Szwajcarzy zdecydowali o obniżce VAT, który i tak jest tam bardzo niski

Szwajcaria rządzi się swoimi prawami. Instytucja referendum, nieznana w takiej skali w innych krajach, pozwala obywatelom rzeczywiście współdecydować o tym, jakie prawo jest tam stanowione Czytaj więcej »

 

Bądźmy czujni!

Każde miasto ma swoją historię, ma w sobie coś charakterystycznego, co wyróżnia je od innych. Dotyczy to zarówno dużych aglomeracji, jak i małych miast, w Polsce, jak i za granicą. Ale w tych wszystkich miejscach mamy do czynienia z czymś, co występuje niemal na każdym poważnym skrzyżowaniu. Tym czymś jest sygnalizacja świetlna, która w oficjalnej wersji ma umożliwić pieszym w przejściu na drugą stronę ulicy, a kierowcom pomóc w szybkim i bezpiecznym dotarciu do celu. Ma jednym słowem mówiąc wprowadzić ład i harmonię w ruchu drogowym.

Jak to wychodzi w praktyce, widać codziennie na ulicach wielu miast. Każdy chyba nie raz spotkał się z sygnalizacją świetlną i doszedł po pewnym czasie do wniosku, że jest ona bez sensu. Ja mam możliwość obserwowania tej całej sytuacji w Poznaniu, gdzie studiuję. Mamy tam oto niedawno wyremontowaną ulicę Winogrady. Jest to spokojna dzielnica stolicy Wielkopolski. Przebiega tam linia tramwajowa. Wszystko było tam dobrze aż do momentu, gdy nie wprowadzono tam sygnalizacji świetlnej z kamerami. Dotychczas, jeśli chciało się przejść na drugą stronę ulicy, wystarczyło poczekać w zależności od ilości samochodów od kilku sekund do najwyżej minuty. Nie tworzyły się korki uliczne. Piesi nie przeszkadzali kierowcom, a kierowcy pieszym. Od kiedy zaczęła działać sygnalizacja świetlna, na tejże ulicy zaczęło dochodzić do paradoksów. Zapala się czerwone światło i oczywiście samochody się zatrzymują, stoi kolumna pojazdów, a dosłownie kilkanaście metrów dalej także stoi kolumna samochodów i czeka nie wiadomo na co. Czekają niby na pieszych, którzy przechodzą, albo nie przechodzą. I nawet, jeśli nikt z pieszych nie przechodzi na drugą stronę jezdni, pojazdy i tak muszą stać, do momentu, aż nie zapali się zielone światełko i wtedy spokojnie można jechać dalej. Wtedy z prawej strony może nadjechać kierowca, który też miał zielone światło i dochodzi do stłuczki. Takie sytuacje się zdarzają. Sam słyszałem o nieszczęśliwych wypadkach, związanych z sygnalizacją świetlną. Starszy mężczyzna został potrącony na przejściu dla pieszych i zginął na miejscu, mimo że miał zielone światło. Takich przykładów z pewnością jest więcej, a przecież to ta sygnalizacja ma nam zapewnić bezpieczeństwo. Tak, ale wtedy zwolennicy sterowania ludzi za pomocą systemu powiedzieliby, że gdyby tak całkowicie zrezygnować z sygnalizacji świetlnej, ofiar w tego typu sytuacjach byłoby dużo więcej. Czy rzeczywiście by tak było? Warto to sprawdzić.

Jedno jest pewne. Na ul. Winogrady w Poznaniu przed postawieniem sygnalizacji świetlnej ruch na drodze był płynny i nie słyszałem, by z tego względu ktoś został potrącony przez samochód. Teraz jako pieszy mam czerwone światło i czekam ponad 2 minuty, mimo że są takie momenty, w których spokojnie mógłbym przejść na drugą stronę jezdni, nie czyniąc nikomu krzywdy. Jakby tego było mało, przy tamtej sygnalizacji zainstalowano rewelacyjne kamery, dzięki czemu jesteśmy kontrolowani i jeśli komuś zechce się przejść na czerwonym świetle, natychmiast zostanie to odnotowane. Nie wiadomo w sumie, po co je tam zamontowano, bo chyba nie są one takimi mini radarami i nie robią zdjęć osobom, które przechodzą przez drogę nie w tym momencie, co trzeba.

Dziś ludzie nie wyobrażają sobie sytuacji, w której sygnalizacja świetlna miałaby zostać zlikwidowana. Większość uważa, że gdyby zrezygnowano ze świateł, nastąpiłby prawdziwy chaos, ludzie częściej by ginęli pod kołami samochodów. Ja oczywiście nie zgadzam się z tego typu stwierdzeniami. Bóg po to zaopatrzył nas w zmysł wzroku, byśmy z niego korzystali. Po to mamy oczy, byśmy mogli analizować sytuację na drodze. Dotyczy to zarówno kierowców, jak i pieszych. Tymczasem sygnalizacja świetlna sprawiła, że przestaliśmy analizować sytuację, jaka ma miejsce w naszym otoczeniu. Skupiamy się jedynie na tych dwóch lub trzech kolorowych lampkach, które mówią nam, co mamy robić. W takich sytuacjach nie trudno o wypadek. Podejrzewam jednak, że w tym wszystkim kryje się jeszcze coś gorszego. Obawiam się, że chodzi tu o całkowite uzależnienie człowieka od systemu. Być może twórcy tej całej sygnalizacji świetlnej patrzą na nas, zwykłych, szarych obywateli z góry i dochodzą do wniosku, że jesteśmy bezmyślnymi owieczkami, sterowanymi przez kolorowe lampki. Przechodzimy przez przejście dla pieszych, mając zielone światło nie zwracając uwagi na to, że z naprzeciwka wjeżdża na nas pędzący samochód, który przejechał na pomarańczowym świetle. W ten sposób te kolorowe światełka sprowadzają człowieka do poziomu psa, który jest prowadzony na smyczy. Ten, który z tej smyczy się wyrwie, zostaje natychmiast skarcony przez stróża prawa, który przecież troszczy się o nasze bezpieczeństwo.

Pozornie wydaje się, że jesteśmy wolni, niezależni. W rzeczywistości te kolorowe światełka do tego stopnia zawróciły nam w głowach, że staliśmy się im posłuszni. Co prawda możemy się im przeciwstawić. Wtedy jednak grozi nam słony mandat. A ponieważ nikt z nas nie śpi na pieniądzach, większość woli być posłusznymi owieczkami i nie wychylać się zbytnio. Oczywiście można powiedzieć, że przesadzam i doszukuję się jakiejś teorii spiskowej. Zwracam jednak uwagę, że sygnalizacja świetlna miałaby miejsce bytu, gdyby rzeczywiście wprowadzała harmonię, ład i bezpieczeństwo na ulicach miast. Tymczasem codziennie przekonujemy się, że jest zupełnie odwrotnie. Nie ma chyba dnia, by ktoś nie został potrącony przez samochód, a już na pewno nie ma dnia, byśmy nie mieli do czynienia z niekończącymi się korkami ulicznymi. Nic dziwnego, że niektórym uczestnikom ruchu drogowego puszczają nerwy, a wtedy nie trudno o wypadek.

Sygnalizacja świetlna ogranicza naszą wolność. Za pomocą tego urządzenia jesteśmy sterowani niemal jak bezmyślne owieczki i nie łudźmy się, że jest inaczej. To smutna prawda, ale w tej sytuacji trzeba to sobie uświadomić i chyba tylko tyle można zrobić. Te kolorowe światełka są już tak powszechne, że każdego, który będzie domagał się ich zniesienia, uzna się za osobę o skrajnych poglądach. Mimo wszystko warto wrócić do normalności i zaprotestować przeciwko temu dyktatowi. Na razie trzeba uważać i to nie tylko na drogach. W czasach tworzenia się imperium europejskiego trzeba analizować kolejne podłe pomysły naszych przywódców. Bądźmy czujni, byśmy nie dali się potrącić przez pojazd, kierowany przez wrogów wolności.

Mateusz Teska


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *