Category Archives: Francja

Marine Le Pen domaga się zwrotu francuskiego złota

Niedawno dowiedzieliśmy się, że swoje złoto do kraju sprowadziła Holandia. Działo się to - przynajmniej tak wynika z przekazów - dyskretnie, bez rozgłosu. Złoto miało przypłynąć do kraju tulipanów statkiem.

Przykład niemieckiej tolerancji

Polskie media i leming-społeczeństwo zawsze brało i bierze przykład z dobrych praktyk stosowanych na zachodzie. Tamtejsza mentalność i zamiłowanie do tolerancji, umiłowanie braci i sióstr, bez względu na ich wyznanie, narodowość, czy orientację seksualną są godne naśladowania. Tam jest tak pięknie i cudownie. Kraina mlekiem, miodem, tolerancją, pokojem i miłością płynąca!

Katolickie kino familijne: „Wojna w Wandei”

W tym roku przypada 220. rocznica katolickiego powstania w Wandei. Biorąc pod uwagę polski sukces filmu „Cristiada”, można oczekiwać, że ekranizacja i tej, mało znanej kontrrewolucji, cieszyłaby się wśród katolików dużym zainteresowaniem. Próbę przeprowadził Jim Morlino wraz z amerykańską młodzieżą i dziećmi, grającymi w filmie „The War of the Vendée”.
Film ukazał się w ubiegłym roku na DVD. To, oczywiście, nie jest produkcja zbliżonego do „Cristiady” kalibru i można zarzucić mu różne rzeczy, jednak fakt, że w ogóle powstał - w prezencie dla „francuskich przyjaciół” - jest samo w sobie dużym sukcesem. Pierwszą kwestią, którą widz powinien wiedzieć zanim zacznie oglądać „Wojnę w Wandei” jest to, że nikt spośród 250 aktorów nie ma więcej niż 21 lat. Nie trzeba też dziwić się, iż filmowy „Robespierre” nosi na zębach metalowy, stały aparat ortodontyczny, a czasem łypie diabelskimi oczami z czerwonymi tęczówkami. Oprócz młodych i bardzo młodych ludzi, grających księży, przywódców powstania, żołnierzy, matki i żony, występuje również tajemnicza zakapturzona postać symbolizująca diabła, ukrywającego się za Robespierrem. Bo i bez niego tej historii opowiedzieć się nie da. Nieprzypadkowo krwawe wydarzenia w Wandei, rolniczym regionie w północno-zachodniej Francji nad Atlantykiem, zostały zepchnięte na margines oficjalnej historii, pisanej ręką wyznawców rewolucji francuskiej. W tym prawdopodobnie pierwszym akcie ludobójstwa, zaplanowanego i przeprowadzonego na lokalnej ludności z dużą determinacją, mogło zginąć nawet ponad 300 tysięcy ofiar, czyli prawie połowa mieszkańców Wandei. Jej przemilczenie nie może dziwić, skoro odpowiedzialnych za rewolucyjne masakry czci się na paryskim Łuku Triumfalnym, a ich imionami nazywa się we Francji niezliczone ulice, place i skwery. O bohaterskich powstańcach, o których Napoleon powiedział: „Byłbym dumny z bycia Wandejczykiem”, niewielu chce we Francji pamiętać. Z 90-minutowej produkcji wynika, że przyczyn wybuchu powstania w 1793 r., w trakcie trwającej już rewolucji, było wiele, choć niektórzy sugerują, że ostatecznie zdecydował o nim nakaz poboru do armii republikańskiej 300 tys. mężczyzn. Wśród nich wylicza się m.in. śmierć ich ukochanego króla Ludwika XVI na gilotynie, zniesienie prawnego statusu sakramentów, wprowadzenie obowiązku przysięgi na Rewolucję, czy masakrę sześciuset papieskich gwardzistów. Wandejczycy podnieśli broń również dlatego, że przeczuwali, iż po zabiciu ich ziemskiego króla, rewolucjoniści zabiorą się za zwalczanie Niebiańskiego. I mieli rację. Powstańcy, pogardliwie nazywani zwykłymi chłopami, byli najlepszymi myśliwymi we Francji. Walczyli: „Za Boga i króla” z przyczepionym na piersiach sercem wandejskim - symbolem krwawego serca, z którego wyrasta krzyż. Film w zasadzie można traktować jako wprowadzenie młodego widza w temat rewolucji 1789 r., pokazując jej antykatolicki charakter, połączony z polowaniami na księży, prześladowaniem i mordowaniem katolików. Jak podaje Warren Carroll w swojej książce „Gilotyna i krzyż”, jednym z pierwszych ofiar terroru rewolucji francuskiej był właśnie ksiądz. „The War of the Vendée” pokazuje powstanie w sposób odpowiedni dla młodego widza, choć tym samym może być posądzony o zbyt łagodne jego przedstawienie, w ogóle bez pokazywania krwi. Być może twórcy filmu liczyli na to, że brutalność tego okresu, ze szczególnym uwzględnieniem tłumienia kontrrewolucji (rewolucjoniści wykorzystywali skórę ludzką na buty i bębny, masowo topili związane kobiety i dzieci, mordowali ich bagnetami) młodzi ludzi poznają w odpowiednim czasie z książek, których ukazuje się coraz więcej, również w języku polskim. Głównym bohaterem ekranizacji historii bohaterskiej Wandei jest w filmie jeden z przywódców, Jacques Cathelineau. To on zebrał garstkę żołnierzy, którym udawało się wygrywać z żołnierzami republikańskimi dzięki znajomości terenu, efektywnemu wykorzystaniu każdej dostępnej amunicji i broni oraz zdolnościom łowieckim. Dopiero później powstańcy mogli wykorzystywać armaty, które zdobyli od wroga po wygranych bitwach, a ich nieregularne oddziały przekształciły się w wielotysięczną armię. Dyscyplinowanie i szkolenie nieprofesjonalnych żołnierzy nie było dla Cathelineau łatwe. W jednej z niezapomnianych scen zapobiega on akcji odwetowej na pojmanych żołnierzach republikańskich, prosząc własnych żołnierzy, aby odmówili modlitwę Ojcze nasz. W filmie elementy humorystyczne przeplatają się z wzruszającymi i tragicznymi, z dużym akcentem na udział kobiet, które walczyły czasem przy pomocy wałków do ciasta i butelek. Można mu również zarzucić różne nieścisłości historyczne, np. okoliczności śmierci Cathelineau. Dużym plusem jest za to muzyka symfoniczna, przypominająca chwilami ścieżkę dźwiękową z „Władcy pierścieni”, a i nie ma się co dziwić, bo jej twórcą jest 41-letni amerykański kompozytor Kevin Kaska, który dyrygował lub napisał muzykę do takich filmów jak: Sherlock Holmes, Mroczny Rycerz (Dark Knight), Piraci z Karaibów czy wreszcie Pasja Mela Gibsona. Film byłby jeszcze lepszy, gdyby wśród obsady mogły sie znaleźć takie gwiazdy jak w „Cristiadzie”. I może, gdyby podobnie jak i do tej produkcji, nie przedstawiono wydarzeń w zbyt pozytywnym świetle - jako pełnej wygranej kontrrewolucjonistów, wypaczając w ten sposób prawdę historyczną. „The War of the Vendée” wyprodukowało Navis Pictures, które ma na swoim koncie również DVD St. Bernadette of Lourdes (Święta Bernadetta z Lourdes) oraz film edukacyjny How to Make a Movie (Jak stworzyć film) przeznaczony dla katolickich filmowców (z 20-minutowymi sesjami dotyczącymi pisania scenariusza, tworzenia muzyki, pracy z kamerą i światłem, itd.). Szanse na powstanie profesjonalnej produkcji o wandejskich męczennikach, nie są niestety wielkie. Póki co, trzeba się zadowolić filmem dla dzieci. Natalia Dueholm Tutaj można obejrzeć zwiastun i fragment filmu oraz go zamówić. Artykuł ukazał się pierwotnie na www.pch24.pl. Dziękujemy Autorce za nadesłanie go na PROKAP.

Angela popiera Francoisa w złodziejskim procederze

Wychodzi szydło z worka. Pani Angela Merkel, po ujawnieniu jej SB-ckiej, tzn. STASI-ecko komunistycznej przeszłości, nie ma już żadnych zahamowań. Komuch to komuch. Właśnie poparła pomysł prezydenta Francji, komucha z krwi i kości, i do tego pederastofila, by walczyć z bezrobociem wśród młodzieży europejskiej.
Cóż, tylko chory na umyśle mógłby się sprzeciwiać temu, by bezrobotnych wśród młodzieży było jak najmniej. Święta prawda. Ale cóż, my na PROKAPIE widocznie jesteśmy chorzy. Nie występujemy oczywiście przeciwko temu, by bezrobocie malało, ale przeciwko metodom jakie rządy chcą stosować. Lewactwu już to jednak wystarczy, by uznać nas za obłąkanych. Co proponuje prezio Francji, Hollande? "Zdaniem francuskiego prezydenta UE musi pilnie zmobilizować specjalne fundusze, które zostaną przeznaczone na tworzenie miejsc pracy dla ludzi młodych. Walka z bezrobociem wśród młodych powinna zostać podjęta nie tylko w poszczególnych krajach unijnych, ale też na poziomie UE; Hollande proponuje, by pewne środki z unijnego budżetu zostały przeznaczone na ten cel" - podaje portal Money.pl. Pomysł popiera kanclerz Merkel, była mieszkanka DDR, aktualnie piastująca stanowisko szefa największego europejskiego mocarstwa. Pomysł rabowania podatników. Nikt z tych złodziei nie pomyśli, żeby obniżyć podatki, zredukować biurokrację itp... Potrafią tylko mnożyć problemy, a potem próbować rozwiązywać je mnożąc kolejne... W 2011 roku, Jarosław Kaczyński napisał w swojej książce "Polska moich marzeń", iż nie sądzi "żeby kanclerstwo Angeli Merkel było wynikiem czystego zbiegu okoliczności". I dodał: "Ona wie, co ja chcę przez to powiedzieć. Tyle wystarczy". Prezes PiS żadnym autorytetem oczywiście nie jest, bo jego pomysły też zmierzają do tego, by rabować podatników. Ale w tym akurat momencie ma rację. Czy sam jednak cokolwiek z tego rozumie to już inna sprawa... PSz

W oczekiwaniu na Tezeusza

Rząd w trosce o nasze bezpieczeństwo postanowił wyżyłować normy przeglądów technicznych samochodów. Będzie lepiej. Stacje diagnostyczne najprawdopodobniej będą musiały wyposażyć się w dodatkowy drogi sprzęt, a uzyskanie pieczątki w dowodzie rejestracyjnym nie będzie już takie proste.
Ktoś najwyraźniej postanowił aby nowi radzieccy ludzie podróżowali zbiorowymi środkami komunikacji lub rowerami, co niechybnie podniesie kondycję zdrowotną i zmniejszy zapotrzebowanie na medyczne usługi. Nasz rząd pomyślał o wszystkim. Tym bardziej, że ustawa o ochronie zdrowia z dnia 28 kwietnia 2011 roku nakłada na podmioty lecznicze od 1 sierpnia 2014 roku obowiązek prowadzenia dokumentacji medycznej w formie elektronicznej. A więc już za chwil kilka pieniądze, które powinny trafić na leczenie trafią na budowę koszmarnie drogich systemów. Zarobi na tym podobnie jak na badaniach samochodów, inteligentnych licznikach do prądu i nikomu niepotrzebnym dźwiękoszczelnym ekranom przy drogach jakaś sitwa, której lobbystyczne nitki będą prowadzić do korporacyjnego kłębka. A więc i tak za wszystko zapłaci podatnik ogłupiony przez media, że to wszystko dla jego doba. Po co walczyć o rynek, przekonywać konsumenta o tym, że ma jakąś potrzebę? On indywidualnych potrzeb ma przecież bardzo niewiele i ścibi resztki posiadanego grosiwa. Ogląda je z każdej strony albo ciuła w skarpecie. Lepiej jest zagrać va banque i uszczęśliwić wszystkich na siłę. Są w końcu geszefciarze wyżsi - odpowiedzialni za europejskie normy zmuszające nas do kupowania drogich żarówek czy walki z globalnym ociepleniem. Są też i ci mniejsi - działający na krajowym rynku. A wszystko to dla naszego dobra, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze, podobnie jak kino to najważniejsza ze sztuk. Propaganda stanie się więc jeszcze bardziej bandycka i nieprzebierająca w środkach, a ogłupiały lud na sam dźwięk określonych słów-kluczy będzie jeszcze bardziej zachowywać się jak psy Pawłowa, nie tylko w konsumenckim szale. We Francji pomimo masowych protestów przeszło prawo o jednopłciowych małżeństwach. W Polsce "zastępcza klasa robotnicza" poniosła w Sejmie sromotną klęskę. Ale nie łudźmy się, że się poddała. Aby zmienili w tej kwestii zdanie niezbędne jest przez nich zrozumienie, że świat nie jest sprawiedliwy i nigdy nie będzie, a wyrównywanie wszelkich różnic również między ludźmi prowadzi niechybnie do sytuacji opisanej w wierszu Zbigniewa Herberta "Damastes z przydomkiem Prokrustes mówi". Nie wykluczone, że obserwując co się dzieje abdykował Papież. Miejmy tylko nadzieję, że uczynił to po to, aby wskazać kardynałom swojego silnego następcę, a nie powielać stereotyp niedołężnego starca kierującego Kościołem. Miejmy nadzieję, że miejsce Benedykta zajmie Tezeusz, który nie tylko obali Minotaura. Dość kompromisów. Adam Kalicki

