Category Archives: Czechy

O wyborach do PE z perspektywy wolnorynkowej

Patrząc na rezultat wyborów do Parlamentu Europejskiego z perspektywy wolnorynkowej, trudno nie odczuwać pewnej satysfakcji. Wszystko bowiem wskazuje na to, że liczba europosłów, którzy sprzeciwiać się mogą dalszej socjalizacji Europy, w nowej kadencji będzie większa niż dotychczas.

Wysłać polską policję na szkolenie do Czech

Najlepsi funkcjonariusze naszej policji powinni pojechać do swoich kolegów w Czechach po nauki, jak należy ścigać „grube ryby” na ministerialnych stanowiskach i nie pobłażać pracownikom kancelarii premiera. Bardzo to był budujący widok dla każdego mieszkańca  naszych południowych sąsiadów, gdy nakładano kajdanki najbliższym współpracownikom premiera Czech. Również na Węgrzech policja nie bała się wsadzić do kryminału byłych ministrów.
A u nas? Policja nawet nie ośmieliła się nałożyć kajdanek byłemu Ministrowi Spraw Wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi, skazanemu prawomocnym wyrokiem za udział w związku przestępczym o charakterze zbrojnym. Nie nałożono kajdanek byłemu  Ministrowi Obrony Narodowej Wojciechowi Jaruzelskiemu, który jest współodpowiedzialny za śmierć niewinnych i bezbronnych ludzi zastrzelonych na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, oraz za stan wojenny ogłoszony 13 grudnia 1981 roku, gdy stał na czele związku przestępczego o charakterze zbrojnym  noszącym nazwę WRON. Nie aresztowano żadnego ministra ani nawet sekretarza stanu współodpowiedzialnego za aferę Olewnika. Żaden minister ani żaden urzędnik kancelarii któregokolwiek z licznych od 1989 roku premierów nie poszedł do kryminału za nadużycia i nieprawidłowości prywatyzacyjne w Polsce. Nie posadzono za kratki ministrów, ani wiceministrów za aferę hazardową! Nie nałożono kajdanek pani Minister Sportu, ani za aferę stadionową, ani za konieczność dopłaty do koncertu „Madonny”! U nas ministrowie zarówno byli jak i obecni mogą spać spokojnie, bo nasza Policja  nie odbyła jeszcze szkolenia w Czechach na temat sposobu merytorycznego ścigania ministrów i urzędników kancelarii premiera. Niniejszym zwracam się do Pana Komendanta Głównego Policji w Warszawie, aby takie kilkutygodniowe szkolenie polskich funkcjonariuszy zorganizował u policjantów z czeskiej Pragi!   Rajmund Pollak

Środkowoeuropejskie znaki zapytania

Wraz z rozwiązaniem Układu Warszawskiego w 1991 roku NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa Sojuszu i zaniechano opracowywania tzw. planów ewentualnościowych niezbędnych przy odpieraniu agresji. Federacja Rosyjska, prawny spadkobierca ZSRR, była traktowana jako partner, nieomal sojusznik NATO.
Rosja znalazła się w gronie państw objętych programem Partnerstwo dla Pokoju określającym szczególny rodzaj stosunków łączących państwa NATO z krajami aspirującymi do tego statusu, a także mechanizm współpracy tychże państw w zapewnieniu ładu, bezpieczeństwa oraz stabilizacji w Europie. Stworzono nawet specjalną płaszczyznę współpracy Radę NATO – Rosja dla konsultacji w kwestiach związanych z bezpieczeństwem i współpracą pomiędzy Sojuszem a Federacją Rosyjską. Stosunkowo dobre relacje NATO z Rosją zaczęły się pogarszać od objęcia władzy przez Władimira Putina (pierwszy raz na prezydenta został wybrany w 2000 roku). Niedźwiedź ostrzy pazury W kwietniu 2000 roku prezydent Putin zatwierdził nową doktrynę wojenną. Zabrakło w niej zapisanego w poprzedniej doktrynie stwierdzenia, że Rosja nie postrzega żadnego państwa jako wroga i nie zamierza wykorzystywać środków militarnych w relacjach z innymi państwami. W październiku 2003 roku ministerstwo obrony Rosji ogłosiło nową strategię rozwoju sił zbrojnych wskazując jako priorytet rozwój broni jądrowej z jednoczesnym przekształceniem sił konwencjonalnych w mobilną armię ekspedycyjną. Otwarcie poinformowano, że Rosja będzie w stanie użyć tej armii przeciwko sąsiadom. Osłonę działaniom własnych sił konwencjonalnych w strategicznym wymiarze miałaby wówczas zapewnić broń jądrowa. W 2006 roku w Rosji ustanowiono państwowy program zakupów uzbrojenia, w ramach którego zaplanowano wydanie do 2015 roku ogromnej kwoty 182 mld dolarów. Ten program mimo ujawniającego się w 2009 roku kryzysu w gospodarce jest realizowany, a produkcja uzbrojenia ustawicznie rośnie. W 2010 roku w eksporcie uzbrojenia Rosja zajęła drugie miejsce w świecie – po USA, przed Niemcami. W 2007 roku Rosja zawiesiła wykonywanie Traktatu o konwencjonalnych siłach w Europie (np. nie zaprasza przedstawicieli obcych armii na przeprowadzane ćwiczenia wojskowe). W sierpniu 2008 roku wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska. Okazało się, że władze Rosji są w stanie użyć wojska do napaści na kraj będący w bardzo dobrych relacjach z USA i aspirujący do członkostwa w NATO. Politycy na Kremlu twierdzili, że interweniowali zbrojnie ponieważ obywatele gruzińskiej Osetii mają rosyjskie paszporty. W maju 2009 roku ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zaakceptował nową strategię bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku. Wśród zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji na pierwszym miejscu wymieniono Sojuszu Północnoatlantycki. W lutym 2010 roku Miedwiediew podpisał nową doktrynę wojenną, która przewiduje prawo do użycia broni jądrowej przez Rosję w odpowiedzi na atak nuklearny na jej terytorium lub terytorium jej sojuszników, a także w przypadku wykorzystania broni konwencjonalnej w sposób „zagrażający istnieniu państwa”. Wraz z doktryną Miedwiediew podpisał „Podstawy polityki państwowej w sferze odstraszania nuklearnego do 2020 roku”. Jest to dokument precyzujący zasady użycia broni nuklearnej, ale niestety – niejawny We wrześniu 2012 roku minister obrony Rosji zapowiedział uruchomienie nowego programu zbrojeń opiewającego wydanie do 2020 r. nie mniej niż 710 mld dolarów. Porównując parytet siły nabywczej należy stwierdzić, że kwota ta odpowiada ponad 2 bilionom dolarów wydanych na Zachodzie. Planowane nakłady mają zagwarantować armii rosyjskiej drugą – po amerykańskiej – pozycję w świecie. Takie ambicje militarne wykazuje mocarstwo zajmujące w świecie pod względem wielkości PKB dopiero 10 pozycję. Zgodnie z zaleceniami prezydenta Putina  w ciągu najbliższych dziesięciu lat armia rosyjska ma otrzymać 400 rakiet międzykontynentalnych i 8 strategicznych okrętów podwodnych z rakietami dalekiego zasięgu. Siły konwencjonalne będą zasilone czołgami (2,3 tys.) i  działami samobieżnymi (około 2 tys.). Lotnictwo otrzyma ponad 600 samolotów i 1000 śmigłowców, a flota 50 okrętów uderzeniowych i 20 wielozadaniowych okrętów podwodnych. Na uzbrojenie armii wejdą nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz różnorodne środki transportu. W wojskach lądowych ma być 85 w pełni skompletowanych brygad zdolnych do prowadzenia ofensywnych akcji bojowych poza granicami Rosji. Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod względem wydatków na wojsko Rosja z 61 mld USD w 2009 roku plasowała się na czwartym miejscu w świecie, za USA, Chinami, Wielką Brytanią i Francją. Rosja wydawała 3,5 proc PKB; gdy Chińczycy, Anglicy i Francuzi po 2 proc. PKB (Polska – 1,95 proc. PKB Uwaga: Rosja wydaje więcej od Polski na wojsko nie tylko kwotowo, ale także procentowo!). Kryzys w gospodarce światowej sprawia, że państwa poszukują oszczędności i zmniejszają wydatki na obronność. W dziesiątce państw wydających najwięcej na wojsko  zmniejszone budżety obronne wykazują USA, Wielka Brytania, Francja, natomiast tendencje odwrotną – wzrostową ujawnia Rosja, awansująca dzięki temu ostatnio w zbrojeniowym rankingu na trzecie miejsce w świecie. Udawana słabość? Mimo forsownych zbrojeń i głębokiej reformy armii co pewien czas na łamy gazet, do przekazu medialnego trafiają opinie o słabości rosyjskiej armii. „Rosji nie stać na silną armię” – uspokajała Polaków „Gazeta Wyborcza”. „Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski” – no proszę, nawet Polski nie pokonałaby – to znowu GW. To nie są opinie polskie. Wygłaszają je na potrzeby polskich mediów rosyjscy „niezależni” podobno eksperci wojskowi. Nikogo przy tym nie dziwi, że w państwie będącym na bakier z demokracją, w którym rządzą byli oficerowie, z płk KGB Putinem na czele, a resorty siłowe są poza wszelką krytyką rosyjscy eksperci mogą do woli ganić kierownictwo resortu obrony i bez żadnych konsekwencji ujawniać katastrofalny rzekomo stan rosyjskiej armii. Żyjący około V wieku p.n.e. chiński  myśliciel i dowódca wojskowy  Sun Tzu napisał zwięzły traktat „Sztuka wojny”. Pisał w nim: „Sprawiam, że przeciwnik postrzega moją silę jako słabość, a moją słabość traktuje jako potencjał mojej siły. Ja zaś powoduję, że jego siła przechodzi w słabość i oczekuję na odpowiedni moment do ataku.” Rosyjscy politycy i wojskowi znają pracę Sun Tzu. Czy rozsiewane opinie o słabości rosyjskiej armii to działanie celowe? Ma ono przekonać Europę i Polskę, że Rosji nie powinno się bać? Znawca rosyjskiej armii Andrzej Wilk ocenia: „W latach 2009–2010 pod szyldem nowego oblicza armii rosyjskiej nastąpiła kardynalna przebudowa struktur organizacyjnych Sił Zbrojnych FR. Rosja zrezygnowała z sowieckiego modelu armii, adaptując rozwiązania przyjęte po zakończeniu zimnej wojny w państwach zachodnich. Od początku priorytetowo traktowane były przez Moskwę zmiany w europejskiej części FR, w pierwszym rzędzie na zachodnim – z rosyjskiego punktu widzenia – kierunku strategicznym. Zachodni Okręg Wojskowy nie stanowi prostej sumy jednostek, które weszły w jego skład po likwidacji Leningradzkiego i Moskiewskiego okręgów wojskowych. Zmiany strukturalno-organizacyjne w połączeniu z postępami modernizacji technicznej sprawiły, że jego potencjał znacząco się zwiększył. Szczególnemu wzmocnieniu pod względem ilościowym i jakościowym uległy flankowe rejony północno-zachodniej części FR, graniczące z państwami UE. Potwierdza to, że Rosja dąży do zniwelowania przewagi ilościowej i technologicznej państw NATO na zachodnim kierunku strategicznym, a także do utrzymania militarnej dominacji w Europie Wschodniej.” Co na to NATO? W październiku 2008 r. wywiadzie dla agencji Reuters dowódca sił NATO w Europie gen. John Craddock mówił: „Przez lata zakładaliśmy, że żaden kraj – członek sojuszu czy Partnerstwa dla Pokoju – nie ma powodu do obaw o suwerenność własnego terytorium. Myślę, że w obliczu wydarzeń sierpniowych nastąpiła tu zmiana.” Przypomniał, że Sojusz nie ma planów ewentualnościowych, a po rosyjskiej inwazji na Gruzję należy rozważyć przygotowanie planów postępowania w razie ataku na kraje bałtyckie lub Polskę. Kiedy w grudniu 2010 r. portal internetowy Wikileaks ujawnił informację o przygotowanych przez NATO planach obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przedstawiciel Rosji w NATO Dymitryj Rogozin domagał się, aby plan ten został anulowany bowiem jest wyraźnie wymierzony przeciwko jego krajowi i dodawał: „Przeciwko komu innemu taka obrona miałaby być wymierzona? Przeciwko Szwecji, Finlandii, Grenlandii, Islandii, przeciwko niedźwiedziom polarnym, czy przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi?” Rosjanin protestował w związku z porozumieniem zawartym podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 r., gdzie państwa członkowskie formalnie zaakceptowały opracowane plany ewentualnej obrony w razie agresji na członka NATO. W 2011 roku prasa informowała, że natowski plan obrony Europy Środkowej ma wykonać dziewięć dywizji, w tym cztery polskie oraz brytyjskie, niemieckie i amerykańskie.  Port w Świnoujściu przebudowany zgodnie z natowskim standardami miałyby przyjmować duże jednostki desantowe z wojskiem i transportowce przypływające z zaopatrzeniem dla natowskiej armii. Oczywiście jeśli rosyjska rura gazowa Nordstrim położona na podejściu do polskiego portu wojennego nie zablokowałaby dostępu wielkim okrętom transportowym. Tak czy inaczej wydawało się, że można odetchnąć – NATO będzie Polski bronić. Żywot tej informacji okazał się bardzo krótki. Dziś bowiem trudno byłoby znaleźć w w Europie potrzebne dziewięć natowskich dywizji. MON dokładnie 1 września 2011 r. rozformował znajdującą się w Legionowie pod Warszawą 1. dywizję. Pozostałe trzy też czeka podobny los. Nie wydaje się, aby przy obecnym stanie uzbrojenia i rezerw udało się stworzyć z obecnej armii „zawodowej” pełnowartościowy ekwiwalent bojowy czterech dywizji. Trudno też będzie uzyskać wsparcie ze strony niemieckiej; Bundeswehra ma być zredukowana do 185 tys. żołnierzy, z czego w wojskach lądowych będzie około 60 tys. żołnierzy więc trudno liczyć na wsparcie kilku niemieckich dywizji. Brytyjczycy mają dwie dywizje i kilka samodzielnych brygad więc mogą nałożone zadanie wykonać, ale Amerykanie w razie potrzeby musieliby swoje dywizje sprowadzać zza oceanu. Zapewne dlatego George Friedman ostrzega, że Polska chcąc liczyć na pomoc Amerykanów będzie musiała samotnie wytrwać w obronie przez 3 miesiące. Bezsilni sąsiedzi Fatalnie przedstawia się stan sił zbrojnych sąsiadów Polski, którzy wraz z Polakami powinni uczestniczyć w obronie regionu. W ramach grupy wyszehradzkiej Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Węgrami. Wszystkie te kraje dysponują małymi potencjałami obronnymi, a ich siły zbrojne są zdolne tylko przy wsparciu sojuszników do krótkotrwałej obrony swoich krajów – armia słowacka nie ma nawet takiej zdolności. Armie wspomnianych państw dysponują uzbrojeniem pochodzącym z lat 80. ubiegłego wieku (wyjątek stanowi wypożyczone w Szwecji przez Czechów i Węgrów 28 samolotów JAS39 Gripen).  Do tego sprzęt jest w fatalnym stanie, np. Węgrzy mają zaledwie 14 czołgów T-72, a Słowacy tylko cztery sprawne Migi 29. Poważna modernizacja uzbrojenia jest niemożliwa bowiem państwa te przeznaczają zaledwie po jednym procencie PKB na obronę, z czego ponad 80 proc. środków pochłaniają wydatki bieżące. Żołnierze nie odbywają szkoleń, a piloci ćwiczą na trenażerach na ziemi. We wszystkich tych państwach, podobnie jak w Polsce, zrezygnowano z poboru i utworzono armie zawodowe. Szef sztabu generalnego armii austriackiej sprzeciwił się planom utworzenia zawodowej armii podkreślając, że rozwiązanie to doprowadzi do znacznego ograniczenia jej liczebności, ale także obniży jakość wojska. Generał powoływał się na przykłady z Węgier i Słowacji. Zapewne dlatego w przeprowadzonym w końcu stycznia 2013 r. referendum, w sprawie przekształcenia austriackich sił zbrojnych w wojsko zawodowe wygrali zwolennicy utrzymania zasadniczej służby wojskowej. Stanowili prawie 60 proc. głosujących. Nie lepiej wygląda północne skrzydło potencjalnej obrony. Nie tylko dlatego, że państwa nadbałtyckie są dużo słabsze od południowych sąsiadów Polski. Litwa na obronę wydaje około 0,8 proc PKB (350 mln dolarów w 2011 r.). Posiada malutką armię zawodową bez zdolności mobilizowania większych sił. Wojsko jest słabo wyposażone. Trzon wojsk lądowych stanowi jedna brygada piechoty. Siły zbrojne Litwy nie mają możliwości samodzielnej obrony kraju. Potrzebne będzie wsparcie sojusznicze, zdaje się Polski. Litwa ma natomiast formacje ochotnicze przygotowane do działań partyzanckich w razie okupowania kraju przez najeźdźcę. Podobnie wyglądają siły zbrojne Łotwy. Wojsko zawodowe słabo wyposażone i budżet obronny wynoszący 1 proc. PKB. Trzonem armii jest jedna brygada piechoty bez ciężkiego uzbrojenia. Także na Łotwie istnieją siły zdolne do prowadzenia działań partyzanckich w obronie kraju. Litwa, Łotwa i Estonia nie mają lotnictwa bojowego. Mimo to na tle Litwy i Łotwy Estonia wyróżnia się korzystnie. Estończycy wydają więcej na obronę – 1,8 proc. PKB. Mimo przekształcenia armii w wojsko zawodowe zachowali pobór i dbają o szkolenie rezerw, co zapewnia stosunkowo duże możliwości mobilizacyjne. Położono nacisk na przygotowanie terytorium kraju do obrony i zaplanowano uzbrojenie armii, także w sprzęt ciężki (czołgi) z możliwością wystawienia w razie wojny czterech brygad piechoty. Rozwijane są formacje ochotnicze przeznaczone do działań partyzanckich. Estonia poza członkostwem w NATO podpisała też sojusz wojskowy ze Szwecją. Jednak Estonia jest w gronie trzech państw nadbałtyckich najmniejsza (1,3 mln ludności, PKB 22,2 mld USD) więc nie może zrównoważyć niedomagań obronnych Litwy i Łotwy. Będzie „Pribałtyka”? Położenie geostrategiczne Litwy, Łotwy i Estonii wskazuje, że mają one nikłe szanse skutecznego przeciwstawienia się ewentualnym naciskom militarnym Rosji. Prezydent Putin przedstawiając plany modernizacji sił zbrojnych odniósł się do państw nadbałtyckich właśnie. Powiedział: „Będziemy bardzo stanowczo dążyć do tego, aby władze Łotwy i Estonii zrealizowały liczne zalecenia prestiżowych organizacji międzynarodowych dotyczące przestrzegania powszechnie uznanych praw przysługujących mniejszościom narodowym”.  Stanowisko Rosji wyłożył otwarcie ściśle związany z Kremlem ideolog rosyjskiego neoimperializmu i profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Aleksander Dugin w wywiadzie dla litewskiego – nomen omen  – portalu (listopad 2010 r.). Dugin wyjaśniał: „Rosja uważa je (Łotwę, Estonie – RSz.) za swoich wrogów, nie czyniąc między nimi znaczącej różnicy. Jest to ogólne podejście establishmentu rządzącego, nawet liberalnego… Rosja już czeka na globalne zmiany w układzie geopolitycznym. Na przykład jeśli coś stanie się z USA, to ponownie będziemy okupować te kraje. W ten czy inny sposób, łagodniejszy czy bardziej surowy… A instrument do wywołania jakiejś poważnej sytuacji w Łotwie czy Estonii mamy, zresztą już kilka razy stosowany”. Portal „Głos Rosji” w końcu grudnia 2012 roku cytowała premiera Miedwiediewa: „Rosja nie zamierza z nikim walczyć mimo wzrostu wydatków na wojsko. Wzrosły one w związku z koniecznością zapewnienia krajowi bezpieczeństwa, a nie dlatego, że kraj przygotowuje się do wojny.” Przy tym przyznał, że skala wydatków na wojsko może być porównywana tylko z tą, jaka miała miejsce w trakcie II wojny światowej. Uważa się, że jedną z oznak przygotowań do wojny jest skokowy wzrost wydatków na zbrojenia. Agencja RIA Nowosti ostatnio informowała, że w latach 2013-2015 budżet resortu obrony Federacji Rosyjskiej wzrośnie o 60 procent! Romuald Szeremietiew

Prezydencie Klaus – dziękuję!

Jak to się mówi: "Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju". Można by to samo powiedzieć o Vaclavie Klausie, byłym już prezydencie Czech. Właśnie dziś, 7 marca 2013 roku skończyły się jego rządy na Hradczanach.
Vaclav Klaus nie cieszył się zbyt dużym uznaniem wśród własnych obywateli. W czasach jego rządów zdarzyło mi się kilka razy być w Czechach, głównie na Morawach. Morawy to kraina wina, a wino - jak wiadomo - zbliża ludzi. Czesi, których starałem się ciągnąć za język między kolejnymi kieliszkami, mówili o Klausie bez szacunku, zazwyczaj bardzo krytycznie. Byli zdziwieni, że my, Polacy, mieliśmy odmienne zdanie. Cóż, sytuacja z prezydentem Kaczyńskim może być analogiczna. My mieliśmy mu za złe bardzo dużo, a pewnych spraw pewnie nigdy (miejmy nadzieję, że historia również) mu nie wybaczymy. Jednak dla Gruzinów był on w pewnym sensie bohaterem. Jeśli my zarzucaliśmy mu uległość wobec unijnych biurokratów i traktowaliśmy go jako gotowego przyklepać niemal wszystko, co mu podłożą do podpisania, to wśród unijnego establishmentu miał on zapewne miano hamulcowego, który spowalnia "procesy integracyjne". Z Klausem jest chyba podobnie. O ile jednak Lecha Kaczyńskiego nie uważam za żadnego proroka, to Vaclav Klaus poniekąd już takim dla mnie był. Jego zdecydowany sprzeciw wobec idiotyzmów wymyślanych w Brukseli jednoznacznie wskazywały, że ten polityk, jak mało który ma jakieś poglądy. Walczył z ideologią ocieplenia klimatu, potępiał rozrastającą się unijną biurokrację, wieszczył klęskę waluty euro, zdecydowanie opowiadał się za wolnym rynkiem, powołując się przy tym na klasyków gospodarczego liberalizmu, takich jak Fryderyk August von Hayek czy Ludwig von Mises. Można by rzec, że nienawidził Unii Europejskiej, tej Unii, w jakiej przyszło mu w jednej z jej prowincji urzędować. Nawet gdy podpisywał ostatecznie traktat lizboński, na którym nie zostawiał suchej nitki, robił to w poczuciu porażki, w zaciszu gabinetu, oświadczając przy tym, że Czechy tracą suwerenność... Nie chełpił się tym tak jak Lech Kaczyński. No i nie pozwolił wywiesić na Hradczanach unijnej flagi. U nas powiewa ona nie tylko na gmachach władz centralnych ale również w gminach. Pokazuje to nie tylko stopień unioentuzjazmu rodzimych "elit", ale także poziom zniewolenia (politycznego, ale i zniewolenia umysłów). Vaclav Klaus tuż przed zakończeniem swojego urzędowania być może popełnił błąd. Ogłosił amnestię, która objęła m.in. różnych aferzystów, korumpatorów i szemranych biznesmenów. Nieco rzuca to cień na jego prezydenturę. Opozycja zresztą umiejętnie to wykorzystała. Klausa czekają zapewne długie godziny przesłuchań przed miejscowym wymiarem sprawiedliwości...  Ale cóż, te sprawy Czesi muszą załatwić już między sobą. Dla nas, a przynajmniej dla mnie, Vaclav Klaus pozostanie w pamięci jako ktoś, kto potrafił sprzeciwiać się potężnej biurokratycznej machnie, kto miał odwagę głosić swoje poglądy, a przede wszystkim jako ktoś kto w ogóle miał jakieś poglądy, co we współczesnej polityce jest czymś nader rzadkim. Kto wie, może Klaus nie był tak naprawdę nikim wybitnym, jednak na tle unijnej marności jawił się jako ktoś z charakterem. Jednym słowem gość z j..., no... mniejsza z tym... Zawsze żałowałem, że nie jest prezydentem Polski. W każdym razie - dziękuję, Panie Prezydencie! Paweł Sztąberek

Wesprzyj Klausa!

Nagonka na prezydenta Czech Vaclava Klausa, by podpisał się pod traktatem lizbońskim nasila się. Ostatnio głos w tej sprawie zabrał były prezydent Czech, odpowiednik polskiego Mazowieckiego abo Michnika, Vaclav Havel. Stwierdził on, że "(...) Odmowny stosunek Klausa do traktatu jest bardzo nieodpowiedzialny i niebezpieczny. Jego postępowanie szkodzi republice, jest to nieodpowiedzialne niezrozumienie naszej konstytucji. Wywołuje to u mnie znaczny niesmak, szkodzi to opinii Republiki Czeskiej w Europie". Tymczasem na stronie internetowej http://supportvaclavklaus.wordpress.com/ można wesprzeć prezydenta Czech wysyłając petycję wzywającą do niepodpisywania traktatu lizbońskiego. Do tej pory podpisało ją już ponad 14 tysięcy internautów, którzy nie przejęli się "niesmakiem" "autorytetu moralnego", p. Havla. Zachęcamy do podpisania się pod petycją. Dopóki jest nadzieja... Link do strony z petycją: http://www.petitiononline.com/sptklaus/petition.html P.

