Category Archives: Austria

Ludwig von Mises – jak naprawiać gospodarkę w świecie interwencjonistów

Jest bardzo prawdopodobne, że Ludwig von Mises był najbardziej bezkompromisowym, konsekwentnym i pryncypialnym obrońcą klasycznego liberalizmu i gospodarki wolnorynkowej w XX wieku.

Wysłać Rzeplińskiego na nauki do Wiednia

Słowa bywają piękne, ale skuteczne są tylko czyny. Trybunał Konstytucyjny w Warszawie robi wokół siebie wielką wrzawę medialną, ale z tego oratorstwa kompletnie nic nie wynika.

Intelektualiści niemieccy i ich wina za III Rzeszę

Dużo większą winę [niż cały naród i brak negatywnej reakcji zachodniej opinii publicznej] ponoszą pojedyncze, ważne grupy, które wniosły decydujący wkład w dojście narodowych socjalistów do władzy, a wina ta jest tym większa, gdyż chodzi o elity, które nie są usprawiedliwione mechanizmami, które zdobywają tak przemożną władzę nad masami.
Wśród tych grup należy wymienić: 1. Ci, którzy wykoncypowali intrygę 30. Stycznia 1933 (m.in. von Papen i jego pomocnicy, zagrożeni przez skandal „Pomocy dla Prus Wschodnich” [Osthilfeskandal] junkrzy, w spisek zamieszana generalicja i kapitanowie przemysłu jak Thyssen), 2. Krąg Wehrmachtu, który, jak stwierdziliśmy, swoje zawodowe marzenia ulokował w Hitlerze, tym samym marnując każdą okazję do jego obalenia, 3. Kierownicy gospodarki, którzy jak Schacht swoje umiejętności zaprzedali reżymowi z cynizmu, karierowiczostwa albo przez zaślepienie, 4. Członkowie Bundestagu, którzy w marcu 1933 zagłosowali za Ermächtigungsgesetz, 5. Urzędnicy i dyplomaci jak Popitz, Schwerin-Krosigk, Neurath i większość zagranicznego korpusu dyplomatycznego, którzy bez ceregieli oddali się na służbę nowym panom, 6. Ogromna grupa intelektualistów (profesorzy, dziennikarze, artyści i pisarze). Ta ostatnia grupa, o której wyczerpująco napiszemy w następnym akapicie, ponosi najpewniej winę największą, [taką], której nie można wybaczyć w stopniu najwyższym. „Jeśli wybuchnie jakiś masowy ruch, to wtedy chroń nas Panie Boże przed dziennikarzami i profesorami” – Adalbert Stifter, List do Gustava Heckenasta, 1849. Nie ma prawie w Niemczech takiej kasty społecznej, która zawiodłaby w sposób tak karygodny jak ta intelektualistów w swojej całości, z wyjątkiem większej części duchownych katolickich i luterańskich. Ten zawód był dlatego karygodny, ponieważ spowodował paraliż sumienia niemieckiej nacji. Jakie były historyczne korzenie niemieckiego Duchownego Führera, o tym napiszemy w innym rozdziale. Faktycznie rozchodzi się o całe stulecie uzewnętrzniającego się procesu wypaczenia i obłędu, a [w tym podrozdziale] zrobimy krótki szkic jego ostatniej fazy. Musimy zacząć od konstatacji, że narodowy socjalizm byłby nie do pomyślenia bez Minierarbeit (słowo to przypomina polskie potoczne użycie słowa „orka” – przyp. tłum.), która była dziełem całej generacji dekadenckich pisarzy. Wymienić tutaj należy Nietzschego i jego następców, Spenglera „Zmierzch Zachodu” i wiele innych mniejszych duchów (Wilhelm Stapel, Hans Bl­­üher, Franz Haiser, Steding albo Ernst Jünger, który na całe nieszczęście był także utalentowanym pisarzem), którzy (wówczas – przyp. tłum.) niewiele znani zagranicą nie mogą być jednak pominięci, jeśli ktoś chce zrozumieć, jak ten kraj [Niemcy] mógł stoczyć się w przepaść i razem ze swoim duchowym samobójstwem popełnić ostatecznie także samobójstwo fizyczne. Jeśli pominiemy tutaj faktycznych analfabetów partii narodowo-socjalistycznej, musimy wskazać na przemożny wpływ, który wyszedł z kręgów, które co prawda duchowo były mniej wymagające, ale które właśnie przez to, że upowszechniały istotne narodowo-socjalistyczne wyobrażenia w wyperfumowanej formie, znacząco przyczyniły się do tego, aby pomóc dojrzeć niemieckiej młodzieży i niemieckim obywatelom do III Rzeszy. Wzór takiego wyperfumowanego narodowego socjalizmu daje przede wszystkim krąg histerycznych literatów, którzy każdego miesiąca w czasopiśmie „Tat” dostarczali umysłowej brei, gdzie Nietzschego, Spenglera, Sombarta i wszystkich tego rodzaju mieszano ze stylem ruchu młodzieżowego. Autor pisał wtedy pod pseudonimem „Ulrich Unfried” (Friede – uciecha, Unfriede – niepokój – przyp. tłum., w kręgu „Tat” znajdował ekonomista nazywający się Ferdinand Fried i specjalizujący się w narodowym marksizmie – przyp. autor) w serii artykułów w gazecie „Frankfurter Zeitung” (6, 11, 13 września 1931) zwracał uwagę na nieodpowiedzialne podżegactwo kręgu „Tat”. Przypadek chciał, że wraz z pierwszym artykułem gruchnęła wiadomość o zwolnieniu licznych kadr pedagogicznych w pruskich gimnazjach! Bez tej ciężkiej sytuacji materialnej intelektualnego proletariatu nie można zrozumieć zatruwającego działania propagandy „Tat”. I tym większa ciąży na nim odpowiedzialność. Ten tzw. „Krąg Czynu” (niem. „Tat-Kreis” – przyp. tłum.) prezentował styl nieznośnego radykalizmu, któremu nawet faszystowskie Włochy i bolszewicka Rosja wydawały się zbyt liberalne, który nawoływał do nowego zniewolenia osobowości i bezmyślnego posłuszeństwa, wrzaskliwego nacjonalizmu, który ekonomicznie prowadził do czystego obłędu autarkii, irracjonalizmu najgorszego rodzaju, do negacji gospodarczego i społecznego porządku Starego Kontynentu i jego całej cywilizacji. Czynił on kazania na temat mitu nacji, państwa, masy i władzy oraz pogardy dla gospodarczego dobrobytu i zasad, które prezentował; to wszystko w tonie społecznego profetyzmu, chętnie mówiącego o przeznaczeniu i historii – w tonie pychy, którą przebijała tylko ignorancja. Raz napisano tam: „niech żyje barbarzyństwo”, i to była myśl nieustannie tam cyrkulująca. Ponieważ ta „nazistowska szlachta” była zbyt bystra, aby nie dojrzeć, że ich paplanina nie przetrwa żadnej rozsądnej dyskusji, wyniosła ona, całkowicie w późniejszej narodowo-socjalistycznej manierze, niedobór Ratio do naczelnej zasady, podczas gdy walka na argumenty została u nich określona jako „liberalną” fanaberią, co u nich wyglądało na szczyt deprawacji. Od tej przerażającej dla niej walki na argumenty uciekali się do fizycznej przemocy. Taki „antyliberał” (Illiberale), jak to nazwali w innym miejscu, „trwa spokojnie i zamknięcie, ale także pasywnie w sobie, ale też tam, gdzie musi walczyć aktywnie i konfrontacyjnie, sięga po miecz. Miecz jest jedynym argumentem, który nie pasuje do ram liberalistycznego systemu rozsądku i dyskusji. Miecz i pięść!”. Tłumacząc: Odpowiadamy wam tylko kastetem albo pistoletem. Tym, którzy uważają inaczej niż te okazy rzadkiego ducha, trzeba, tak oni uważali, zakneblować usta. Później, kiedy w III Rzeszy, jeszcze więksi brutale zastosowali w praktyce tę zasadę na nich samych, rozpoznali, że nie można kneblowania ust uświęcić jako zasady, nie będąc całkowicie pewnym, kto przy tym kneblowaniu będzie grał aktywną, a kto pasywną rolę. Te kilka wspomnień tego nieświętego okresu mają dać pojęcie atmosfery, która ówcześnie panowała w przewodzących kręgach intelektualnych Niemiec. Takiego rodzaju były siły, które podminowywały fundamenty niemieckiej kultury i przygotowywały następujący chaos. To byli ludzie, których musimy zdenuncjować jako intelektualnych podpalaczy (Brandstifter było oczywiście nawiązaniem do podpalaczy Reichstagu – przyp. tłum). Zanim jednak zagranica pokaże swoje świętobliwe oburzenie na to, należy jej przypomnieć, że i tam nie brakowało kręgów chętnie otwierających się na taką propagandę. Jedną z najbardziej znanych książek „Kręgu Czynu” była obłąkana książka Ferdinanda Frieda pt. „Koniec Kapitalizmu”, którą przetłumaczono na francuski i którą przyjęto we Francji z wielkim aplauzem oraz rozliczni autorzy innych książek w podobnym tonie, którzy zdobywali uznanie w krajach zachodnich. Jeszcze cięższym do zaakceptowania jest fakt pozytywnego odzewu, jaki znalazła książka Carra „Podstawy trwałego pokoju” w Anglii i wszędzie indziej. Jak zauważył Hayek w „Drodze do Zniewolenia” oraz inni bystrzy obserwatorzy, zainteresowanie tą książką wydaje się być w Anglii tylko symptomem dużo szerszego prądu. A Carr jest angielskim profesorem. Także w Niemczech, tak tutaj, gdzie profesor cieszył się wyjątkową pozycją jak nigdzie indziej, to uniwersytety były tym miejscem, z których wsączano truciznę rozpadu, którą po wcześniejszym zapakowaniu i przerobieniu rozpowszechniano wśród szerokich mas. To nie jest miejsce, aby robić tutaj szkic takiego niemieckiego profesora w rozmaitych przedmiotach, który od generacji stawał się własna karykaturą nieprzekupnego duchowego Führera: niemającym pojęcia na temat polityki, ale wyjątkowo pewnym siebie i najczęściej wiecznie mającym zły humor, tego, co w swoim obszarze zazwyczaj był niezłym wyrobnikiem, a często nawet mistrzem, ale który stawał się debilem, kiedy zwracał się ku sprawom życia państwowego i społecznego, takiego typu profesora, który zawsze był gotów, aby być lokajem rządzących, niech by chodziło o ekonomiczne uzasadnienie polityki celnej Bismarcka, o aprobacyjne komentarze polityki zagranicznej polegającej na wymachiwaniu szablą, o propagandę budowy floty, o usprawiedliwienie nieograniczonej wojny podwodnej, a na koniec o poświęcenie ołtarza polityki narodowych socjalistów. Także w tym miejscu chodzi o to, aby opisać ostatnie przystanki tej zdrady ducha i wskazać palcem niewybaczalną winę, którą wielu niemieckich profesorów na siebie ściągnęło, gdyż przygotowało duchowe fundamenty na nadejście narodowo-socjalistycznych hord i później, kiedy narodowy socjalizm wystawił ich odwagę jako duchowych przywódców na próbę, w złej lub dobrej wierze stawiali się gotowi, aby upiększać każdy atak na kulturę, prawo i moralność i przełykać nawet najbardziej absurdalne teorie, albo nawet je powielać. Oskarżenie jest mocne, ale jest ono wypowiadane przez profesora, który w swoich długich latach na uniwersytecie miał okazję studiować typ profesorskiego policastro i obserwować jego przerażający wpływ na akademicką młodzież. On wie ze swojego własnego doświadczenia, jak w tej dusznej atmosferze ciężko mieli mający inne zdanie czy bardziej samodzielni. Akademicka wolność, którą tak starała respektować się Republika Weimarska, była w zasadzie listem żelaznym, który pozwalał na każdą nieodpowiedzialność. W niemieckich uniwersytetach szczególnie żenujące [było] to, że to tutaj chamstwo i zachowanie godne tłuszczy znalazło sobie dobre ujście, przede wszystkim w formie antysemityzmu. Gdy pod koniec XIX. Stulecia Theodor Mommsen tak walecznie prowadził polemikę przeciwko antysemicie Treitschke, tak później takich głosów zabrakło. To, że tylko krótkowzroczna osoba mogłaby zaprzeczać istnieniu poważnej kwestii żydowskiej, i że nawarstwiała się ona właśnie przez ostatnie generacje, nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla tak surowego antysemityzmu, który coraz bardziej panoszył się po niemieckich uniwersytetach. Jak daleko to doszło, musiałem doświadczyć na stanowisku profesora w Marburgu, gdy ściągnąłem na siebie największe cęgi, kiedy podczas ogólnego zebrania profesora próbowałem uświadomić moim kolegom znaczenie żydów dla niemieckiego języka i niemieckiej kultury we wschodniej i południowo-wschodniej Europie. Teraz, kiedy doprowadziło to do takiej tragedii, prawdopodobnie większość niemieckich profesorów pojmie, do czego ta droga doprowadziła. Żeby dać najżywotniejszy przykład atmosfery, która w czasach kiełkowania narodowego socjalizmu panowała na niemieckich uniwersytetach, opowiem o moim kolejnym osobistym doświadczeniu, gdyż w rzeczy samej trzeba było żyć tego czasu w Niemczech, aby w pełni zrozumieć źródło III Rzeszy. Mój raport przenosi do dni tzw. Puczu Kappa (1920), pierwszego powstania w poprzek wszystkich warstw społecznych po I Wojnie Światowej, kiedy jeszcze Republika Weimarska była w stanie zgotować mu szybki koniec. W tych decydujących dniach, na Uniwersytecie w Marburgu, gdzie wówczas studiowałem, powstał komitet złożony z demokratycznych, socjalistycznych i katolickich studentów i wiodących profesorów teologii (Martin Rade, Rudolf Otto, Heinrich Hermenlinck), aby zażegnać niebezpieczeństwo, które groziło ze strony potajemnie uzbrojonych grup studentów reakcyjnego charakteru. Strajkujący przeciwko Kappowi kolejarze podstawili nam specjalnie pociąg, którym pojechaliśmy do dowódcy Reichwehry w Kassel. Na nasze przedstawienie dramatycznego położenia w Marburgu generał dam nam typową odpowiedź, że sytuacja się całkowicie zmieniła, ponieważ w Turyngii wybuchło powstanie komunistów, przeciwko któremu marburdzcy studenci mogliby wystąpić jako pułk. „Czerwone hordy przeciągle mordować i błogosławić ten kraj!” – takie było nowe hasło. Zażądaliśmy zatem, aby wierni rządowi studenci wystąpili w Turyngii jako samodzielna formacja „Volkskompagnie Marburg” – takoż uzbrojona. Tam byliśmy świadkami ohydnej tragedii, która dała nam pojęcie o studenckiej młodzieży, co to później miała nadawać ton w tym kraju. Tam, po zajęciu przemysłowego miasteczka Ruhla, znaleźliśmy całkiem