Category Archives: Czechy

O wyborach do PE z perspektywy wolnorynkowej

Patrząc na rezultat wyborów do Parlamentu Europejskiego z perspektywy wolnorynkowej, trudno nie odczuwać pewnej satysfakcji. Wszystko bowiem wskazuje na to, że liczba europosłów, którzy sprzeciwiać się mogą dalszej socjalizacji Europy, w nowej kadencji będzie większa niż dotychczas.

Wysłać polską policję na szkolenie do Czech

Najlepsi funkcjonariusze naszej policji powinni pojechać do swoich kolegów w Czechach po nauki, jak należy ścigać „grube ryby” na ministerialnych stanowiskach i nie pobłażać pracownikom kancelarii premiera. Bardzo to był budujący widok dla każdego mieszkańca  naszych południowych sąsiadów, gdy nakładano kajdanki najbliższym współpracownikom premiera Czech. Również na Węgrzech policja nie bała się wsadzić do kryminału byłych ministrów.
A u nas? Policja nawet nie ośmieliła się nałożyć kajdanek byłemu Ministrowi Spraw Wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi, skazanemu prawomocnym wyrokiem za udział w związku przestępczym o charakterze zbrojnym. Nie nałożono kajdanek byłemu  Ministrowi Obrony Narodowej Wojciechowi Jaruzelskiemu, który jest współodpowiedzialny za śmierć niewinnych i bezbronnych ludzi zastrzelonych na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, oraz za stan wojenny ogłoszony 13 grudnia 1981 roku, gdy stał na czele związku przestępczego o charakterze zbrojnym  noszącym nazwę WRON. Nie aresztowano żadnego ministra ani nawet sekretarza stanu współodpowiedzialnego za aferę Olewnika. Żaden minister ani żaden urzędnik kancelarii któregokolwiek z licznych od 1989 roku premierów nie poszedł do kryminału za nadużycia i nieprawidłowości prywatyzacyjne w Polsce. Nie posadzono za kratki ministrów, ani wiceministrów za aferę hazardową! Nie nałożono kajdanek pani Minister Sportu, ani za aferę stadionową, ani za konieczność dopłaty do koncertu „Madonny”! U nas ministrowie zarówno byli jak i obecni mogą spać spokojnie, bo nasza Policja  nie odbyła jeszcze szkolenia w Czechach na temat sposobu merytorycznego ścigania ministrów i urzędników kancelarii premiera. Niniejszym zwracam się do Pana Komendanta Głównego Policji w Warszawie, aby takie kilkutygodniowe szkolenie polskich funkcjonariuszy zorganizował u policjantów z czeskiej Pragi!   Rajmund Pollak

Środkowoeuropejskie znaki zapytania

Wraz z rozwiązaniem Układu Warszawskiego w 1991 roku NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa Sojuszu i zaniechano opracowywania tzw. planów ewentualnościowych niezbędnych przy odpieraniu agresji. Federacja Rosyjska, prawny spadkobierca ZSRR, była traktowana jako partner, nieomal sojusznik NATO.
Rosja znalazła się w gronie państw objętych programem Partnerstwo dla Pokoju określającym szczególny rodzaj stosunków łączących państwa NATO z krajami aspirującymi do tego statusu, a także mechanizm współpracy tychże państw w zapewnieniu ładu, bezpieczeństwa oraz stabilizacji w Europie. Stworzono nawet specjalną płaszczyznę współpracy Radę NATO – Rosja dla konsultacji w kwestiach związanych z bezpieczeństwem i współpracą pomiędzy Sojuszem a Federacją Rosyjską. Stosunkowo dobre relacje NATO z Rosją zaczęły się pogarszać od objęcia władzy przez Władimira Putina (pierwszy raz na prezydenta został wybrany w 2000 roku). Niedźwiedź ostrzy pazury W kwietniu 2000 roku prezydent Putin zatwierdził nową doktrynę wojenną. Zabrakło w niej zapisanego w poprzedniej doktrynie stwierdzenia, że Rosja nie postrzega żadnego państwa jako wroga i nie zamierza wykorzystywać środków militarnych w relacjach z innymi państwami. W październiku 2003 roku ministerstwo obrony Rosji ogłosiło nową strategię rozwoju sił zbrojnych wskazując jako priorytet rozwój broni jądrowej z jednoczesnym przekształceniem sił konwencjonalnych w mobilną armię ekspedycyjną. Otwarcie poinformowano, że Rosja będzie w stanie użyć tej armii przeciwko sąsiadom. Osłonę działaniom własnych sił konwencjonalnych w strategicznym wymiarze miałaby wówczas zapewnić broń jądrowa. W 2006 roku w Rosji ustanowiono państwowy program zakupów uzbrojenia, w ramach którego zaplanowano wydanie do 2015 roku ogromnej kwoty 182 mld dolarów. Ten program mimo ujawniającego się w 2009 roku kryzysu w gospodarce jest realizowany, a produkcja uzbrojenia ustawicznie rośnie. W 2010 roku w eksporcie uzbrojenia Rosja zajęła drugie miejsce w świecie – po USA, przed Niemcami. W 2007 roku Rosja zawiesiła wykonywanie Traktatu o konwencjonalnych siłach w Europie (np. nie zaprasza przedstawicieli obcych armii na przeprowadzane ćwiczenia wojskowe). W sierpniu 2008 roku wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska. Okazało się, że władze Rosji są w stanie użyć wojska do napaści na kraj będący w bardzo dobrych relacjach z USA i aspirujący do członkostwa w NATO. Politycy na Kremlu twierdzili, że interweniowali zbrojnie ponieważ obywatele gruzińskiej Osetii mają rosyjskie paszporty. W maju 2009 roku ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zaakceptował nową strategię bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku. Wśród zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji na pierwszym miejscu wymieniono Sojuszu Północnoatlantycki. W lutym 2010 roku Miedwiediew podpisał nową doktrynę wojenną, która przewiduje prawo do użycia broni jądrowej przez Rosję w odpowiedzi na atak nuklearny na jej terytorium lub terytorium jej sojuszników, a także w przypadku wykorzystania broni konwencjonalnej w sposób „zagrażający istnieniu państwa”. Wraz z doktryną Miedwiediew podpisał „Podstawy polityki państwowej w sferze odstraszania nuklearnego do 2020 roku”. Jest to dokument precyzujący zasady użycia broni nuklearnej, ale niestety – niejawny We wrześniu 2012 roku minister obrony Rosji zapowiedział uruchomienie nowego programu zbrojeń opiewającego wydanie do 2020 r. nie mniej niż 710 mld dolarów. Porównując parytet siły nabywczej należy stwierdzić, że kwota ta odpowiada ponad 2 bilionom dolarów wydanych na Zachodzie. Planowane nakłady mają zagwarantować armii rosyjskiej drugą – po amerykańskiej – pozycję w świecie. Takie ambicje militarne wykazuje mocarstwo zajmujące w świecie pod względem wielkości PKB dopiero 10 pozycję. Zgodnie z zaleceniami prezydenta Putina  w ciągu najbliższych dziesięciu lat armia rosyjska ma otrzymać 400 rakiet międzykontynentalnych i 8 strategicznych okrętów podwodnych z rakietami dalekiego zasięgu. Siły konwencjonalne będą zasilone czołgami (2,3 tys.) i  działami samobieżnymi (około 2 tys.). Lotnictwo otrzyma ponad 600 samolotów i 1000 śmigłowców, a flota 50 okrętów uderzeniowych i 20 wielozadaniowych okrętów podwodnych. Na uzbrojenie armii wejdą nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz różnorodne środki transportu. W wojskach lądowych ma być 85 w pełni skompletowanych brygad zdolnych do prowadzenia ofensywnych akcji bojowych poza granicami Rosji. Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod względem wydatków na wojsko Rosja z 61 mld USD w 2009 roku plasowała się na czwartym miejscu w świecie, za USA, Chinami, Wielką Brytanią i Francją. Rosja wydawała 3,5 proc PKB; gdy Chińczycy, Anglicy i Francuzi po 2 proc. PKB (Polska – 1,95 proc. PKB Uwaga: Rosja wydaje więcej od Polski na wojsko nie tylko kwotowo, ale także procentowo!). Kryzys w gospodarce światowej sprawia, że państwa poszukują oszczędności i zmniejszają wydatki na obronność. W dziesiątce państw wydających najwięcej na wojsko  zmniejszone budżety obronne wykazują USA, Wielka Brytania, Francja, natomiast tendencje odwrotną – wzrostową ujawnia Rosja, awansująca dzięki temu ostatnio w zbrojeniowym rankingu na trzecie miejsce w świecie. Udawana słabość? Mimo forsownych zbrojeń i głębokiej reformy armii co pewien czas na łamy gazet, do przekazu medialnego trafiają opinie o słabości rosyjskiej armii. „Rosji nie stać na silną armię” – uspokajała Polaków „Gazeta Wyborcza”. „Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski” – no proszę, nawet Polski nie pokonałaby – to znowu GW. To nie są opinie polskie. Wygłaszają je na potrzeby polskich mediów rosyjscy „niezależni” podobno eksperci wojskowi. Nikogo przy tym nie dziwi, że w państwie będącym na bakier z demokracją, w którym rządzą byli oficerowie, z płk KGB Putinem na czele, a resorty siłowe są poza wszelką krytyką rosyjscy eksperci mogą do woli ganić kierownictwo resortu obrony i bez żadnych konsekwencji ujawniać katastrofalny rzekomo stan rosyjskiej armii. Żyjący około V wieku p.n.e. chiński  myśliciel i dowódca wojskowy  Sun Tzu napisał zwięzły traktat „Sztuka wojny”. Pisał w nim: „Sprawiam, że przeciwnik postrzega moją silę jako słabość, a moją słabość traktuje jako potencjał mojej siły. Ja zaś powoduję, że jego siła przechodzi w słabość i oczekuję na odpowiedni moment do ataku.” Rosyjscy politycy i wojskowi znają pracę Sun Tzu. Czy rozsiewane opinie o słabości rosyjskiej armii to działanie celowe? Ma ono przekonać Europę i Polskę, że Rosji nie powinno się bać? Znawca rosyjskiej armii Andrzej Wilk ocenia: „W latach 2009–2010 pod szyldem nowego oblicza armii rosyjskiej nastąpiła kardynalna przebudowa struktur organizacyjnych Sił Zbrojnych FR. Rosja zrezygnowała z sowieckiego modelu armii, adaptując rozwiązania przyjęte po zakończeniu zimnej wojny w państwach zachodnich. Od początku priorytetowo traktowane były przez Moskwę zmiany w europejskiej części FR, w pierwszym rzędzie na zachodnim – z rosyjskiego punktu widzenia – kierunku strategicznym. Zachodni Okręg Wojskowy nie stanowi prostej sumy jednostek, które weszły w jego skład po likwidacji Leningradzkiego i Moskiewskiego okręgów wojskowych. Zmiany strukturalno-organizacyjne w połączeniu z postępami modernizacji technicznej sprawiły, że jego potencjał znacząco się zwiększył. Szczególnemu wzmocnieniu pod względem ilościowym i jakościowym uległy flankowe rejony północno-zachodniej części FR, graniczące z państwami UE. Potwierdza to, że Rosja dąży do zniwelowania przewagi ilościowej i technologicznej państw NATO na zachodnim kierunku strategicznym, a także do utrzymania militarnej dominacji w Europie Wschodniej.” Co na to NATO? W październiku 2008 r. wywiadzie dla agencji Reuters dowódca sił NATO w Europie gen. John Craddock mówił: „Przez lata zakładaliśmy, że żaden kraj – członek