Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Bóg, kino i Ameryka

Profesor Peter Taylor w swej książce pt. "The Way the Modern World Works" pisze, że w czasach nowożytnych, czyli w ciągu ostatnich czterystu lat, tylko trzy mocarstwa osiągnęły status hegemona. Uczyniły to nie tyle drogą militarnych podbojów, ile przez działania polityczno-ekonomiczne, akumulację kapitału oraz innowacyjność. Stały się przez to cywilizacyjnymi liderami, proponującymi całemu światu nowe rozwiązania.


Zdaniem Taylora, na miano to zasłużyły jedynie Niderlandy w XVII, Wielka Brytania w XIX oraz USA w XX stuleciu. Każde z owych państw wypracowało nowe wzorce kulturowe i modele nowoczesności, przejmowane później przez inne kraje świata. Każde z nich mogło się pochwalić – jako głównym nośnikiem swej matrycy kulturowej – własnym rodzajem sztuki. Dla Zjednoczonych Prowincji Niderlandzkich był to nowy styl w malarstwie, znaczony nazwiskami Rubensa, Rembrandta czy van Dycka. Wiktoriański Albion miał z kolei swój nowatorski rodzaj twórczości literackiej, jakim stała się XIX-wieczna powieść, reprezentowana m.in. przez Lawrence'a Sterne'a, Charlesa Dickensa, Jane Austen czy siostry Brontë. Stany Zjednoczone natomiast mogą pochwalić się dziś swą kinematografią, która upowszechnia na całym świecie amerykański styl życia.

bog_w_hollywood_okladkaCentrum światowego przemysłu kinowego od stulecia stanowi Hollywood, zwane „fabryką snów”. To właśnie ono produkuje obrazy, mające w epoce globalizacji olbrzymi wpływ na świadomość zbiorową mieszkańców naszej planety. Na takie wydarzenia, jak katastrofa „Titanica” czy wojna w Wietnamie, patrzymy dziś oczami reżyserów wysokobudżetowych filmów. Także recepcja dzieł literackich odbywa się obecnie coraz częściej dzięki kinematografii, o czym świadczą choćby ekranizacje powieści J. R. R. Tolkiena czy C. S. Lewisa. Wystarczy porównać skalę zjawiska: jeżeli w Polsce mówi się o jakiejś książce, że „wszyscy ją przeczytali”, to znaczy, że zapoznało się z nią około 20 tysięcy ludzi; jeżeli zaś o jakimś filmie twierdzi się, że „nikt go nie oglądał”, oznacza to, że widziało go około pół miliona ludzi.

Obrazy kreowane przez reżyserów posiadają też olbrzymi potencjał wzorcotwórczy. Wystarczy przypomnieć film pt. "The Wild One" z 1953 roku z Marlonem Brando w roli głównej. Grał on tam młodego, gniewnego, niepogodzonego ze światem młodzieńca, który wyrównywał porachunki z otoczeniem za pomocą pięści. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, stał na czele gangu motocyklowego, prowokującego mieszkańców sennego, amerykańskiego miasteczka. Rzecz w tym, że przed wejściem tego filmu na ekrany kin Hell's Angels byli w USA zjawiskiem marginalnym. Fenomen stał się masowy dopiero po premierze obrazu, gdy gangi harleyowców zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu.

Film jest więc dziś najbardziej ekspansywną ze wszystkich dziedzin sztuki. Sztuka zaś, jak wiadomo, od najdawniejszych czasów nie tylko dostarcza odbiorcy rozrywki, lecz także stara się odpowiedzieć na najważniejsze pytania stojące przed człowiekiem. Najbardziej wartościowe i nieprzemijające dzieła to te, które starają się uchwycić to, co wspólne dla kondycji ludzkiej wszystkich miejsc i czasów. Wśród nich na pierwszy plan wybijają się utwory poruszające problemy sensu i celu życia, przemijalności egzystencji i pragnienia nieśmiertelności, istoty szczęścia czy wyboru między dobrem a złem. Wszystkie one odsyłają nas z kolei do pytania o Boga – o Jego istnienie, milczenie, naturę, wolę, wszechmoc, miłosierdzie...

Od owej problematyki nie może uciec także współczesne kino, zwłaszcza w takim miejscu, jak Stany Zjednoczone. Jest to nie tylko najbogatszy i najbardziej rozwinięty technologicznie kraj świata, lecz także najbardziej rozbudzony religijnie ze wszystkich państw cywilizacji zachodniej. Fenomen jego żywotności duchowej stanowi jaskrawe zaprzeczenie teorii Maxa Webera, że wraz z postępem technicznym następować musi nieuchronne „odczarowywanie świata”, a więc konieczna sekularyzacja. Dość powiedzieć, że nie do pomyślenia dziś jest, aby prezydent USA mógł być agnostykiem lub ateistą.