rozumnych komunistów, poświadczono nam, że parę dni wcześniej pewien pułk reakcyjnych studentów pod dowództwem byłego oficera marynarki prusko-junkerskiego pochodzenia uprowadził i podczas transportu zamordował 15 robotników z sąsiedniej wioski. „Uciekli podczas ucieczki” – jak to wtedy cynicznie mówiono. Pomyśleć, że parę dni wcześniej, podczas nocnej warty w Wartburgu, wraz z burmistrzem Cranachem, synem tego Lucasa Cranacha, dyskutowaliśmy pod gwiaździstym niebem o wielkiej niemieckiej przeszłości. Wyjaśniliśmy sprawę ze wszystkich stron, zaalarmowaliśmy opinię publiczną w Niemczech i osiągnęliśmy to, że odpowiedzialni za masakrę zostali podciągnięci pod sąd. Nie tylko jednak ta zbrodnia pozostała bez kary, ale to my i wspomniani profesorowie teologii byliśmy tymi, na których skierowała się nienawiść i pogarda wiodących kręgów profesorskich i studenckich uniwersytetu. Kto wówczas stał po naszej stronie, był naznaczony ciężkim piętnem, ale nie ci studenci, którzy dopuścili się tak ohydnej zbrodni. Ten stan pozostał niezmieniony do nadejścia III Rzeszy, i nic lepiej nie ilustruje zdziczenia, które powstało z tego satanistycznego reżymu. Jeśli dzisiaj profesorowie w Niemczech wmawiają, że nigdy nie wspierali rządu złoczyńców, to niech przypomną sobie chociażby tę „tragedię Mechterstädt”. My jej nie zapomnieliśmy. To tutaj na niemieckich uniwersytetach zawsze było miejsce, gdzie w salach wykładowych  [pielęgnowano] przy każdej sposobności brutalny nacjonalizm, głupią narodową dumę, niepohamowaną nienawiść przeciwko krajom zwycięskiej Ententy i antyhumanistyczną pogardę dla praw narodów. Tutaj w największym zapale podżegano do rewanżystowskiej wojny i tym samym przygotowano triumf narodowego socjalizmu. Tutaj systematycznie chowano młodzież do kłamstwa i braku krytycznego osądu. To Uniwersytet w Berlinie umieścił tablicę z cytatem Invictis victi victuri (Tłum. „Niezwyciężonym zwyciężeni, którzy będą jutro zwycięzcami”), i to był profesor teologii Seeberg, który ją ersonnen. Łatwym do zrozumienia był fakt, że to nauki społeczne miały tę szczególną sposobność, aby dokonać duchowej zdrady i przygotować drogę narodowemu socjalizmowi. W pierwszej linii należałoby wymienić nazwiska jurystów i filozofów. W rzeczy samej było niewiele fakultetów prawa w Niemczech, które nie byłyby w pełni przepełnione duchem bezmyślnego antyliberalizmu, antydemokratyzmu, nacjonalizmu i antysemityzmu – to był duch, który później panował w salach sądowych, który został wprowadzony w życie przez sędziów, urzędników i prawników. To tutaj produkowano trotyl, który miał wysadzić słabe fundamenty budowli Weimarskiej Republiki. To tutaj kuto wszelkie możliwe teorie antyliberalnego państwa totalnego, poczynając od berlińskiego ordynariusza Smenda, który w tym celu wynalazł nazwę „socjologicznego państwa”, przez ordynariusza Bonn Carla Schmitta, który później odegrał taką złowrogą rolę, do wiedeńskiego ordynariusza Othmara Spanna i wiele innych pomniejszych person. Wszystkie te nauki padły na glebę, która została przeorana przez zarówno refleksyjną jak i perwersyjną książkę „Zmierzch Zachodu”, jak i nawożona przez inne dzieła tego rodzaju. Na chwałę ekonomistom można powiedzieć, że w porównaniu z jurystami ich konto win było dużo mniejsze. Można nawet stwierdzić, że w znacznej większości pozostali oni wierni duchowi społecznego oglądu i wszechstronnego rozważania, do czego ta nauka, gdy dba się o jej prawdziwy zmysł do gospodarczych i społecznych celów,  wychowuje w szczególny sposób. Do tego dochodzi jeszcze to, że wówczas młodsza generacja niemieckich ekonomistów z zapałem, oglądem i bezstronnością szukała ponownego połączenia z tradycją ścisłej ekonomicznej teorii, które to połączenie zostało zerwane przez szkołę historyczną. Jeśli w jakimś fachu można było odetchnąć porcją liberalistycznego powietrza, to tutaj, i temu odpowiada pasja, z jaką walczono przeciwko grupie uczonych narodowego socjalizmu, a przede wszystkim z obłędem autarkii. Wyjątki, po części najgorszego rodzaju, przedstawiali wspomniany już tutaj Othmar Spann i przypominający go charakterologicznie i duchowo Werner Sombart, który już podczas końcowego okresu poprzedniej wojny dał popisową próbkę swojego parszywego ducha i charakteru w pamflecie „Handlarze i bohaterowie” (Händler und Helden) [Była to] wzorowa kolekcja ulubionych tez narodowych socjalistów. Im sekundował szereg mniejszych dusz, których oby to nazwiska popadły w zapomnienie. Podczas gdy wśród przedstawicieli medycyny i nauk przyrodniczych częste były przypadki ciężkich wykolejeńców (z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami pojedynczych osób i przedmiotów), a ogólna atmosfera medycznych fakultetów często przebijała tę na jurystycznych, to filolodzy i historycy starali się najdłużej przechowywać dobre tradycje, jakkolwiek tu niestety nie brakowało profesorów, którzy w swojej pracy w zasadniczym zakresie nie wystrzegali się ostrych i nieszczęśliwych wycieczek do polityki. Z pewnością średnia historyków nie negowała zakorzeniania w nowopruskiej tradycji, i z pewnością nie brakowało tu bardów najbardziej tępego nacjonalizmu, co to czuli się epigonami Treitschkego. Niemieckie fakultety historyczne z pewnością nie uratowały się od zatrucia naturalizmem, tendencja zaczynająca się na prof. Ranke (…), który dołożył ciężką cegiełkę do stworzenia atmosfery, który w ogóle narodowy socjalizm uczynił możliwym. W końcu ze świeczką byłoby szukać historyka, który byłby w stanie z uniwersalno-historyczną bezstronnością ocenić rozwój wypadków od 1866 albo w ogóle powstanie i przebieg I Wojny Światowej. Jest jednak ciężko, znaleźć nazwisko rozpoznawalnego historyka, którzy by tak brukowali drogę narodowym socjalistom, jak pojedynczy profesorowie prawa państwowego i filozofii państwa (Dobre pojęcie o wysokim poziomie retoryki niemieckich historyków do 1933 daje „Propylejska Historia Świata” [„Propyl­äen-Weltgeschichte”]. W czasach III Rzeszy z oczywistych względów musiała ona zostać znacznie urobiona). Co w końcu dotyczy filologów, to można wymienić spośród nich wielu, przede wszystkim romanistów i anglistów, o których należałoby mówić pochwalnie. Nie powinno – dajemy tutaj tylko przykład – takiemu Ernstowi Robertowi Curtiusowi zapomniane, że w 1932 swoją książką „Niemiecki duch w niebezpieczeństwie” położył się w poprzek fatalnemu rozwojowi wypadków, a co znaczy taki Karl Voßler, nie trzeba żadnemu znawcy przypominać. Nawet