sojuszu czy Partnerstwa dla Pokoju – nie ma powodu do obaw o suwerenność własnego terytorium. Myślę, że w obliczu wydarzeń sierpniowych nastąpiła tu zmiana.” Przypomniał, że Sojusz nie ma planów ewentualnościowych, a po rosyjskiej inwazji na Gruzję należy rozważyć przygotowanie planów postępowania w razie ataku na kraje bałtyckie lub Polskę. Kiedy w grudniu 2010 r. portal internetowy Wikileaks ujawnił informację o przygotowanych przez NATO planach obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przedstawiciel Rosji w NATO Dymitryj Rogozin domagał się, aby plan ten został anulowany bowiem jest wyraźnie wymierzony przeciwko jego krajowi i dodawał: „Przeciwko komu innemu taka obrona miałaby być wymierzona? Przeciwko Szwecji, Finlandii, Grenlandii, Islandii, przeciwko niedźwiedziom polarnym, czy przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi?” Rosjanin protestował w związku z porozumieniem zawartym podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 r., gdzie państwa członkowskie formalnie zaakceptowały opracowane plany ewentualnej obrony w razie agresji na członka NATO. W 2011 roku prasa informowała, że natowski plan obrony Europy Środkowej ma wykonać dziewięć dywizji, w tym cztery polskie oraz brytyjskie, niemieckie i amerykańskie.  Port w Świnoujściu przebudowany zgodnie z natowskim standardami miałyby przyjmować duże jednostki desantowe z wojskiem i transportowce przypływające z zaopatrzeniem dla natowskiej armii. Oczywiście jeśli rosyjska rura gazowa Nordstrim położona na podejściu do polskiego portu wojennego nie zablokowałaby dostępu wielkim okrętom transportowym. Tak czy inaczej wydawało się, że można odetchnąć – NATO będzie Polski bronić. Żywot tej informacji okazał się bardzo krótki. Dziś bowiem trudno byłoby znaleźć w w Europie potrzebne dziewięć natowskich dywizji. MON dokładnie 1 września 2011 r. rozformował znajdującą się w Legionowie pod Warszawą 1. dywizję. Pozostałe trzy też czeka podobny los. Nie wydaje się, aby przy obecnym stanie uzbrojenia i rezerw udało się stworzyć z obecnej armii „zawodowej” pełnowartościowy ekwiwalent bojowy czterech dywizji. Trudno też będzie uzyskać wsparcie ze strony niemieckiej; Bundeswehra ma być zredukowana do 185 tys. żołnierzy, z czego w wojskach lądowych będzie około 60 tys. żołnierzy więc trudno liczyć na wsparcie kilku niemieckich dywizji. Brytyjczycy mają dwie dywizje i kilka samodzielnych brygad więc mogą nałożone zadanie wykonać, ale Amerykanie w razie potrzeby musieliby swoje dywizje sprowadzać zza oceanu. Zapewne dlatego George Friedman ostrzega, że Polska chcąc liczyć na pomoc Amerykanów będzie musiała samotnie wytrwać w obronie przez 3 miesiące. Bezsilni sąsiedzi Fatalnie przedstawia się stan sił zbrojnych sąsiadów Polski, którzy wraz z Polakami powinni uczestniczyć w obronie regionu. W ramach grupy wyszehradzkiej Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Węgrami. Wszystkie te kraje dysponują małymi potencjałami obronnymi, a ich siły zbrojne są zdolne tylko przy wsparciu sojuszników do krótkotrwałej obrony swoich krajów – armia słowacka nie ma nawet takiej zdolności. Armie wspomnianych państw dysponują uzbrojeniem pochodzącym z lat 80. ubiegłego wieku (wyjątek stanowi wypożyczone w Szwecji przez Czechów i Węgrów 28 samolotów JAS39 Gripen).  Do tego sprzęt jest w fatalnym stanie, np. Węgrzy mają zaledwie 14 czołgów T-72, a Słowacy tylko cztery sprawne Migi 29. Poważna modernizacja uzbrojenia jest niemożliwa bowiem państwa te przeznaczają zaledwie po jednym procencie PKB na obronę, z czego ponad 80 proc. środków pochłaniają wydatki bieżące. Żołnierze nie odbywają szkoleń, a piloci ćwiczą na trenażerach na ziemi. We wszystkich tych państwach, podobnie jak w Polsce, zrezygnowano z poboru i utworzono armie zawodowe. Szef sztabu generalnego armii austriackiej sprzeciwił się planom utworzenia zawodowej armii podkreślając, że rozwiązanie to doprowadzi do znacznego ograniczenia jej liczebności, ale także obniży jakość wojska. Generał powoływał się na przykłady z Węgier i Słowacji. Zapewne dlatego w przeprowadzonym w końcu stycznia 2013 r. referendum, w sprawie przekształcenia austriackich sił zbrojnych w wojsko zawodowe wygrali zwolennicy utrzymania zasadniczej służby wojskowej. Stanowili prawie 60 proc. głosujących. Nie lepiej wygląda północne skrzydło potencjalnej obrony. Nie tylko dlatego, że państwa nadbałtyckie są dużo słabsze od południowych sąsiadów Polski. Litwa na obronę wydaje około 0,8 proc PKB (350 mln dolarów w 2011 r.). Posiada malutką armię zawodową bez zdolności mobilizowania większych sił. Wojsko jest słabo wyposażone. Trzon wojsk lądowych stanowi jedna brygada piechoty. Siły zbrojne Litwy nie mają możliwości samodzielnej obrony kraju. Potrzebne będzie wsparcie sojusznicze, zdaje się Polski. Litwa ma natomiast formacje ochotnicze przygotowane do działań partyzanckich w razie okupowania kraju przez najeźdźcę. Podobnie wyglądają siły zbrojne Łotwy. Wojsko zawodowe słabo wyposażone i budżet obronny wynoszący 1 proc. PKB. Trzonem armii jest jedna brygada piechoty bez ciężkiego uzbrojenia. Także na Łotwie istnieją siły zdolne do prowadzenia działań partyzanckich w obronie kraju. Litwa, Łotwa i Estonia nie mają lotnictwa bojowego. Mimo to na tle Litwy i Łotwy Estonia wyróżnia się korzystnie. Estończycy wydają więcej na obronę – 1,8 proc. PKB. Mimo przekształcenia armii w wojsko zawodowe zachowali pobór i dbają o szkolenie rezerw, co zapewnia stosunkowo duże możliwości mobilizacyjne. Położono nacisk na przygotowanie terytorium kraju do obrony i zaplanowano uzbrojenie armii, także w sprzęt ciężki (czołgi) z możliwością wystawienia w razie wojny czterech brygad piechoty. Rozwijane są formacje ochotnicze przeznaczone do działań partyzanckich. Estonia poza członkostwem w NATO podpisała też sojusz wojskowy ze Szwecją. Jednak Estonia jest w gronie trzech państw nadbałtyckich najmniejsza (1,3 mln ludności, PKB 22,2 mld USD) więc nie może zrównoważyć niedomagań obronnych Litwy i Łotwy. Będzie „Pribałtyka”? Położenie geostrategiczne Litwy, Łotwy i Estonii wskazuje, że mają one nikłe szanse skutecznego przeciwstawienia się ewentualnym naciskom militarnym Rosji. Prezydent Putin przedstawiając plany modernizacji sił zbrojnych odniósł się do państw nadbałtyckich właśnie. Powiedział: „Będziemy bardzo stanowczo dążyć do tego, aby władze Łotwy i Estonii zrealizowały liczne zalecenia prestiżowych organizacji międzynarodowych dotyczące przestrzegania powszechnie uznanych praw przysługujących mniejszościom narodowym”.  Stanowisko Rosji wyłożył otwarcie ściśle związany z Kremlem ideolog rosyjskiego neoimperializmu i profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Aleksander Dugin w wywiadzie dla litewskiego – nomen omen  – portalu (listopad 2010 r.). Dugin wyjaśniał: „Rosja uważa je (Łotwę, Estonie – RSz.) za swoich wrogów, nie czyniąc między nimi znaczącej różnicy. Jest to ogólne podejście establishmentu rządzącego, nawet liberalnego… Rosja już czeka na globalne zmiany w układzie geopolitycznym. Na przykład jeśli coś stanie się z USA, to ponownie będziemy okupować te kraje. W ten czy inny sposób, łagodniejszy czy bardziej surowy… A instrument do wywołania jakiejś poważnej sytuacji w Łotwie czy Estonii mamy, zresztą już kilka razy stosowany”. Portal „Głos Rosji” w końcu grudnia 2012 roku cytowała premiera Miedwiediewa: „Rosja nie zamierza z nikim walczyć mimo wzrostu wydatków na wojsko. Wzrosły one w związku z koniecznością zapewnienia krajowi bezpieczeństwa, a nie dlatego, że kraj przygotowuje się do wojny.” Przy tym przyznał, że skala wydatków na wojsko może być porównywana tylko z tą, jaka miała miejsce w trakcie II wojny światowej. Uważa się, że jedną z oznak przygotowań do wojny jest skokowy wzrost wydatków na zbrojenia. Agencja RIA Nowosti ostatnio informowała, że w latach 2013-2015 budżet resortu obrony Federacji Rosyjskiej wzrośnie o 60 procent! Romuald Szeremietiew

Prezydencie Klaus – dziękuję!

Jak to się mówi: "Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju". Można by to samo powiedzieć o Vaclavie Klausie, byłym już prezydencie Czech. Właśnie dziś, 7 marca 2013 roku skończyły się jego rządy na Hradczanach.
Vaclav Klaus nie cieszył się zbyt dużym uznaniem wśród własnych obywateli. W czasach jego rządów zdarzyło mi się kilka razy być w Czechach, głównie na Morawach. Morawy to kraina wina, a wino - jak wiadomo - zbliża ludzi. Czesi, których starałem się ciągnąć za język między kolejnymi kieliszkami, mówili o Klausie bez szacunku, zazwyczaj bardzo krytycznie. Byli zdziwieni, że my, Polacy, mieliśmy odmienne zdanie. Cóż, sytuacja z prezydentem Kaczyńskim może być analogiczna. My mieliśmy mu za złe bardzo dużo, a pewnych spraw pewnie nigdy (miejmy nadzieję, że historia również) mu nie wybaczymy. Jednak dla Gruzinów był on w pewnym sensie bohaterem. Jeśli my zarzucaliśmy mu uległość wobec unijnych biurokratów i traktowaliśmy go jako gotowego przyklepać niemal wszystko, co mu podłożą do podpisania, to wśród unijnego establishmentu miał on zapewne miano hamulcowego, który spowalnia "procesy integracyjne". Z Klausem jest chyba podobnie. O ile jednak Lecha Kaczyńskiego nie uważam za żadnego proroka, to Vaclav Klaus poniekąd już takim dla mnie był. Jego zdecydowany sprzeciw wobec idiotyzmów wymyślanych w Brukseli jednoznacznie wskazywały, że ten polityk, jak mało który ma jakieś poglądy. Walczył z ideologią ocieplenia klimatu, potępiał rozrastającą się unijną biurokrację, wieszczył klęskę waluty euro, zdecydowanie opowiadał się za wolnym rynkiem, powołując się przy tym na klasyków gospodarczego liberalizmu, takich jak Fryderyk August von Hayek czy Ludwig von Mises. Można by rzec, że nienawidził Unii Europejskiej, tej Unii, w jakiej przyszło mu w jednej z jej prowincji urzędować. Nawet gdy podpisywał ostatecznie traktat lizboński, na którym nie zostawiał suchej nitki, robił to w poczuciu porażki, w zaciszu gabinetu, oświadczając przy tym, że Czechy tracą suwerenność... Nie chełpił się tym tak jak Lech Kaczyński. No i nie pozwolił wywiesić na Hradczanach unijnej flagi. U nas powiewa ona nie tylko na gmachach władz centralnych ale również w gminach. Pokazuje to nie tylko stopień unioentuzjazmu rodzimych "elit", ale także poziom zniewolenia (politycznego, ale i zniewolenia umysłów). Vaclav Klaus tuż przed zakończeniem swojego urzędowania być może popełnił błąd. Ogłosił amnestię, która objęła m.in. różnych aferzystów, korumpatorów i szemranych biznesmenów. Nieco rzuca to cień na jego prezydenturę. Opozycja zresztą umiejętnie to wykorzystała. Klausa czekają zapewne długie godziny przesłuchań przed miejscowym wymiarem sprawiedliwości...  Ale cóż, te sprawy Czesi muszą załatwić już między sobą. Dla nas, a przynajmniej dla mnie, Vaclav Klaus pozostanie w pamięci jako ktoś, kto potrafił sprzeciwiać się potężnej biurokratycznej machnie, kto miał odwagę głosić swoje poglądy, a przede wszystkim jako ktoś kto w ogóle miał jakieś poglądy, co we współczesnej polityce jest czymś nader rzadkim. Kto wie, może Klaus nie był tak naprawdę nikim wybitnym, jednak na tle unijnej marności jawił się jako ktoś z charakterem. Jednym słowem gość z j..., no... mniejsza z tym... Zawsze żałowałem, że nie jest prezydentem Polski. W każdym razie - dziękuję, Panie Prezydencie! Paweł Sztąberek

A miało być tak pięknie

Nie powinno się mieszać polityki ze sportem, ale w tym wyjątkowym momencie postanawiam zrobić wyjątek. Z resztą ostatnimi czasy wiele mediów bardzo często porównuje zmagania sportowe z działalnością polityczną. Na stadionach, gdzie rozgrywane są mecze Euro 2012 pojawiają się znane osobistości ze świata nie tylko sportu, ale i polityki. Sport Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Polska reprezentacja piłkarska miała wiele atutów. Mieliśmy dobrych zawodników, którzy odnosili znakomite sukcesy w lidze niemieckiej. To dzięki Robertowi Lewandowskiemu i Jakubowi Błaszczykowskiemu Borussia Dortmund została mistrzem Niemiec i zdobyła Puchar Niemiec. U nas w Polsce wszyscy byli przekonani, że z taką ekipą spokojnie wyjdziemy z grupy na Euro 2012 i będziemy walczyć z najlepszymi zespołami starego kontynentu. Odkąd pamiętam, polska reprezentacja piłkarska jeszcze nigdy nie wyszła z grupy, niezależnie od tego, czy były to Mistrzostwa Świata, czy Europy. W Korei i Japonii nie daliśmy rady. Można to sobie wytłumaczyć, że było to daleko od Polski, inny klimat i nie udało się. W Niemczech w 2006 r. trafiliśmy na Niemców w grupie i oczywiście musieliśmy z nimi przegrać. W 2008 r. prawie wygraliśmy z gospodarzem Euro, czyli z Austrią, ale „prawie robi wielką różnicę”. Remis z Austrią sprawił, że i tym razem nie wyszliśmy z grupy. Teraz graliśmy u siebie. Byliśmy gospodarzami, więc nie musieliśmy się starać o awans, a i tak nie wyszliśmy z grupy. Dwa remisy z Grecją i Rosją to za mało, by wejść do ćwierćfinału ME. Trzeba było wygrać z Czechami. Niby nic trudnego, a jednak polegliśmy. Kiedy w grudniu 2011 r. odbyło się losowanie grup na Euro 2012, wydawało się, że jest to najlepsza dla Polski grupa, że na pewno z niej wyjdziemy. Komentatorzy sportowi mówili, że lepiej nie mogliśmy trafić. Dla mnie wydawało się, że wyjdziemy my i Rosja. Okazało się jednak, że z grupy A wyszli … Czesi i Grecy. Polityka Zawsze w przypadku ważnych meczów, zarówno politycy, jak i zwykli kibice dopatrują się podtekstów politycznych. Nie inaczej było na Euro 2012. Nie zamierzam jednak skupiać się na mało istotnej zadymie, do jakiej doszło w Warszawie przed meczem Polska-Rosja. Nie byłem świadkiem tamtego zdarzenia, ale z relacji dziennikarzy, reprezentujących różne media wynikało, że Rosjanie w zdecydowanej większości nie chcieli doprowadzić do zamieszek. Chcieli jedynie demonstracyjnie przejść na Stadion Narodowy w Warszawie. Doszło jednak do chuligańskich wybryków zarówno po stronie rosyjskiej, jak i polskiej. Czechy vs Polska: O Polsce nie ma co mówić. Jak u nas jest każdy widzi. Rządzi nami od ponad czterech lat koalicja tzw. liberałów z ludowcami i większość polskiego społeczeństwa uważa, że są to dobre rządy. Co prawda podnoszą podatki i wydłużają wiek emerytalny, ale przecież mogło być gorzej. Jesteśmy gospodarzami Euro 2012, więc mamy się z czego cieszyć, przynajmniej na razie. A Czesi? Niby taki mało znaczący kraj, a jednak jakoś sobie radzi. Z tego co wiem, statystyczny Czech zarabia więcej, niż statystyczny Polak. Po za tym Czesi mają znakomitego prezydenta Vaclava Klausa, który dzielnie przeciwstawia się pomysłom Unii Europejskiej, w której coraz większe wpływy uzyskują Niemcy i Francja. Rosja vs Grecja: Rosja, to bez wątpienia największy pod względem powierzchniowym kraj na świecie. Właściwie odkąd pamiętam rządzi tam bez przerwy Władimir Putin. Raz jest prezydentem, raz premierem, później znów prezydentem, ale to przede wszystkim on rządzi, albo jak kto woli rządzą tam służby specjalne, z którymi on wcześniej współpracował. W Każdym razie rządzi Rosją twardą ręką, niczym car, mimo że oficjalnie jest demokracja, przestrzegane są tam prawa człowieka, obywatela, geja i lesbijki, mamy do czynienia z pełną rzetelnością dziennikarzy rosyjskich. Co by nie mówić o Rosji i jego prezydencie, czy jak kto woli carze, państwo rosyjskie jest w stanie decydować o losach świata. To jedno z wielkich mocarstw europejskich i światowych. Zupełnie inaczej jest w Grecji, gdzie już od starożytności panuje tam demokracja. Obywatele tego państwa są na tyle odpowiedzialni za swoje wybory polityczne, że przez kilka dobrych lat wybierali sobie przywódców, którzy doprowadzili grecką gospodarkę do prawdziwej ruiny. Mimo bankrutującej Grecji statystycznemu Grekowi także żyje się lepiej, niż statystycznemu Polakowi. Podczas gdy Grecy pracują wtedy, kiedy im się chce, w Polsce trzeba harować za marne pieniądze na zlecenie. Grecy nie przejmują się tym, że ich państwo tonie w długach, bowiem za wszystko i tak zapłacą kraje strefy Euro + Polska. My Polacy oczywiście cieszymy się z tego, że możemy pomóc „biednej” Grecji wyjść z kryzysu. Teraz na poważnie Jak już wspomniałem mieszanie sportu z polityką jest głupie, ale czynią to zarówno sportowcy, jak i politycy, więc w wyjątkowych sytuacjach i ja chciałbym zabrać głos. Pomyślałem sobie, że skoro nasza elita polityczna doszła do wniosku, że muszę pracować co najmniej do 67 roku życia, to chociaż teraz, kiedy jeszcze jestem młody, skończyłem 23 lata i jeszcze tyle pracy przede mną, to może chociaż nacieszę się z tych jedynych Mistrzostw Europy, które odbywają się w Polsce i na Ukrainie. Jako patriota chciałem oczywiście, by Polska wyszła z grupy. Po raz pierwszy od dawien dawna była do tego świetna okazja. Okazało się jednak, że zremisowaliśmy z Grecją, mimo że mogliśmy z nimi wygrać, dzielnie walczyliśmy z Rosją, ale starczyło tylko na remis i w decydującym meczu przegraliśmy z…Czechami, mimo że spokojnie mogliśmy ich pokonać. Smuci mnie więc porażka Polski, ale również porażka Rosji z Grekami. Jak to możliwe, że ci, którzy pod względem sportowym wcale nie grają rewelacyjnie, pokonali tak wielką potęgę – Rosję. Jak to możliwe, że ci, którzy wcale nie przejmują się tym, że ich państwo tonie w długach (bo i tak zarabiają więcej niż zwykły Polak), doprowadzają do wyeliminowania Rosję. Zarówno porażka Polski, jak i Rosji jest dla mnie wielkim nieporozumieniem. Wydawało się, że to właśnie My i Rosja spokojnie wyjdziemy z grupy. Być może w ten sposób zapomnielibyśmy o tych zadymach, do jakich doszło na początku Euro 2012 we Wrocławiu i później w Warszawie. Niestety stało się inaczej. Z grupy A wychodzą…Czesi i Grecy. Tym samym dla nas skończyły się Mistrzostwa Europy. Teraz przyjdzie szara rzeczywistość. Trzeba będzie jeszcze zapłacić za te wszystkie autostrady, stadiony. Być może za kilka miesięcy rząd polski poprosi o pomoc finansową od Unii Europejskiej, jak to teraz czynią Grecy (organizatorzy Olimpiady w 2004 r.), czy Portugalczycy (organizatorzy Euro 2004). W każdym razie pod względem sportowym ponieśliśmy ogromną klęskę i najprawdopodobniej poniesiemy też klęskę ekonomiczną, która objawi się za kilka lat. A miało być tak pięknie… Mateusz Teska