We Francji socjaliści rozpoczynają walkę z biedą

Aż trudno uwierzyć, że w tym kraju, kraju wykwintnej kuchni, szampana, najdroższych win świata, pasztetów z gęsich wątróbek, niezliczonych salonów mody itp... jest w ogóle jakaś bieda. Ostatnie decyzje francuskiego rządu wskazywałyby jednak na to, że tak...
Rządzący Francją socjaliści postanowili przeznaczyć aż 2 mld euro na walkę z biedą. Jak podają statystyki, aż co siódmy Francuz uważa się za biednego. Walka ta ma obejmować m.in. podwyższenie płacy minimalnej, zapobieganie wykluczeniu społecznemu oraz rozszerzenie zakresu opieki medycznej. Pomocą objęci mają być także bezdomni, samotne matki oraz osobnicy prowadzący wędrowny tryb życia (kiedyś w PRL objęto taką pomocą Cyganów i wielu z nich jest od tamtego czasu aż do dziś na garnuszku państwa żebrząc o zasiłki). Prawo ma ponadto iść w tym kierunku, by ułatwić młodym ludziom otrzymywanie zasiłków. Ciekawe ile czasu potrzebują socjaliści we Francji, by doprowadzić swój kraj do całkowitego upadku. Bo to, że sprawy będą szły w tym kierunku jest pewne. Francja, czołowy kraj Unii Europejskiej, już wkrótce może stać się symbolem tego czym cała UE powoli się staje czyli oazą dziadostwa, gospodarczej zapaści, biedy... Skoro we Francji jest aż tylu biednych, a rząd oficjalnie to przyznaje znaczy, że dotychczasowa polityka UE nie sprawdza sie. System redystrybucji dochodu, rozbuchany socjal, dotacje, dopłaty, wysokie (we Francji coraz wyższe) podatki, mające w przeświadczeniu socjalistów przeciwdziałać biedzie, tylko ją rozszerzają. Smutne ale prawdziwe... P.

Exodus francuskich milionerów rozpoczęty?

Znany francuski aktor Gerard Depardieu zameldował się w niewielkiej belgijskiej miejscowości tuż przy granicy z Francją. To jego odpowiedź na żarłoczność francuskiego fiskusa, który rozpoczął egzekucję przepisów o 75 procentowym podatku od milionerów.
Depardieu nie jest jedynym Francuzem, który zdobył się na taki krok. Wcześniej podobnie postąpił najbogatszy Francuz Bernard Arnault, producent wysokojakościowych towarów. We wrześniu tego roku poprosił on o belgijskie obywatelstwo. W obu przypadkach padają zarzuty o zdradę Francji, obaj milionerzy oskarżani są o ucieczkę. Nikt jednak nie podnosi kwestii wysokości podatków. Wydaje się, że cały francuski establishment akceptuje 75 procentową stawkę dla najbogatszych. We Francji osób, które miałyby go zapłacić jest około 1500. Wpływy z tej daniny miałyby przynieść budżetowi Francji 210 mln euro. Jak widać, socjaliści we Francji szybko przystąpili do działania. Zrobili pokazówkę z milionerami, ale biedniejszych też nie zamierzają oszczędzać. We Francji podwyższono właśnie podatki nie tylko milionerom, ale również osobom o niższych dochodach. Ci jednak nie zawsze mają możliwość szybkiego przemeldowania się w inne miejsce. Dlatego najbardziej to właśnie oni odczują podwyżki uzasadniane - jakże by inaczej - trudną sytuacją finansową Francji. P.

Komisja Europejska o dziurach w serze

Serwis ekonomia24.pl informuje o batalii serowej jaka przetoczyła się przez gabinety brukselskiej biurokracji. Konkretnie chodzi o pewien rodzaj sera o nazwie Gruyere. Ser dotychczas mógł być produkowany tylko w Szwajcarii. Teraz będą go mogli robić również Francuzi, ale pod warunkiem, że ser będzie miał ... dziury wielkości grochu.
Serwis przytacza wypowiedź rzecznika pionu rolnictwa Rogera Waite'a: "Propozycja Komisji Europejskiej zarejestrowania nazwy „Gruyere" jako wyrobu chronionego pochodzenia geograficznego uzyskała pozytywną ocenę odpowiedniej  komisji ekspertów. To zielone światło zostanie oficjalnie potwierdzone postanowieniem wykonawczym, które będzie wkrótce opublikowane". Do tej pory obowiązywał dwustronna umowa między UE a Szwajcarią, na mocy której tylko ser szwajcarski mógł nosić nazwę Gruyere. Decyzja Komisji Europejskiej oznacza, że francuscy wytwórcy odnieśli sukces. Jak podaje ekonomia24.pl, dla uniknięcia wszelkich pomyłek między oboma  serami, wzmianka o francuskim pochodzeniu sera musi znajdować się w  tym samym polu widzenia, co nazwa „Gruyere" i  literami o takiej samej wielkości co nazwa sera. "Francuscy producenci będą ponadto musieli unikać umieszczania na opakowaniach herbu Sabaudii, aby nie wywoływać zamieszania i ewentualnych pomyłek z flagą narodową Szwajcarii. Będą zakazane i karane wszelkie flagi czy emblematy mogące zmylić konsumentów".... ... A urzędnicy w Brukseli znów oczywiście będą mieli czego pilnować, zwłaszcza tego, by dziury w serze nie przekroczyły wielkości ziarnka grochu... P.