Żadna kinematografia nie może abstrahować od kontekstu społecznego i kulturowego, w jakim jest zanurzona. Dotyczy to również Hollywood. I choć nie powstają dziś co prawda wielkie apologetyczne kostiumowe superprodukcje, takie jak niegdyś The Robe z Richardem Burtonem, Ben Hur z Charltonem Hestonem czy Quo vadis? z Robertem Taylorem, Deborą Kerr i Peterem Ustinovem, to jednak nadal pojawia się wiele filmów zainspirowanych myślą chrześcijańską lub przynajmniej podszytych biblijną symboliką (jak choćby Matrix ze swą historią zbawienia i miejscami takimi, jak Zion, czy bohaterami, jak Neo albo Trinity). Sam napisałem kiedyś tekst tropiący chrześcijańskie wątki w filmie "Piąty element" z Brucem Willisem i Millą Jovovich.

Znany rosyjski teolog prawosławny diakon Andriej Kuriajew jeden ze swych esejów poświęcił filmowi "Titanic" Jamesa Camerona, dowodząc, że obraz ten w swej najgłębszej warstwie ma ewangeliczne przesłanie. Mało tego: kazał swym podopiecznym katechumenom, przygotowującym się do przyjęcia chrztu, by obowiązkowo obejrzeli ten film, żeby lepiej zrozumieli sens chrześcijańskiej wiary.

Niekiedy kłopot z hollywoodzkimi produkcjami polega na tym, że nie do końca wiadomo, jak traktują one religijne przesłanie. Czy są jak pasożyty, które żerują na Ewangeliach i manipulują nimi, by nadać swemu przekazowi gnostyckie oblicze? Czy też – jak robili to Lewis i Tolkien – zamierzają nasycić swe opowieści chrześcijańską wrażliwością?

Spośród polskich krytyków filmowych jednym z niewielu, który obserwuje amerykańską kinematografię pod tym właśnie kątem i stara się odpowiedzieć na zasygnalizowane powyżej pytania, jest Łukasz Adamski. W swych tekstach na łamach czasopism lub na stronach internetowych stara się on przykładać miarę duchową do zjawisk kultury masowej, nie ukrywając swego chrześcijańskiego światopoglądu. Świadectwem jego zainteresowań była wydana w 2011 roku książka Wojna światów w popkulturze, w której sportretował duchowe oblicze m.in. takich postaci, jak Oliver Stone, Philip Dick, Rush Limbaugh, Anne Rice czy Lady GaGa.

I oto mamy kolejną publikację Łukasza Adamskiego, tym razem poświęconą motywom religijnym obecnym w kinie amerykańskim. Jego "Bóg w Hollywood" to pierwsza tego typu praca na polskim rynku wydawniczym. Pisana przez fascynata "Cinema Paradiso", a zarazem religijnego zagończyka. Kogoś, kto tropi ślady Boga na duchowej pustyni współczesnej popkultury, by nagle odnaleźć liczne tropy pozostawione przez karawany dzisiejszych misjonarzy. Okazuje się bowiem, że Hollywood jest w większym stopniu nasycone pierwiastkami chrześcijańskimi niż wynikałoby to z obiegowego stereotypu tego miejsca jako „jądra próżności”. W każdym razie odbywa się tam zacięta walka duchowa. Odwołując się zaś do porównania Jana Pawła II, że kino to jeden z „nowych areopagów”, na których toczy się „bój o duszę świata”, uznać należy Hollywood za jeden ze znaczących frontów owej batalii.

Warto przeczytać więc książkę Adamskiego, gdyż pokazuje globalną fabrykę pragnień od strony, od której rzadko jest ona prezentowana. Najgłębszym zaś pragnieniem człowieka – pragnieniem od którego nie da się uciec – jest pragnienie Boga. Jak pisał św. Augustyn: „Stworzyłeś nas Boże bowiem jako skierowanych ku tobie i niespokojne jest serce nasze dopóki w tobie nie spocznie”. Także współczesne kino amerykańskie daje temu wyraz.

Grzegorz Górny

Powyższy tekst stanowi przedmowę do książki Łukasza Adamskiego "Bóg w Hollywood" - Wydawnictwo AA, Kraków 2014.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *