Category Archives: Debata

Stefan Oleszczuk: Wygrała antyrynkowa wizja samorządu

Stefan Oleszczuk, b. burmistrz Kamienia Pomorskiego, będzie jutro (8 IV) specjalnym gościem podczas gali wręczania nagród konkursu Magister PAFERE. Będzie mówił m.in. o tym, czy można być wolnorynkowcem w dzisiejszym samorządzie. Przypominamy wywiad Stefana Oleszczuka poświęcony właśnie sprawom samorządowym, jakiego udzielił naszemu portalowi w 2010 roku.

Co się stało z Nową Prawicą? Relacja Stanisława Żółtka

Konflikt jaki rozgorzał w środowisku Kongresu Nowej Prawicy i ostatecznie doprowadził do rozłamu w tej partii zapewne martwi wielu ludzi, którzy w KNP pokładali jakieś nadzieje na zmianę Polski na lepsze.

Debata PROKAPA: Zmiany, zmiany, zmiany czyli krok do przodu – dwa do tyłu

Jak informuje ostatnimi dniami prasa, minister Gowin zainspirowany być może epokowymi czterema reformami premiera Buzka, a być może nawet reformami ministra Wilczka, postanowił dokonać wielkiego otwarcia. Zapowiadane po raz kolejny otwarcie zawodów adwokackich ma polegać między innymi na skróceniu okresu praktyki. Jednak nikt nie powiedział, że kancelarie będą masowo przyjmować absolwentów wydziałów prawa na tego typu praktyki. Innymi słowy mamy w tym przypadku do czynienia bardziej z uchyleniem niż otwarciem. Ale to tylko detal. Tym razem chodzi przede wszystkim o otwarcie zawodów objętych koncesjami i skomplikowanym systemem zawodowych uprawień. Pomysł świetny, bardzo potrzebny i być może wpływający z jakim stopniu na tzw. rynek pracy. Ale czy na pewno liberalizacja w pewnym obszarze rynku usług wpłynie na cokolwiek? Czy mamy do czynienia z prawdziwą reformą czy tylko ze świeżym lakierem położonym na zardzewiałą karoserię? Czas pokaże. Muszę przyznać, że kibicuję tym pomysłom jednak mam pewne wątpliwości.

Debata PROKAPA: Obym był złym prorokiem czyli moje wątpliwości w sprawie tzw. otwarcia zawodów

Zapraszamy naszych Czytelników do Debaty PROKAPA poświęconej gorącemu ostatnio tematowi otwarcia pewnej liczby zawodów, do których dostęp jest w chwili obecnej w różny sposób limitowany. Pomysł popierają zarówno PO jak i PiS. Czy sam pomysł idzie w dobrym kierunku i czy uda się go w obecnej sytuacji (arytmetyka parlamentarna przemawia na korzyść wprowadzenia go w życie) zrealizować? Zapraszamy do wyrażania swoich opinii zarówno w formie komentarzy jak i osobnych artykułów. Dziś pierwsza opinia...
*  *  * Obym był złym prorokiem, ale oto na naszych oczach rozpoczął się pierwszy akt topienia idei otwierania zawodów zamkniętych. Brak barier w dostępie do zawodu jest jedną z fundamentalnych zasad każdego wolnego społeczeństwa i kogo jak kogo, ale czytelników Prokapa nie trzeba o tym przekonywać. Jednak im dłużej przyglądam się działaniom miłościwie nam panującej władzy, tym bardziej jestem zaniepokojony. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma się czego bać, toż to najwyższy czas pozwolić każdemu robić to, co chciałby robić. Dlatego cześć i chwała premierowi Tuskowi i ministrowi Gowinowi za to, że wreszcie zrobili pierwszy krok. Niestety, ja widzę to nieco inaczej. Opublikowany ostatnio projekt ustawy o zmianie ustaw dotyczących zawodów regulowanych dotyczy w szczególności przewodników: turystycznych, górskich i górskich międzynarodowych, pilotów turystycznych, profesji prawniczych: adwokatów, radców, notariuszy i syndyków, instruktorów, wykładowców i egzaminatorów nauki jazdy, rzeczoznawców majątkowych, zarządców nieruchomości i pośredników obrotu nieruchomościami, pracowników ochrony i zabezpieczenia technicznego, pracowników sądów i prokuratur, detektywów, taksówkarzy, trenerów i instruktorów sportu oraz osób prowadzących zajęcia wychowania fizycznego w wojsku (sic!), pośredników pracy i doradców zawodowych, bibliotekarzy (ale tylko w uczelniach wyższych), syndyków masy upadłości, ale także spawaczy i mechaników wiertni wykonujących czynności specjalistyczne w ruchu zakładu górniczego (sic!). Szczerze mówiąc, trudno się zorientować, jakimi kryteriami kierowali się autorzy tego projektu rozpoczynając zmiany właśnie od tych profesji, a właściwie, czy kierowali się jakimikolwiek kryteriami. Trudno się oprzeć wrażeniu, że brakuje tutaj elementarnej logiki, a działaniami regulatorów rządzi chaos. Co do zasady projekt znosi wymóg ubiegania się o licencję na wykonywanie zawodu lub koncesji na prowadzenie określonej działalności gospodarczej. W tych przypadkach, gdzie ograniczenia pozostają, tam z kolei obniża się w znaczącym stopniu wymagania wobec kandydatów, bądź ułatwia się przechodzenie z profesji do profesji. Rzeczywiście, z wielu istniejących ograniczeń nawet sobie nie zdawałem sprawy. Zdarzają się ograniczenia wręcz kuriozalne. Zamiar rządzących jest jak najbardziej szczytny i wart byłby wsparcia. Skąd tryb warunkowy? Bo jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach. Pal licho, że działania wyglądają na chaotyczne (kuriozum: w projekcie ustawy autorzy skreślają na przykład przepis ustawy o ruchu drogowym, który od miesiąca już nie obowiązuje). Pal licho, że angażuje się legislacyjną machinę w sprawach błahych (np. spawaczy i mechaników wiertni w kopalniach). Pal licho, że wczytując się w projekt bez trudu można znaleźć pozorne działania deregulacyjne, ot choćby praktycznie likwiduje się dotychczasowe wymagania w stosunku do bibliotekarzy na wyższych uczelniach tylko po to, by zaraz niżej wyposażyć te same uczelnie w nieograniczone niczym prawo nakładania dodatkowych wymogów. Przypuszczam, że przy bardziej wnikliwej lekturze takich ciekawostek znajdzie się więcej. Nasi legislatorzy z reguły nie grzeszą starannością i przezornością. Chodzi o coś zupełnie innego – po prostu nie wierzę w szczerość intencji takich deregulatorów. Z kilku zresztą powodów. Po pierwsze, wiadomo że każda próba deregulacji spowoduje protesty tych wszystkich, w których interesy godzi. Protesty owe mogą przyjmować różne formy. Niektórzy pokrzyczą, nakreślą przyszłość w najczarniejszych barwach, być może będą próbowali szukać poparcia różnych sił politycznych, ale w gruncie rzeczy i tak nic z tego nie wyniknie. Jednak są takie grupy interesu, jak na przykład taksówkarze, którzy tanio nie oddadzą swoich przywilejów. Już wielokrotnie w przeszłości organizowali protesty, których uciążliwość powodowała, że odstępowano od prób zmiany ich statusu. Nie przypuszczam, żeby tym razem było inaczej, wprost przeciwnie, jestem niemal pewny, że dojdzie do awantur nie ustępujących tym wszczynanym przez pseudokibiców. Nie wiem, jak ambitne są zamierzenia deregulacyjne rządu, ale coś mi mówi, że znajdą się inni „obrońcy”, równie jak oni krewcy, i awantur może być więcej. Na tyle dużo, że w pewnym momencie premier powie „sorry, staraliśmy się, ale sami widzicie że to nie nasza wina”, czyli nastąpi dokładnie to samo, co w chwili obecnej dzieje się z zamiarem podwyższenia wieku emerytalnego (PO chce dobrze, ale zły PSL nie pozwala). Ktoś, kto naprawdę chce dokonać otwarcia zamkniętych profesji, powinien raczej zacząć od zmian najmniej kontrowersyjnych i powoli, aczkolwiek systematycznie posuwać się do przodu. A co robi rząd? Wziął na warsztat profesje, o których z góry powinien wiedzieć, że będą stawiać zaciekły opór. W ten sposób od razu na wstępie naraża się na fiasko swoich planów. Naiwność? Nie sądzę, raczej wyrachowanie. A może jest jeszcze gorzej? Celowo wywołuje się awanturę, która ma stworzyć zasłonę dymną, bo tak naprawdę nikt zmian nie chce, albo główny cel jest zupełnie inny. Nie słucham plotek, ale coraz głośniej mówi się o planach zmiany konkordatu, związkach partnerskich, zmuszeniu przedsiębiorców do stosowania parytetu płci w swoich firmach i kilku jeszcze równie „genialnych” i „niezbędnych” zmianach. Przewaga PO w parlamencie topnieje, więc może czas zacząć umizgi do obozu Palikota? Po drugie, dziwi pewna niefrasobliwość deregulatorów. Czy drastyczne obniżenie wymagań w przypadku egzaminatorów nauki jazdy rzeczywiście jest konieczne? Fakt, przyniesie korzyść tym, którzy egzaminatorami chcą zostać (a swoją drogą ciekawe, ilu takich jest), ale już niekoniecznie uczestnikom ruchu drogowego, którzy będą musieli się zmierzyć z kierowcami, których tacy egzaminatorzy dopuszczą do ruchu. Może przesadzam. A może nie. Niepokojące są natomiast informacje i plotki o następnych uwalnianych profesjach, na przykład masażystów, kontrolerów lotów, podobno coraz głośniej mówi się o zamiarze znacznego skrócenia praktyk i staży lekarskich. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko plotki. Po trzecie, można znaleźć zmiany wręcz niebezpieczne. Cóż z tego, że łatwiej będzie uzyskać koncesję na świadczenie usług detektywistycznych, skoro jednocześnie wyłącza się przedsiębiorcę świadczącego takie usługi spod działania ustawy o swobodzie działalności gospodarczej w zakresie kontroli działalności gospodarczej. Znaczy to, że kontrolerzy nie muszą go zawiadamiać o zamiarze wszczęcia kontroli, że kontrola może trwać nieskończenie długo i że nie ma żadnych ograniczeń co do ilości kontroli w jednym czasie. Pewnie chodzi o to, żeby się takim przedsiębiorcom w głowach nie poprzewracało z nadmiaru szczęścia. Powód czwarty dotyczy wyłącznie profesji prawniczych. Generalnie obniża się znacząco wymagania wobec kandydatów do wykonywania zawodów prawniczych – skraca się czas aplikacji i upraszcza egzamin końcowy, ograniczając go wyłącznie do rozwiązania tzw. kazusu (zadania praktycznego), znosi się także test sprawdzający znajomość przepisów prawa, a więc ogólny cel przyświecający deregulatorom znajduje potwierdzenie i w tym przypadku. Chodzi po prostu o ułatwienie wchodzenia do zawodu nowym osobom. Nie ma natomiast żadnej gwarancji, że będą to osoby dobrze przygotowane do wykonywania zawodu. Jeżeli porówna się system kształcenia studentów prawa na przykład w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, różnice widać gołym okiem. W czasie trwających trzy lata studiów prawniczych, amerykański student przedmioty obowiązkowe zdaje tylko na roku pierwszym, później przedmiotów obowiązkowych już nie ma. Wszystkie przedmioty nauczania są przedmiotami typowo prawniczymi, nie ma miejsca np. na ekonomię, języki i inne – tych uczy się w koledżach. Każdy indywidualnie wybiera sobie to, co uznaje za potrzebne w przyszłej karierze i są to przede wszystkim przedmioty o charakterze praktycznym, które są wymagane na egzaminie adwokackim. Ponadto każdy student musi w trakcie studiów odbyć semestralną praktykę w sądzie, firmie prawniczej czy agencji federalnej. Mają również do dyspozycji szeroką ofertę kursów specjalistycznych o typowo zawodowym profilu (np. praktyka adwokacka na różnych szczeblach, inscenizacje procesów sądowych itp.). Całkiem często najlepsi z nich z marszu zdają egzamin adwokacki i mogą występować w sądzie. Mniej pilni i zdeterminowani potrzebują na to więcej czasu, ale z reguły niewiele więcej. Pomimo to w USA ciągle się słyszy, że praktyki podczas studiów jest wciąż za mało. Warunkiem dopuszczenia do wykonywania zawodu jest zdanie egzaminu adwokackiego (bar exam), a więc zawód prawnika jest także licencjonowany. Organizuje go agencja rządu stanowego (stanowy sąd najwyższy – osobiście albo delegując to uprawnienie na adwokaturę stanową). Egzamin taki, składający się z co najmniej dwóch części, w tym testu, jest odpłatny i bardzo trudno go zdać, gdyż pomyślny wynik ma stanowić gwarancję, że przyszli prawnicy będą spełniać wysokie standardy profesjonalne. A jak wygląda to w Polsce? Co do zasady, absolwenci nie mają żadnego przygotowania praktycznego. Co więcej, programy nauczania są w znacznym stopniu obciążone przedmiotami, których związek z prawem jest dyskusyjny (np. archeologia prawa, socjologia prawa, przedmioty historycznoprawne). W prywatnych rozmowach wielu pracowników akademickich przyznaje, że dzisiaj dopiero doktor odpowiada poziomowi magistra sprzed lat kilkunastu i więcej. Nie istnieją żadne rozsądne limity przyjęć na studia, w efekcie na roku kształci się często ponad tysiąc osób. Ponieważ znaczna ich część za studia płaci, uczelnie są zainteresowane, by jak najwięcej z nich studia skończyło, bo to ma przełożenie na stan finansów uczelni. Dawno minęły już czasy, gdy na roku na wydziale prawa było sto kilkadziesiąt osób, którym wykładowcy mogli poświęcać dużo czasu, a dziekan znał niemal wszystkich studentów. Teraz w tłumie nierzadko grubo ponad tysiąca osób nie ma szans osiągnięcia podobnego poziomu edukacji. Skoro tak, to dlaczego jeszcze się skraca okres szkolenia (aplikacji), jeżeli absolwenci wydziałów prawa nie mają żadnej praktyki, a ich wiedza teoretyczna jest zbyt ogólna? Dlaczego co rusz podejmuje się próby wyrzucenia z sądów odbywających w nim praktykę aplikantów adwokackich, radcowskich i notarialnych? Dlaczego obniża się wymagania na egzaminach kończących aplikacje? Zważmy, że dwie prawnicze profesje pozostają zupełnie zamknięte: sędziowie i prokuratorzy. Teoretycznie zamknięte nie są, gdyż aplikację (tzw. aplikację ogólną) kandydaci odbywają w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury. Egzamin do tej szkoły uchodzi za bardzo trudny. Szkoła została powołana ustawą, a koszty jej funkcjonowania pokrywa całkowicie budżet państwa (aplikacje w korporacjach prawniczych finansują samorządy prawnicze ze składek swoich członków!). Władze tej szkoły nie szczędzą środków (także przede wszystkim budżetowych) na zapewnienie wysokiego poziomu kształcenia. Nauka w szkole trwa rok i kończy się po zaliczeniu wszystkich egzaminów i praktyk. Po ukończeniu nauki kandydat może się ubiegać o przyjęcie na aplikację sędziowską lub prokuratorską. O tym, czy tak się stanie, decyduje ilość miejsc na aplikacji, którą co roku ustala minister sprawiedliwości. Aplikacja w przypadku sędziów trwa 4,5 roku, prokuratorska 2,5 roku (jak by nie patrzeć, znacznie dłużej niż aplikacje w pozostałych zawodach prawniczych). W jej trakcie (sędziowie w 30. miesiącu) lub na koniec (prokuratorzy) aplikanci mają zdawać dwuczęściowy egzamin pisemny i ustny (a więc obszerniejszy niż w innych zawodach). Ponadto przyszły sędzia musi jeszcze odbyć dwuletni staż na stanowisku asystenta sędziego i referendarza sądowego, zanim będzie mógł się ubiegać o nominację sędziowską. Policzmy więc: dwa i pół roku w szkole oraz dwa lata praktyki to razem cztery i pół roku przygotowania do zawodu. W dodatku za publiczne pieniądze, bo każdy ze słuchaczy szkoły dostaje (w każdym razie dostawał) 3.800,00 zł stypendium. Aplikant adwokacki, radcowski i notarialny będzie się uczył tylko dwa i pół roku, sam musi płacić za naukę i nie ma gwarancji, że odbędzie praktykę w sądzie. Wymagania stawiane na egzaminach końcowych aplikacji niesędziowskich co roku są obniżane, o ostatnim egzaminie w szkole krajowej wszyscy mówili, że był wyjątkowo trudny. Kontrowersje w środowiskach prawniczych budzi niezależność Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Krytycy powszechnie wskazują, że to minister sprawiedliwości ma decydujący wpływ na kształcenie i dobór sędziów. Środki na funkcjonowanie szkoły także pochodzą z budżetu państwa (według takich zasad jak publiczne szkoły wyższe). Można wręcz zaryzykować twierdzenie, że to władza administracyjna kształci funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości, kształtuje ich według swoich potrzeb, limituje ściśle ich liczbę i w przyszłości może żądać, by działali na jej korzyść. Złośliwi nazywają szkołę „szkołą janczarów”. Czyż nie narusza to fundamentalnej zasady trójpodziału władzy? Przesadzam? Proszę przyjrzeć się wielu kuriozalnym orzeczeniom sądów administracyjnych, powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego (choćby sławetne orzeczenie, że do kosztów prowadzenia działalności gospodarczej można zaliczyć koszt tylko tych rozmów telefonicznych, w efekcie których doszło do powstania przychodu). Rodzi się podejrzenie, że działania rządu w stosunku do zawodów prawniczych są niczym więcej jak zamachem na prawa i wolności nas wszystkich. Czy nie chodzi przypadkiem o to, aby obywatel nie mógł korzystać z pomocy profesjonalnych obrońców, radców i notariuszy wtedy, gdy będzie dochodził swoich praw albo dysponował swoim majątkiem? Obywatelami bezbronnymi łatwiej się rządzi. Gdyby ministrowi naprawdę zależało na otwarciu zawodów to czyż nie powinien dążyć do likwidacji wszystkich aplikacji? W pierwszym rzędzie powinien zadbać o jakość kształcenia studentów prawa i to powinno być jednym z głównych przedmiotów jego zainteresowania.  Kandydaci do zawodów prawniczych musieliby zdawać jeden wspólny egzamin, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli uznają, że brakuje im praktyki, musieliby terminować np. w kancelariach prawnych, urzędach i w administracji, zanim podejdą do egzaminu. Po jego zdaniu natomiast mogliby wykonywać dowolny zawód prawniczy. Sędziowie i prokuratorzy powinni być rekrutowani z prawników zawodowo czynnych, a ich wyboru dokonywałaby głowa państwa spośród kandydatów z listy ustalonej na przykład przez organizacje samorządowe czy zawodowe prawników, prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Mam niejasne podejrzenie, że taki model byłby skuteczną zaporą przed pokusą zdominowania władzy sądowniczej przez władzę administracyjną i ustawodawczą. W przeciwnym razie naszą przyszłość widzę w czarnych barwach. Mój niepokój rośnie, gdy czytam entuzjastyczne opinie o propozycjach zmian pochodzące z naszej strony sceny politycznej. Niektóre wręcz kuriozalne, jak na przykład ta, że po co taksówkarz ma wykazywać się znajomością miasta, gdy jest GPS albo drogę do celu zna klient tego taksówkarza! (naprawdę, coś takiego napisał jeden, zdawałoby się rozsądny, redaktor poczytnego dziennika). Błagam, nie pozwólmy, aby dyskusję w tak ważnej kwestii zdominowali ludzie, którzy noszą zbyt mały rozmiar kapelusza, albo tacy, którzy nie zadają sobie trudu, przewidywania skutków różnych działań. Jak twierdzi Weaver, „idee mają konsekwencje”. Trzeba widzieć, jak twierdzi Bastiat, również to, czego nie widać. Sławomir Kowalczyk

Debata na temat kryzysu – relacja z PAFERE Liberty Weekend 2011

Zapraszamy do obejrzenia relacji z panelu dyskusyjnego poświęconego kryzysowi finansowemu. Dyskusja miała miejsce podczas tegorocznej edycji PAFERE Liberty Weekend, która odbyła się w dniach 22-23 października w Czeszowie. Wzięli w niej udział prof. Victor Claar (Instytut Actona, USA), Piotr Wojda (Mennica Wrocławska), Bogdan Dąbrowski (TV Biznes). Dyskusję moderował prof. Witold Kwaśnicki (Uniwersytet Wrocławski). Rolę tłumacza pełnił prof. Henryk Krzyżanowski.

Archipelag polskości – relacja wideo z debaty patriotycznej

Myli się ten, kto sądzi, że miłość do Ojczyzny to relikt przeszłości i domena tylko i wyłącznie ludzi starszych. 8 listopada 2011 r. ponad 200 osób wypełniło po brzegi aulę w gmachu głównym SGH, by uczestniczyć w debacie pod hasłem „Co dziś znaczy polskość?”. W gronie prelegentów znaleźli się: prof. Andrzej Zybertowicz, red. Rafał Ziemkiewicz oraz ks. Bogdan Bartołd, a organizatorem wydarzenia było Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Warszawskiej oraz Akademickie Stowarzyszenie Katolickie „Soli Deo”.

Prawica też potrafi wygrywać

W obliczu kolejnej wyborczej klęski polskiej prawicy, która po raz kolejny nie dostała się do parlamentu i uzyskała 1,06 % i 0,2 % poparcia, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego znów przegrała? Dlaczego i tym razem nie udało się wpłynąć na wyborców, by oddali głos właśnie na nich? Oczywiście jedno z prawicowych ugrupowań ma prawo czuć się pokrzywdzone przez Państwową Komisję Wyborczą, ale nie zmienia to faktu, że nawet przy możliwości głosowania na tę formację w całym kraju, ich partia raczej nie przekroczyłaby progu 5 %.
W czasach nam współczesnych prawica nie ma dobrej prasy. Zarówno w Polsce, jak i na świecie. Dziś coraz częściej promuje się organizacje lewicowe, które domagają się praw dla gejów, lesbijek, a prawicę bardzo często postrzega się jako bojówkarzy, kiboli, neonazistów. Mimo takiej opinii, nie należy się zniechęcać. Prawica wbrew pozorom nie musi być na straconej pozycji. Nim przejdziemy do konkretów, ustalmy czym jest prawica. Charakteryzuje się przede wszystkim poszanowaniem dla własności prywatnej. Prawica jest liberalna pod względem gospodarczym i bardzo często konserwatywna pod względem światopoglądowym. Prawica szanuje prawo. Czy w dzisiejszych czasach można spotkać państwo, które realizuje wszystkie powyższe założenia? Raczej nie, ale niektóre ze wspomnianych postulatów są realizowane teraz – w XXI wieku. A więc wbrew pozorom w czasach dominacji lewicy można realizować prawicowe programy. Jak to zrobić? Przede wszystkim należy grać według takich zasad, jakie obecnie panują. Przyjrzyjmy się zatem, jak to robiło Stronnictwo Narodowe w okresie międzywojennym, do którego obecna polska prawica tak często się odwołuje. „Każda marka dana żydowi zwróci się przeciw Polsce!” A cóż to za nietolerancyjny slogan! Proszę sobie wyobrazić, że pochodzi on z endeckiej gazety „Kurier Poznański” z 4 stycznia 1922 r. Proszę sobie także wyobrazić, że ten „Kurier” był jak na owe czasy bardzo szanowaną gazetą, którą czytało wiele osób. Nic dziwnego, w końcu przedwojenna Wielkopolska była powszechnie uważana za bastion Narodowej Demokracji – największej polskiej organizacji prawicowej. A teraz proszę sobie wyobrazić, że ten slogan nagle pojawia się w najnowszym numerze np. „Rzeczpospolitej”. Czy gdyby takie sformułowania w „Rzepie” pojawiały się częściej, to gazeta zyskałaby nowych czytelników? Możliwe, że paru by zyskała, ale automatycznie straciłaby swoich dotychczasowych wielbicieli. W konsekwencji „Rz” przestałaby istnieć, bowiem nikt by jej nie kupował. Wnioski – polska prawica w dwudziestoleciu międzywojennym potrafiła dostosować się do warunków politycznych, jakie wtedy panowały. W Europie coraz częściej do władzy dochodzili ludzie, którzy za całą złą sytuację ekonomiczną obarczali Żydów. Stąd w wielu państwach ówczesnej Europy do władzy dochodziły ruchy narodowe głoszące, że tylko prawdziwi Włosi zapewnią dobrobyt Włochom, tylko prawdziwi Niemcy wyprowadzą państwo niemieckie z kryzysu, tylko Polacy zapewnią Polsce prawdziwą niepodległość. Tego typu hasła w okresie międzywojennym padały na podatny grunt. Społeczeństwo polskie to kupiło. Dowodem na to jest fakt, że Narodowa Demokracja do 1926 r. była największym polskim ugrupowaniem, a nawet po przejęciu władzy przez sanację była najpoważniejszą partią opozycyjną. Dziś jednak żadna szanująca się partia, która realnie myśli o przejęciu władzy nie może używać takiej retoryki, jaką używali endecy przed II wojną światową, ponieważ to były zupełnie inne czasy! W XXI wieku partia polityczna, która chce zdobyć władzę nie może mówić, że „każda [złotówka] dana żydowi zwróci się przeciw Polsce”, ponieważ w ten sposób nie zapewniłaby sobie dużej liczby sympatyków. Dziś ludzie słusznie, lub niesłusznie zostali „wytresowani” na tolerancyjnych. Nikt z nas nie organizuje np. bojkotu oglądania programów telewizyjnych Grupy ITI, mimo że prezesem tego Holdingu jest osoba narodowości żydowskiej. Oglądalność TVP nie spadła w żaden sposób, gdy jej prezesem w latach 2006-2007 także była osoba narodowości żydowskiej, która dodatkowo kiedyś była masonem! Dziś zdecydowana większość Polaków nie widzi w tym niczego złego, a więc głoszenie haseł antyżydowskich nikomu nie przyniesie żadnych korzyści. Jak to robi obecnie prawica? Współczesna polska prawica zachowuje się, jakby wszystkie rozumy pozjadała. Członkowie polskiej prawicy uważają się za inteligentnych ludzi, którzy najlepiej wiedzą, jak wyjść z kryzysu, znają odpowiedź na każdy nurtujący Polaków problem społeczny. Polska prawica ma program, ale nie umie go przekazać szaremu zwykłemu obywatelowi, który zazwyczaj jest głupi i nie rozumie niektórych mechanizmów ekonomicznych. Jednak to, że ludzie są głupcami nie oznacza, że należy wprost ich obrażać. Jeżeli znany polityk polskiej prawicy w oficjalnych wystąpieniach zaczyna mówić, że ich partia nie ma wysokiego poparcia społecznego, ponieważ większość wyborców jest idiotami i głosuje na socjalistów, to tym samym popełnia on polityczne samobójstwo. Jeżeli ta sama osoba zaczyna jeszcze kwestionować oficjalne zasady gry, czyli demokrację, to w ten sposób dyskwalifikuje siebie samego z dalszej rozgrywki, tak jak dyskwalifikuje się piłkarza, dając mu czerwoną kartkę, gdy nie przestrzega reguł gry. Nikt nie zastanawia się nad tym, czy demokracja jest słuszna, czy niesłuszna. Skoro są takie reguły gry, to należy je szanować! Obserwując poczynania polskiej prawicy stwierdzam, że ugrupowania te nie do końca dostosowują się do wymogów współczesności. Gdyby endecja w dwudziestoleciu międzywojennym obrażała wyborców, kwestionowała wybory demokratyczne, nigdy nie osiągnęłaby żadnego sukcesu politycznego. Im jednak się udało, mimo że także uważali się za prawicę i też mieli różne zdania na temat ówczesnego ustroju, ale nie mówili o tym głośno. Sukcesy polskiej prawicy w XXI wieku To nie prawda, że w XXI wieku prawica nie ma szans na zdobycie kapitału politycznego. Weźmy taką Ligę Polskich Rodzin, która w 2001 r. pojawiła się w polskim parlamencie. Partia ta osiągnęła wielki sukces nie tylko dzięki jasnemu programowi, ale także dzięki wsparciu ze strony niektórych mediów, w tamtym przypadku Radia Maryja. Ta sama rozgłośnia radiowa wspierała LPR w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 r. Wówczas partia Romana Giertycha była jedyną silną partią prawicową, która sprzeciwiała się wejściu Polski do Unii Europejskiej. Dzięki temu, że Liga Polskich Rodzin nie miała wówczas praktycznie żadnej konkurencji, jeśli chodzi o elektorat uniosceptyczny, partia ta z powodzeniem dostała się do PE. Media o. Tadeusza Rydzyka były jeszcze przychylne dla LPR w 2005 r., dzięki czemu ich ugrupowanie osiągnęło lepszy wynik, niż w wyborach z 2001 r. Później jak wiadomo elektorat „radiomaryjny” przerzucił się na Prawo i Sprawiedliwość. Tym samym partia Romana Giertycha straciła na popularności i w 2007 r. ostatecznie wypadła z gry. Jednak przez 6 lat Liga była obecna w parlamencie, a nawet współrządziła państwem wraz z PiS-em i Samoobroną. Liga Polskich Rodzin dała prawdziwą lekcję dla partii wolnorynkowych. Proszę zwrócić uwagę na to, że LPR miała program, miała też zaplecze polityczne. LPR była wspierana przez media o. Rydzyka. Partia ta wykorzystała swoją sytuację – przekonała przeciwników UE. Oni to kupili i dali partii zwycięstwo. Tak, proszę państwa – właśnie tak dziś prowadzi się politykę. Trzeba znaleźć coś, co będą w stanie kupić wyborcy. Co to może być? Niemalże wszystko! Dla LPR-u była to niechęć do Unii Europejskiej. Dla partii lewicowych może to być wspieranie mniejszości seksualnych. A dla prawicy wolnorynkowej może to być kryzys światowy. Rady dla prawicy wolnorynkowej Czy można wierzyć w to, że po latach klęsk prawicy wolnorynkowej da się jej jeszcze raz spróbować wejść do wielkiej polityki? Jest takie przysłowie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Skoro kiedyś Narodowej Demokracji udało się wywierać wpływ na polską politykę, skoro Liga Polskich Rodzin potrafiła wejść do polskiego i europejskiego parlamentu, to dlaczego nie mieliby tego zrobić ludzie o poglądach konserwatywno-liberalnych? Aby osiągnąć sukces wyborczy, trzeba przede wszystkim zaakceptować reguły gry, czyli demokrację. Należy mówić, że Polacy są wspaniałym i pracowitym narodem, który już nie raz wyciągał kraje Europy zachodniej z tarapatów. Prawica właśnie teraz, w obliczu kryzysu musi mówić o potrzebie uwolnienia przedsiębiorczości Polaków. Prawica musi przekonywać, że nie ma sensu angażować się w politykę Unii Europejskiej, ponieważ ona sama została zbudowana na kiepskich podstawach, o czym przekonujemy się, oglądając każdego dnia relacje telewizyjne z Grecji. Trzeba jeszcze stworzyć, lub uzyskać poparcie od ważnego, ogólnopolskiego medium, które byłoby w stanie promować idee wolnorynkowe, bo tylko dzięki silnej promocji mediów można coś osiągnąć. Narodowa Demokracja miała wiele gazet, jak choćby „Kuriera Poznańskiego”, Liga Polskich Rodzin miała media o. Tadeusza Rydzyka. Które z silnych i wpływowych mediów w Polsce byłoby w stanie poprzeć prawicę konserwatywno-liberalną? Wbrew pozorom są takie media, które mogłyby tę ideę rozpropagować. Polska prawica tyle mówi o powrocie do kapitalizmu, wolnego rynku, krytykując obecne partie władzy za to, że wprowadza socjalizm, nie zauważając tego, że ta tzw. „banda czworga” osiąga polityczne sukcesy, stosując metody kapitalizmu – partie te, podobnie jak sprzedawcy telefonów komórkowych próbują pokazać się ludziom z jak najlepszej strony, walczą o głos, konkurują ze sobą, zupełnie jak w dzikim kapitalizmie. Polska prawica, jeśli poważnie myśli o zdobyciu władzy, musi wciągnąć się w tę rywalizację. Musi po prostu się wyborcom sprzedać, pokazać z jak najlepszej strony. Przekazać swoje racje w taki sposób, aby ludzie to kupili. Nie może być tutaj mowy o żadnym lekceważeniu wyborców, czy demokracji. Tylko pokazując się z jak najlepszej strony ludziom i prezentując je we wpływowym medium można w tych warunkach, czyli w demokracji osiągnąć sukces polityczny. Nie ma innej możliwości, chyba że chce się dorwać do władzy metodami niedemokratycznymi, np. za pomocą wojska. Można próbować w ten sposób, ale będzie to bardzo ryzykowne. Jak na razie jednak demokracja w Polsce ma się dobrze, a więc trzeba zająć się zdobywaniem popularności wśród zwykłych Polaków. Mimo, że zdecydowałem się na krytykę znanych prawicowych polityków, a przede wszystkim Janusza Korwin-Mikkego, nie uważam, że jego dotychczasowa działalność miała jedynie wymiar destrukcyjny. Nie uważam także, że prezes Nowej Prawicy celowo obrażał ludzi, źle wypowiadał się na temat demokracji, by ośmieszyć ideały wolnorynkowe. Takich ludzi jak Korwina-Mikke, czy Stanisława Michalkiewicza uważam za prawdziwych prawicowych ideologów, którzy po prostu brzydzą się manipulacji, okłamywaniu ludzi w celu zdobycia władzy. Jest to oczywiście szlachetna postawa, ale raczej niedająca zwycięstwa w wyborach demokratycznych. Praca, jaką wykonali i nadal wykonują pomogła wielu ludziom, w tym także i mnie zaznajomić się z ideologią konserwatywno-liberalną. Udowodnili oni, że kapitalizm nie jest taki straszny, jak go socjaliści przedstawiają. Prawica wbrew pozorom potrafi wygrywać, nawet w demokracji. Trzeba się tylko do niej przystosować. Dlatego przy najbliższych wyborach parlamentarnych warto zmienić dotychczasową taktykę i stanąć w równej walce z innymi partiami, no chyba że za 4 lata już nie będzie demokracji. Mateusz Teska

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Łukasz Stefaniak, Prokapitalizm.pl

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Łukasza Stefaniaka z portalu Prokapitalizm.pl.
1. Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach? Wkroczyliśmy w okres długotrwałych niepokojów gospodarczych. Wieloletnie zaniedbania w sferze finansów publicznych, inflacyjna polityka banków centralnych, a co za tym idzie nadmierna ekspansja kredytowa i programy rządowe mające pobudzać określony sektor gospodarki, musiały w końcu objawić swoje negatywne efekty. Nie należy spodziewać się uspokojenia sytuacji. Wzrost gospodarczy, jaki obserwujemy w Stanach Zjednoczonych oraz części Europy Zachodniej, składa się w dużej mierze ze sztucznie napompowanych statystyk, generowanych poprzez rozbudowane wydatki publiczne i inflacyjną emisję pieniędzy. Sytuacja na rynkach finansowych pokazuje, że inwestorzy w niedługim czasie spodziewają się powrotu recesji. Kryzys z roku 2008 był efektem interwencji w mechanizmy gospodarcze, a konkretnie wynikał ze zniekształcenia struktury produkcji (błędne inwestycje) na skutek inflacyjnego kredytu generowanego przez banki. Depresja jest środkiem, który usuwa błędne inwestycje i przywraca gospodarkę do jej prawidłowego stanu. W rzeczywistości kryzys zapoczątkowany w 2008 roku nigdy się nie skończył. Został przykryty w sposób sztuczny przez jeszcze większe interwencje. Gospodarka nie zdołała się oczyścić. Wkrótce jednak maska zostanie zdjęta i doświadczymy prawdziwego załamania. Brak jest jednak tym razem instrumentów, które pozwolą przysłonić ten fakt w podobny sposób, jak w ostatnich trzech latach. Z racji olbrzymiego rozrostu deficytu finansów publicznych, niemożliwe okaże się dalsze stymulowanie gospodarki poprzez odgórne procesy. Jedynym rozsądnym wyjściem będzie jej uzdrowienie poprzez zaakceptowanie recesji. Alternatywa to pogrążenie gospodarki w jeszcze większych tarapatach, poprzez dalszy dodruk fiducjarnych pieniędzy. Scenariusz ten jest prawdopodobny z uwagi na krótkowzroczność elit wyłanianych w wyniku coraz bardziej nieograniczonych procesów demokratycznych. To jednak także nie może trwać wiecznie. Za rogiem czai się bowiem inflacja cen, która zawsze bardzo silnie oddziałuje na nastroje społeczne. Trudno jest oszacować, czy recesja w statystykach objawi się już w przeciągu najbliższych kilku miesięcy, jednak niezależnie od tego z pewnością nie ujrzymy w tym czasie stabilizacji. 2. Jak potoczy się sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych, w krajach strefy euro (czy wspólna waluta przetrwa?), w Polsce, w Azji? Stany Zjednoczone Jedyną receptą na kryzys gospodarczy, stosowaną przez obecną administrację amerykańską do spółki z Rezerwą Federalną, jest skup przez tę drugą obligacji rządowych za nowo wydrukowane bez żadnego pokrycia pieniądze. Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwoma dużymi pakietami takich działań zwanymi „luzowaniem ilościowym” (QE1 i QE2). Pogarszające się wskaźniki gospodarcze, jak też zbliżające się wybory prezydenckie, skłonią do przeprowadzenia trzeciej tury „luzowania ilościowego” (QE3) lub czegoś bardzo zbliżonego do niej w swoich założeniach. Podobnie jak w przypadku QE1 i QE2, nie da to odpowiednich efektów we wskaźnikach gospodarczych, za to znacząco zwiększy ryzyko wystąpienia poważnej inflacji cen. Warto odnotować, że w obecnej chwili obserwujemy efekty inflacyjne QE1. Przy obliczaniu indeksu inflacji cen w Stanach Zjednoczonych pomija się indeksy cen żywności i energii. W rzeczywistości więc inflacja cen jest znacząco wyższa, niż podają to źródła oficjalne. QE2 przełoży się na ceny dopiero w roku 2012 i są mocne podstawy by sądzić, że wzrosty cen produktów używanych na co dzień odnotują gwałtowne przyspieszenie. Efekty QE3 ujrzymy dopiero po ok. dwóch latach od momentu jego rozpoczęcia (przypuszczalnie będzie to rok 2013). W zależności od wielkości trzeciego „luzowania ilościowego”, inflacja cen może dobić nawet do kilkudziesięciu procent. Strefa euro Głównym problemem strefy euro jest kryzys finansów publicznych. Można z pewnością powiedzieć, że przynajmniej dwa kraje zostaną dotknięte bankructwem: Grecja i Irlandia. W wielkim zagrożeniu znajdują się także inne (m.in. Portugalia, Hiszpania, Włochy, Belgia). Strefa euro nie przetrwa w takiej formie, w jakiej jest obecnie. Nawet jeśli Europejski Bank Centralny zastosuje podobne środki, co jego amerykański odpowiednik, to w dłuższej perspektywie pogorszy to jedynie sytuację. Strefa euro rozpadnie się, ale niewykluczone jest, że część krajów będzie chciała pogłębić integrację. Należy pamiętać, że recesja gospodarcza, która nadejdzie, z pewnością pogrąży jeszcze bardziej finanse publiczne wielu europejskich krajów, co może wywołać efekt domina. Jeśli waluta euro nie zostanie porzucona przez rynki, to prawdopodobnie utrzyma się co najmniej w Niemczech i Francji. Ostatecznie jednak euro okaże się błędnym eksperymentem, na którym najwięcej stracą zwykli ludzie. Polska Polska posiada w swojej Konstytucji limit zadłużenia. Wynosi on 60% PKB. Poziom 55% PKB to próg ostrożnościowy, który zostanie przekroczony w tym lub kolejnym roku. Nie pomoże tutaj nawet kreatywna księgowość stosowana przez ministra finansów Jacka Rostowskiego. Jest to sytuacja nie do uniknięcia biorąc pod uwagę koniunkturę światową. Odpowiedzią na ten stan rzeczy będą musiały być cięcia budżetowe. Nie będą one jednak na tyle duże, żeby uniknąć podwyżek podatków. Zobaczymy festiwal nowych pomysłów na to, jak wydusić kolejne gorsze z sakiewek obywateli. Równolegle do tego, zakręcany będzie stopniowo kurek z dotacjami unijnymi, które mają duży udział w podbijaniu statystyk naszego PKB. W oddali widać także problemy wywołane sytuacją demograficzną naszego kraju. To prosta droga do załamania się systemu emerytalnego, a co za tym idzie pogrążenia starszych ludzi w nędzy, z której nie będą w stanie wyjść samodzielnie. Doraźnie stosowana polityka przeczekania problemów do następnych wyborów w końcu odbije się na sytuacji gospodarczej Polski. Jedyne koło ratunkowe (prywatni przedsiębiorcy) jest duszone przez kwestie biurokratyczne oraz koszty pracy. Nie widać żadnych zdecydowanych kroków w kierunku umożliwienia im swobodnej działalności. Tłumi to potencjał całego kraju i spowolni to powrót gospodarki na ścieżkę rozwoju w momencie wystąpienia recesji. Azja Wielu obserwatorów zdaje się zapominać, że Chiny nie są wcale odporne na cykle koniunkturalne, generowane przez interwencje gospodarcze instytucji państwowych. Boom gospodarczy, który obecnie tam obserwujemy jest oczywiście w dużej mierze efektem niskich kosztów pracy oraz mniej rozbudowanego niż w UE aparatu socjalnego. Z drugiej jednak strony, mocno przyczynia się do niego także ekspansja kredytowa realizowana przez tamtejszy rząd. Niewielu wspomina o tym, że Chiny również kreują pieniądze z niczego. Sektor bankowy pompował swoje kredyty głównie w inwestycje infrastrukturalne. Prym wiodły naturalnie nieruchomości. Wszystko wskazuje na to, że została tam wykreowana bańka spekulacyjna, która musi w końcu pęknąć i pociągnąć za sobą całą gospodarkę, podobnie jak stało się to w Stanach Zjednoczonych. Nie pozostanie to oczywiście bez wpływu na pozostałą część świata. 3. Czy świat istotnie stoi w obliczu kryzysu gospodarczego a jeśli tak, to jaki przyjmie on charakter, jak długo może trwać, jakie mogą być jego konsekwencje i jak zmieni się świat po jego zakończeniu? Świat stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu gospodarczego od zakończenia II wojny światowej. Nigdy wcześniej w tak wielu krajach naraz, nie skumulowała się tak duża liczba błędów w polityce gospodarczej. Co istotne, żyjemy obecnie w czasach, kiedy perturbacje w jednym kraju, mają wpływ na całą gospodarkę światową. Zbliżający się kryzys może przyjąć trzy wymiary niemal jednocześnie: kryzys gospodarczy (recesja), kryzys finansów publicznych (zadłużenie), kryzys walutowy. Wszystkie te wymiary są ze sobą ściśle powiązane. Odpowiedzią wielu krajów na kryzys gospodarczy z 2008 roku było zwiększenie wydatków publicznych, co spowodowało duży wzrost deficytu budżetowego. Teraz jedynym ratunkiem przed kryzysem finansów publicznych, jest według rządzących dalsze drukowanie pieniędzy z powietrza, co w perfidny sposób pozwala spłacić mniejszą rzeczywistą wartość zadłużenia, ale prowadzi do spadku wartości pieniędzy używanych na co dzień przez zwykłych ludzi. Ma to swoje odbicie w inflacji cen. Obecnie dwie znaczące waluty stoją w obliczu kryzysu: dolar i euro. Obie jednak z nieco innych powodów. QE3 może wywołać masowy brak zaufania do dolara, co spowoduje odwrót od tej waluty na korzyść jakiejś innej. Wśród administracji amerykańskiej i Kongresu nie widać woli zaprzestania masowego psucia dolara. Nawet gdyby QE3 nie było, to inflacyjna polityka FED doprowadzi do stopniowej degradacji tej waluty. Nagły kryzys walutowy w przypadku dolara może pojawić się w 2013 roku. Jeżeli bliższy prawdy okaże się stopniowy jego rozwój, to doświadczymy go w pełni około roku 2020. Warto pamiętać, że dolar jest główną światową walutą rezerwową, więc konsekwencje tych perturbacji odczuje znaczna część świata. W przypadku waluty euro, sam fakt rozpadu strefy euro może wywołać kryzys walutowy. Nie jest potrzebne w tym przypadku masowe psucie pieniądza. Brak zaufania inwestorów do waluty pojawi się nawet w sytuacji wyjścia ze strefy euro jednego lub dwóch krajów. Trzeba jednak nadmienić, że trudno jest przewidzieć reakcje na kryzys walutowy, w sytuacji gdy występuje on w przypadku dwóch znaczących walut. Pewne jest jednak to, że czekają nas dalsze wzrosty cen metali szlachetnych takich jak złoto i srebro. Spadająca wartość walut oraz fakt, że złoto uważane jest za bezpieczną przystań, doprowadzi do dalszego wzrostu jego cen. Możliwy jest pewien spadek w momencie pojawienia się recesji gospodarczej (w stosunku do papierowych walut, a nie spadek rzeczywistej wartości), ale w dłuższej perspektywie trend będzie zachowany. Wobec kryzysu dolara i euro, nie można wykluczyć prób stworzenia jednej waluty używanej w rozliczeniach międzynarodowych w większej części świata. Jeżeli byłaby to waluta papierowa, to otworzyłaby drogę do nieograniczonej liczby nadużyć. Oparcie jej na parytecie złota mogłoby jednak być korzystne, ale zależy to od konkretnie przyjętych rozwiązań. Należy nadmienić, że przed wiekami złoto było używane jako waluta w znaczącej części świata. Kryzys tej skali pociągnie za sobą konsekwencje polityczne. Jednym z najbardziej spektakularnych może być wojna, ale nie w jej tradycyjnym rozumieniu. Chodzi tutaj raczej o wojnę pomiędzy rządzącymi, a rządzonymi. Już teraz możemy obserwować olbrzymie niepokoje społeczne. W skrajnym przypadku może dojść do załamania się systemu demokratycznego w niektórych krajach Europy. W praktyce oznaczałoby to jednak zwiększenie, a nie zmniejszenie socjalizmu, który jest źródłem problemów. Możliwe są także różne napięcia na arenie międzynarodowej. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to przewiduję w dłuższej perspektywie zwrot w kierunku mechanizmów wolnorynkowych. 4. A może kryzys nam nie grozi i gospodarki poszczególnych krajów zaczną już wkrótce odnotowywać wzrosty? Minimalne wzrosty gospodarcze będą się utrzymywać dopóty, dopóki poszczególne państwa będą masowo pompować wykreowane pieniądze w gospodarkę. Recesja jest jednak nie do uniknięcia i z pewnością wystąpi. Jest to cecha charakterystyczna cykli koniunkturalnych, generowanych przez interwencje gospodarcze. 5. Jak przeciętny Kowalski powinien przygotować się na ewentualny kryzys? Jak powinien ulokować swoje oszczędności, jeśli oczywiście takie posiada? Przede wszystkim należy uciekać od papierowych pieniędzy. Rzeczy, które będą się z nimi działy, są w dużej mierze nieprzewidywalne. Mowa tutaj głównie o dolarze i euro, choć kurs franka szwajcarskiego pokazuje, że perturbacje mogą dotknąć także inne waluty. Złotówka wydaje się być na razie w miarę stabilna (na tyle, na ile może być stabilny pieniądz fiducjarny) i raczej nie należy spodziewać się kryzysu walutowego w jej przypadku. Recesja gospodarcza z pewnością odbije się także na notowaniach giełdowych. Warto sprzedać akcje, dopóki ich notowania są jeszcze na przyzwoitym poziomie. Metale szlachetne nigdy nie stracą swojej rzeczywistej wartości. Nawet w przypadku załamania się walut papierowych, zachowają potencjał. Dodatkowo ceny złota może podbić ewentualna decyzja o powrocie w Stanach Zjednoczonych do waluty na nim opartej, która w dłuższej perspektywie (do kilkunastu lat) wydaje się prawdopodobna z uwagi na degradację papierowego dolara. Alternatywą pozostają zawsze inwestycje w inne stosunkowo pewne dobra, takie jak np. markowe wina. 6. Jak potoczą się losy polskiej gospodarki i czy jest ona w stanie uniknąć kryzysu? Wszystko zależy od perspektywy czasowej, na jaką patrzymy. Polska nie jest w centrum wydarzeń, więc główny impakt sytuacji światowej może ją ominąć. Siedzimy jednak na bombie z opóźnionym zapłonem, którą nieświadomie sami skonstruowaliśmy (mam tu na myśli głównie demografię). Bez gruntownych reform wolnorynkowych, Polska nie uniknie poważnych problemów w przyszłości. Łukasz Stefaniak Przygotował Paweł Sztąberek

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Kamil Kisiel, Prokapitalizm.pl

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p.Kamila Kisiela z portalu Prokapitalizm.pl.

Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach?

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Marak Łangalis, ekspert Instytutu Globalizacji

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Marka Łangalisa, eksperta Instytutu Globalizacji.
  1. Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach?
W najbliższych miesiącach politycy kilku państw będą nadal zajmować się realnymi problemami spowodowanymi wirtualnym pieniądzem. Można oczekiwać, że wreszcie Grecja zaprzestanie spłaty swojego zadłużenia gdzieś na początku 2012 r. Uruchomi to falę problemów w kilku europejskich bankach, co przełoży się na drobne kłopoty Niemiec i Francji. Ze strony polityków w Europie należy oczekiwać kolejnych debat i spotkań na wysokim szczeblu bez żadnych odważnych decyzji. [caption id="attachment_14278" align="alignright" width="333" caption="Marek Łangalis, ekspert Instytutu Globalizacji"][/caption] Co do samej gospodarki to fabryki będą ciągle produkować, fryzjerzy strzyc, rolnicy zbierać plony i nowe zasiewać, więc w sferze realnej dużo się nie zmieni. Natomiast problemy mogą wystąpić w niektórych bankach, które zaangażowały się w obligacje „bez ryzyka”. Problemy tych banków mogą spowodować odcięcie niektórych przedsiębiorstw od kredytu, co z pewnością przełoży się na jakieś chwilowe perturbacje. Kluczowe jednak będzie nie najbliższe kilka miesięcy, a raczej następne 2-3 lata. Jeżeli nic się nie zmieni i nie zostanie zlikwidowane prawo bankowe (i zastąpione prawem wynikającym z kodeksu handlowego, cywilnego i karnego) to należy oczekiwać jakiejś dłuższej depresji, takiej jak w latach 70. ubiegłego wieku (dość wysoka 6-8 procentowa inflacja połączona z niskim wzrostem gospodarczym i stosunkowo wysokim bezrobociem).
  1. Jak potoczy się sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych, w krajach strefy euro (czy wspólna waluta przetrwa?), w Polsce, w Azji?
Jeśli USA będzie nadal kopiować pomysły europejskie na gospodarkę (wysoki udział podatków, socjalne zabezpieczenia coraz większych grup społecznych) to nie ma cudów – dostosuje się swoim poziomem rozwoju do Europy. A ponieważ jest to wciąż najbogatsze państwo świata więc i skala marnotrawstwa będzie największa. Albo Stany wrócą do korzeni albo pogrążą się w stagnacji, gdzie dwuprocentowy wzrost gospodarczy uważany jest za boom. Euro nie ma teoretycznej możliwości przetrwania w obecnym kształcie. Wspólna polityka monetarna (ustalanie stóp procentowych, rezerw obowiązkowych) dla kilkunastu państw o różnym stopniu rozwoju a nawet różnej kulturze jest nie do utrzymania. To tylko kwestia czasu, kiedy decydenci europejscy zdadzą sobie z tego sprawę. Oby nastąpiło to jak najwcześniej, bo im później tym upadek będzie bardziej bolesny. Azja jest bardzo różnorodna. Jest Japonia z bardzo wysokim długiem publicznym i jest Singapur, ze zdrowymi finansami, niskimi podatkami i dwunastoprocentowym wzrostem gospodarczym za zeszły rok. Jednak jako kontynent w całości jest, obok Ameryki Południowej, jedynym który napędza globalny wzrost gospodarczy. W najbliższej dekadzie ta dominacja Azji powinna się znacząco umocnić, pomimo iż prawdopodobnie powinno dojść do jakiejś korekty w Chinach.
  1. Czy świat istotnie stoi w obliczu kryzysu gospodarczego a jeśli tak, to jaki przyjmie on charakter, jak długo może trwać, jakie mogą być jego konsekwencje i jak zmieni się świat po jego zakończeniu?
Politycy wpędzili świat Zachodu w kryzys. Uwierzono, że państwo wie lepiej na co wydawać pieniądze swoich obywateli. Jeszcze do czasów I Wojny Światowej udział państwa we wszystkich wydatkach składających się na PKB wynosił ok. 10%. Po II Wojnie Światowej było to 25-30%. Jeszcze do 2005 r. tylko nieliczne państwa miały ten współczynnik wyższy niż 45%. Teraz normą staje się 50%. To znaczy, że następuje w pewien sposób ubezwłasnowolnienie ludzi w podejmowaniu samodzielnych decyzji finansowych. Jeżeli państwa nie obetną szybko wydatków, a nie zrobią tego z powodu przyjętych zobowiązań emerytalnych, to czeka nas długotrwała stagnacja, podobna do tej z lat 70. ubiegłego wieku, gdy wydawało się że keynesowski pogląd na gospodarkę już finalnie zbankrutował (nawiasem mówiąc Keyens uważał, że udział wydatków państwa powyżej 30% PKB zagraża już gospodarce, dziś możemy „pomarzyć” o takich czasach). Po latach 70. przyszły lata 80., czas ciężkich reform i wyrzeczeń, które zaowocowały dość stabilnym wzrostem w latach 90. Obecnie może się okazać, że trzeba poczekać na nadejście nowej wolnościowej fali w USA, która da przyczynek do reform i zmiany w myśleniu szczególnie w Europie. Stagnacja może jednak potrwać jeszcze kilka lat.
  1. A może kryzys nam nie grozi i gospodarki poszczególnych krajów zaczną już wkrótce odnotowywać wzrosty?
Nawet jeśli nastąpią wzrosty gospodarcze, to od reform się nie ucieknie. Jak już wspomniałem Singapur zanotował dwunastoprocentowy wzrost gospodarczy, Chiny dziesięcioprocentowy. Normalny świat się rozwija i idzie do przodu nie oglądając się na to co wymyśli prezes FEDu w USA. W Europie chęć lepszej pracy jest tłamszona przez system podatkowy. Jeśli się to nie zmieni, to nadal dwuprocentowy wzrost w Niemczech będzie uchodził za boom gospodarczy, a Polska zaakceptuje czteroprocentowy wzrost jako normalny. Tymczasem potencjał Polaków, tłamszony przez biurokratyczną hydrę, powinien stawiać nas gdzieś w okolicach 8-10% wzrostu rocznie.
  1. Jak przeciętny Kowalski powinien przygotować się na ewentualny kryzys? Jak powinien ulokować swoje oszczędności, jeśli oczywiście takie posiada?
Każdy powinien decyzje inwestycyjne podejmować samodzielnie w oparciu o swoje preferencje do ryzyka i swoją wiedzę. Wiara w cudowne recepty podsuwane przez innych nie służy gromadzeniu efektów swojej pracy.
  1. Jak potoczą się losy polskiej gospodarki i czy jest ona w stanie uniknąć kryzysu?
Polska nie jest w stanie uniknąć spowolnienia gospodarczego, co wynika z tego, że zbliża się fala przechodzenia na emeryturę przez roczniki urodzone w latach 50. ubiegłego wieku. W ciągu 25 lat liczba emerytów zwiększy się o co najmniej 60%. Obecny system podatkowy tego nie dźwignie. Politycy albo będą musieli ogłosić niewypłacalność wobec swoich obywateli, albo przemyśleć rolę państwa. Może się okazać, że ¾ ściąganych podatków będzie przekazywanych emerytom. W długiej perspektywie polska gospodarka zostanie rozsadzona przez żądania emeryckie. Dodatkowo trzeba pamiętać, że żyjemy w demokracji – prawie dziesięciomilionowa rzesza wyborców o podobnych żądaniach będzie najważniejszą grupą, z którą będą się liczyć politycy. By uniknąć kryzysu jaki nas czeka za paręnaście lat, trzeba teraz ostro zakasać rękawy i pracować w pocie czoła, by było z czego płacić emerytury w przyszłości. Zamiast tego mamy jednak politykę „tu i teraz”. To nie wróży niczego dobrego. Co nie znaczy, że przez parę lat nie możemy mieć stabilnego wzrostu gospodarczego na poziomie 3-5%. Marek Łangalis Marek Łangalis jest ekspertem Instytutu Globalizacji Przygotował Paweł Sztąberek

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Damian Kot, ekspert PAFERE

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Damian Kota, eksperta Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE).

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?

Dług publiczny to dziś problem wielu krajów na świecie. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że czeka nas fala kolejnego kryzysu gospodarczego. Inni uważają, że kryzys nam nie grozi jeśli rządy państw i banki centralne podejmą szybkie i odważne decyzje. Dla jednych oznacza to dodruk kolejnych pieniędzy, dla innych ostre cięcia w wydatkach i zaciskanie pasa oraz zaostrzenie polityki finansowej. Bombardowani jesteśmy sprzecznymi informacjami, a prym w wieszczeniu przyszłości wiodą wciąż ci sami analitycy i eksperci ekonomiczni, najczęściej powiązani z bankami bądź innymi instytucjami finansowymi lub rządami. Portal Prokapitalizm.pl dla odmiany pragnie zapytać o opinię, co nas czeka w najbliższej przyszłości, ekspertów spoza głównego nurtu ekonomii, lekceważonego przez mainstreamowe media i spychanego w niebyt. Zwracamy się o ocenę obecnej sytuacji gospodarczej na świecie, w kontekście narastających w poszczególnych państwach długów publicznych, do przedstawicieli instytutów takich jak: Instytut Ludwiga von Misesa Fundacja PAFERE Instytut Globalizacji Centrum im. Adama Smitha Chcemy ich spytać o: 1. Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach? 2. Jak potoczy się sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych, w krajach strefy euro (czy wspólna waluta przetrwa?), w Polsce, w Azji? 3. Czy świat istotnie stoi w obliczu kryzysu gospodarczego a jeśli tak, to jaki przyjmie on charakter, jak długo może trwać, jakie mogą być jego konsekwencje i jak zmieni się świat po jego zakończeniu? 4. A może kryzys nam nie grozi i gospodarki poszczególnych krajów zaczną już wkrótce odnotowywać wzrosty? 5. Jak przeciętny Kowalski powinien przygotować się na ewentualny kryzys? Jak powinien ulokować swoje oszczędności, jeśli oczywiście takie posiada? 6. Jak potoczą się losy polskiej gospodarki i czy jest ona w stanie uniknąć kryzysu? W poniedziałek, 5 września 2011 roku zaprezentujemy pierwszą opinię. Na nasze zaproszenie do Debaty PROKAPA odpowiedział już p. Damian Kot, ekspert Polsko-Amerykańskiej Fundacji Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE). Czekamy na odpowiedzi kolejnych ekspertów a Czytelników naszego portalu zachęcamy do wyrażania własnych opinii w Debacie w formie komentarzy lub artykułów nadsyłanych na kapitalizm@poczta.onet.pl.