Koniec ery mas

Wszyscy mamy świadomość, że przeżywamy rewolucję technologiczną, której symbolami są mikroinformatyka i mikrobiologia, to znaczy połączenie tego, co nieskończenie małe z tym, co nieskończenie potężne Czytaj więcej »

 

Bank Centralny, currency board i wolny rynek

Niedawno pojawiły się spekulacje, jakoby minister Kołodko dążył do wprowadzenia w Polsce systemu currency board czyli koślawo tłumaczonego „zarządu walutowego” lub też „izby walutowej”.

Najpierw przypomnijmy sobie, jak to jest z tym Bankiem Centralnym, jak powstał i jak funkcjonuje. Nie sposób wyjaśnić, jak ma funkcjonować wolny rynek pieniężny, ani jaka jest zasada currency board do czasu, aż nie poznamy historii pieniądza, który został zniszczony przez rząd.

Historia pieniądza

Wiemy, że najpierw istniała gospodarka naturalna. Każdy jest jednocześnie producentem i konsumentem tworząc dobra tylko i wyłącznie na swoje własne potrzeby. Brak specjalizacji, podziału pracy, każdy martwi się o swoje. Jak wiadomo jest to system bardzo nieefektywny, dlatego też na scenę wkracza wymiana (tak, ta wymiana, jakiej tak naprawdę nie akceptują marksiści – polecam rubrykę „Czytelnicy piszą” i najnowsze listy). Zamiast martwić się jednocześnie o chleb, jajka, pomidory, wodę, mogę produkować tylko jedną z rzeczy i za nią nabywać pozostałe produkty niezbędne do życia. Nagle wszyscy odczuwają ogromny skok dobrobytu. Jednakże w pewnym momencie znowu napotykamy na hamulec – zbieżność potrzeb. Aby doszło do wymiany, konieczna jest zbieżność potrzeb, czyli spotkanie się dwóch osób zainteresowanych wymianą. Czy ktoś sobie wyobraża, że Grzegorz Kołodko miałby chociaż ułamek szansy na to, żeby zakupić jajka? Jak sejsmolog może w ogóle myśleć o kupieniu w sklepie wody do picia? Czy jest szansa, że ci wyspecjalizowani ludzie znajdą drugą stronę zainteresowaną ich produktem? Oczywiście bardzo niewielka.

Dlatego na scenę wkracza wymiana pośrednia. Zamiast szukać zbieżności potrzeb, nabywam dobro pośrednie, za jakie zakupię dobra, jakie mnie interesują. Grzegorz Kołodko sprzedaje na rynku swoje usługi, nie osobie, od której otrzyma dobro, jakiego pragnie, ale komuś innemu zainteresowanemu jego usługami. Ta daje mu w zamian powiedzmy tytoń, który pozwoli GK zakupić od kogoś innego jakieś dobra. Stopniowo ludzie stosują dobra pośrednie, masło, mąkę, cukier, sól itd. Widzimy, że tutaj kluczem jest podzielność. Dobro musi być podzielne, na jakieś jednostki. Z tymże wszystkie wyżej wymienione robią inny problem – bardzo łatwo zdobyć pieniądze, bo wystarczy zacząć produkować, któreś z powyższych. Hiperinflacja osiągnęłaby ogromne rozmiary, toteż potrzebna jest kolejna cecha: rzadkość. Dobro musi być rzadkie, co oznacza, że jego zdobycie będzie niezwykle trudne. I tak dochodzimy do złota i srebra (wszystko w wyniku swobodnej rynkowej wymiany), które oprócz tego, że są podzielne i rzadkie, to jeszcze łatwo rozpoznawalne, i łatwe do transportowania, ale także trudne do podrobienia. Sprawa została rozwiązana przez rynek.

Pieniądz pełni funkcje pieniężne i z tego punktu widzenia jego ilość nie ma znaczenia. Tak jak ilość kilogramów nie ma znaczenia, bo znaczenie ma ilość kilogramów jakiegoś dobra, tak również sama ilość pieniądza nie ma znaczenia dla rynku, bo zwiększanie jego ilości prowadzi do wzrostu cen (spadek siły nabywczej). Złoto można produkować tylko poprzez wydobywanie go – jest to niezależne od woli rządu, który lubi drukować na własne potrzeby. To, czy ktoś wydobędzie złoto zależy od wszystkich innych cen. Załóżmy na przykład, że w ziemi jest 10 uncji złota, a cena sprzętu i pracy robotników wynosi 12 uncji – wydobywać się nie opłaca, dlatego czekam. W miarę, jak mijają lata, a produktywność rośnie, zwiększa się liczba dóbr na rynku i doświadczamy deflacji. Ceny spadają przez kilka lat i koszt wydobycia złota wynosi już 5 uncji złota – no to zabieramy się za wydobywanie. No problem – o wszystkim decyduje mechanizm rynkowy.