Wesprzyj Klausa!

Nagonka na prezydenta Czech Vaclava Klausa, by podpisał się pod traktatem lizbońskim nasila się. Ostatnio głos w tej sprawie zabrał były prezydent Czech, odpowiednik polskiego Mazowieckiego abo Michnika, Vaclav Havel. Stwierdził on, że "(...) Odmowny stosunek Klausa do traktatu jest bardzo nieodpowiedzialny i niebezpieczny. Jego postępowanie szkodzi republice, jest to nieodpowiedzialne niezrozumienie naszej konstytucji. Wywołuje to u mnie znaczny niesmak, szkodzi to opinii Republiki Czeskiej w Europie". Tymczasem na stronie internetowej http://supportvaclavklaus.wordpress.com/ można wesprzeć prezydenta Czech wysyłając petycję wzywającą do niepodpisywania traktatu lizbońskiego. Do tej pory podpisało ją już ponad 14 tysięcy internautów, którzy nie przejęli się "niesmakiem" "autorytetu moralnego", p. Havla. Zachęcamy do podpisania się pod petycją. Dopóki jest nadzieja... Link do strony z petycją: http://www.petitiononline.com/sptklaus/petition.html P.

Czechy: Stanowisko komisarza za podpis prezydenta

Unia Europejska pewna wyniku referendum w Irlandii już planuje, w jaki sposób przekupić Vaclava Klausa, który jest dla nich ostatnią przeszkodą do wprowadzenia w życie traktatu lizbońskiego. Zaraz po referendum ma się odbyć przydzielanie stanowisk komisarzy a także nowo utworzone stanowiska prezydenta i szefa unijnej dyplomacji. Według Ramona Pacheco, eksperta z londyńskiego King’s College pozycja negocjacyjna Czech wzrosła i mogą otrzymać to co chcą. Podobnie uważa Piotr Kaczyński z brukselskiego Centrum Studiów nad Polityką Europejską (CEPS). W rozmowie z "Rzeczpospolitą" stwierdził: "Jestem święcie przekonany, że gdyby Klaus był gotów do sprzedania podpisu za ważnego komisarza, na przykład do spraw transportu lub energetyki, to Czesi go dostaną". Z podpisem czeka również polski prezydent Lech Kaczyński, jednak po referendum w Irlandii, w którym Irlandczycy prawdopodobnie poprą traktat, jak najszybciej zamierza dokument podpisać. Tym czasem w Czechach przeciwnicy traktatu ponownie skierowali go do Trybunału Konstytucyjnego, który niedawno uznał już jego zgodność z konstytucją. Według Piotra Kaczyńskiego jest to gra na zwłokę. Niektórzy eksperci przewidują, że prezydent Czech będzie czekał do wyborów w Wielkiej Brytanii, gdyż w przypadku zwycięstwa konserwatystów dokument może zostać poddany referendum, o ile oczywiście proces ratyfikacji nie zostanie zakończony. Tym czasem Bruksela grozi, że w przypadku braku podpisu Vaclava Klausa będzie obowiązywał stary traktat z mniejszą ilością komisarzy i to właśnie Czechy nie otrzymają tego stanowiska. Źródło: www.rp.pl

Front antylizboński

Za fronda.pl" "Lider brytyjskich torysów występuje z nową inicjatywą. Konserwatyści chcą pogrzebać traktat lizboński. I proszą o pomoc prezydenta Czech, Vaclava Klausa. Przywódca brytyjskich konserwatystów David Cameron wysłał w sprawie traktatu list do czeskiego prezydenta Vaclava Klausa. – Cameron powiedział Klausowi, aby powstrzymał ratyfikację o kilka miesięcy, a on udzieli mu wsparcia – mówi cytowany przez „Daily Mail” działacz partii konserwatywnej. Jaki jest plan lidera torysów? Jeśli jego ugrupowanie wygra wybory, które powinny się odbyć najpóźniej w maju, natychmiast podda traktat pod referendum. – Taka wizja wywołuje niepokój w Brukseli, bo referendum w Wielkiej Brytanii oznaczałoby pogrzebanie traktatu, który mimo swoich niedoskonałości jest Unii potrzebny – mówi „Rz” eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski. Traktatu nie ratyfikowały jeszcze Polska, Niemcy, Czechy i Irlandia. 2 października Irlandczycy po raz drugi mają w referendum zdecydować, czy zgadzają się na dokument, który daje krajom członkowskim mniejsze możliwości blokowania niekorzystnych dla nich decyzji. Według sondaży są spore szanse na zwycięstwo irlandzkich zwolenników dokumentu. Do grona państw UE, które ratyfikują traktat lizboński, jeszcze w tym tygodniu dołączą Niemcy. Prezydent Horst Köhler podpisał wczoraj ustawy torujące drogę do ratyfikacji." Źródło: www.fronda.pl

Chcą uziemić Klausa

Onet.pl podaje, cytując "Mlada fronta Dnes"... "Czescy senatorzy zastanawiają się jak usunąć z urzędu prezydenta Vaclava Klausa, który zwleka z podpisaniem Traktatu Lizbońskiego... Senatorzy przygotowują oficjalny apel, żeby prezydent podpisał ten dokument. Socjaldemokratyczna senator Alena Gajduszkova zapowiedziała, że jeśli Klaus odmówi podpisania Traktatu, to będzie oznaczało, iż nie nadaje się do pełnienia swej funkcji, a Traktat podpisze zamiast niego premier"... Jak podaje Onet.pl... "Czescy parlamentarzyści stracili cierpliwość do prezydenta, gdy Klaus we wtorkowym wywiadzie dla stacji radiowej "Radiożurnal" oświadczył, że będzie nadal zwlekał, a decyzję, czy podpisze kluczowy unijny dokument, podejmie jako ostatni polityk w Europie. - Na pewno nie będę się śpieszył - powiedział. Parlament Czech może czasowo pozbawić prezydenta prerogatyw, gdy większość obecnych posłów i senatorów podejmie uchwałę, że Klaus >>nie może z ważnych przyczyn wykonywać swojej funkcji<<. Taką przyczyną może być zwlekanie z podpisaniem Traktatu Lizbońskiego". Według niektórych prawników Klaus łamie konstytucję - "Zgodnie z czeską ustawą zasadniczą prezydent powinien podpisać Traktat Lizboński bez zwłoki" - twierdzą i dodają: "Stawiając warunki, Vaclav Klaus tworzy jak gdyby własną konstytucję, co jest absolutnie nie do przyjęcia". Źródło: Onet.pl

Czechy: Irlandzkie gwarancje to zmiana traktatu!

Nasz Dziennik podaje: Vaclav Klaus uznaje irlandzkie gwarancje za zmianę traktatu lizbońskiego, a co za tym idzie naruszenie zasad prawa międzynarodowego. "Podczas kiedy traktat mówi, że nie każdy kraj będzie posiadał swojego komisarza, nagle obiecuje się im, iż oni będą go mieli, każda normalna osoba, która ukończyła szkołę podstawową, wie, że oznacza to zmianę zapisów traktatu lizbońskiego" twierdzi czeski prezydent. Dodał również, że inni przywódcy państw Europy Środkowej, którzy zjechali się do Nowego Sadu, także wyrazili swoje zaskoczenie wobec takiej decyzji UE. "Jeden z prezydentów powiedział: ratyfikowałem traktat lizboński, jednakże gdybym wiedział, jak rozwinie się sytuacja, może zmieniłbym zdanie. To pokazuje, że wiele osób zaczyna postrzegać sprawę w nieco inny sposób, co przyjąłem z zadowoleniem" - twierdzi Vaclav Klaus. Podobnie zareagowała czeska partia Svobodni. Członkowie tego ugrupowania twierdzą, że gwarancje oparte na łamaniu traktatu lizbońskiego świadczą o tym, że Unia Europejska nie przestrzega własnych przepisów. "Żadne państwo członkowskie nie może mieć pewności, czy taki krok pewnego dnia nie obróci się przeciwko niemu - argumentował przewodniczący ugrupowania Petr Mach."  Dodaje także: "Nie jest możliwe, aby podczas ratyfikacji w poszczególnych krajach członkowskich przyjąć, że Unia będzie uprawniona do ustalania krajom wspólnoty wysokości podatków w celu zwalczania konkurencji podatkowej lub że UE będzie w stanie przenieść podejmowanie decyzji o podatkach do głosowania większościowego, a następnie wydać deklarację, iż nie będzie tego wymagać". Ugrupowanie również domaga się gwarancji dla Czech w kwestii nadrzędności czeskiej konstytucji nad prawem unijnym oraz zablokowania ewentualnych roszczeń ze strony Niemiec i Austrii dotyczących mienia skonfiskowanego po II wojnie światowej. Sprzeciwia się również jurysdykcji Trybunału UE w Luksemburgu nad Kartą Praw Podstawowych. Jednak w ocenie prof. Artura Nowak-Fara, ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, prawo europejskie zawsze będzie nadrzędne w stosunku do konstytucji. "Sądy krajowe mają obowiązek stosowania prawa europejskiego przed prawem krajowym - przypomniał. Zdaniem ekspertów, jeżeli Czesi chcą niezależności prawnej, to muszą opuścić Unię Europejską. - Zgodzili się na te prawa, wchodząc w struktury wspólnoty - przypomniał Nowak-Far". Uznał także, że korzyści gospodarcze wynikające z członkostwa są zbyt duże, żeby hasło wystąpienia z UE zdobyło poparcie wśród społeczeństwa. Partia Svobodni ma wątpliwości co do opłacalności członkostwa we wspólnocie. Jak czytamy wyliczono,że "codziennie do kasy unijnej trafia 100 mln czeskich koron. Rocznie suma ta wynosi ok. 36 mld koron i stanowi 2 proc. wpływów z podatków do budżetu państwa. - Każdy burmistrz wie najlepiej, na co spożytkować te 100 mln, jednakże zamiast tego musi wspierać finansowo projekty niezbędne do zastosowania skomplikowanych postaci funduszy europejskich." Petr Mach zauważa jednak, że małe jest prawdopodobieństwo zakończenia tych działań sukcesem, gdyż "iż w unijnym procesie redystrybucji duże kwoty są po prostu marnotrawione". Twierdzi również, że jego partia będzie starać się w przyszłości wywalczyć zniesienie systemu składek i dotacji dla Republiki Czech. Zaapelował także po raz kolejny o odrzucenie traktatu lizbońskiego, gdyż Bruksela "kontrolowana przez niemieckie i francuskie głosy, będzie decydowała we wszystkich kluczowych kwestiach, w tym gospodarczych, podatkowych, zatrudnienia etc. Anna Wiejak Źródło: www.naszdziennik.pl

Wierzę, że prezydent Klaus nie podpisze Lizbony

Zdaniem senatora ODS Jerzego Oberfalzera nieratyfikowanie przez prezydenta Traktatu Lizbońskiego nie oznaczałaby zdrady stanu. Zdradą stanu, według jego słów, byłby raczej podpis, ponieważ przestępstwa zdrady stanu dopuszcza się ten, kto działa przeciwko suwerenności państwa, a Traktat Lizboński, według Oberfalzera, jest przeciwny czeskiej suwerenności. Senator jest przekonany, że prezydent Václav Klaus traktatu nie podpisze, ponieważ inaczej złamałby swoje prezydenckie ślubowanie. Co sądzi Pan o pomyśle socjal-demokratycznej senator Gajdůškovej, aby oskarżyć prezydenta o zdradę za to, że nie podpisze Traktatu Lizbońskiego? OBERFALZER: Przypuszczam, że może być akurat przeciwnie. Zgodnie z ustawą o Trybunale Konstytucyjnym, prezydent dopuszcza się zdrady, jeśli działa przeciw suwerenności, integralności terytorialnej albo porządkowi demokratycznemu. Jego niechęć do podpisania Traktatu Lizbońskiego tych znamion czynu nie wypełnia. Według mnie, cechy zdrady nosi raczej podpisanie Lizbony, ponieważ doprowadzi do istotnego ograniczenia naszej suwerenności. Dlaczego? OBERFALZER: W wielu bardzo wrażliwych dziedzinach, takich jak imigracja, energetyka i transport, zniesione będzie prawo weta Republiki Czeskiej i możemy być tu przegłosowani. Bruksela będzie w mocy, na przykład, nam tutaj do Republiki Czeskiej, według swojej woli wysłać imigrantów, chociaż będziemy protestować. I jest oczywiste, że takim przeładowanym państwom, jak choćby Francja, które same mają problemy z imigrantami, to będzie bardzo odpowiadało. Do podstawowego prawa zalicza się także zasada prymatu prawa europejskiego nad prawem czeskim. Prymat prawa jest typowym przymiotem państwowości. Wraz z Lizboną powstaje wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa. Jest to kolejny symptom genezy brukselskiego superpaństwa, które będzie nadrzędne wobec poszczególnych prowincji, jedną z nich będzie Republika Czeska [podobnie Polska – przyp. KG]. Kolejnym pierwiastkiem państwowości jest Karta Praw Podstawowych, która będzie nadrzędna wobec kart poszczególnych państw, więc de facto ich konstytucji, ponieważ karty praw bywają składnikami porządku konstytucyjnego suwerennych państw. Ponadto powstaje nowa Unia Europejska, która jest różna od tej, do której wstąpiliśmy. Ta będzie posiadać osobowość prawną i ustanawia nowe obywatelstwo UE. Szef socjalistów Paroubek przyznał, że jeżeli tenże Traktat wejdzie w życie, wówczas 90 procent przepisów prawa obowiązujących w Republice Czeskiej, będzie pochodzić z Brukseli. Jeśli nie oznacza to ograniczenia czy zaniku suwerenności, to czym to jest? A jeśli chodzi o tę integralność terytorialną? OBERFALZER: Na podstawie Karty Praw UE jest możliwe, że obywatele UE, w naszym przypadku na przykład pochodzenia sudecko-niemieckiego, będą zwracali się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu i żądali zwrotu mienia skonfiskowanego na mocy dekretów Benesza. Nie wiemy, jak by zadecydował Europejski Trybunał Sprawiedliwości w przypadku powództwa przeciwko Republiki Czeskiej. Nie twierdzę, że koniecznie musimy stracić czeskie pogranicze i że Niemcy sudeccy odzyskają swój majątek, ale orzekanie w tych sprawach przechodzi w ręce organu Unii Europejskiej, czyli Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, a my będziemy musieli, chcąc nie chcąc, mu się poddać. Tutaj, po prostu, grozi niebezpieczeństwo. Dlaczego, jak Pan myśli, Polacy wynegocjowali wyjątek w tej sprawie? Oni również usunęli z obecnego terytorium polskiego ludność niemiecką i nie chcą, aby o ewentualnych sporach majątkowych czy nawet granicznych decydowała Unia Europejska. Izba Deputowanych przyjęła jednakże deklarację, że powojenny porządek nie śmie być naruszony Traktatem Lizbońskim. OBERFALZER: No właśnie. Chodzi tu o prawnie niewiążącą deklarację, której Unia Europejska nie będzie brała pod uwagę. Rozstrzygające jest brzmienie Traktatu Lizbońskiego. Europejski Trybunał Sprawiedliwości będzie się kierował tylko podstawowym prawem, zatem Kartą Praw UE. Prawnie wiążącą gwarancją są po prostu prawnie wiążące protokoły do Traktatu Lizbońskiego, które podlegają ratyfikacji przez wszystkie państwa członkowskie wraz z traktatem. Czy sądzi Pan, że pan prezydent ostatecznie traktat podpisze? OBERFALZER: Nie mogę mówić za pana prezydenta. Mam nadzieję, że pan prezydent nie zaprze się samego siebie i że traktatu nie podpisze. Jest z pewnością świadom tego, że osobista ratyfikacja to nie żadna formalność. Izby parlamentu dają tylko swoją zgodę czy brak zgody na ratyfikację. Ostateczna odpowiedzialność z wszystkimi jej konsekwencjami spoczywa w rękach prezydenta. Prezydent w swojej przysiędze prezydenckiej, na której podstawie objął funkcję, ślubował, że będzie przestrzegał Konstytucji i ustaw, zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą i przekonaniem. Wobec Trybunału Konstytucyjnego jasno wyraził*), że zgodnie z jego najlepszą wiedzą i przekonaniem traktat jest sprzeczny z czeskim porządkiem konstytucyjnym. Ratyfikacja przez prezydenta, według mego osądu, nie byłaby w zgodzie z jego przysięgą. W konstytucji czeskiej jest m.in. zapis, że Republika Czeska jest suwerennym, jednolitym i demokratycznym państwem prawa. Po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego również to przestałoby obowiązywać. Tłum. i przypis: Krystyna Greń Za: www.prawica.net

Vaclav Klaus: Traktat Lizboński jest martwy!

Prezydent Czech, Vaclav Klaus powtórzył niedawno swoje stanowisko w sprawie Traktatu Lizbońskiego, uznając go za martwy. "Jedno z państw Unii odrzuciło go w referendum" - stwierdził, uzasadniając swoje słowa. Klaus skrytykował tych senatorów czeskich, którzy - jak się wyraził - "dla własnych korzyści i krótkotrwałych interesów, narazili długofalowe interesy Czech na szwank i w ostatniej chwili zmienili zdanie głosując za ratyfikacją traktatu". Zachęcamy do obejrzenia wystąpienia Vaclava Klausa (polskie tłumaczenie)...