na terenie germanistyki naukowa dyscyplina przetrwała, do której pielęgnacji filologia przecież skłania, a która najlepiej pomaga obronić się przed nacjonalistyczną szarlatanerią. Tutaj [należałoby wymienić] berlińskiego germanistę Konrada Burdacha, który miał odwagę, aby uzmysłowić Niemcom, że w średniowieczu nie posiadali w zasadzie własnej kultury i że mittelhochdeutsche Epika była w zasadzie sztuką translacji z francuskiego. Jednak mimo tych wszystkich jasnych punktów cały obraz wpływu niemieckich profesorów do III Rzeszy pozostaje wystarczająco ciemny, i mamy nadzieję z ich najlepszymi przedstawicielami w konkluzji, że nagromadził się tu ogromny pokład winy. Jednak ta wina staje się wręcz nieskończona, gdy przestudiujemy zachowanie niemieckich profesorów po 1933. Narodowi socjaliści wiedzieli zbyt dobrze, że niemieckie uniwersytety są jedną z najważniejszych pozycji, którą muszą podbić (Röpke nieprzypadkowo używa tutaj niemieckiego czasownika erobern, który w rzeczowniku Eroberung oznacza podbój – przyp. tłum.), jeśli chcą zdobyć niezachwialną władzę nad niemiecką duszą, pozycję, która była niemal na równi z pozycją kościołów. Aby ten cel osiągnąć, nie szczędzili żadnych środków, jeśli ogłupienie lub zaszantażowanie nie pomagało, to próbowano przekonywać lub wysyłać fałszywie pojednawcze gesty. Także i tego sam doświadczyłem. Po tym, jak wiosną 1933 zdymisjonowano mnie z pozycji profesora na Uniwersytecie w Marburgu ogłaszając tym samym „wrogiem ludu”, a bynajmniej nie przez małą część kadry uniwersyteckiej takoż traktowany, podjąłem kroki, które wprowadziły narodowych socjalistów w oczywistą konfuzję. Ani trochę nie prosiłem ich o łaskę, aby zostać z powrotem włączonym w grono „towarzyszy”. Zamiast oczekiwanego przez nich płaszczenia się, wyzywałem narodowych socjalistów do walki na wszelki sposób przy każdej okazji. Wtedy przyszło do mnie dwóch facetów z SS – typy kompletnych wioskowych drabów („Landesknechttypen” nie ma w Polsce dosłownego tłumaczenia, ale użyty polski związek frazeologiczny ma najbardziej spokrewniony pejoratywny wydźwięk – przyp. tłum.). Próbowali mi w kulturalnym tonie wyjaśnić, że moje miejsce znajduje się jednak przy nich. Nie mogłem powstrzymać się, aby z pogardą i szyderstwem posłać ich do diabła, ale kiedy zostali zbici z tropu, pojąłem, że muszę natychmiast udać się na emigrację. Ale jeszcze podczas mojej pierwszego wygnania, podczas którego znalazłem gościnę u moich przyjaciół w Holandii, wyszukał mnie nazistowski emisariusz i wazeliniarsko próbował przekonać mnie do chwalebnego powrotu. W przeciwieństwie do Włoch, gdzie profesorowie waleczenie bronili swoich przekonań odmawiając składania przysięgi na faszystowskie państwo, liczba profesorów wiernych przekonaniom i przez to tracących swoje katedry, była po 1933 wręcz niedostrzegalna. Największa liczba profesorów, którzy zostali zwolnieni z powodu „Ustawy o przywróceniu urzędowości zawodu” (którą w rzeczywistości pogrzebała), padli po prostu ofiarą przepisów rasowych. Nic nie można powiedzieć, co by było, gdyby nie ta okoliczność. Ale jeśli zwrócimy uwagę na zachowanie żydowskich profesorów, którzy uważali, że mają specjalna ochronę poprzez swoje specjalne zasługi i z pogardą wyrażali się o swoich już zwolnionych kolegach, żydowskich i nieżydowskich, to należałoby niestety być jak najbardziej sceptycznym. Co się tyczy niemieckich emigrantów, którzy czuli się rozdzieleni od narodowego socjalizmu tylko przez antysemityzm, to znowu polecić należy gorzkie przemyślenia Hayeka w „Drodze do Zniewolenia”. Ciężko się dziwić temu, że po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów przedstawiciele niemieckiej nauki zachowywali się w taki sposób, który można określić albo tchórzostwem, albo cynicznym oportunizmem albo moralno-duchowym obłędem. Także w tych dziedzinach nauki, które wcześniej wykazywały dużą siłę oporu, dokonało się trzęsienie ziemi, które wyłączyło niemieckie uniwersytety z przeciwwagi dla oficjalnego barbarzyństwa. Wyglądało na to, jakby przechodzono, ponieważ ostatnie rezerwy stały się nieistotne, z wysoko podniesionymi sztandarami do obozu antyducha. Całościowy obraz to prostytucja, plama na honorze historii sukcesów niemieckiej nauki i jeden z najcięższych i najfatalniejszych w skutkach przykładów winy zbiorowej. Na pewno sprawiedliwość wymaga, byśmy wymienili tu jakieś wyjątki od ogólnego potępienia. Także i tutaj trzeba się wystrzegać jakiegoś sumarycznego sądu. Z jednej strony istniał duchowy opór, który tym jaśniej się nam objawia, im bardziej ciemny jest obraz znacznej większości, i który doprowadził do emigracji niektórych mających wielkie zasługi naukowców, jeśli nie do czegoś gorszego, podczas gdy ci, którzy zostali, tym bardziej zajmowali się sobą. Z innej strony całościowy obraz tradycyjnej nauki zostałby zafałszowany, jeśli nie dostrzeglibyśmy ogółu bezużytecznych fanatyków, karierowiczów, dyletanckich prywatnych docentów albo czystych partyjniackich intelektualistów, którzy to wszyscy nigdy nawet nie zaczerpnęli haustu prawdziwej nauki, a którzy rozsiedli się na wytęsknionych stanowiskach profesorskich, którzy przejmowali dla siebie żurnale, którzy dyrygowali naukowymi stowarzyszeniami i którzy reprezentowali niemiecką naukę na zewnątrz. W rzeczywistości na uniwersytetach zdarzyło się w małym wymiarze to, co trafiło niemiecki lud w dużym: Überwältigung poprzez aktywną lub pasywną współwinę i gdzie ofiar tego nie sposób oddzielić od sprawców. Wszystko to nie zmienia jednak nic w tym, że całościowy obraz był koszmarny. W szczególności dotyczy to nierzadkich przypadków, kiedy wcześniejsi socjaliści, demokraci czy liberałowie nie tylko żałośnie kapitulowali, ale także ochoczo wstępowali we wrogie szeregi, następnie szukając pozbawionego czci i honoru sposobu na zapomnienie o swojej przeszłości. Nie można tutaj nie wspomnieć o tych tragicznych wykolejeńcach, którym to wcześniejszym demokratom należy dla obrazu przeciwstawić marburdzkiego jurystę Alfreda Manigka, który przeciwstawił jurystycznym dyletantom narodowo-socjalistycznego reżymu chwalebną tradycję prawa rzymskiego. Także berliński filozof Eduard Spranger zasługuje tutaj na wzmiankę, z tymże zastrzeżeniem, że i on w początkach III Rzeszy okazał chwiejną postawę. Wedle naocznej relacji szwajcarskiego świadka, miał on niedawno na gruzach Berlina wygłosić wykład o  „Sokratesie i Platonie”, który zaczął następującymi słowami: „W środku tej światowej pożogi niechaj myśli nasze przystaną przy osobowościach antyku, które do dzisiaj jawią się nam świecącymi w ciemnościach przykładami. Oni to stworzyli fundamenty kultury Starego Kontynentu, o której wartości przywrócenia tak nawołują między sobą ludy ziemi.” Jest to przykład tych profesorów, którzy współwinę, jaką na siebie ściągnęli w początkach III Rzeszy, w międzyczasie rozpoznali, rozpoznali przez swoją odważną spowiedź i zaczęli odpokutowywać. Chociaż ciężko było znaleźć kierunek nauki, na którym narodowo-socjalistyczny reżym nie odcisnąłby swojego piętna – istniały nawet „niemieckie” matematyka i fizyka! – ale niektóre dziedziny były szczególnie zagrożone. W pierwszej linii były to prawo, ekonomia, historia i specyficzne kierunki medycyny. Podporządkowano je państwowej ideologii w sposób tak brutalny, że tylko niewielu profesorom udało się dzięki swojej odwadze, sile charakteru i niezwykłej mocy ducha, nie tylko zapewnić sobie możliwość milczenia, ale także kontynuowania rzetelnej pracy naukowej. Z ekonomistów można wymienić Waltera Euckena i Constantina von Dietze (obaj Freiburg) czy Wilhelm Gerloff (Frankfurt). Co się tyczy historii, to potwierdzało się powiedzenie Edgara Quinetsa: „Dans la servitue rien ne se corrompt si vite que l’histoire”. To przez korupcję możliwym było, aby wielką część historyków, archeologów i historyków sztuki zmusić do duchowego szabru zaordynowanego przez narodowych socjalistów we wszystkich podbitych krajach. Najgorszy tego przykład został opisany w raporcie „The Nazi Kultur in Poland” przez H.M. Stationary Office Rządu Polskiego na Uchodźstwie, Londyn 1945. Opisaliśmy diaboliczną rolę niemieckich uniwersytetów, gdyż naszym zdaniem to tam właśnie powinna istnieć siła oporu równie mocna jak w przypadku kościołów, tymczasem stała się ona największym siedliskiem rozpadu i korupcji. Corruptia optimi pessima – niemieckie uniwersytety nie tylko nie przeciwstawiły się temu, ale stały się najmocniej zainfekowanym chorobą miejscem; co dopiero mówić o innych intelektualistach, żeby wymienić tu w szczególności prawników i nauczycieli gimnazjów* (*odpowiedniki polskich liceów – przyp. tłum.)? Podobnie jak w przypadku akademickiej wolności, także i niezawisłość sędziów, tak wstydliwie respektowana przez republikańskie rządy, była nadużywana w sposób karygodny, w szczególności przez tych, którzy orzekali w sprawach prawa karnego i prawa cywilnego o politycznym kontekście. Mało jakiekolwiek czyny, które później pobudzały ducha narodowego socjalizmu, znajdowały zadośćuczynienie – tragedia „Mechterstädt” była tylko jednym z licznych przykładów – a orzecznictwo prawne w kwestiach politycznego charakteru było niczym więcej jak otwartym ośmieszaniem niemieckiego państwa, które rozpaczliwie próbowało się bronić przed potopem nihilizmu. Czy także niemieccy prawnicy wyciągnęli wnioski z tej przerażającej lekcji, po tym jak tyle wnieśli do narodowo-socjalistycznego triumfu? Czy pojęli oni, że niezawisłość sędziowska jest dobrem, które nie wytrzyma jego nadużywania? Podczas, gdy dewastacyjna działalność sędziów dokonywała się w pełnym świetle opinii publicznej, tym ciężej jest ocenić dozę jadu, jaki sączył się w tysiącach klas niemieckich szkół, podawany rosnącej młodzieży przez nauczycieli, z których widocznie klasyczne wychowanie nie zdołało zrobić humanistów. Niestety nie brakuje dowodów, że i tutaj zebrano plony złego nasienia, z kilkoma chwalebnymi wyjątkami. Czy, potem co powiedziano o niemieckich naukowcach, sędziach i nauczycielach, jest zasadnym wspominać o upadku artystów? Tym mniejszą czuję potrzebę, im trudniej jest mi znaleźć nazwisko jakiegokolwiek wiodącego malarza, aktora czy muzyka, który oparłby się przymilaniu wobec nich przez reżym i poniósłby tego konsekwencje (znakomitą tego ilustracją jest książka Klausa Manna, syna Thomasa Manna, pt. „Mephisto”, która opowiada o zaprzedaniu się reżymowi znanego aktora, wcześniej z pogardą wypowiadającego się o nazistach – przyp. tłum.). Dlaczego, na wszystkich świętych, Gerhart Hauptmann nie mógł zamilczeć…? Co się na koniec tyczy zaś niemieckiej prasy, to można byłoby opisać tylko w osobnym raporcie. Tak jak każdy inny totalitarny reżym, tak i narodowi socjaliści musieli jak najszybciej przejąć prasę pod swoją władzę, aby zabezpieczyć sobie w ten sposób możliwość manipulowania i wprowadzania w błąd opinii publicznej, i oczywiście żaden opór nie mógł go powstrzymać od tego, aby na wzór włoskiego faszyzmu przemocą przejmować poszczególne tytuły prasowe umieszczając w nich dyspozycyjnych redaktorów. W mgnieniu oka wszystkie niemieckie gazety stały się organami narodowego socjalizmu aby na różnych instrumentach wygrywać tę samą melodię w różnych tonacjach. Gdy we wczesnych latach dało się jeszcze zauważyć znaczące niuanse, to odzwierciedlały one co najwyżej stosunki władzy wewnątrz reżymu, jeśli w ogóle nie służyły do tego, aby sypać zagranicy piasek w oczy. Tym okolicznościom stara i zasłużona „Frankfurter Zeitung” zawdzięcza to, że jeszcze długo nadawała się do czytania, podczas gdy jej berlińskie siostry licytowały się z „Völkischer Beobachter” na służalczość. Smutnym było obserwować, jak FZ, która początkowo starała się nie być do końca niewiernym swojej chwalebnej tradycji, i zdarzało się jej od czasu do czasu powiedzieć mocne słowo przeciwko narodowemu socjalizmowi, z czasem przykręcano śrubę. Można było jej tylko życzyć, aby w maju 1933 po prostu chwalebnie zeszła ze sceny. Z powodów, które dopiero później będzie można w pełni wyjaśnić, pozwoliła się powoli korumpować i w końcu, kiedy w tej bezużytecznej formie nie nadawała się już do lektury, zadano jej cios łaski. Najgorsze było to, że to redaktorzy naczelni byli tymi, którzy pozwolili skorumpować własną gazetę. To, że redaktorzy innych tytułów czynili to w sposób jeszcze bardziej haniebny, jest oczywiście prawdą. Także w tym punkcie narodowo-socjalistyczne Niemcy przebiły faszystowskie Włochy. Wilhelm Röpke, 1945/1946 – Die Deutsche Frage („Niemiecka kwestia“) – s. 69-86 Tłum. Kamil Kisiel

Czy Niemcy nauczyli się czegoś ze swojej historii?

Na początek jestem winny parę słów o autorze: Od siedmiu lat mieszkam po zachodniej stronie Odry. Można powiedzieć, że trochę wrosłem w kraj naszych zachodnich sąsiadów, ale jestem przekonany, że nigdy nie będę w stanie wrosnąć całkowicie, co daje mi niepowtarzalne votum do bezstronnej (w miarę) i krytycznej (ponad miarę) obserwacji.
„Na terenie Niemiec chrześcijaństwo nigdy do końca się nie przyjęło.“ Niemcy to naród/państwo, które dokonało największych spustoszeń w Europie i nie mam tu na myśli jedynie II Wojny Światowej, która była apogeum i dekadenckim akordem tego, co zaczęło się z grubsza od Lutra, a na pewno od zjednoczenia Niemiec przez Bismarcka, i czego przedsmakiem była I Wojna Światowa. Już tutaj musimy podkreślić jedną kwestię: Zjednoczenie Niemiec przez Bismarcka nie było zjednoczeniem, tylko podbojem reszty Niemiec przez Prusy. W rejonie niemieckojęzycznym walczą dwie mentalności, którą (bardzo upraszczając) nazwałbym mentalnością szwajcarską (komunitaryjna, liberalna, zachowawcza) i mentalnością pruską (kult kolosa, centralizm i pedantyzm). W 1866-1871 zbrojnie wygrała pruska. To, co w 1871 powstało, powinno nosić nazwę Wielkich Prus, nazwę, którą celowo chciałbym nie stawiać w cudzysłów. „Niemiecka filozofia od reformacji to nieustanny ciąg pomyłek, błędów i tragedii".  Taka refleksja naszła mnie po lekturze książki „Die Deutsche Frage” (Tłum. Niemiecka kwestia) Wilhelma Röpkego, napisana świeżo po wojnie i która jest swoistym rozliczeniem z niemiecką historią oraz winą. Nie ma tutaj miejsca na jej pełne streszczenie, ale trzeba wypunktować pewne rzeczy, zanim przejdziemy do kwestii tytułowej: 1)      Tendencje kulturowego upadku dały się w Europie zaobserwować wszędzie, ale to w Niemczech narodowy socjalizm i persona Hitlera znalazły odpowiednią glebę. 2)      Europejska tragedia swój prawdziwy początek miała w zjednoczeniu Niemiec. Zdaniem Röpkego Niemiec, który w tonie najostrzejszej krytyki nie rozliczy się z osobą Bismarcka, jego polityką i jego zjednoczeniem Niemiec, nie wyciągnie właściwych wniosków z tragedii III Rzeszy. 3)      Główną winę ponoszą dekadenckie elity, przede wszystkim profesorowie, dziennikarze, prawnicy, sędziowie, generalicja i kierownicy wielkiego przemysłu. 4)      Czynnikiem sprzyjającym był brak krytycznego tonu ze strony zachodu (pierwszą kulminacją były igrzyska olimpijskie w Berlinie, gdzie sproszono tę samą młodzież, do której planowano później strzelać). 5)      Nie jest prawdą, że barbarzyństwa nazistów nie dało się przewidzieć, gdyż np. w 1932, po masakrze w śląskiej Potempie, gdzie nazistowscy sympatyzanci zabili lub ranili 15 osób, otrzymali po tym list wsparcia i sympatii od niepiastującego wówczas żadnej państwowej funkcji Hitlera. To był oczywiście, jak mówi Röpke, ostatni alarmowy „dzwon“. Naturalnie setki „dzwonków“ dało się już usłyszeć wcześniej. „Od 15 lat bezskutecznie walczyłem z nimi”, jak pisał niemiecki ekonomista, aż w końcu 1933 po wizycie gestapo zrozumiał, że musi wyemigrować, tak też zrobił. 6)      Cechami niemieckiego charakteru niezmiennie pozostają: pedantyzm, bezkrytyczność wobec władzy, dyscyplina, postluterowska separacja porządku publicznego od prywatnego, zdolność do rzeczy wielkich, przy czym słowo „wielkie” jest tutaj pozbawione pozytywnej konotacji, a posiadające ambiwalentną. 7)      O ile fundamenty w Niemczech były przygotowane już dawno przed apogeum tragedii, tym infekcja barbarzyństwa wszystkich warstw społecznych dokonała się błyskawicznie na przestrzeni paru lat (co ciekawe, Röpke Wielkiej Depresji i kryzysowi gospodarczemu przypisuje drugorzędną rolę), co wskazuje na kolejną cechę niemieckiego charakteru, którą jest pasywne posłuszeństwo połączone z wyjątkową podatnością na masowe fenomeny (które nazwiemy dalej socjologicznymi). Czy Niemcy wyciągnęli wnioski z krytyki, jaką przełożył im ich rodak, od 1933 do końca życia przebywający na emigracji w Szwajcarii (nie wrócił nawet po zakończeniu wojny). Odpowiedź będzie prosta i druzgocąca: Nie. Niemcy nie nauczyli się w zasadzie niczego. Zmienili desygnaty, nie zmienili mechanizmów. „Niemiec to taki człowiek, który będąc przed dwoma wrotami, z których jedno prowadzi do nieba, a drugie na „Wykład o niebie” bez wahania wybierze drugie. Narodowe cechy Niemców najbardziej oddaje ich kynologiczna duma, czyli owczarek niemiecki. Jest to pies, którego wszelkie cechy charakteru przypominają cechy wolicjonalne Niemców jako narodu. Wykorzystanie owczarka niemieckiego jest wszechstronne: Jest używany jako pies wojskowy, policyjny, ratowniczy, do szukania narkotyków, do tropienia zaginionych w gruzowiskach i przestępców, jako pies terapeutyczny, do „zawodu” pasterza owiec i bydła, jako pies sportowy w najróżniejszych dyscyplinach poza sprinterskimi. Jest to możliwe, ponieważ owczarek niemiecki cechuje się wyjątkową karnością, inteligencją, pojętnością, zdolnością do koncentracji i last but not least wiernością właścicielowi. Czy nie przypomina to nam przeciętnego, przekrojowego, „typowego” Niemca? Co do wielkości: Czy Niemcy to nie jest naród Alberta Wielkiego, Mistrza Eckharta, Lutra, Kanta, Hegla, Humboldta, Berlina, Lichtenberga, Nietzschego, Husserla, Heideggera, Marxa, Schopenhauera, znakomitych ekonomistów jak Euckena, Lista, Weidmanna czy Röpkego, teoretyków prawa jak Schmitta, publicystów i myślicieli jak Jünger, a ze współczesnych person jak teoretyka demokracji dyskursywnej i postmodernizmu Habermasa, znakomitego teologa kard. Ratzingera, najbardziej poczytnych libertarian jak Hoppego, Hülsmanna czy Bagusa? Dodajmy, że to w Niemczech wychował się i intelektualnie kształcił np. Lord Acton. Gdy rozszerzymy do całego niemieckojęzycznego regionu („Wielkie Niemcy”, tym razem wzięte w cudzysłowie), to będziemy musieli dodać Kalwina, Jakuba Burckhardta, Mengera, Böhm-Bawerka, Misesa, Hayeka… Liczba nazwisk jest po prostu ciężka do policzenia, a całego życia nie starczyłoby, by gruntownie przerobić dorobek każdego z tych autorów. Nie wspomnę o literatach czy muzykach, bo to po prostu jest oczywistością. „Kluczem do zrozumienia współczesnej niemieckości jest filozofia Hegla. Dopuszcza ono wolność, społeczeństwo burżuazyjne i w zasadzie każdy prąd myślowy, o ile zostaną one wszystkie zamknięte w obrębie państwa.” Co byśmy nie sądzili o tych myślicielach, filozofach, naukowcach, ekonomistach (większość raczej nie jest ze świata idei konserwatystów), to o tyle nie można odmówić im „wielkości” w neutralnym lub ambiwalentnym znaczeniu – w sensie wpływu, jaki wywarli na cały świat. Jakakolwiek idea nie wpadłaby lub nie zostałaby wykoncypowana przez Niemca lub osobę posługującą się tym językiem, wiadome jest, że będzie przez niego/przez nią omówiona gruntownie, do samego końca i obszernie jak się tylko da. Z niemieckojęzycznego pióra wychodzą tylko i wyłącznie monumenty myśli: Czy to klasyczny liberalizm, czy to autorytatywny konserwatyzm, czy to libertarianizm, ordoliberalizm, demokracja dyskursywna albo czy to jakikolwiek system filozoficzny. Można się z nimi nie zgadzać, można dokonywać miażdżącej krytyki, można protestować przeciwko nim – tylko, że one nieodwracalnie zapisały się w historii i będą towarzyszyć nam do samego końca. Gdyby ktoś pytał, jak wygląda niemieckie życie w politei, odpowiedź musi być analogiczna do tego, co stwierdziliśmy o niemieckiej nauce i filozofii. Niemcy byli najlepszymi monarchistami za rozbicia dzielnicowego i pod Kaiserem, byli najlepszymi liberałami w czasie Republiki Weimarskiej, najlepszymi narodowymi socjalistami pod Hitlerem, najlepszymi kapitalistami w Europie pod rządami Erharda i Adenauera, a dzisiaj są najlepszymi demokratami i najbardziej zapalczywymi ekologami i antyrasistami (ostatnie dwa punkty nie byłyby w normalnych okolicznościach niczym złym). „Świat stanął na głowie: czarny jest najlepszym golfistą, biały najlepszym raperem, Francuzi oskarżają Amerykanów o arogancję, a Niemcy... Niemcy nie chcą iść na wojnę!” Tutaj właśnie łączy się niemiecka przeszłość z teraźniejszością. Nie ukrywam, felieton piszę w afekcie, a zmusiła mnie do tego niemiecka mania do pouczania innych narodów oraz inaczej myślących na temat tego, jak być najlepszym demokratą, liberałem społecznym, anty-antysemitą, najbardziej fanatycznym posłańcem tolerancji, praw człowieka i pacyfizmu. Postarajmy się pogrupować cechy socjologiczne III Rzeszy w pary z cechami obecnych Niemiec, przede wszystkim lewicy, która lubuje się w tropieniu wszelkich przejawów „rasizmu”: A)     post-pruski militaryzm <-> zachowawczy, fanatyczny pacyfizm; B)      podziw dla wielkiego przemysłu <-> moralizująca krytyka korporacji i koncernów; C)      antysemityzm <-> pryncypialne pro-izraelskie nastawienie; D)     rasizm <-> fanatyczny antyrasizm; E)      autorytaryzm <-> szeroko zakrojony egalitaryzm i demokratyzm; F)      ksenofobia <-> bezwarunkowa „otwartość” na imigrantów, zwłaszcza muzułmańskich i afrykańskich; G)     propaństwowe nastawienie, niemal religijna statolatria <-> bezmyślna rebelia, krytyka dla samej krytyki; H)     społeczny konserwatyzm, surowa dbałość o dobre obyczaje (ciągle jako prawnicze [sic!] pojęcie w przejętym od Prus kodeksie cywilnym) <-> progresywizm i permisywizm w kwestiach światopoglądowych; I)        bezmyślne niszczenie przyrody w celach przemysłowych i militarnych <-> granicząca z religijnością ideologia ekologiczna; J)       traktowanie kobiety 4xK (Kinder, Küche, kaufen, Kirche – dzieci, kuchnia, zakupy, kościół) <-> radykalny feminizm; K)      nacjonalizm i autarka <-> internacjonalizm i antyprotekcjonizm (fanatyczna obrona waluty euro). Co pozostało takie samo? a)      Graniczące z religijnością oddanie pracy – miejsce pracy jest drugim domem, pracownicy są rodziną, a korporacyjna kultura rodzinnymi stosunkami. Zamiłowanie do porządku i czystości w stopniu wyjątkowo pedantycznym. Ordnung muss sein und Arbeit macht frei; b)      Duma z materialnych wytworów swojego państwa: Zamiast czołgów maszyny, samochody, piłka nożna, sport (przede wszystkim piłka nożna, mecze niemieckiej reprezentacji to jedyna sytuacja, w której Niemcy czują w sobie czyste sumienie do prezentowania narodowych emblematów) i chyba nigdzie indziej spotykana higiena oraz kultura pracy; c)       Ten sam nacisk na intelektualną specjalizację objawiającą się ignorancją lub brakiem zainteresowania w „przeglądzie całości”, pojęcie interdyscyplinarności jest tym, co niemieckiej nauce pozostaje niezmiennie obce; d)      Ucisk podatkowy: ¾ światowej literatury podatkowej jest po niemiecku. Niemiec nie pyta o wysokość podatków, ilość regulacji czy przepisów, wysokość składek: Zaciska zęby i robi. I uważa, że tak musi być, no bo państwo musi się z czegoś finansować (ten aspekt oddania państwu przeżył III Rzeszę). „Po 1916 panowało w niemieckich okopach przekonanie, że lepiej przegrać tę wojnę, inaczej do końca życia trzeba będzie salutować przed każdą skrzynką pocztową. Wcześniejsi ochotnicy zamieniali się w okopowe szczury, a po wojnie nie było praktycznie takich, co by nie zostali pacyfistami.” Punkty a-d zostawimy na razie na inną okazję. Nie są to też punkty (poza d), które należałoby pryncypialnie określić jako złe, gdyż leży w nich wolicjonalna podstawa „niemieckich cudów gospodarczych” (Erharda i Merkelowej, jakkolwiek by to nie oceniać teraz). To jednak temat na całkiem inną rozprawkę. Krótko (ale miażdżąco) przeanalizujemy jednak punkty A-K. Większość czytelników z góry wie, co w tym miejscu napiszę. Ci, którzy jeszcze nie zauważyli clou deutscher Frage, wyjaśnię: Niemiecka skłonność do przesady, gruntowności i skrajności sprawiła, że najbardziej paskudne cechy III Rzeszy, pruskości i bismarckizmu zostały zamienione na swoje proste (wręcz prostackie w wymowie) antynomie, przeciwieństwa. W mechanizmach psychologicznych i socjologicznych nie zmieniło się jednak NIC. Dzisiejszy Niemiec nie zauważa, że w swoim demokratyzmie, antyrasizmie czy feminizmie jest zaledwie lustrzanym odbiciem Niemca popierającego aktywnie czy pasywnie III Rzeszę. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich Niemców, tylko większości (nieznacznej, dodajmy ostrożnie). Ale suma summarum desygnaty pojęć ideologicznych czy praktycznych zmieniły się diametralnie, ale mechanizmy i moc, z jaką zostają one wyrażane, pozostały! „Prawdziwe Niemcy umarły w 1871, podbite przez Wielkie Prusy.” Mam nadzieję, że ten felieton nigdy nie zostanie przetłumaczony (ja przynajmniej tego nie zrobię, mimo dość płynnego niemieckiego, jakim mogę się pochwalić). Krytyka, jaka by na mnie spadła, byłaby jednak symptomatyczna: Treść zostałaby niemal całkowicie pominięta, spojrzenia krytycznego nie byłoby w ogóle, za to ton ewentualnej odpowiedzi przepełniony byłby nieznośnym moralizatorstwem. Demokracja, prawa człowieka, tolerancja (której notabene wobec Polaków jest bardzo mało) müssen sein, bo inaczej III Rzesza, obozy koncentracyjne i tragedia. Tertium non datur. Tymczasem prawdziwą tragedią jest to, że mimo nieznośnego często krytycyzmu w obszarze politei, w obszarze świadomości pozostaje mania wielkości, mesjanistyczny duch (w czym Niemcy przypominają zarówno żydów/Żydów i Polaków, oraz co dzisiaj prezentują w kwestii ratowania UE i waluty euro) i brak zdrowej, chrześcijańskiej skepsis wobec panującej ideologii władzy świeckiej – zresztą, co symptomatyczne i co potwierdza moją tezę, kościoły zostały wyautowane z debaty publicznej najdalej, jak tylko daje się to pomyśleć. Infamię religii najlepiej zobrazować na przykładzie „satyrycznego” magazynu Titanic, gdzie wobec kościelnych hierarchów dokonuje się żartów najmniej wybrednych, jak tylko można sobie to wyobrazić, nie omijając aluzji na tle seksualnym. „Typowy niemiecki profesor to mistrz swojego gabinetu i swojej profesji, a beznadziejnie ignorancki wobec polityki i bezkrytyczny wobec państwa, zawsze gotów usprawiedliwić każde jego, choćby najgorsze moralnie, działanie.” Wracamy do Bismarcka. To jest jeszcze bardziej symptomatyczne. O ile naziści i Hitler cieszą się zasłużoną infamią, o tyle Bismarck pozostaje – zarówno dla lewicy, jak i chadecji (prawicy w Niemczech praktycznie poza planktonem nie ma) – ikoną. Zjednoczył Niemcy (to nic, że „krwią i żelazem” i że podbił je raczej niż zjednoczył), wprowadził ustawodawstwo socjalne (które służyło militarnemu finansowaniu, a nie celom „humanitarnym”), wprowadził etos państwowy (to nic, że graniczy on z brakiem jakiegokolwiek krytycyzmu co do działań opiekuńczego państwa). I co ciekawe, każda partia, która jest choć trochę „w prawo” od chadecji, czytaj nosiłaby miano eurorealistyczne, eurosceptyczne, narodowe, konserwatywne, komunitarne czy konserwatywno-liberalne – niemal z automatu otrzymuje od prasy i politologów przymiotnik „populistyczna”. Związek „populistyczno-prawicowa” jest tak oczywisty, a na dowód proszę przejrzeć niemiecką wikipedię, gdzie cenzorzy, teoretycznie kierujący się neutral point of view, dodają automatycznego skojarzenia prawicowości z populizmem (nawet nie chce się dyskutować, że NSDAP miała tyle z prawicowością wspólnego, co krzesło elektryczne z krzesłem) frazą „partia oskarżana jest o populizm” (sic) – sam natknąłem się na to, kiedy robiłem dla znanego na polskiej prawicy jegomościa research nt. planktonowych partii eurosceptycznych i eurorealistycznych. Tym bardziej cieszy mnie to, że AfD jest partią profesorów, publicystów i przedsiębiorców, którym można zarzucić wszystko, ale nie brak intelektualnego obycia czy populizm. Tym większy zgrzyt z AfD ma obecna lewica. I dobrze. „Czy masz kontrolę nad tym, kim chcesz być? Niemiec nie ma, gdyż jest tragedią losu.” I tym większa będzie ironia, gdy AfD zdobędzie wedle przewidywań 10% w wyborach do Europarlamentu. Cieszy też inna zmiana w mentalności u nowej generacji (pomijając całą resztę zła, wypunktowanego w A-K) – nie ma już takiego ciśnienia na karierę zawodową. Młoda generacja nie chce pracować całymi dniami, woli zarobić dużo mniej, ale cieszyć się wolnymi dniami i rozwijać swoje niezawodowe zainteresowania czy po prostu pobyć z przyjaciółmi i rodziną. Wreszcie zdrowy odruch. Ale niestety chyba jedyny. Bo taka jest różnica między Niemcami a biedniejszymi nacjami. Nie mają dzieci, a dzieci to wydatki i koszty. To jest klucz do bogactwa. Bogactwa samotnego. Jak powiedział mi pewien radca gospodarczy (Wirtschaftsprüfer), który w znanym międzynarodowym konsorcjum zarabia brutto trzycyfrowe kwoty miesięcznie, rzekł: „Na mnie w domu czeka tylko pudło”. O tak, narzędzia masowej propagandy, wcześniej prasa i radio, dzisiaj telewizja, cieszą się w Niemczech niezmienną popularnością. To się nie zmieniło, a nowa generacja niemiecka dorzuciła do tego portale społecznościowe i, co jest dla mnie aktem głęboko skrywanej rozpaczy, randkowe. „Lubię Niemcy tak bardzo, że życzyłbym sobie setki niemieckich państw (...) Dopóki w Niemczech stacjonują anglosaskie dywizje, a Francja swoje głowice nuklearne celuje w Berlin, Frankfurt i Monachium, dopóty w Europie będzie pokój. Dopóty.” Samotność niemieckiego ducha jest tylko jego lustrzanym odbiciem nieustannego pędu do życia „społecznego”, co dzisiaj nosi dumną nazwę „społeczeństwa obywatelskiego”. Prywatność? Niemiec tego nie zna. Wielu rzeczy nie zna, bo nie wyszedł poza swoje bismarckowo-pruskie ramy. Kamil Kisiel

Sylwetki ordoliberalnych myślicieli

Zainspirowany „kalendarzem konserwatysty” prof. Bartyzela postanowiłem przygotować biograficzne notki ojców-założycieli, fundatorów i twórców ordoliberalizmu i Fryburskiej Szkoły Ekonomii (często myli się jedno z drugim, pierwszy jest filozofią społeczną i krytyką kultury, druga to szkoła naukowa, podobnie ma się relacja libertarianizmu/klasycznego odnowionego liberalizmu do Austriackiej Szkoły Ekonomii).

Ograniczenie zakupów złota dla obywateli w Austrii

Od kilku miesięcy stale rośnie mój osobisty sentyment dla fizycznego metalu w stosunku do jego wszelkich papierowych form. Wydaje się, że kwestią czasu pozostaje to jak fizyczne posiadanie złota lokacyjnego będzie dla osób prywatnych zwyczajnie zakazane. Kiedyś na bieżąco przytaczaliśmy informacje o rejestrowaniu i ograniczaniu zakupów w niektórych stanach USA, teraz czas przychodzi na Europę. Jak to się ma do szczekania, że na złocie jest bańka, barbarzyński relikt i ogólnie czeka je spadek cen >50% chyba każdy potrafi sobie odpowiedzieć sam. Skoro państwo chce nam do czegoś zabrać dostęp to raczej nie obstawia bańki, przecież jak jest w rynku bańka to państwo uruchamia program pomocowy, aby ją podtrzymać:) patrz: Rodzina na Swoim.
Jak podaje Commmodity Online nowo uchwalone prawo w Austrii właśnie do tego zmierza. Wolność obywatela wyraźnie zmierza ku kolejnym ograniczeniom. Osoba prywatna będzie mogła jednorazowo kupić złoto do wartości 15.000 euro-papierka. Tempo szmacenia tej akurat waluty w niedalekiej przyszłości może być całkiem spore, patrz – umiarkowany górny limit zakupów wyrażony w uncjach za parę lat. Zmierzamy ku permanentnej i całkowitej kontroli finansów, zakazu wykonywania transakcji gotówką, ograniczeń w zakupach złota, kto wie może nawet i srebra, a z czasem zapewne dojdziemy do ograniczeń w ich posiadaniu. Źródło: www.goldblog.pl

Austriacy obchodzą Dzień Bezrobotnego

"Pomoc bezrobotnym jest jednym z podstawowych zadań Kościoła – zapewnił bp Ludwig Schwarz. Na konferencji prasowej w przeddzień obchodzonego dziś w Austrii Dnia Bezrobotnego ordynariusz Linzu podkreślił, że Kościół nie zapomina o żadnej z osób pozostających bez pracy, a ich troski są jego troskami. Przypomniał „cenną pomoc”, jaką świadczy Kościół poprzez fundację na rzecz bezrobotnych, działającą przy tamtejszej Caritas. Zdaniem hierarchy, który w ramach konferencji episkopatu zajmuje się sprawami społecznymi, w czasach kryzysu polityka gospodarcza powinna zapewniać dobre warunki pracy, w tym płace wystarczające do utrzymania się. Bardziej niż w przeszłości powinna ona także czuwać nad sprawiedliwym podziałem wspólnie osiągniętych dóbr. Jednocześnie bp Schwarz skrytykował bogacenie się „bez skrupułów” przez niektórych, podczas gdy inni wiodą życie w biedzie. Z okazji Dnia Bezrobotnego Kościół katolicki zorganizował akcje solidarności z ludźmi pozbawionymi pracy. Szczególny nacisk położono na przypominanie o trudnościach ludzi młodych z wejściem na rynek zatrudnienia." Od redakcji: Kolejna głupota... Szkoda, że Kościół austriacki nie dostrzega faktu, iż to państwo, poprzez swą politykę podatkowej grabieży ludzi, przyczynia się do takiego stanu rzeczy. Można płakać nad rozlanym mlekiem, ale czasem wartyo zadać sobie pytanie, dlaczego do tego rozlania doszło... Źródło: www.niedziela.pl