Zaznaczę tylko tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze złota produkuje się co roku bardzo mało (około 2%, raz więcej, raz mniej), po drugie jego wyprodukowanie jest ściśle zależne od rzeczywistych wartości (maszyny i robotnicy), w przeciwieństwie do druku pieniądza (jaki zaleca Friedman zamiast standardu złota), którego koszta są znacznie mniejsze niż wartość wydrukowana. Za kilka groszy można produkować miliony – ze złotem tak nie ma, w złotym systemie nie ma tej interwencjonistycznej zamiany nic-za-coś. Tu o wszystkim decyduje rynek, a tu wszystko reguluje centralny planista Greenspan, Balcerowicz, Duisenberg itd.

Dobrze. Wracając do złota. Po co je transportować? Nieraz opłaca się je złożyć w banku po prostu i mieć kwit na nie, lub otwartą księgę rachunkową. Niestety banki nie utrzymują stuprocentowych rezerw na to moje złoto i zaczynają emitować więcej papierków niż mają złota (nie mówię o lokatach terminowych, a o nazwie jasnej: na żądanie). Współcześni twardzi wolnorynkowcy opowiadają się za 100% rezerwami na złoto (tymi na żądanie oczywiście). Skoro bank to magazyn i ma „wypłacić na żądanie”, to tak być powinno. To nie jest żadna administracja, lecz ochrona praw własności. Zostawiając samochód na parkingu, oczekuje, że on tam będzie, jak wrócę, skoro mam do niego pełne prawo (w każdej chwili) i z niego nie zrezygnowałem. Ciekawe, że prawo zbożowe tak się rozwinęło, że magazynowanego zboża na żądanie nie można dalej wpuszczać na rynek, a złoto można było. System prawny okazał się niekonsekwentny.

Niektórzy twierdzą, że złoto jest inne, bo nieważne jest dla mnie, czy użyje swojego, czy innego, a ważne jest posiadanie jego konkretnej ilości. To tylko ułatwia proceder kradzieży, ale go nie usprawiedliwia. Ale co inne – nie ma ekonomicznych korzyści z systemu rezerw cząstkowych (fractional reserve banking). Zwiększanie ilości pieniądza nic nie daje – wprost przeciwnie. Doprowadza do redystrybucji bogactwa między obywateli – ten kto pierwszy ma pieniądze, zyska najwięcej. Tak jak ten, co zafałszuje pieniądze – całe społeczeństwo nie zyska na tym, ale on sam będzie w lepszej sytuacji jego kosztem. Nawet zwiększanie ilości złota (te powiedzmy 2%) nic „globalnie” nie daje, poza jego niemonetarnym wykorzystaniem w dentystyce, czy komputerach. No i oczywiście, jeśli samo drukowanie jest przeznaczone na „inwestycje”, czyli do wyższych stadiów produkcji (narzędzia, kopalnie, maszyny, stocznie…), to dochodzi to sztucznego boomu i cyklu koniunkturalnego, o czym już mówiliśmy w sprawie 1929 roku.

Rząd oczywiście zyskuje na druku pieniądza, dlatego do niego namawia. W trakcie powstawania kapitalizmu, zaczęło się kręcić przy pieniądzu wielu interesantów powiązanych z władzą i finansjerą. Stosowano rezerwy cząstkowe – najczęstszym stymulantem do ekspansji kredytowej było oczywiście państwo. W Wielkiej Brytanii na przykład niejaki William Paterson dzięki zapewnieniom rządu, że nic mu nie będzie, wypuścił 760.000 fałszywych funtów, za którymi stało zaledwie 36.000. W USA kartelizowano system bankowy na zasadach absurdalnych, jakie spotykamy często dzisiaj. Tworzono banki stanowe, które otrzymywały wyłączności, zmuszano pomniejsze do trzymania rezerw w rządowych papierach zamiast złocie, ograniczano prawo emisji pieniądza do kilku osób w określonych rejonach. Wiele osób twierdzi, że Bank Centralny miał powstać po 1907 roku w USA (to mogliśmy czytać w „Wolnym wyborze” Friedmana), kiedy to doszło do paniki bankowej. Ta wersja jest często podawana.

Sprawa jest jednak poważniejsza, co doskonale pokazał w swoich pracach Murray Rothbard. Biznes i rząd przez cały XIX wiek walczyły o kartelizowanie gospodarki i tworzenie monopoli. Już było kilka Banków Centralnych mniejszych (np. tworzony przez Aleksandra Hamiltona), a jedynie dzięki Jeffersonowcom i Andrew Jacksonowi z Demokratów udało się uderzyć w ten projekt, ale częściowo niestety. Popatrzmy na przykład J.P. Morgana – człowiek, który za wszelką cenę próbował robić kartele. Namówił właścicieli kolei do utworzenia kartelu, jednakże ten „niedobry rynek” wszystko zniszczył. Lokalni producenci cięli sobie potajemnie koszty i funkcjonowali na zasadzie „Hej, John słuchaj, sprzedam ci to troszkę taniej, ale nie mów nikomu” – ta „paskudna niewidzialna ręka” podstawiała nogę Morganowi. No i kartele szybciutko znikały z powierzchni ziemi. Dlatego Morgan poszedł do rządu i zmonopolizował rynek siłą. Taka sama historia dotyczyła innych dziedzin, jakimi zawładnął duch Morgana. Socjalistom należy szczególnie polecić dzieła wybitnego socjalisty, Gabriela Kolko. Henry Browne, przywódca Partii Libertariańskiej w USA był wcześniej lewicowcem, bo nie ufał biznesowi. Hayek był Fabianistą i wierzył w socjalizm, bo chciał pomagać ludziom. Jednakże problemem nie jest sam biznes, ale jego powiązania z władzą i niszczenie wolnej konkurencji. W prawdziwym kapitalizmie są i wielcy, i mali, i średni.

W każdym razie runy na banki wszystko niszczyły, bo ludzie chcieli mieć złoto, a nie puste papierki. Dlatego rządy pozwalały na „zawieszenie spłaty zobowiązań”.

W końcu doszło do powstania Banku Centralnego w 1913 w USA, gdzie całe złoto przeszło w ręce rządu, a banki miały utrzymywać rezerwy nie w złocie, a w banknotach Systemu Rezerw Federalnych (amerykański BC). Lata 20-te to okres wielkiej ekspansji kredytowej i sztucznego boomu, jaki zakończył się kryzysem 1929 roku. Wiemy, że był nieunikniony, bo jak się upija, to trzeba ponieść tego zdrowotne konsekwencje. Wszystko to zostało przedłużone przez zastosowanie zaleceń Tadeusza Kowalika i Leona Podkaminera, zgodnie z doktryną siły nabywczej. Biznes został przekonany przez Hoovera i Forda wspólnie, że nie należy obniżać płac, bo wysokie płace pracowników powodują wysoki popyt i biznes ma komu sprzedawać.

Tymczasm przedsiębiorstwo musi funkcjonować i racjonalnie podjąć decyzję o cięciu kosztów, zwłaszcza w trakcie kryzysu. Większe płace można jedynie wypłacić z zysków dzisiejszych (tak robił Henry Ford osiągając niekwestionowany sukces na początku XX wieku, choć był dobrym biznesmenem, później okazał się słabym ekonomistą zalecając utrzymanie płac w 1929), a wypłacanie dzisiaj płac z zysków przyszłych to odwrócenie procesu myślowego. Biznes nie obniżał płac, nie zwalniał, a depresja ciągnęła się na dobre. We wcześniejszych przypadkach, biznes reagował szybko, bez keynesistowsko-socjalistycznych propozycji. Płace spadały, koszty obniżano, firmy szybko bankrutowały i równie szybko wstawały na nogi. Rozprzestrzenienie się kolektywnych pomysłów w biznesie było katastrofalne.

Roosevelt uciekł od złota, zwyczajnie je nacjonalizując. Zwyczajnie pozbawiono całe społeczeństwo złota, nakazując przekazanie pieniędzy Rezerwie Federalnej po zaniżonej cenie. Później zrobiono hydrę walutową po II Wojnie w Bretton Woods, sterowaną przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, założony także przez Keynesa (co oczywiście nie przeszkadza lewicowcom nazywać MFW neoliberalizmem). Wtedy tylko Mises i Hazlitt przestrzegali przed niebezpieczeństwami. Była to wymiana międzynarodowa na standardzie złota. Kraje między sobą handlowały złotem, a w kraju drukowały pieniądze. System musiał runąć, co się stało w 1971. Wtedy utworzono porozumienie, o stałości kursów, ale bez złota. Przy złocie oczywiste jest, że kursy są stałe, gdyż każda waluta, zdefiniowana jest wagowo, tak więc waluty między sobą mają stałe wartości. Tylko złoto i srebro zmieniają ceny względem siebie. Wprowadzanie sztywnych kursów przy ciągłym manipulowaniu skutkuje kryzysami. Do 1973 wszystko runęło i od tego czasu mamy półfriedmanowski sen – kursy prawie całkowicie płynne. Ale wróćmy do bankowości, aby w końcu zacząć mówić o tym currency board.

Banki

Dzisiaj składamy w banku pieniądze. Gotówka jest bazą monetarną. Banki mogą z niej kreować pieniądze. Mamy standard pieniądza papierowego. Dzisiaj rezerwy obowiązkowe wynoszą zdaje się jakieś 2,5%. Jeśli składam w banku 100 złotych, to 2,5 złotego wędruje do Banku Centralnego jako rezerwa obowiązkowa, a resztę bank może pożyczać. Ktoś znowu wkłada 97,5 do banku, z czego zostaje 2,5% w BC. Zaznajomieni z podstawowym ciągiem geometrycznym wiedzą, że mnożnikiem będzie odwrotność wskaźnika poziomu rezerw czyli 1/2,5%. Tak więc będzie to ciekawa liczba: 40. Krótko mówiąc z jednej złotówki system bankowy jest w stanie wypiramidować jakieś 40. Efekt jest taki jak dzisiaj, gotówka (M0) jest dziesięć razy mniejsza niż depozyty na żądanie (M1). Nie znam dokładnych danych, ale mniej więcej kształtuje się to w tych proporcjach. Jeśli mamy ochotę, możemy obalić system bankowy w ciągu sekundy, przekonując 1/3 klientów do odebrania swoich pieniędzy. W systemie wolnego rynku, skończyłoby się to przekazaniem złota w ręce klientów za papierki „na żądanie”. Dzisiaj to wszystko jest tak chwiejne, że łatwo o bankructwa i krachy.

Jeśli Bank Centralny ma ochotę zwiększać podaż pieniądza, po prostu zmniejsza rezerwy obowiązkowe. Wtedy banki komercyjne rozdysponują kasę i powiększą podaż pieniądza, powodując inflację. Innym mechanizmem zwiększania podaży pieniądza, jest stopa referencyjna. Określa ona procent, na jaki BC pożycza te rezerwy bankom komercyjnym działając jako „ostatnia instancja pożyczkowa”. Bank banków. Stopa referencyjna jest sygnałem, wskazującym na wolę do ekspansji kredytowej. Krótkookresowe stopy procentowe na rynku są zależne od tej stopy.

Jest wreszcie jeszcze jeden mechanizm, który ładnie się nazywa „operacje otwartego rynku”. Jak to funkcjonuje? Bank Centralny decyduje o tym, że chce wpuścić pieniądze na rynek. Na przykład kupuje rower Jana i wypisuje za niego czek na wysokość 500 złotych. Skąd się wzięło te 500 złotych? No cóż, znikąd, to nowoczesne drukowanie pieniądza. Teraz Jan idzie z tym czekiem do swojego banku i składa je w nim. Bank deponuje czek w Banku Centralnym, zmniejszając swoje rezerwy obowiązkowe. Tak więc te 500 złotych funkcjonuje jako gotówka, która jest podstawą do piramidowania zgodnie z mnożnikiem. Jeśli rezerwy wynoszą 5%, to mnożnik wynosi 1/5% czyli 20. Więc z tych 500 złotych banki są w stanie stworzyć 10000. System bankowy jest doprawdy fascynujący.

Oczywiście BC nie będzie kupować roweru, a bo i po co? Bank Centralny kupuje najczęściej… kto zgadnie? Podpowiem, że zagadka jest trywialna. Tak najczęściej kupuje obligacje, emitowane przez rząd (w Polsce to kształtuje się trochę inaczej). Teoretycznie rząd musi spłacać obligacje, ale przecież BC i rząd to jedna wielka państwowa rodzina, która lubi zabawiać się kosztem bogactwa ludności. Stąd też pojawia się „monetyzacja” długu, a więc jego umorzenie. Zwyczajne zlikwidowanie.

Currency board

Teraz przejdźmy do kwestii currency board (CB). Jest to krok pośredni między wolnym rynkiem a centralnym planowaniem przez bank centralny, Alana Greenspana itd. Chodzi o to, że krajowe pieniądze mają mieć stuprocentowe pokrycie w walucie obcej (analogia do złota). W systemie CB nie ma Banku Centralnego. Nie ma operacji otwartego rynku (no bo jak drukować pieniądze, skoro wszystko musi mieć pokrycie w dolarach lub markach?). Nie ma ustalania stóp dyskontowych. Nie ma także rezerw obowiązkowych. Wszystkie papierki, jakie trzymają w rękach ludzie mają pokrycie gdzieś tam w dolarach, banknotach euro lub funtach, czy też jakiejś innej silnej walucie (część może być inwestowana w nisko ryzykowne szybko upłynniane aktywa w celu pozyskania senioratu). Co istotne, bo miałem okazję prowadzić z jedną osobą polemikę na ten temat, nieważny jest „kurs”. Nieważne jest, czy stosunek wyniesie 1:1 czy 1:10, czy 1:7,32. Ważna jest pełna, stuprocentowa substytucja. Jeśli za jednego dolara CB wypłaca jedną złotówkę, to istotne jest to, że za tę złotówkę mogę dostać to, co za nią stoi. Jeśli za 1 dolara CB wypłaci 10 złotówek, sytuacja jest dokładnie taka sama, tylko że ceny dóbr (wszystkich, łącznie z płacami, więc sytuacja jest TAKA sama) są 10 razy wyższe. Tak samo jest przy egzotycznych liczbach jak 8,32.

Currency board to prawie dolaryzacja/markizacja/euroizacja/funtyzacja. Po co z takim razie currency board? Aby czerpać seniorat, czyli zysk z emisji waluty przez państwo, więc osobiście bym się skłaniał do dolaryzacji i odpuszczenia sobie tego całego zarządu walutowego. Bezpieczniej. Patrząc na Argentynę, widać, że państwo nie może się powstrzymać od manipulowania pieniądzem. Na całym świecie również inne kraje robią z CB różne hydry: wprowadzają ubezpieczenia depozytów, stają się ostatnią instancją kredytową, nie stosują się do zasady 100% rezerw itd.

Po krótce, jakie są zalety tego systemu w porównaniu do BC. Po pierwsze: stabilność i niska inflacja. Sprzyja to przypływowi inwestycji zagranicznych, obniżce stopy procentowej, a zatem szybszemu rozwojowi. Nie funkcjonują właściwie deficyty budżetowe, bo państwo nie ma jak monetyzować długu poprzez operacje otwartego rynku (stąd właśnie te pojawiające się Hong Kongu nadwyżki). Każda wyemitowana obligacja musi rzeczywiście zostać przez państwo spłacona, a mały deficyt bywa bardzo groźny dla gospodarki. W przypadku Argentyny właśnie deficyt niby był mały, bo 2,5% PKB – ale jak go spłacić przy słabnącej przeetatyzowanej gospodarce przy niemożliwości wydrukowania pieniądza poprzez monetyzowanie długu?

Poza tym CB to odejście od paskudnych kursów płynnych, które sprawiają, że w ciągu dnia waluty tracą na wartości duże sumy, a zyskują sobie spekulanci. To sprawia, że rodzą się takie intelektualne porażki jak podatek Tobina. Te spekulacje powstają na skutek interwencji państwa – działania na przekór ludziom i ich decyzjom. Gdyby profesor Tobin był konsekwentny opowiadałby się za powrotem do standardu złota, ale tego nie robił, bo jako ekonomista opowiadał się za centralnym planowaniem pieniężnym. Logika prosta: sterujemy pieniądzem, więc rodzi to patologie. Zamiast zlikwidować sterowanie, lepiej sterować jeszcze bardziej, żeby te patologie niby zwalczać. Zasada jest znana: etatysta zawsze przelicytuje innego etatyste poprzez skuteczniejszy populizm i bardziej absurdalne propozycje.

O dziwo PSL wraz z ministrem Kołodko wypowiadał się pozytywnie o systemie CB. Im jednakże chodzi o rzecz inną – wejście do strefy euro i przyjęcie tej waluty. Decyzja ma charakter czysto polityczny. Uprzedzam, że można na przykład nie wchodzić do UE i przyjąć walutę euro, jeśli rzeczywiście miałoby to być korzystne. Na przykład Bośnia i Hercegowina w tej chwili mają jednostronnie przyjętą walutę europejską.

Czym się różni to jednostronne od dwustronnego? Jednostronne oznacza przyjęcie na zasadach bardziej wolnorynkowych, o czym pisałem wyżej. Dwustronne oznacza scalenie systemów pieniężnych z krajem macierzystym, a więc uruchomienie instrumentów pieniężnych. Wtedy kraj wchodzący do strefy włącza swoje banki w obieg pieniężny i te 3 cechy, o jakich pisałem: jest ostatnia instancja pożyczkowa ze stopą dyskontową, są rezerwy obowiązkowe i operacje otwartego rynku. Sytuacja więc jest diametralnie inna. W takiej sytuacji Bośnia i Hercegowina ma Bank Centralny, tylko że w Unii Europejskiej.

Pozostaje zatem pytanie: co dla Polski? Na pewno należałoby odejść do systemu z Bankiem Centralnym. Jest kilka możliwości. Pierwsza to przyjęcie systemu currency board lub euroizacja albo dolaryzacja. Z ekonomicznego punktu widzenia sprawa jest prosta, ale trzeba mieć także na uwadze element polityczny. Drugie wyjście to zredefiniowanie złotówki do wartości kruszcu i likwidacja wszelkiej kontroli państwa nad systemem pieniężnym i bankowym. Trzecie wyjście to likwidacja Banku Centralnego, tudzież sprowadzenie go do roli instytucji wymieniającej zużyte banknoty i nic poza tym.

Tymczasem jeszcze krótko wspomnę o jeszcze jednym systemie, jaki jest najgorszym systemem walutowym w historii – sztywne kursy przy standardzie papierowym (bardzo możliwe, że minister Kołodko wybierze ten wariant, a nie CB). Nawet silna Europa, jaka funkcjonowała w tym systemie na nim straciła – spekulanci w wyniku regulowania przez państwo kursu zyskali bardzo dużo kosztem podatników. Schemat jest prosty: kurs jest sztywny (zazwyczaj przewartościowany), więc zachęca spekulantów do wrzucania pieniędzy na rynek kraju. Inwestują oni według jakiejś tam stopy procentowej, za kilka miesięcy, kiedy odbiera się pieniądze ze stopy, pieniądz został jeszcze bardziej wydrukowany przez BC i jeszcze bardziej stracił na wartości. Ale kurs jest sztywny, więc wartość pieniądza w walucie zagranicznej jest jeszcze bardziej przewartościowana. W pewnym momencie spekulanci nagle sprzedają walutę krajową i drenują rezerwy Banku Centralnego zabierając walutę zagraniczną z kraju. Wszystko na koszt podatnika i nieraz BC już po prostu nie wytrzymuje i pod presją musi zdewaluować krajowy pieniądz do realniejszej wartości. Tak było nie tylko w Meksyku (1994), ale także wiele razy w krajach europejskich, które stworzyły europejski system walutowy. Soros nieźle się na tym dorobił (teraz rozumiemy czemu popiera interwencjonizm?). W systemie płynnym waluta w sposób naturalny zmienia swoją cenę, a w systemie Currency Board nie ma żadnych problemów, bo krajowa waluta jest substytutem zagranicznej (chyba, że nie ma 100% rezerw tak jak w Argentynie).

Mateusz Machaj
(publikacja – 2002 rok)

PS.Pamiętajmy, że currency board jest systemem, gdzie także może dojść do ekspansji kredytowej poprzez zwiększanie się ilości waluty obcej („eksportowanie dolarów”). No i też to dalej jest etatyzm. Poza tym pokrycie w dolarach ma tylko gotówka – pieniądz M1 jest dalej tak samo pusty. )


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *