kapitalizm przestaje być kapitalizmem! To już nie jest "swoboda krążenia kapitału", podlegająca indywidualnemu osądowi w ramach wolnego rynku! (Tyle wolności, ile własności – tyle własności, ile wolności!) "Dziki kapitalizm", "wolna amerykanka" – rzeczywiście mogą nasuwać jakieś skojarzenia z Dzikim Zachodem, czyli okresem masowego exodusu napływowej ludności Stanów Zjednoczonych na zachodnie terytoria w XIX w., w celu ich zasiedlenia i zagospodarowania. Przeciętnemu Europejczykowi proces ten kojarzy się zwykle z typowymi obrazkami rodem z hollywoodzkich westernów, kleconych masowo niemal na jedno kopyto pod wysoką oglądalność – zawsze niepohamowana chciwość, bezhołowie z coltem i lassem w ręku, trup ścielący się pokotem i tylko jeden sprawiedliwy. Taki stereotyp latami chętnie podtrzymywała także rodzima komunistyczna propaganda, w swoim mniemaniu lepiej tym sposobem dopełniająca wizerunek "zgniłego imperialnego Zachodu". A przecież faktycznie był to okres rozkwitu wolnej przedsiębiorczości, niebywałego rozwoju ekonomicznego w historii USA, milowy krok w budowie ich potęgi. A wszystko dzięki temu, że nadzieja i ludzki zapał nie były wtedy tłumione ingerencją państwa. Rząd amerykański, ze względu na ryzyko i wysokie koszty, nie od razu wysłał swoich urzędników z kodeksami w ślad za karawanami osadników, podążającymi na zachód. Jednak wcale nie oznaczało to braku prawa i bezładu. Obywatele na miejscu świetnie radzili sobie sami, spontanicznie tworząc proste i dobrze działające rozwiązania – własne samorządy i lokalne prawo, oparte na prostych, przejrzystych umowach. Stworzyli m.in. prywatne sądy, prywatny system własności, prywatną ochronę wraz ze skuteczną instytucją "szeryfa" i łatwym sposobem jego wyłaniania. Prosperity dla tamtych terenów zaczęła przygasać dopiero z ostatecznym wkroczeniem państwa, które postanowiło „ucywilizować” życie farmerów i kopaczy złota, nie tylko budując kolej transkontynentalną, ale przede wszystkim wprowadzając jednolite "uregulowania" prawne i nowe podatki, planowo kłócąc przy tym białych z Indianami, żeby po wybiciu stad bizonów móc zamknąć tych ostatnich w rezerwatach. Nie chcąc w tym miejscu zbytnio się rozwodzić, odsyłam zainteresowanych do publikacji na ten temat – "Nie taki dziki, Dziki Zachód" T.L. Anderson’a, P.J. Hill’a oraz "Libertariański Dziki Zachód" Jakuba Wozinskiego (tygodnik Najwyższy Czas! Nr 11/2013). „Wolna amerykanka”? Wolne żarty! Kraje o silnej ingerencji państwa w praktykę ekonomiczną – czyli te z dużym udziałem wydatków publicznych w stosunku do ich PKB − z reguły mają słabszy wzrost gospodarczy i wyższe bezrobocie. Dla porównania w USA tuż przed pierwszą wojną światową stosunek ten utrzymywał się na poziomie 10%, w Niemczech i Wielkiej Brytanii nie przekraczał 15% PKB. W 2012r. w Polsce wynosił on prawie 45% - nie wiele mniej niż np. w krajach afrykańskich (zaś w Korei Północnej 100%). W dorocznych raportach wolności gospodarczej na świecie, prowadzonych przez Economic Freedom Network pod przewodnictwem Instytutu Frasera z Vancouver oraz publikowanych także przez The Wall Street Journal i Heritage Fundation (Index of Economic Freedom), Polska – na prawie 200 badanych państw – od lat pod tym względem zajmuje miejsce dopiero gdzieś w połowie listy. Radykalne odwrócenie w 1992r. zaawansowanego trendu spadkowego PKB i zapoczątkowanie wzrostu gospodarczego, postępującego do połowy lat 90-tych aż do pułapu prawie 10-krotnie wyższego niż obecny – było zasługą naprawdę dobrze napisanej ustawy o działalności gospodarczej, zwanej ustawą Wilczka. Stanowiła ona wówczas w zasadzie jedyną podstawę prawną dla działalności biznesowej i liczyła zaledwie… (jak na nasze warunki!) 54 artykuły. Dziś tę działalność reguluje u nas przeszło dwieście różnych aktów prawnych. Także w miejsce ówczesnych 19. ograniczeń koncesyjnych wobec przedsiębiorczości – teraz mamy ich również blisko 200. Mamy też ogółem ponad 100  rozmaitych podatków i para-podatków, różnie nazwanych dla niepoznaki. Kalendarzowe odniesienie proporcji między obowiązkowymi daninami do państwowej kasy a resztą dochodu, którą podatnik może już sobie zatrzymać, czyli tzw. dzień wolności podatkowej, badany rokrocznie przez Centrum Adama Smith'a – w 2013r. przypadł  dopiero na 22 czerwca. Poprzez skorumpowaną biurokrację, stanowiącą lobby sterujące produkcją ustaw oraz poprzez coraz bardziej uległe wobec niej sądownictwo – system państwowy stopniowo ruguje wolność osobistą z przestrzeni gospodarczej, krok po kroku uszczuplając tym samym wyłączność właścicieli w zarządzaniu legalnie wytworzoną przez nich własnością. Trudno się zatem dziwić, że w efekcie takiego "porządkowania", "cywilizowania" i "uszczelniania" systemu, od początku minionego dwudziestolecia mamy do chwili obecnej blisko 380 miliardów dolarów zadłużenia zagranicznego (licząc nominalnie wzrost niemal 8-krotny), dług publiczny pochodzący do biliona złotych (wzrost ok. 4-krotny), stopę zatrudnienia 54% (spadek prawie o ¼) oraz 1,5-milionową armię ekonomicznych emigrantów. Hernando de Soto w „Innym szlaku” prowokuje pytanie – jak to możliwe, że w wielu zakątkach Ziemi można spotkać społeczeństwa z równym zapałem i ofiarnością oddane pracy na rzecz swoich krajów i rodzin, ale za to egzystujące na co dzień w skrajnie odmiennych warunkach?.. A teraz − żeby ostatecznie i konkretnie odpowiedzieć na postawione wcześniej pytanie, ile mamy w Polsce kapitalizmu, czyli swobody w inwestowaniu prywatnej własności – po prostu zajrzyjcie Państwo do swoich portfeli. Wszak Wasza miesięczna wypłata to też przecież forma własności. Z wynagrodzenia brutto, po potrąceniu bezsensownych, lecz przecież przymusowych składek na „socjal” − kompletnie niewydolny już ZUS oraz na coraz mniej drożną publiczną opiekę zdrowotną i na podatek dochodowy − zostaje nam nieco ponad 70 procent. Przy zakupach i dokonywaniu opłat tracimy kolejne 23 %, czyli VAT, a niekiedy jeszcze akcyzę. Nasze wolne środki kurczą się więc już znacznie poniżej 50%, a tu jeszcze czekają podatki lokalne oraz netto przymusowych wydatków związanych z comiesięcznym utrzymaniem mieszkania i rodziny, najczęściej usztywnionych różnymi praktykami monopolistycznymi. No i co – dużo Wam zostało?.. No więc ta resztka na dnie, to właśnie jest Wasza wolność finansowa i "polski kapitalizm". Skoro jednak w czerwcu 1989 "skończył się w Polsce komunizm",  socjalizmu „z ludzką twarzą” nie zdołaliśmy sobie zbudować, a kapitalizmu widać tyle, co do portfela napłakał – to wobec tego tylko, jak nazwać ustrój ekonomiczny, jaki faktycznie teraz mamy, do cholery?!.. Tomasz J. Ulatowski Autor prowadzi bloga e-ulatowski.pl Foto.: jpgmag.com

Dlaczego warto walczyć o standard złota?

Jest „oczywistą oczywistością”, że za wykonaną pracę oczekujemy zadowalającej zapłaty. Wynagrodzenie najprościej kojarzy się z jakąś kwotą pieniędzy. Cóż jednak po banknotach i monetach, z którymi z jakichś powodów niewiele dałoby się zrobić?...

Pod znakiem Hipokrytesa…

W poprzednim felietonie Chore składki zdrowotne… pisałem o kuriozach finansowania publicznej opieki zdrowotnej w Polsce. W odpowiedzi pojawiło się sporo różnych głosów, ale jeden znamienny - mój lekarz rodzinny grozi podobno sądem, bo wziął bardzo do siebie określenie „urzędnik w białym kitlu” i poczuł się urażony („a przecież on jest lekarzem i… tak się stara wywiązywać z przysięgi Hipokratesa...”). Trudno - niech będzie proces, skoro już być musi ! Na sprawę zaproszę przedstawicieli mediów i przy okazji roztrząsania, czy pan doktor miał podstawy śmiertelnie się obrazić, odbędzie się też publiczna debata nad sensem całego systemu.
Pierwsza taka sprawa ! I to w mojej gromadzie !...” - jak z szerokim uśmiechem powiedziałby sołtys z „Samych swoich” (tyle, że nie o „kota” tu idzie...) Jeśli trzeba mogę jednak przeprosić, ale bynajmniej nie za „urzędnika”. Przeprosić mogę za napisanie, iż z mojej składki „pan doktor na początku każdego roku z góry otrzymuje wcale niemały połeć ”. No to... przepraszam, bo rzeczywiście - wcale nie jest to taki „niemały połeć”, ale jednak całkiem „mały”. A nawet nie „połeć ”, a „połetek” czy wręcz... „plasterek”, „plastrunio” – o, taki tyci!. Dokładnie wygląda to tak, że lekarze podstawowej opieki zdrowotnej (rodzinni) w ramach zawieranej umowy z NFZ mają przydzielaną tzw. stawkę kapitacyjną „od głowy” pacjenta (dosłownie: „pera capita” – „na głowę”) Aktualnie jest to... 8 zł miesięcznie (!). Oczywiście podlega ona pewnemu zróżnicowaniu o tzw. mnożniki - przede wszystkim w zależności od wieku pacjenta i czy ma ewentualnie cukrzycę, albo chory układ krążenia. Iloczyny pod ich wpływem naturalnie nie puchną nie wiadomo jak, bo mnożniki te wahają się zaledwie w granicach 1-3. W moim przedziale (50-latek) mnożnik wynosi 1, a zatem NFZ regularnie przekazuje po 8 zł co miesiąc na podstawową opiekę nad moim zdrowiem. Czy Wielce Czcigodne Towarzystwo kuma?.. Ja płacę rocznie kilka tysięcy złotych składki zdrowotnej (wystarczy teraz zerknąć do swoich PIT-ów), a ONI wycenili moje zdrowie na... 8 zł miesięcznie !!! ( Wasze w większości też !) A co z resztą?... Resztę oczywiście trzyma „pod pachą” pani Pachciarz w NFZ (a przedtem pan Paszkiewicz) i „ściumbli” na małe plasterki. Jeden - z góry na szpital – jak się Ulatowski położy, to żeby miał. A jak się nie położy – to będzie miała Kowalska, która się położy. Drugi – na stomatologów, jak zaryzykuje Ulatowski kruche plomby amalgamatowe - to żeby mu w gębie błyszczało. Trzeci na coś tam jeszcze. I tak kroją tę składkę na 101 różnych gównianych plasterków, z których innym może uda się coś schwycić, ale póki co - ja nie mam prawie nic. A jak już nawet kiedyś znalazłbym się w potrzebie (nie daj Bóg!) - to może się okazać, jak z tym pacjentem chorym na nowotwór, którego opisywałem w tamtym felietonie, a któremu wstrzymano chemię, bo jego przypadku… zapomniano (? ! ) umieścić na refundacyjnej liście – mimo, że wcześniej latami walił państwu do kabzy grube tysiące składki „na zdrowie”. A co robi pan doktor z moimi 8-mioma złotymi ?... Jak to, co? Zarządza nimi – np. płaci innym placówkom, gdy zleci im badanie mnie. Problem tylko w tym, że jego wynagrodzenie i odpłatność za zlecane badania - wtopiono w jedną pulę. Właśnie w tę stawkę kapitacyjną – jak jej nie wyda, to zostaje dla niego. To podobno, żeby współdzieląc los z pacjentem, miał z nim lepszy kontakt. No i dla lepszej gospodarności. Tak było w założeniach. A co jest w praktyce ?... Pan doktor, który np. potrafi się obrazić za „urzędnika” - choć w istocie stał się przedłużeniem „ramienia” NFZ-u - teraz zamienia się wręcz w wycwanionego magika jarmarcznego (takiego... „czarna przegrywa – czerwona wygrywa”!), albo wprost w pospolitego łapacza pcheł, który kombinuje - jak tu wyrwać z tych ośmiu złotych chociaż ze trzy, żeby zostało dla niego. Najlepiej - jeśli pacjent (tak, jak ja) po prostu długo nie przychodzi. Gorzej – jeśli „znowu przylazł” - to „może mu czego nie zlecić” ?.. Przeczekać – może się uda?... Albo w ostateczności dać skierowanie i podrzucić szpitalowi na oddział (szpital ma 52 zł za punkt) - niech go przebadają na swój koszt! Czy to ma coś wspólnego z przysięgą Hipokratesa? Może raczej „Hipokrytesa”?... Niech więc pan doktor honorowo obraża się za „urzędnika” na mnie – nie na NFZ. Niech wytacza mi proces w nadziei, że jest jeszcze bardziej lekarzem niż buchalterem. Czeka Chińczycy mają ciekawy kalendarz. Jest w nim rok tygrysa, rok smoka, albo małpy. My mamy rok… algorytmu. Chociaż małpy też mamy. Rok 2012 jest bowiem – jak zakomunikował portal rynekzdrowia.pl – trzecim rokiem obowiązywania algorytmu podziału środków na leczenie między województwa. Algorytmu wprowadzonego przez Ewę Kopacz, a kultywowanego obecnie przez Bartosza Arłukowicza. Dzięki temu tajemnemu wzorowi matematycznemu różnice między potrzebami i możliwościami pacjentów z różnych województw są niwelowane do jednego wspólnego poziomu. W 2012r. jest to poziom 1635 zł (rocznie!). Tylko, że statystycznie – to ja i koń mamy po trzy nogi… Zresztą rok 2012 będzie zarazem kolejnym rokiem bicia ludziom piany z mózgu za pośrednictwem różnych mediów, dzięki czemu spora część nadal wierzy np., że leczenie ma bezpłatnie. Oto choćby wspomniany portal rynekzdrowia.pl napisał np. we wstępie jednego z artykułów cyt. „Ministerstwo Zdrowia i NFZ zamierzają w przyszłym roku (2012) przeznaczyć na leczenie polskich pacjentów 61 530 024 tys. zł.” Akurat – nie podatnicy, tylko ministerstwo i NFZ łaskawie „zamierzają przeznaczyć” !. Chińczycy, u nas każdy rok jest rokiem lewiatana !!! W naszym systemie opieki zdrowotnej lekarze nie dokształcają się, żeby po prostu coraz lepiej leczyć pacjentów. Dokształcają się, żeby „wyrabiać punkty”. Szpitale też muszą „wyrabiać punkty” i dlatego np. „rozmnażają” dni pobytu pacjenta. Kiedyś widziałem karty informacyjne, z których wynikało, że pacjent leżał w dwóch szpitalach, odległych od siebie o 25 kilometrów, równocześnie. Jak powinien wyglądać ten system – nie będę się już rozwodził, jak poprzednio. Zrobił to choćby pan doktor Krzysztof Bukiel z OZZL jeszcze w 2008r, http://www.prawica.net/node/14713. Tekst nadal aktualny – brawo Panie Krzysztofie! A swoją drogą, gdyby udało się to wprowadzić – nie byłoby teraz protestu w sprawie recept. W poprzednim felietonie stwierdziłem, że obecny system oparty na redystrybucji jest zwyczajnie niemoralny i głupi. Oczywiście nie jest głupi dla urzędników z ministerstwa zdrowia, NFZ-u oraz lewackich polityków. To nie dziwi. Czy jest głupi - nie zastanawia się także emerytka i to też nie dziwi. Ona się cieszy, że w ogóle „coś” ma, skoro latami rabowano ją z pieniędzy, nie pozwalając przyzwoicie odłożyć na starość. Najbardziej jednak dziwi mnie, że ten system nie jest głupi dla niektórych prawicowców np. . na portalu prawica.net (gdzie wspomniany tekst był również publikowany), a nawet dla tutejszych pro-kapitalistów - zwłaszcza tych, co tam i tu namiętnie komentują (skoro akurat na takich portalach zadokowali się na dłużej, to chyba bardziej zwolennicy niż przeciwnicy ?..) Dziwni to "prawicowcy” i „pro-kapitaliści”, co jak Św. Trójcy bronią zdobyczy socjalizmu - lecznictwa za podatki, zamiast normalnych mechanizmów rynkowych - chociaż pozytywny stosunek do wolnego rynku powinien stanowić przecież jeden z głównych wyróżników ludzi deklarujących ów typ światopoglądu. Tomasz J. Ulatowski Blog Autora: http://www.e-ulatowski.pl

Chore składki zdrowotne…

(Redystrybucja dochodów jest zwykłym złodziejstwem i nie można jej pogodzić z żadną moralnością. – Leonard Liggio, Prezes Mont Pelerin Society) Ponieważ ostatnio moje zdrowie zazdrośnie zaczęło przypominać mi o swoich prawach, postanowiłem odwiedzić lekarza rodzinnego i chociaż ogólnie się przebadać. Wizyta jak najbardziej wskazana, choćby ze względów towarzyskich, bo widujemy się średnio raz na dwa lata i tylko przez chwilę - tyle, co na wypisanie L-4 w związku z przeziębieniem. Składkę zdrowotną płacę niewąską. Pan doktor, przy podpisywaniu kontraktu z NFZ-tem na początku każdego roku, z góry otrzymuje z niej też wcale niemały połeć. Pomyślałem zatem, że czas ją chociaż marginalnie wykorzystać.
Wystarczy zerknąć w PIT-a… Polak zarabiający do ręki 2500 zł, płaci co miesiąc za pośrednictwem ZUS-u na publiczne lecznictwo 271,23 zł tzw. składki zdrowotnej (3254,72 zł rocznie!). Ci, którzy poza etatem dla dorobienia dłubią dodatkowo jakąś działalność gospodarczą, płacą jeszcze jedną składkę zdrowotną - 254,55zł (minimum miesięczne narzucone przez ministerstwo finansów). Tak na marginesie - że ci ostatni płacą podwójnie, jest już w ogóle totalnym absurdem (Czy w razie potrzeby będą mieli do dyspozycji dwa łóżka szpitalne na raz, dwóch lekarzy i po dwie pielęgniarki?...) - więc może czas, by ktoś się wreszcie tym zajął?.. Mój pan doktor podczas wizyty zaordynował mi badania laboratoryjne. Ja zaś - jako, że wiekiem sięgam już pięćdziesiątki, a trąbi się naokoło o profilaktyce przeciwnowotworowej i że z uwagi na zachorowania w rodzinie jestem w grupie szczególnego ryzyka - zapragnąłem przy badaniach krwi dorzucenia jeszcze tzw. P.S.A. Jego poziom, jak wiadomo, pozwala ogólnie stwierdzić lub wykluczyć zmiany rakowe prostaty, zmory facetów po 40-tce. I tu niestety zaczęły się schody - badanie standardowe to i owszem, ale... bez P.S.A.! Usłyszałem bezpardonowe - „O nie - ja nie będę za pana płacił!”. Zapewne ktoś z czytających te słowa - niekoniecznie będący entuzjastą państwowego lecznictwa - zaraz zacząłby mnie pouczać; a że właściwie to pan doktor miał rację, bo P.S.A. to zleca specjalista urolog, a że przecież to oddzielny budżet i pewnie jeszcze inne ble-ble.. Zgoda - ale mnie chodzi o coś więcej niż nawet to nie zlecone PSA, które notabene kosztuje 30-40 zł. Otóż – dlaczego ja, oddając z góry na leczenie grube tysiące złotych rocznie, muszę - gdy przychodzi co do czego - wysłuchiwać od „urzędnika w białym kitlu”, że ON nie będzie ZA MNIE płacił (!) i w rezultacie mam potem chodzić od drzwi do drzwi, szukając swoich własnych pieniędzy?... Oto jest kwintesencja państwowego (bezpłatnego?) systemu opieki zdrowotnej! Dopóki nie przyjmiemy do wiadomości (wbrew ucieranym przez propagandę i powielanym przez nas samych pozorom), że leczenie (a to samo dotyczy nauczania!) jest takim samym rzemiosłem, jak naprawa dachu czy podzelowanie butów i że tu także musi normalnie funkcjonować rynek - dopóty w Polsce nic się pod tym względem nie poprawi.  Czy ktoś przystałby np. na propozycję płacenia hydraulikowi co miesiąc „kasy za friko”, że niby jak kiedyś pęknie rura na Wielkanoc, to będzie wtedy naprawiona gratis?... Zastanawiam się, czy naprawdę zrobiłbym sobie krzywdę własnymi pieniędzmi, gdybym – ZAMIAST potrącania obecnych tzw. składek zdrowotnych – sam płacił bezpośrednio do łapy „rzemieślnikom od zdrowia” (lekarzowi rodzinnemu, laboratorium, szpitalowi itp.) wtedy, kiedy naprawdę z nich korzystam?.. Mogłoby nie wystarczyć ?.. Słabość oddawanych przez nas pieniędzy w stosunku do realnych kosztów leczenia – to jeden ze skwapliwie uklepywanych w społeczeństwie mitów. Z analizy planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na koniec 2011 roku (już po grudniowej korekcie, czyli dostosowaniu tego planu do rzeczywistości) wynika, że w całym budżecie tej instytucji, stanowiącym 61,33 mld. zł. – aż 95%, czyli 58,4 mld zł, przypadało na pokrywane przez nią koszty świadczeń zdrowotnych. Wpływy z zapłaconych przez nas Funduszowi składek zdrowotnych wynosiły w tym czasie… 60,19 mld zł. Wychodzi zatem, że sami (i to jeszcze z okładem) finansujemy wszystko, co się na wspomniane „koszty świadczeń zdrowotnych” składa – m.in. całe lecznictwo szpitalne, opiekę podstawową i ambulatoryjną, transport i ratownictwo medyczne (pogotowie). Ba – nawet opiekę paliatywną i hospicja, rehabilitację, programy terapeutyczne i leczenie uzależnień, lecznictwo uzdrowiskowe oraz… osławioną refundację leków. Zwłaszcza z tej ostatniej pozycji wynika, że państwo „dopłacając” do cen droższych leków i tak nam łaski nie robi, bo i ta kwota (we wspomnianym budżecie 8,6 mld. zł) też się mieści w składce. A swoją drogą – ciekaw jestem, czy gdyby np. wciągnąć wodę destylowaną na refundacyjną listę leków, nie okazałoby się, że w następnych okresach będzie raptownie drożeć i wymagać coraz większych dotacji?... Różnica w budżecie NFZ-u, której akurat nie pokrywamy składką (ponad 1 mld zł) – to koszty własne utrzymania tego molocha, czyli głównie wynagrodzenia urzędników oraz amortyzacja posiadanego przez Fundusz majątku trwałego (budynki, wyposażenie, samochody) wraz z tzw. usługami obcymi (prąd, woda, ogrzewanie, obsługa bankowa). Nie pokrywamy także utrzymania drugiej instytucji, „dbającej” o stan naszej kondycji zdrowotnej, mianowicie Ministerstwa Zdrowia (koszt własny w 2011r. to 8,4 mld. zł). Ale – co ja mówię?!... Też pokrywamy – tyle, że w inny sposób, bo podatkami - np. PIT-em, VAT-em i akcyzą… Ani Sejm, ani bowiem rząd – na ten cel kapci na sprzedaż przecież nie szyją! Problemem nie są zatem koszty samego leczenia - problem stanowią podwieszeni pod nie urzędnicy. Rozumiem, że ci państwo z ministerstwa zdrowia i NFZ-u chcą gdzieś zarabiać, ale dlaczego akurat tam i akurat ja mam na to płacić?.. Jako znacznie lepiej wykształceni niż niejeden utrzymujący ich podatnik – z pożytkiem dla wszystkich poradziliby sobie gdzie indziej. (Ostatecznie – dać im nawet dożywotnio zasiłki bezrobotnych byleby się już w nic nie wtrącali! I tak byłoby kilka razy taniej niż przy obecnej średniej pensji takiego urzędnika, sięgającej 6.000 zł) Jak wynika z powyższego – pora poważnie zastanowić się nad sensem dotychczasowego (redystrybucyjnego) modelu finansowania ochrony zdrowia w naszym kraju. Zwłaszcza, że jest to model niesłychanie kosztowny. Koszty jego funkcjonowania (utrzymanie NFZ-u i Ministerstwa Zdrowia) w stosunku do sumy świadczeń zdrowotnych sięgają prawie 20% (same koszty poboru i ewidencjonowania składek zdrowotnych – to rocznie przeszło 111 milionów złotych!). Bez kontroli byłoby drożej ?.. Ale wysokie koszty funkcjonowania dotychczasowego systemu to jeszcze nie wszystko – o wiele gorszy bowiem jest fakt, że wraz z ich ciągłym wzrostem – płacący składki coraz mniej otrzymują w zamian. Składka „na zdrowie” coraz mniej przypomina typową składkę, a coraz bardziej – podatek (który, jak wiadomo nie musi wiązać się ze świadczeniem wzajemnym). Diabeł w tym, że w Polsce „rynek usług medycznych” tak naprawdę wciąż jest jedynie sloganem. W związku z tym trudno jest określić realny poziom cen leków, rzeczywiste koszty wielu zabiegów oraz zasadność wpływających na nie obciążeń, zadłużonych przecież publicznych placówek. Doświadczenie jednak uczy, że uwolnienie każdego rynku oraz oparcie go na bezpośrednich i swobodnych rozliczeniach „dostawca–odbiorca” – ogólnie stabilizuje ceny na rozsądnym dla stron poziomie. Logicznie rzecz biorąc układ pozbawiony zbędnych pośredników i nad-kontrolerów – których przecież za coś trzeba utrzymać – byłby układem tańszym. Obraz lekarzy i aptekarzy, szalejących z wysokimi cenami na wolnym rynku, jest po prostu niedorzeczny – każdemu „dostawcy” zależy przecież, aby mieć jak najwięcej odbiorców i doskonale zdaje sobie sprawę, że musi dopasować się do ich możliwości nabywczych. Inaczej zarobi konkurencja. Dobry przykład może stanowić, sprywatyzowany całkowicie na początku lat 90-tych, podobny rynek usług weterynaryjnych. Czy ceny na nim są niebotyczne albo ludzie ze swoimi zwierzętami zostali pozbawieni fachowej pomocy?.. Casus najdroższych zabiegów… „Wszystko w porządku – państwo przestaje potrącać nam na ubezpieczenie zdrowotne, płacimy sami tylko wtedy, kiedy faktycznie korzystamy, resztę chowamy do kieszeni – ale czy będziemy w stanie sfinansować np. przeszczep serca, leczenie złośliwych nowotworów itp.?..” W debatach na temat uwolnienia rynku świadczeń zdrowotnych pytanie to pada często jako kontrargument najcięższego kalibru. W odpowiedzi można jednak postawić inne, równie trudne – A czy teraz państwo zapewnia wszystkim, na czas i na odpowiednim poziomie dostęp do tych najbardziej skomplikowanych form pomocy?.. Parę miesięcy temu niemal wszystkie krajowe stacje telewizyjne donosiły o przypadku mężczyzny, którego praktycznie pozbawiono możliwości kontynuowania tzw. chemii, gdyż zabiegów na jego postać nowotworu nie przewidziano w refundacyjnym planie i przez to dalsza terapia stała się zbyt kosztowna. Urzędnicy bezradnie rozłożyli ręce. Państwo, zmuszając go latami do łożenia na tzw. „służbę zdrowia” - wyzuło zarazem z możliwości odłożenia brakującej teraz kwoty, nie proponując nic w zamian. Tym samym państwo nieoficjalnie, choć być może nieświadomie, wkroczyło już w obszary eutanazji. Przecież coraz częściej słyszymy także o różnych spontanicznych zbiórkach na leczenie za granicą kolejnych przypadłości, których nie ogarnia nasz system. Podstawową wadą „państwa opiekuńczego” jest nadprodukcja ludzi żyjących chwilą – pozbawionych wyobraźni, naiwnie ufnych i nie zabezpieczających swojej przyszłości. Takie polskie „jakoś to będzie”... W normalnym układzie - ludzie, zdani na siebie i świadomi różnych okoliczności - oszczędzają na tzw. „czarną godzinę” albo sięgają po dobrowolne ubezpieczenia (także medyczne). Co z najbiedniejszymi ?... Po pierwsze - skala ubóstwa w Polsce jest mimo wszystko zawyżona. Niemały odsetek wyciągających rękę o publiczną opiekę, potrafi w labiryncie naszej biurokracji zadziwiająco sprawnie pozałatwiać pieczątki do rozmaitych zaświadczeń o swojej nieporadności. Ciekawe, o ile wzrosłaby liczba beneficjentów pomocy społecznej, gdyby paczki i zapomogi stały się np. trzy razy obfitsze?... Ale O.K. – jeśli mimo wszystko upieracie się przy socjalizmie, ostatecznie pójdźmy na kompromis! Z tych paru tysięcy mojej rocznej składki zdrowotnej - oddam połowę na opiekę medyczną dla biednej staruszki, a w zamian - drugą zatrzymam w swoim portfelu. W takim układzie wreszcie będę mógł swobodnie dysponować chociaż połową kwoty na badania i leczenie, w odróżnieniu od sytuacji obecnej, gdzie owa „babcia” ma niewiele, ale za to ja – jak wynika z opisu na początku – nie mam prawie nic. Kto nie płaci ?... Jak podają nawet enefzetowskie statystyki - ze świadczeń zdrowotnych korzysta w Polsce przeszło 26 mln. osób, podczas gdy wszystkich uprawnionych jest ponad 37 mln. Stąd nasuwa się wniosek, że 11 mln. Polaków już leczy się wyłącznie prywatnie lub - co mniej prawdopodobne - mało choruje. Liczba ludności zawodowo czynnej oraz emerytów, czyli opłacających lub za których opłacana jest składka zdrowotna, wg danych z 2011r. sięgała zaledwie 25,4 mln. Jak wiadomo - do 2012r. grupę społeczną, nie opłacającą osobiście ubezpieczenia zdrowotnego, stanowili rolnicy. Jednak koszty wykorzystywanych przez nich świadczeń były pokrywane z budżetu państwa. Zgodnie z wprowadzonymi od lutego zmianami - rolnicy z gospodarstw obejmujących co najmniej 6 hektarów przeliczeniowych powierzchni, obowiązkowo rozpoczęli opłacanie składki za siebie i domowników po... 1 zł za każdy taki hektar miesięcznie (np. przy klasie IV gleb w II okręgu podatkowym, w gospodarstwie 10-hektarowym jest to 10 zł od osoby). Za rolników i ich rodziny z gospodarstw mniejszych wciąż będzie pokrywać budżet państwa. Nieco inaczej, ale też niezbyt srogo, rozlicza się tzw. działy specjalne produkcji rolnej. Tegoroczne zmiany w finansowaniu ochrony zdrowia rolników - wbrew założeniom - nie zmniejszą znacząco państwowej dotacji. Pomijając już symboliczną wysokość składek ustalonych dla większych gospodarstw, należy zauważyć, że gospodarstwa do 6 hektarów (nie płacące za siebie) stanowią 60% ogółu. Swoją drogą podejście rolników do kosztów (nie tylko leczenia), to rzecz charakterystyczna - bez zająknięcia wyjmują z portfela nawet po paręset złotych w prywatnych gabinetach u dentystów czy innych specjalistów, a zacisną nerwowo dłoń na widłach, gdyby chciano im podnieść składkę zdrowotną o kolejną złotówkę. Dlaczego? Proste - bo płacąc u lekarza wiedzą, że płacą za siebie oraz że „ręka w rękę” otrzymują w zamian coś konkretnego i ważnego. Składka zdrowotna – to dla nich po prostu... kolejny natrętny podatek. Trudno zresztą się dziwić (jak mawiał Say - nie ma dobrych podatków)... To kolejny argument za wprowadzeniem normalnej (bezpośredniej) odpłatności za leczenie dla wszystkich. Przykład ten znakomicie przy okazji pokazuje, że wiele problemów wsi  - to bardziej problemy na użytek kampanii wyborczej „chłopskich obrońców”, niż problemy samych chłopów. Mimo wszystko wciąż wierzę, że kiedyś finanse publiczne załamią się do tego stopnia, że zrozpaczony i doprowadzony do ostateczności rząd, powie bez kurtuazji społeczeństwu - Nie jesteśmy już w stanie dalej zajmować się waszymi emeryturami, leczeniem i edukacją. A spieprzajcie  w cholerę z tymi swoimi pieniędzmi i rządźcie się nimi sami ! I wtedy zacznie w końcu być normalnie, czego Państwu (oraz państwu!) i sobie serdecznie życzę. Tomasz J. Ulatowski Blog Autora www.e-ulatowski.pl   Ps. Okazuje się jednak, że kreatywność państwa podąża tymczasem w zupełnie innym kierunku. Rozważa się podniesienie obowiązkowej składki zdrowotnej w 2013r. nawet do poziomu 12. procent . Bardzo podobało mi się zasłyszane ostatnio powiedzenie Winstona Churchilla, cyt.; "Naród, który próbuje dojść do dobrobytu poprzez nakładanie kolejnych podatków na samego siebie - przypomina człowieka, który stoi w wiadrze i próbuje podnieść je za uchwyt"...

Co z tym paliwem?

Podczas jednej ze swoich konferencji prasowych w sierpniu br., Donald Tusk – znajdując się pod presją żądań obniżki akcyzy na benzynę i olej napędowy – oświadczył, że posunięcie to i tak nie wywołałoby spadku cen paliw, a jedynie zwiększyłoby zyski właścicieli stacji. Premier dalej nie uzasadnił swojej opinii, a przynajmniej wyjaśnienie takie nie zostało opublikowane w mediach.
W głowach obywateli, niespecjalnie zorientowanych w zawiłościach paliwowego rynku, mógł zatem zrodzić się wniosek, że oto lider Platformy – niegdyś zagorzały liberał – zostawszy szefem rządu, miał wreszcie okazję przekonać się o utopijności głoszonych wcześniej haseł. Pewnie rola jednego z najwyższych urzędników państwa już go tam wyleczyła z poglądu, że umiarkowane podatki stymulują wzrost gospodarczy, stąd zapewne jeszcze inne jego obecne wypowiedzi – „żaden rząd w tak trudnym czasie nie będzie obniżał akcyzy”, albo „Polski nie stać na takie prezenty…” Oczywiście wszędzie w całym cywilizowanym świecie, obniżanie podatków było, jest i będzie głównym warunkiem rozwoju gospodarczego – nie zaś „kosztownym prezentem” (Tam bowiem powszechnie wiadomo, że podatki obniża się, aby móc stać się państwem bogatym, a nie odkłada dopiero aż się nim zostanie, bo w ten sposób bogatym nie będzie się nigdy!). Jednak z wypowiedzią premiera, dotyczącą wpływu akcyzy na cenę paliwa w warunkach polskich – częściowo zgodzić się muszę… Rzeczywiście – przy tak zorganizowanym rynku paliw, jak w Polsce – na obniżce akcyzy z pewnością nie skorzystałby klient przy dystrybutorze. Nie zgodzę się jednak, że jej głównymi beneficjentami staliby się właściciele stacji. Ich marże to przeciętnie nieco ponad 3% wartości tankowanej do aut benzyny oraz niespełna 7% w przypadku oleju napędowego. Średnie marże hurtowni natomiast to odpowiednio w tych paliwach; 7,5% (benzyny) i ponad 11% (olej) finalnej ceny brutto. Sytuacja na rynku detalicznym paliw wygląda następująco; z 6,7 tys., działających w naszym kraju stacji – 25% należy do PKN Orlen, 20% do podmiotów zagranicznych, ok. 8% do Grupy Lotos, zaś pozostałe 47% – to różne prywatne podmioty niezależne. Bazując na analizie tylko tego poziomu obrotu paliwami, można by odnieść wrażenie, że jest on oparty na nieźle rozwiniętej konkurencji pomiędzy dostawcami i powinien honorować normalne reguły rynkowe z korzyścią dla konsumentów. Sprawa nabiera jednak rumieńców, jeśli przyjrzeć się organizacji rynku hurtowego, na którym niepodzielnie rządzi PKN Orlen – blisko 60% zaopatrzenia, przy znacznie mniejszym uczestnictwie firm zagranicznych oraz Lotosu – po mniej więcej 20% udziału. Czy zatem nalewamy benzynę w stacji jakiejś sieci, czy w należącej wyłącznie do „zaprzyjaźnionego pana Ryśka” np. w Przasnyszu – w większości przypadków i tak pochodzi ona z jednego źródła. W tym miejscu mam na myśli już nie tylko rodzimego „quasi-monopolistę”, ale i fakt, że polskie paliwa wciąż powstają przeważnie na bazie ropy z rurociągu „Przyjaźń”. Dywersyfikacja jej dostaw – ważna także z politycznego punktu widzenia – jest przecież ciągle fikcją. Konkludując – z uwagi na pozycję rynkową Orlenu jako wiodącego dostawcy hurtowego, to raczej jego akceptacji potrzebowałby premier Tusk, aby obniżenie akcyzy w paliwach mogło wiązać się z obniżką ich cen detalicznych, a nie zaś ze zdyskontowaniem tego przez wspomnianą firmę w marży, w postaci extra-zysku. Przy normalnie rozwiniętym rynku, relacja pomiędzy zmianą stawki podatku w cenie a zmianą wysokości tej ceny – dałaby o sobie znać automatycznie. Zresztą – w normalnej sytuacji – to dobrze rozwinięta konkurencja stanowi naturalną i najskuteczniejszą barierę wobec eskalacji cen. Głównym składnikiem polskich paliw silnikowych są… podatki. Surowiec użyty do produkcji – przetworzona ropa – często nie przekracza 40% ceny z dystrybutora. Nad stawką VAT w zasadzie nie ma co deliberować – docelowo Unia i tak zmierza do jej ujednolicenia we wszystkich państwach członkowskich na poziomie 25%. Wpływ moglibyśmy mieć jedynie właśnie na akcyzę, ale jak widać też mocno ograniczony. W tym przypadku stawka jest ustalana kwotowo na każde 1000 l paliwa płynnego i musi przekraczać minima narzucone unijną dyrektywą 2003/96/WE z 27 października 2003r. Do 1 stycznia 2012r. Polska ma prawo korzystania z przywileju tzw. okresu przejściowego, zezwalającego na stosowanie stawek obniżonych. Ów przywilej wykorzystujemy jedynie w stosunku do oleju napędowego (302 euro na 1000 l, przy obowiązującym minimum 330 euro). Polska akcyza dla benzyny bezołowiowej jest znacznie surowsza od unijnej (415,57 euro wobec europejskiego progu  359), podobnie zresztą jak w przypadku gazu LPG – zalecenia europejskie to 125 euro za tonę (ok. 1700 l), zaś u nas – 176 euro/t. Podsumowując – przyczyną systematycznie drożejących u nas materiałów pędnych jest nie tyle światowa cena ropy (tzw. Brent), jej dostępność, wahania dolara, kosztowność rodzimej produkcji, wielość ośrodków decyzyjnych (w tym poza granicami – UE, Rosja), ale przede wszystkim brak prawdziwego rynku w tym, co u nas zwykło nazywać się „rynkiem paliw”, zwłaszcza na poziomie hurtu. Nota bene - proces jego budowy został zapoczątkowany za rządów AWS, czyli w warunkach potencjalnie sprzyjających znacznie lepszemu „poukładaniu prywatyzacyjnych kart”. Zarówno ówczesny rząd jak i kolejne ekipy ulegały pokusie budowy jednego silnego koncernu paliwowego, zdolnego skutecznie konkurować poza granicami. Stąd m.in. odżywające co jakiś czas pomysły fuzji Orlenu z Lotosem –  te za rządów PiS-u http://www.money.pl/gielda/raporty/artykul/komu;jest;potrzebna;fuzja;lotos-orlen,11,0,268043.html, jak i za PO  http://e.pb.pl/index.php?act=mprasa&sub=a rticle&id=9497 . Jednak taka odgórna koncepcja, „kibicowania” poczynaniom zagranicznym „naszego jedynego i silnego”, zagroziłaby jeszcze większą monopolizacją rynku wewnętrznego i niechybnie jeszcze większą drożyzną. Czy są zatem jakieś drogi wyjścia? Taką szansą zrewidowania układu sił w hurcie mógłby być nacisk na rozwój sieci trans-granicznych rurociągów produktowych, zaopatrujących rynek krajowy w gotowe paliwa w miejsce obecnej dominacji tradycyjnych ropociągów, dostarczających jedynie surowiec dla rafinerii. Strategia taka mogłaby zapoczątkować stopniowe obchodzenie i przełamywanie hurtowych monopoli. W pewnym sensie taką nadzieję pokładano swego czasu w spółce Operator Logistyczny Paliw Płynnych, jednak jej stosunkowo małą aktywność tłumaczyć może w jakimś stopniu fakt, że 100% akcji OLPP ma w ręku Grupa PERN (Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych), egzystujące  póki co – jak samo podaje – głównie z tłoczenia rosyjskiej ropy. Tymczasem w naszej powyborczej rzeczywistości nadal niepewny jest los gdańskiego Naftoportu – spółki obsługującej dostawy ropy drogą morską (34 mln ton rocznie), przyczyniającej się tym samym do dywersyfikacji zaopatrzenia krajowych przetwórców. Wiąże się to z  odłożonym na czas wyborów zamiarem sprzedaży przez Ministerstwo Skarbu  53% państwowych akcji w Grupie Lotos, ten zaś posiada ok. 9% udziałów w Naftoporcie. Przekazanie wpływu na ten udział wraz ze sprzedażą pakietu kontrolnego w Lotosie można by uznać za mało istotne (w końcu to tylko 9%), gdyby nie fakt, że nabyciem żywo zainteresowani są Rosjanie, od których zależy surowcowo inny znaczący współwłaściciel Naftoportu tj. wspomniana wcześniej spółka PERN (66% akcji Naftoportu). Warto tutaj dodać, że Lotos jest od 2008r. także właścicielem 20% udziałów w złożu Yme na Morzu Północnym. W wolnym handlu element narodowościowy inwestora naturalnie nie powinien mieć żadnego znaczenia, ale oczywiście przy założeniu, że ów handel jest naprawdę wolny – zwłaszcza od polityki oraz od  roli teatru działań współczesnej wojny gospodarczej. Wiele zatem wskazuje na to, że położenie (a „położenie” – to tutaj najbardziej adekwatne słowo!) polskiego rynku paliw silnikowych jest niestety patowe i że długo jeszcze, podjeżdżając autami pod dystrybutory, ze zdziwieniem będziemy przecierali oczy. Tomasz J. Ulatowski Foto. http://nafta.wnp.pl Autor jest szefem Ciechanowskiego Klubu Austriackiej Szkoły Ekonomii przy Instytucie Ludwiga von Misesa

Co z tym cukrem?

Znaczny wzrost cen cukru od początku bieżącego roku oraz pojawiające się niedobory, a nawet spontaniczne próby reglamentacji tego towaru w sklepach, wywołując u wielu konsumentów negatywne emocje, popchnęły niejednego „Kowalskiego” do wniosku o słabości wolnego rynku i potrzebie jego odgórnego „uporządkowania”. Owa naiwna wiara – o czym niejednokrotnie można się przekonać – w zbawczą moc urzędowej kontroli nad gospodarką, jest u nas mentalnie mocno zakorzenionym reliktem poprzedniego ustroju, przekazywanym nawet mimo woli kolejnemu pokoleniu.   Co jest przyczyną „cukrowego zamętu”, czy wolny rynek w tym przypadku rzeczywiście zawiódł? Nic bardziej mylącego. Wolny rynek nie mógł zawieść, ponieważ obrót cukrem jest z niego w ogóle wyłączony i podlega urzędowej regulacji, której to słabości po raz kolejny właśnie doświadczamy. Gdyby wolny rynek mógł tutaj działać i to w swojej „czystej postaci”, mielibyśmy przede wszystkim swobodną konkurencję wśród dostawców, stabilizującą ceny lub wręcz  powodującą ich postępujący spadek. Sporadyczne załamania podaży (o ile by do nich dochodziło...), wywołane wtedy jedynie przyczynami obiektywnymi, a co za tym idzie – doraźne niedobory na rynku i zwyżki cen – stanowiłyby natychmiast zachętę do ekspansji dla nowych dostawców, skutkującej rychłym wypełnieniem powstałych luk. Urzędnicza ingerencja w takich przypadkach – nie dość, że całkowicie zbyteczna – jest najczęściej mylna w ocenach oraz zawsze spóźniona w działaniu i do tego niesłychanie kosztowna, czego konsekwencje nie bezboleśnie rozkładane są na społeczeństwo. Wzrost cen cukru w Polsce nie jest – jak w skrócie uzasadniano w mediach – głównie wywołany ogólnie drożejącą żywnością na światowych rynkach. Cenowy szok i nierównomierność dostaw są wynikiem przede wszystkim urzędowych interwencji w cukrowy rynek na co najmniej trzech głównych poziomach: Pierwszy – to ustalenia w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO), czuwającej – najkrócej mówiąc – nad utrzymaniem tzw. „równowagi” w dostępie krajów do rynków międzynarodowych, zwłaszcza co do parytetów w eksporcie żywności. W ramach owej „równowagi” Unia Europejska musiała w 2006r. wprowadzić reformę ograniczającą nie tylko eksport cukru białego (z buraka) poza jej granice do poziomu 1,34 mln. ton rocznie, ale również produkcję na rynek wewnętrzny do 13 mln. ton, w 76% pokrywających europejskie potrzeby konsumpcyjne, robiąc w ten sposób miejsce dla importu cukru trzcinowego w ramach „pomocy” krajom rozwijającym się z tzw. obszaru AKP (Afryka–Karaiby–Pacyfik) oraz LDC. Swoje piętno na cenie cukru białego odcisnęło nie tylko sztuczne obniżenie przez UE podaży poniżej poziomu popytu, ale dodatkowo obciążenie swoich aktywnych producentów wpłatami do specjalnego funduszu, rekompensującego zaniechanie produkcji części plantatorów i pozostałym cukrowniom. Drugim poziomem urzędowej interwencji, a mówiąc wprost – psucia wolnego handlu, jest polityka samej Unii, polegająca na tzw. kwotowaniu produkcji, zapasów i eksportu cukru białego, czyli narzucaniu limitów krajom członkowskim wytwarzającym go, w założeniu mająca z kolei zapewnić „równowagę” w dostępie do rynku wewnętrznego Europy. Dotyczy to oczywiście także Polski, która z pozycji niegdysiejszego eksportera słodkich kryształków przyjmuje coraz bardziej rolę importera. Narzucone warunki ograniczyły naszą podaż cukru do rocznego poziomu maksymalnie 1.4 mln. ton przy szacowanym spożyciu wyższym o ok. 0,2 mln. t. Umożliwiony nam roczny udział w eksporcie oscyluje wokół 0,4 mln. ton, zaś bezcłowy import wzrósł od 2007r. trzykrotnie do poziomu 0,125 mln. ton. w 2009r i dziesięciokrotnie do 0,4 mln. ton w 2010r.  Warto przy tym wspomnieć, że w Unii jest co najmniej 5 postaci cen urzędowych dla branży cukrowej; cena interwencyjna, cena podstawowa (bazowa), cena minimalna plantatorów (odrębna dla tzw. kwoty A i kwoty B produkcji), ceny „progu” i „śluzy” na styku z obrotem międzynarodowym, a dodatkowo różne opłaty i dopłaty – stanowiące wspólnie narzędzia dla odprawiania rozmaitych urzędniczych guseł w związku z pociąganiem za sznurki w obrocie słodkim surowcem. Trzeci poziom rynkowej niemocy – to oczywiście organizacja naszego rynku krajowego z jego atrapą konkurencji. Uczestniczą w nim praktycznie zaledwie cztery podmioty – Polska Krajowa Spółka Cukrowa S.A., kryjąca zresztą w sobie monopol państwowy (ok. 80% jej akcji należy do Skarbu Państwa, ma 40% udziału w rynku), a ponadto oligopol mniejszych spółek niemieckich z idealnymi możliwościami do zmowy cenowej – Südzucker (25% rynku), Nordzucker (9% rynku) oraz Pfeifer & Langen (26% rynku). Ta ostatnia wykupiła działający do niedawna u nas British Sugar Overseas, zwiększając swój potencjał i rozszerzając geografię podległych cukrowni o Pomorze Gdańskie, Warmię i Mazowsze. Zasady krajowego obrotu i produkcji cukru sztywno określiła ustawa z 21 czerwca 2001r. z późn. zmianami (Ustawa o regulacji rynku cukru) wraz z przepisami unijnymi. Ślepa uliczka, którą coraz ciaśniej zabudowuje sobie państwowy interwencjonizm na świecie, kierując się przeświadczeniem, iż tak oto ma wyglądać współczesna gospodarka, stanowi doskonałą okazję dla różnych zachowań, określanych mianem spekulacji, ze strony co sprytniejszych handlowców, wykorzystujących niedobory powstające dzięki urzędniczej nieudolności (czy zawsze nieświadomej?...). Trudno się zatem dziwić, że polski cukier może kosztować nas, podobnie jak było to z końcem marca br. – o 20-50%  drożej niż obywateli w pozostałych krajach Unii. Jak widać wahania klimatyczne, wahania urodzaju, jak też cen na rynkach światowych (i tak trzy razy niższych niż unijne!) – przy tak zorganizowanym obrocie nie mają dla nas większego znaczenia. Parafrazując słowa Stefana Kisielewskiego – można by rzec, że Polska to wciąż taki dziwny kraj, który sam stwarza sobie trudności, żeby je potem dzielnie pokonywać. Jak się okazuje – nie tylko ona. Wydaje się, iż sytuacja cenowa i zaopatrzenie w cukier już są opanowane, ale ta pozorna stabilizacja nie potrwa niestety długo – najpóźniej do początku przyszłego roku... Tomasz Ulatowski Autor jest szefem Ciechanowskiego Klubu Austriackiej Szkoły Ekonomii przy Instytucie Ludwiga von Misesa