Niemcy sztorcują Francję

Wygrana socjalistów we Francji była zapowiedzią przyszłych problemów w relacjach z Niemcami. Niemcy wszak są orędownikami ostrej dyscypliny budżetowej, a Francja wybierając lewicę pokazała, że oszczędzać nie zamierza. Socjaliści planują równoważyć budżet wyłącznie przy pomocy podnoszenia podatków. Dziś z Berlina zaczynają już płynąć jasne sygnały - „zacznijcie ciąć wydatki”.
Lewicowy dziennik „Liberation” pisze o rosnących obawach ze strony niemieckich władz, dotyczących kształtu przyszłorocznego budżetu Francji. Zdaniem gazety między oboma państwami rośnie nieufność, która przeszkadza w ich wzajemnych relacjach. Przejawem tego mają być wypowiedzi niemieckich polityków i ekonomistów z ostatnich tygodni. Zdaniem dziennika przyszłoroczny budżet Francji wywołał w Niemczech panikę, gdyż opiera się głównie na wpływach z podatków. Same nowe obciążenia fiskalne mają przynieść 20 mld euro, cięcia są natomiast niewielkie. W swej publikacji dziennik przywołał także wypowiedź jednego z doradców ekonomicznych niemieckiego rządu, Larsa Felda, który wprost stwierdza, że dziś to nie Grecja, Włochy czy Hiszpania są największym problemem strefy euro, ale właśnie Francja, której działania zmierzają do obniżania własnej   konkurencyjności. Podobne zdanie na ten temat wyraził inny przedstawiciel władz tego kraju, który nie chciał ujawnić swojego nazwiska, a który uważa, że „Francja musi głęboko zreformować rynek pracy i obciąć wydatki publiczne, na które (w obecnej wysokości) Francji już nie stać. Dodał, że zaprezentowany w ubiegłym tygodniu plan podniesienia konkurencyjności gospodarki jest niewystarczający. Dziennik przypomniał też o pojawiających się w niemieckiej prasie informacjach na temat prac grupy doradców ekonomicznych niemieckiego rządu nad kształtem planu naprawy francuskiej gospodarki (!). Berlin wszystkiemu jednak zaprzeczył. W odpowiedzi na informacje o coraz częstszych głosach zaniepokojenia, płynących znad Renu, tajemniczy rozmówca „Liberationh uspokaja, że taka sytuacja ma już miejsce od kilku lat, nie jest niczym nowym. Według dziennika nie należy jednak lekceważyć takich sygnałów, „Bo Francja ma się źle i nie wyjdzie sama z matni. Tylko razem Paryż i Berlin mogą jeszcze sprawić, że kryzys nie porwie ze sobą euro i wzrostu gospodarczego. ISz

Stanisław Michalkiewicz dla PROKAPA: Kryzys w strefie euro jest sterowany

Rozmowa portalu Prokapitalizm.pl ze Stanisławem Michalkiewiczem na temat bieżącej sytuacji w kraju, pozycji premiera Donalda Tuska oraz kryzysu w Unii Europejskiej (dźwiękowa wersja wywiadu, MP3 ) PROKAP: Czy tzw. afera Amber Gold jest w stanie wywalić rząd Donalda Tuska? Stanisław Michalkiewicz: Ona może posłużyć za pretekst do przetasowania na scenie politycznej. Niewątpliwie uderza prestiżowo i politycznie w samego Donalda Tuska, również ze względów na powiązania rodzinne, których już nie da się wyeliminować mimo procesów jakie pan Roman Giertych będzie prowadził. Co się stało to się nie odstanie. To może służyć jako pretekst do dokonania podmiany, tzn. do przeprowadzenie takich zmian na politycznej scenie, aby wiele zmieniając wszystko zostało po staremu. Bo cóż może się stać w wyniku takiego przetasowania? Po ewentualnym zdymisjonowaniu pana Donalda Tuska, Platforma może nie wytrzymać tego eksperymentu w tym sensie, że wydzieli z siebie skrzydło konserwatywne, które albo rozpłynie się w niebycie, albo gdzieś tam powiększy stronnictwa kanapowe. Z kolei postępowe skrzydło Platformy Obywatelskiej utworzy koalicję z Sojuszem Lewicy Demokratycznej i Polskim Stronnictwem Ludowym. No i to właśnie będzie ta podmianka.
Czy nie sądzi Pan jednak, że Donald Tusk ma mocną ochronę? Już niejednokrotnie wydawało się, że poda się do dymisji, że jego rząd padnie, mówiło się nawet o „przestawieniu wajchy”. Wówczas Pan także przewidywał, że dni Donalda Tuska są policzone, a tymczasem on trwa i trwa... Donalda Tuska na stanowisku premiera chroniła przede wszystkim ogólna sytuacja gospodarcza. Jednak w tej chwili, niezależnie od afery Amber Gold, która zjawia się we właściwym momencie gospodarka spowalnia. Pojawiły się zatory płatnicze, które są zapowiedzią bankructw różnych firm, również zapowiedzią wzrostu bezrobocia. Moi znajomi działający w biznesie mówią mi, że ich zachodni kontrahenci, którzy mają tutaj umowy z eksporterami z Polski, na początku października będą negocjować nowe kontrakty, na poziomie połowy dotychczasowych. To oznacza gwałtowny spadek zatrudnienia w tych przedsiębiorstwach, które eksportują. Jeśli te prognozy się ziszczą oznaczać to będzie bardzo poważne wyhamowanie, gdyż pójdzie za tym spadek popytu wewnętrznego, który dotąd windował wskaźniki ekonomiczne. Ale w tej sytuacji Siły Wyższe nie będą miały innego wyjścia jak wskazać winowajcę tego wszystkiego i Donald Tusk nadaje się tu do tej roli – jako premier rządu – jak rzadko kto. Są już zresztą pewne zwiastuny tego, co może być.... Jeżeli w „Gazecie Wyborczej” Monika Olejnik pisze, że Rzeczpospolita Donalda Tuska się nie sprawdza co cóż chcieć więcej. Czy jednak Donald Tusk nie jest w stanie wygrać sytuacji kryzysowej? Już teraz, obserwując zachowania rządu, jego samego i ministra Rostowskiego, widać, że oni przygotowują strategię marketingową pod kryzys. Będzie, tak jak to kiedyś powiedział Churchill, „pot i łzy”, ale „musimy walczyć”. Widać to zresztą nawet po reakcji premiera Tuska na propozycje gospodarcze Jarosława Kaczyńskiego. Widać było, że Donald Tusk czekał na to wystąpienie jak kot na mysz. Jak tylko Kaczyński powiedział, co powiedział, Tusk chyba już tego samego dnia wystąpił z kontrą ośmieszającą go, a minister Rostowski błyskawicznie wyliczył, ile kosztowałby projekt Jarosława Kaczyńskiego. Propozycja Jarosława Kaczyńskiego była o tyle ambitna, że to wszystko miało się dokonać bez pieniędzy. Bertold Brecht w „Operze za trzy grosze” ironizował kiedyś, że „raj na ziemi stworzyć każdy chce, ale czy forsę ma – niestety nie”. Tu też wszystko też tak miało się odbyć. Ja bym zwrócił uwagę, jeśli chodzi o propozycję Jarosława Kaczyńskiego, nie na to co w niej jest zawarte, ale na to czego w niej nie ma. Proszę zwrócić uwagę, że nie ma w niej ani słowa o IV Rzeczypospolitej, nie ma w niej ani słowa o wysadzeniu w powietrze układu. Co zatem jest? Ano propozycja dalszego „doskonalenia” ale w ramach układu. Podejrzewam, że propozycja Jarosława Kaczyńskiego została wysunięta tak naprawdę po to, żeby przekonać inne partie, że Prawo i Sprawiedliwość ma zdolność koalicyjną, że PiS nie jest partią demoniczną, tylko taką samą jak pozostałe, że dobrze chce, chce tego samego co inni czyli dalszego „doskonalenia”. Na ile to jest przekonujące to się zapewne wkrótce okaże... Wracając do głównego wątku pytania... Czy Donald Tusk nie może jednak wygrać na kryzysie? No oczywiście że może... Ale skoro nawet ja wiem, jaka jest sytuacja to Donald Tusk tym bardziej to wie i będzie próbował się ratować n wszelkie sposoby. Ale czy to wystarczy, nie wiem, bo to nie on decyduje, co się z nim stanie tylko zdecydują „starsi i mądrzejsi”. Jeśli zatem dojdą do wniosku, że trzeba kogoś poświęcić, żeby model kapitalizmu kompradorskiego się utrzymał, żeby wszystko zostało po staremu, to poświęcą go bez wahania. Nie mówię, że od razu pójdzie do piekła, bo Nasza Złota Pani Aniela przygotuje mu w Brukseli miękkie lądowanie. Ale powiadam, że jakieś przetasowania muszą nastąpić. Kogoś trzeba będzie rzucić na pożarcie opinii publicznej. A jak Pan ocenia, w którym kierunku pójdzie rozwój sytuacji w strefie euro. Szef Europejskiego Banku Centralnego już zapowiedział luzowanie polityki pieniężnej i skup obligacji. Czy ten stan kiedyś się wreszcie skończy czy też ta zabawa może trwać wiecznie? To będzie trwało dotąd dopóki to będzie możliwe. Skup obligacji oznacza, że Europejski Bank Centralny puszcza w ruch maszynę drukarską. Przy pomocy zwiększonej emisji pieniądza obrabuje wszystkich podatników strefy euro, a częściowo również mieszkańców spoza tej strefy na użytek zachowania IV Rzeszy, która jest budowana metodami pokojowymi. Ja takiego rozwiązania się właśnie spodziewałem. Jeśli cokolwiek jest w tym wszystkim zaskakującego to to, że przy pomocy metod tak prostych, jak budowa cepa, chce się sprawę załatwić. Wydaje się, że niewielką mądrością Unia Europejska jest rządzona. Czy chciałby się Pan pobawić we wróżkę i odpowiedzieć na pytanie: czy strefa euro się rozleci, a jeśli tak to kiedy? Strefa euro się rozleci nie wcześniej, niż Niemcy na to pozwolą. Celem głównym strefy euro jest przeforsowanie pewnych rozwiązań politycznych. Wydaje mi się, że od pewnego czasu kryzys finansowy w strefie euro jest świadomie sterowany. Dla obserwatora niespecjalnie uważnego było oczywiste trzy, a nawet cztery lata temu, że Grecja, Portugalia czy Hiszpania nie są w stanie sprostać zobowiązaniom jakie już wtedy zaciągnęły. I wydawało się, że wszyscy to wiedzą z wyjątkiem zarządów największych banków europejskich. Twierdzenie, że zarządy tych banków nie wiedziały tego, co wiedzieli wszyscy byłoby niegrzeczne, więc ja nie ośmielam się takiego zarzutu wysuwać, ale jakoś to muszę sobie tłumaczyć i tłumaczę tak, że zarządy największych europejskich banków otrzymały od swoich rządów polecenie: pożyczajcie jak gdyby nigdy nic, my wiemy jaka jest sytuacja, w razie czego wybawimy was z kłopotów, zachowujcie się tak jakbyście tego nie zauważali. Jaka tu jest kalkulacja? Taka jaka objawiła się przy okazji bankructwa Grecji. Kiedy Grecja nie miała pieniędzy na wykupienie swoich obligacji z niemieckich banków to cała Unia Europejska się złożyła na to, żeby Grecji pieniądze na ten wykup dać, żeby niemieckie banki nie poniosły żadnej straty. A przy okazji pani Aniela Merkel powiedziała, że nie może być tak, że my tu Grecję wyciągamy z tarapatów, a nie mamy żadnego wpływu na to, co ona robi. Musimy mieć taki wpływ. Krótko mówiąc padła propozycja budowy IV Rzeszy metodami pokojowymi, które nie są tak kosztowne jak metody wojenne i nie obłożone takim ryzykiem jak metody wojenne. Hitlerowi udało się zjednoczyć Europę na bardzo krótko, ale jakim koszem... Cała Europa została skotłowana, całe narody znienawidziły Niemcy. Grecy niby tam się zżymają, kotłują, ale nie widzą innego wyjścia jak wcześniej czy później się poddać, zwłaszcza że żadnych drastycznych wyrzeczeń nikt się od nich nie domaga. Europejski Bank Centralny dodrukuje pieniędzy, cała Europa się na to zrzuci i można będzie żyć aż do śmierci, tak jak się żyje teraz. Kiedy zatem może się to Niemcom przestać opłacać? Czy może to być już przyszły rok kiedy to w Niemczech mają się odbyć wybory? Pani Merkel rozważy na przykład antyunijne nastroje w społeczeństwie i wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom wielu ludzi? Ja w niemieckim społeczeństwie nie obserwuję antyunijnych nastrojów. Myślę, że w Niemczech „dłużej klasztora niż przeora”. Tam jest bardzo duża ciągłość polityki zagranicznej i nawet jeśli pani Aniela Merkel przegra wybory to nowy kanclerz będzie tę politykę kontynuował. Dlatego że jest to obliczone na bardzo długi dystans. A jak na tle polityki niemieckiej jawi się polityka francuska? Czy jest między oboma państwami jakaś rywalizacja czy też wszyscy grają teraz w jednej drużynie? Francuzi muszą grać w jednej drużynie. Właśnie prezydent Hollande zaczyna spuszczać z tonu. Po wyborczej euforii zaczyna odzyskiwać poczucie rzeczywistości. Nic się nie zmieni, Francja nie ma innego wyjścia, jak jedynie galopować w niemieckim rydwanie. Rozmawiał Paweł Sztąberek Pobierz plik MP3 z dźwiękową wersją wywiadu... Foto. PSz/Prokapitalizm.pl

Francja na drodze do rewolty?

Wygranie wyborów prezydenckich we Francji przez socjalistę Hollande'a, paradoksalnie może przyspieszyć upadek nie tylko Francji, ale - co za tym idzie - całej Unii Europejskiej. Hollande dużo naobiecywał. I już na początku swojej prezydentury ma spory "pasztet". Otóż koncern PSA Peugeot Citroen ogłosił, że w ramach szukania oszczędności w trudnych kryzysowych czasach zmuszony jest do zamknięcia jednego z zakładów pod Paryżem i zwolnienia aż 8 tysięcy pracowników. Okolice Paryża - jak wiadomo - słyną z tego, że regularnie wybuchają tam rebelie, połączone z masowymi aktami wandalizmu. Zwolnienie 8 tysięcy ludzi może stać się nie tylko zaczątkiem kolejnej rebelii, ale być może nawet rewolty.
Prezydent Hollande ma niemały orzech do zgryzienia. Z jednej strony przeróżne pakiety oszczędnościowe, które muszą schlebiać oczekiwaniom brukselskich technokratów, z drugiej - konieczność ratowania sytuacji w kraju, no i swojej reputacji. Wiadomo, obietnice wyborcze itd... Prezydent Francji już zapowiedział, że będzie interweniował. Jeśli nawet nie uda się uratować miejsc pracy w koncernie samochodowym, to przynajmniej Hollande zrobi wszystko, by wyłożyć kasę na przeróżne akcje mające zapewnić nowe zatrudnienie zwalnianym pracownikom. Ciekawe czy uda się znaleźć tyle, by zagospodarować aż 8 tysięcy ludzi. Sytuacja we Francji jasno pokazuje, że idą ciężkie czasy. A rządy socjalistów mogą sprawić, że ciężar tych czasów będzie tak wielki, iż pociągnie na dno jeszcze niejeden koncern. Nie ma się oczywiście z czego cieszyć, ale ta sytuacja (i nie tylko ta) pokazuje, że kryzys w sferze finansów powoli przedziera się do sfery realnej gospodarki, gdzie są prawdziwi ludzie, prawdziwe pieniądze, prawdziwe dramaty... PSz

Przygody Marcela. Powieść o Prowansja początków XX wieku

Choć skojarzenia z Mikołajkiem nasuwają się same, nie należy rozpoczynać lektury wydanych przez wydawnictwo Esprit „Chwały mojego ojca. Zamku mojej matki” oraz „Czasu tajemnic” autorstwa Marcela Pagnol licząc na zabójczy ubaw. Powieści Marcela Pagnol są spokojniejsze, mniej rozrywkowe i bardziej literackie (autor pisze bardzo plastycznym językiem, umiejętnie kreując przed oczami czytelnika zdarzenia i ich dekoracje). Dodatkowo pisarz o swoich bohaterach pisze krytycznie choć z wielką sympatią.
Powieści zawierają celą krytykę porewolucyjnego antyklerykalizmu republiki francuskiej. Pagnol trafnie opisuje rzeczywistość Francji przełomu XIX i XX wieku, początków XX wieku. Sarkastycznie, z humorem, i z ironią, przybliża czytelnikom: państwową anty katolicką propagandę w szkołach, kreowanie mitów Rewolucji Francuskiej, zaangażowanie nowej burżuazji w prądy postępowe, mechanizm awansu społecznego jaki młodym proletariuszom dawała kariera nauczycielska (czyniąca z nauczycieli apostołów laicyzacji). Głównym bohaterem powieści jest Marcel. Na kartach „Chwała mojego ojca” poznajemy pozbawionego empatii wobec zwierząt małego Marcela, jego ojca (antyklerykalnego nauczyciela zatruwającego dzieci antykatolickimi obsesjami, który uwielbia zakupy w sklepie ze starzyzną), ukochaną matkę, młodszego brata i siostrę, ciotkę Róże i jej męża (praktykującego katolika). A wszystko to w scenerii lamp naftowych, tramwajów, brudnych podmiejskich chłopów, piękna przyrody Prowansji, dziecięcych lektur i zabaw w Indian, wakacji na wsi, polowań, dobrobytu (nie da się ukryć, że są to inne wspomnienia od naszych, ciepłe i sympatyczne, bez zsyłek, bez germanizacji i galicyjskiej biedy). Na akcje „Zamku mojej matki” składają się dalsze przygody Marcela podczas wakacji na wsi. W drugiej części przygód Marcela towarzyszem jego zabaw i kłusownictwa staje się wiejski chłopak Lili. W tomie „Czas tajemnic” czytelnicy poznają historie romansu dziadka Marcela. A w życie głównego bohatera wkracza Izabela. Dziewczęcia, które z pełną premedytacją dręczy dorastających chłopców swą urodą. Historia pierwszej miłości Marcela jest jedną z najzabawniejszych historii w powieści. Jan Bodakowski