Wierzę, że prezydent Klaus nie podpisze Lizbony

Zdaniem senatora ODS Jerzego Oberfalzera nieratyfikowanie przez prezydenta Traktatu Lizbońskiego nie oznaczałaby zdrady stanu. Zdradą stanu, według jego słów, byłby raczej podpis, ponieważ przestępstwa zdrady stanu dopuszcza się ten, kto działa przeciwko suwerenności państwa, a Traktat Lizboński, według Oberfalzera, jest przeciwny czeskiej suwerenności. Senator jest przekonany, że prezydent Václav Klaus traktatu nie podpisze, ponieważ inaczej złamałby swoje prezydenckie ślubowanie. Co sądzi Pan o pomyśle socjal-demokratycznej senator Gajdůškovej, aby oskarżyć prezydenta o zdradę za to, że nie podpisze Traktatu Lizbońskiego? OBERFALZER: Przypuszczam, że może być akurat przeciwnie. Zgodnie z ustawą o Trybunale Konstytucyjnym, prezydent dopuszcza się zdrady, jeśli działa przeciw suwerenności, integralności terytorialnej albo porządkowi demokratycznemu. Jego niechęć do podpisania Traktatu Lizbońskiego tych znamion czynu nie wypełnia. Według mnie, cechy zdrady nosi raczej podpisanie Lizbony, ponieważ doprowadzi do istotnego ograniczenia naszej suwerenności. Dlaczego? OBERFALZER: W wielu bardzo wrażliwych dziedzinach, takich jak imigracja, energetyka i transport, zniesione będzie prawo weta Republiki Czeskiej i możemy być tu przegłosowani. Bruksela będzie w mocy, na przykład, nam tutaj do Republiki Czeskiej, według swojej woli wysłać imigrantów, chociaż będziemy protestować. I jest oczywiste, że takim przeładowanym państwom, jak choćby Francja, które same mają problemy z imigrantami, to będzie bardzo odpowiadało. Do podstawowego prawa zalicza się także zasada prymatu prawa europejskiego nad prawem czeskim. Prymat prawa jest typowym przymiotem państwowości. Wraz z Lizboną powstaje wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa. Jest to kolejny symptom genezy brukselskiego superpaństwa, które będzie nadrzędne wobec poszczególnych prowincji, jedną z nich będzie Republika Czeska [podobnie Polska – przyp. KG]. Kolejnym pierwiastkiem państwowości jest Karta Praw Podstawowych, która będzie nadrzędna wobec kart poszczególnych państw, więc de facto ich konstytucji, ponieważ karty praw bywają składnikami porządku konstytucyjnego suwerennych państw. Ponadto powstaje nowa Unia Europejska, która jest różna od tej, do której wstąpiliśmy. Ta będzie posiadać osobowość prawną i ustanawia nowe obywatelstwo UE. Szef socjalistów Paroubek przyznał, że jeżeli tenże Traktat wejdzie w życie, wówczas 90 procent przepisów prawa obowiązujących w Republice Czeskiej, będzie pochodzić z Brukseli. Jeśli nie oznacza to ograniczenia czy zaniku suwerenności, to czym to jest? A jeśli chodzi o tę integralność terytorialną? OBERFALZER: Na podstawie Karty Praw UE jest możliwe, że obywatele UE, w naszym przypadku na przykład pochodzenia sudecko-niemieckiego, będą zwracali się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu i żądali zwrotu mienia skonfiskowanego na mocy dekretów Benesza. Nie wiemy, jak by zadecydował Europejski Trybunał Sprawiedliwości w przypadku powództwa przeciwko Republiki Czeskiej. Nie twierdzę, że koniecznie musimy stracić czeskie pogranicze i że Niemcy sudeccy odzyskają swój majątek, ale orzekanie w tych sprawach przechodzi w ręce organu Unii Europejskiej, czyli Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, a my będziemy musieli, chcąc nie chcąc, mu się poddać. Tutaj, po prostu, grozi niebezpieczeństwo. Dlaczego, jak Pan myśli, Polacy wynegocjowali wyjątek w tej sprawie? Oni również usunęli z obecnego terytorium polskiego ludność niemiecką i nie chcą, aby o ewentualnych sporach majątkowych czy nawet granicznych decydowała Unia Europejska. Izba Deputowanych przyjęła jednakże deklarację, że powojenny porządek nie śmie być naruszony Traktatem Lizbońskim. OBERFALZER: No właśnie. Chodzi tu o prawnie niewiążącą deklarację, której Unia Europejska nie będzie brała pod uwagę. Rozstrzygające jest brzmienie Traktatu Lizbońskiego. Europejski Trybunał Sprawiedliwości będzie się kierował tylko podstawowym prawem, zatem Kartą Praw UE. Prawnie wiążącą gwarancją są po prostu prawnie wiążące protokoły do Traktatu Lizbońskiego, które podlegają ratyfikacji przez wszystkie państwa członkowskie wraz z traktatem. Czy sądzi Pan, że pan prezydent ostatecznie traktat podpisze? OBERFALZER: Nie mogę mówić za pana prezydenta. Mam nadzieję, że pan prezydent nie zaprze się samego siebie i że traktatu nie podpisze. Jest z pewnością świadom tego, że osobista ratyfikacja to nie żadna formalność. Izby parlamentu dają tylko swoją zgodę czy brak zgody na ratyfikację. Ostateczna odpowiedzialność z wszystkimi jej konsekwencjami spoczywa w rękach prezydenta. Prezydent w swojej przysiędze prezydenckiej, na której podstawie objął funkcję, ślubował, że będzie przestrzegał Konstytucji i ustaw, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i przekonaniem. Wobec Trybunału Konstytucyjnego jasno wyraził*), że zgodnie z jego najlepszą wiedzą i przekonaniem traktat jest sprzeczny z czeskim porządkiem konstytucyjnym. Ratyfikacja przez prezydenta, według mego osądu, nie byłaby w zgodzie z jego przysięgą. W konstytucji czeskiej jest m.in. zapis, że Republika Czeska jest suwerennym, jednolitym i demokratycznym państwem prawa. Po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego również to przestałoby obowiązywać. Tłum. i przypis: Krystyna Greń Za: www.prawica.net

Vaclav Klaus: Traktat Lizboński jest martwy!

Prezydent Czech, Vaclav Klaus powtórzył niedawno swoje stanowisko w sprawie Traktatu Lizbońskiego, uznając go za martwy. "Jedno z państw Unii odrzuciło go w referendum" - stwierdził, uzasadniając swoje słowa. Klaus skrytykował tych senatorów czeskich, którzy - jak się wyraził - "dla własnych korzyści i krótkotrwałych interesów, narazili długofalowe interesy Czech na szwank i w ostatniej chwili zmienili zdanie głosując za ratyfikacją traktatu". Zachęcamy do obejrzenia wystąpienia Vaclava Klausa (polskie tłumaczenie)...

Związki grabarzami Unii?

Jak podaje portal Money.pl... "Ponad 30 tysięcy związkowców demonstrowało przez półtorej godziny w centrum Pragi na Hradczanskom Namesti. Domagali się paktu socjalnego dla Europy, zabezpieczenia miejsc pracy i regulacji międzynarodowych rynkow finansowych. W manifestacji wzięli udział związkowcy z 11 krajów, najliczniejszą grupą byli przedstawiciele polskiej "Solidarności". (...) Hradczanskie Nameste zostało zapełnione do ostatniego miejsca. Nad tłumem manifestantów powiewały flagi 11 krajów. Przybyli związkowcy z Francji, Austrii, Niemiec, Chorwacji i Słowenii, a także kilkusetosobowa grupa związkowców z NSZZ Solidarność i OPZZ. (...) Związkowcy ostrzegli rządy krajow europejskich, by nie wykorzystywały kryzysu w celu zaostrzania warunków pracy, zbiorowych zwolnień i obniżek płac. (...) Demonstrację zorganizowała Konfederacja Związkowców Czech i Moraw we wspólpracy z Europejską Konfederacją Związków Zawodowych. Blisko sto tysięcy osób, w tym 500 związkowców z Polski, wzięło udział w sobotniej manifestacji w Berlinie, zorganizowanej przez Europejską Konfederację Związków Zawodowych. Dwa pochody pod hasłem "Walczyć z kryzysem. Pakt Socjalny dla Europy". Winni muszą zapłacić przeszły wczesnym popołudniem centralnymi ulicami niemieckiej stolicy pod Kolumnę Zwycięstwa, gdzie odbył się wiec kończący demonstrację. - Jesteśmy tu po to, by upomnieć się o socjalną Europę, także o socjalną Polskę - powiedział obecny na manifestacji przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Jan Guz. - Protestujemy przeciwko chciwości i zachłanności liberałów i kapitalistów, którzy dążą do ograniczenia praw socjalnych. Koszty kryzysu nie mogą być przerzucane na ludzi pracy - dodał. Zdaniem Guza manifestacje związkowców w europejskich stolicach pokazują, że protest robotniczy wylewa się na ulice. Liberalizm upadł, a liberałowie mają się doskonale - ocenił." Żródło: Money.pl

UE będzie walczyć

W obliczu kryzysu finansowego Unia Europejska znów ma z czym walczyć. Jak podaje portal Interia.pl, przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso, powiedział w czwartek w Pradze, że "Unia nie będzie bezradna wobec bezrobocia". Znaczy to, że UE wyrusza na wojnę z bezrobociem. Można by zadać pytanie, która to już wojna prowadzona przez Unię? I czy Unia nie jest aby najbardziej wojowniczą krainą świata? Unijni dygnitarze zapowiadają, że do kolejnego szczytu UE ma być opracowany program zawierający 10 "konkretnych rozwiązań", które mają rozruszać rynek pracy. Któż nie pamięta tzw. strategii lizbońskiej, opracowanej kilka lat temu, a która miała spowodować prześcignięcie mgospodarki amerykańskiej przez Unię Europejską. Ze strategii lizbońskiej pozostał tylko... też lizboński, ale traktat. Z nim, o dogonieniu USA raczej nie ma co myśleć. Ciekawą rzecz na tym samym powiedział premier Szwecji Fredrik Reinfeldt - "Musimy się wzmacniać, aby poradzić sobie ze społecznymi skutkami kryzysu". I dodał: "Musimy postarać się rozwinąć nasz model społeczny. Musimy też spróbować chronić nasze miejsca pracy. Jeśli jednak nie będziemy mieli opłacalnych miejsc pracy, nie uda nam się osiągnąć wysokiego poziomu zatrudnienia". Wypowiedź premiera Szwecji świadczy o tym, że unijni biurokraci będą się brać za walkę z bezrobociem nie od tej strony, od której powinni, tj. będą walczyć o zachowanie miejsc pracy. Tymczasem ich zmartwieniem powinny być raczej działania na rzecz pobudzania konsumpcji, które powinny się sprowadzać się do radykalnych cięć w podatkach. Jeśli konsumenci pozytywnie odpowiedzą na ofertę przedsiębiorców, wówczas będzie zapotrzebowanie również na pracę. Walka z bezrobociem i ratowanie miejsc pracy sprowadzac się będzie wyłącznie do pracy dla samej pracy, po to, by produkować dla samej produkcji. To nie jest recepta na rzeczywiste zmniejszenie bezrobocia. PS

Vaclav Klaus o NATO i upadku czeskiego rządu

Wywiad z Prezydentem Republiki dla Czeskiego Radia Panie Prezydencie, jak ocenia Pan szczyt NATO w Strasburgu, gdzie przewodził Pan delegacji Republiki Czeskiej? Szczyt NATO był dla nas przede wszystkim szansą, aby spotkać się z prezydentem amerykańskim i spędzić z nim godziny na posiedzeniach zamkniętych. Było to swego rodzaju wstępne przygotowanie do wizyty w Pradze i myślę, że z tego punktu widzenia to się powiodło. Przez pół roku myślałem, że szczyt będzie w Strasburgu. To był jednak dziwny szczyt. Francja nie mogła z Niemcami uzgodnić, gdzie on będzie. Ostatecznie był w obu krajach. Główne spotkanie odbyło się w Baden-Baden, gdzie spędziliśmy też noc, potem parę godzin w Strasburgu. W ogóle to był chaos. Były tam niesamowite manewry policji, chyba największa liczba żołnierzy czy policjantów w tym rejonie od czasu I wojny światowej. Myślę, że spotkania na szczycie powinny wyglądać inaczej. Niestety, cały szczyt był w zasadzie sprowadzony do debaty o tym, kto będzie sekretarzem generalnym, i muszę uczciwie powiedzieć, że inne kwestie w zasadzie poważnie nie były rozpatrywane. Tureckie blokowanie Rasmussena to znana sprawa a przeszło to jako specjalny kompromis. Niektórzy politycy byli tam po raz pierwszy. Siedziałem obok chorwackiego prezydenta Mesića, który był zupełnie rozczarowany. Myślał, że będzie się rozmawiać o wielu podstawowych sprawach, a ostatecznie sprowadziło się to do debaty o sekretarzu generalnym. Zatem pewne rozczarowanie także dla Pana? Nie wiem, czy rozczarowanie. Zadaniem tych szczytów jest, że ludzie się widzą, spotykają się, rozmawiają ze sobą. Podczas przerwy, przy obiedzie, na koncercie. To jest o wiele ważniejsze niż formalne przemówienia. Tam jest 28 krajów, każdy ma kilka minut i już krzyczą na niego, że w rzeczywistości mówi dłużej niż powinien. Niektórzy prezydenci lub premierzy nie potrafili całkiem odetchnąć – ja z tym problemu nie miałem. Ważne jest to spotykanie się, angielskie networking, które w tym sensie jest dobre. Wkrótce po tym szczycie przyjął Pan na Zamku Praskim amerykańskiego prezydenta Baracka Obamę. Jak podobała się Panu jego mowa? I czy może według Pana przejść do historii pod nazwą ‘mowa praska’? Ładnie to Pani nazwała – mowa praska – nawet nie przyszło mi to na myśl, ale będę tego używał. Muszę powiedzieć, że ta mowa była dość niespodziewanie praska i niespodziewanie czeska. Nie była to mowa kosmopolityczna, w której by prezydent Obama wykorzystał sylwetkę Pragi, aby dać ogólne przesłanie. Zadziwiające jest, co zapewne wszyscy zauważyli, jak długo mówił o Pradze i o historii. On mówił o tym także przy wszystkich naszych spotkaniach. Dopytywał, jak to było w roku 1968, jak w roku 1989. W tym sensie była to mowa praska i nie jest prawdą, że była to mowa w związku ze szczytem UE. To jest dla nas zdecydowanie dobra rzecz. Prezydenci i premierzy rządów później na posiedzeniu kiwali wszyscy głowami i mówili: to się Wam powiodło. Jeśli możemy jeszcze pozostać przy Zamku Praskim, Panie Prezydencie, czy to prawda, że podczas posiedzenia u Pana mówiło się głównie o klimacie, jak wspominali niektórzy politycy, a konkretnie Marcin Bursík i Karol Schwarzenberg? Nie słyszałem pana Schwarzenberga, ale myślę, że próbuje coś przekręcić na swoją modłę. Nawiasem mówiąc, wczoraj oglądałem niektóre stacje telewizyjne a te mówiły, że prezydent Obama był tu 15 czy 20 minut. To jest zabawne. Jest to walka polityczna, która się rozgrywa i debatuje się o tym, z kim, kto, jak długo mówił. Z ponad pełnej godziny naszych obrad, na których wszystkich byłem, niektórzy byli na części z nich. Pan Bursík był na małej części z nich. Mówiło się tam o zmianie klimatu może trzy minuty z tej ponad godziny, a dla pana Bursíka musiał to być zimny prysznic. Amerykański prezydent okazał się być człowiekiem o daleko szerszych poglądach, niż się go czasem przedstawia. Gdy pan Bursik zapytał go, czy Ameryka obejmie przywództwo w tej sprawie, więc to dla niego musiał być zimny prysznic, kiedy powiedział: Pierwszą rzeczą, którą musimy wziąć pod uwagę, są realia ekonomiczne i kryzys gospodarczy. Wierzę, że pan Bursik próbował tego nie dosłyszeć, ale to było właśnie pierwsze zdanie, które teraz podaję do publicznej wiadomości. Drugie zdanie było, że dopóki mówimy o tym, co muszą uczynić kraje rozwijające się, to znaczy Chiny, Indie itd., zatem muszą przede wszystkim dostać szansę na rozwój, a my nie powinniśmy im tego zablokować. Uważam, że to jest ważna informacja. W trzecim zdaniu powiedział: także Ameryka jest w tym rozdarta. Na obu wybrzeżach – zachodnim i wschodnim, przeważa pogląd, że walka z klimatem jest sprawą główną, ale w środkowej części Ameryki ludzie w ogóle w to nie wierzą. Te oto trzy zdania powiedział pan prezydent Obama, a potem czwarte, że on oczywiście czuje swoją odpowiedzialność i Ameryka będzie w tym odgrywać produktywną i pozytywną rolę. To, że panowie Bursikowie zinterpretowali to w sposób, w jaki zinterpretowali, jest uderzające i nie wiem, czy nie mają w sobie krzty wstydu, że w ogóle na coś takiego sobie pozwalają. Jeśli chodzi o krajową scenę polityczną; cztery partie parlamentarne porozumiały się wczoraj odnośnie do kształtu nowego rządu. Panie Prezydencie, czy zaskoczyło pana to porozumienie i co Pan na to powie? W zasadzie jestem tym porozumieniem zupełnie usatysfakcjonowany. Nie chcę z góry wypowiadać definitywnych wniosków, dlatego że partie będą z tym dzisiaj niewątpliwie zwracać się do gremiów politycznych, a tam różni niezadowoleni radykałowie, niezwiązani, że się o nich zapomniało, mogą jakoś porozumienie utrudniać i zakłócać. Nie chcę mówić nic triumfalnego, ale dobrze wszyscy wiecie, że chciałem porozumienia. Nie chciałem, aby partie polityczne ze sobą nie rozmawiały, aby potem jedna drugiej ukradła jednego tzw. zdrajcę. Ostatecznie skłócone ze sobą partie przekonały się, że przecież tylko usiąść, a rzeczywistość zmusiła je, aby ze sobą rozmawiały. Od wyborów 2006 nieustannie do tego wzywam i wciąż gotów jestem rozwiązać tę sytuację. W zasadzie jestem zadowolony. Wczoraj w tej wrzawie całkiem umknęło, że po południu spotkałem się na prywatnym godzinnym spotkaniu z panem przewodniczącym Komisji Europejskiej Barosso, który chciał wiedzieć, jak to u nas dalej będzie, jak sobie poradzimy z prezydencją. Godzinę siedzieliśmy tylko my dwaj, delegacje czekały w przedpokojach. Zapewniłem go, że bez wątpienia dalej sobie poradzimy i że przygotowany jestem w razie potrzeby do tego w pewien sposób przystąpić. Także to chcę powiedzieć jako zapewnienie. Panie Prezydencie, a czy jest Pan zadowolony też z Jana Fischera, szefa ČSÚ*), który miałby stać na czele tego rządu ekspertów? Przyznam się, że gdy padały najróżniejsze nazwiska, akurat to nazwisko do mnie nie dotarło. Naprawdę dowiedziałem się o tym wczoraj wieczorem. Znam inżyniera Fischera, myślę, że spotykaliśmy się już kiedyś w latach osiemdziesiątych podczas jakichś statystycznych debat i konferencji. Ja jako ekonomista, on jako statystyk. W tym sensie znamy się z pewnością 30 lat. Nie, żebyśmy chodzili ze sobą na piwo, ale się znamy i nawet myślę, że ma domek gdzieś niedaleko od nas. Spotykaliśmy się tam w jednej miłej restauracyjce w Bystřicy u Benešova, kiedy wszyscy przyjeżdżaliśmy w sobotę na dacze. Myślę, że to człowiek rozważny, który nigdy nie był politycznie w żaden sposób radykalnie zorientowany po jednej czy po drugiej stronie. Jeśli pyta Pani, czy mieliśmy nawzajem do siebie telefony komórkowe, to znów jak dotychczas nie. Zapytałam, czy jest Pan zadowolony i może Pan z nim współpracować? Myślę, że na pewno. Jeśli tak wypadnie, to z pewnością tak. Panie Prezydencie, ostatnie pytanie. Kiedy jest Pan gotów powołać nowy rząd i będziemy go mieć – ten rząd ekspertów, 9 maja? Chce Pani, abym polemizował z określeniem rząd ekspertów. Nie znam nawet z daleka tych wszystkich nazwisk, ale nie są to eksperci wzięci z nieba, z Marsa, którzy mają zarządzać tymi resortami. Niektóre nazwiska to kluczowe osobistości, wiceministrowie, ewidentnie związani z tą czy ową partia polityczną. Ten nie jest żadnym ekspertem, ale po prostu człowiekiem, którego w nominacji przeskoczył inny kolega, a on się krzywił dlatego, że od dawna chciał być ministrem. Takie nazwiska określiłbym jako zastępcy niezadowoleni, że nie są ministrami. Wtedy bym ich nie nazywał rządem ekspertów, bo to są normalni politycy, którzy przy tejże politycznej transpozycji zyskali pewną nową szansę i myślę, że ją wykorzystają. Prezydent Republiki Wacław Klaus w ekskluzywnym wywiadzie dla Czeskiego Radia. Panie Prezydencie, dziękuję. Mogę powiedzieć jeszcze słówko? Zanim Pani zadzwoniła, rozmawiałem przez telefon ze słowackim prezydentem Gašparovičem. To może być także informacja dla Waszego radia. Rozmawiałem z nim po raz pierwszy po jego wyborze. Uzgodniliśmy niektóre kolejne projekty. Myślę, że to jest informacja dla naszego społeczeństwa. Milada Richterova, Český rozhlas - Czeskie Radio, 6 kwiecień 2009 Tłum. Krystyna Greń http://fronda.pl/tatra/blog

Czechy: warto mieć dzieci

Jak podaje Nasz Dziennik: Uważana za eurosceptyczną, założona w styczniu tego roku czeska Partia Wolnych Obywateli (SSO) zamierza wystawić we wcześniejszych wyborach parlamentarnych (o ile zostaną przeprowadzone) kandydatury Vaclava i Jana Klausów, synów urzędującego obecnie prezydenta. Również oni będą reprezentowali SSO w zbliżających się czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Do niedawna obydwaj synowie Vaclava Klausa należeli do założonej przez ojca w 1991 r. Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS). Na czele Partii Wolnych Obywateli stoi dawny doradca prezydenta Petr Mach, ekspert do spraw gospodarczych i szef jednego z najbardziej znaczących czeskich think-tanków. Ugrupowanie odrzuca zapisy traktatu lizbońskiego oraz sprzeciwia się wejściu Czech do unii walutowej, domagając się ogólnonarodowego referendum w tej sprawie. Wśród zwolenników nowej frakcji znajdują się dawni członkowie ODS Juraj Raninec i Jan Schwippel oraz eurodeputowane z ramienia ODS Alena Paralova i Liana Janackova. AW Źródło: www.naszdziennik.pl

Nadzieja na traktatowy pat

Jak podaje "Nasz Dziennik": "Niemcy są coraz bardziej zaniepokojone sytuacją w Czechach, gdzie upadł rząd Mirka Topolanka. Ich zdaniem, może ona skutkować zablokowaniem traktatu lizbońskiego, choć faktycznie stało się to już po odrzuceniu go przez Irlandię. Socjaldemokraci proponują, aby do końca czeskiej prezydencji władzę komisaryczną w UE objęły Szwecja i Francja. Socjaldemokratyczny szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier nie kryje zdenerwowania i twierdzi, że jest pełen obaw, iż czeski kryzys rządowy znacznie osłabi obecną prezydenturę. - Dymisja Mirka Topolanka wyjątkowo ograniczyła możliwości działania czeskiej prezydencji - stwierdził Steinmeier w Berlinie. Niemiecki eurodeputowany Jo Leinen, członek Grupy Socjalistycznej w Parlamencie Europejskim, posunął się jeszcze dalej i zażądał wprowadzenia w UE rządów komisarycznych. Według jego propozycji, aż do końca czeskiej prezydentury Unią miałaby rządzić komisja (już nazwana w Niemczech "trójką"), w skład której weszliby oprócz Czechów Francuzi, którzy rządzili w poprzednim półroczu, i Szwedzi, którzy mają objąć przewodnictwo po Czechach. Jeszcze inny niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz w wywiadzie dla hamburskiego "Der Spiegel" wprawdzie nie twierdzi, że Unia jest już całkowicie niezdolna do działania, ale bardzo krytycznie ocenia czeską prezydenturę. Zdaniem Schulza, premier Topolanek i jego wypowiedzi zdecydowanie osłabiają Unię Europejską. Niemiecki polityk zarzuca czeskiemu szefowi rządu to, że był gorącym zwolennikiem byłego amerykańskiego prezydenta George'a W. Busha, a teraz próbuje wykorzystywać unijne forum do ideologicznych celów. Schulz obawia się, że jeżeli Czesi odrzucą traktat lizboński, to wywołają ciężki kryzys w Unii Europejskiej. Jako główną osobę odpowiedzialną za ewentualny upadek traktatu w Czechach Schulz uznał prezydenta Vaclava Klausa, który, jego zdaniem, zrobi wszystko, aby doprowadzić do odrzucenia traktatu. - Przecież on odrzuca w całości Unię w takiej formie, jaka jest obecnie - stwierdził Schulz i dodał, że drugim takim samym politykiem, który chce spowolnić europejski proces jednoczenia jest polski prezydent Lech Kaczyński. Waldemar Maszewski, Hamburg" Źródło: www.nadzdziennik.pl