Category Archives: Grecja

Czy Grecja wylatuje?

Kto by pomyślał, że rządzona obecnie przez komuchów Hellada, w tak krótkim czasie, tak drastycznie przyspieszy swój wylot ze strefy euro. Minister Finansów Niemiec Wolfgang Schaeuble stwierdził w czwartek, że Grecji nie można już ufać, a zakładany plan reform zwyczajnie zawiódł.

Rzeczywistość z greckiego mitu

Za sprawą ostatnich wydarzeń wewnątrz strefy euro przypomniała mi się wakacyjna podróż, a mówiąc konkretniej – pewien grecki mit z nią związany. Zwiedzając leżąca na archipelagu Dodekanez wyspę Hipokratesa wybraliśmy się na położoną niedaleko Kos wyspę wulkaniczną, Nisiros. Płynąc statkiem mijaliśmy również wysepkę Jali, będącą jedną z największych na świecie kopali pumeksu o którą przed laty Grecja toczyła spór z Włochami, a która jest dziś głównym źródłem dochodu mieszkańców osady.

Czy Grecja pociągnie UE … na dno?

Czy Grecja znów pociągnie giełdy i Unię Europejską w dół? Coraz głośniej ostatnio o narastających problemach gospodarczych państwa greckiego, które ponownie zaczyna wywoływać gęsią skórkę u wielu tzw. inwestorów. Tych zwłaszcza, którzy w ostatnich latach rzucili się na greckie obligacje. Bo przecież miało być tak piękni...

Minister finansów Grecji apeluje o zaufanie bankom

Grecki minister finansów, Jannis Sturnaras, zaapelował do obywateli żeby ponownie zaczęli wpłacać swoje oszczędności do banków. Zdaniem ministra, w 2014 roku, grecka gospodarka zacznie odbijać się od dna. O sprawie pisze "Nasz Dziennik".
Polityk swoim apelem pragnie uspokoić Greków, że znów mogą zaufać systemowi bankowemu i że ich oszczędności nie spotka ten sam los, jaki spotkał oszczędności Cypryjczyków. "Nie ma takiego ryzyka. Tych 20 miliardów euro pochowane w skrzyniach i materacach musi wrócić do banków" - wezwał grecki minister finansów. Ciekawe jak na ten apel zareagują sami Grecy... Niedawno greckie media podały, w Grecji panuje największe od lat bezrobocie. Jednocześnie poinformowano, że co druga tamtejsza firma unika płacenia podatków. Ludzie bronią się w ten sposób przed grabieżczym państwem. Kto wie, czy apel ministra nie jest zwykłą podpuchą, by tym sposobem odzyskać pieniądze, które obywatele zdołali uratować przed fiskusem. Poza tym cały ten apel przypomina zachętę do gry w "trzy karty". Niby wszystko ładnie, pięknie, jednak ten, który podejmie grę zawsze wcześniej czy później zostanie oskubany. P

Grecki rząd zlikwidował państwowe media. „Nie stać nas na takie marnotrawstwo” – twierdzi rzecznik rządu

Nikt się tego ponoć nie spodziewał. W nocy z wtorku na środę po kolei wyłączono sygnał nadawania wszystkich państwowych kanałów telewizyjnych i radiowych. Minister finansów Grecji oświadczyć miał, że to definitywny koniec tych państwowych mediów w dotychczasowym kształcie. Oburzeni dziennikarze zapowiadają strajk.
Zdaniem rządu greckiego greckie media państwowe były źle zorganizowane, zatrudniały znacznie więcej ludzi niż potrzeba i kosztowały budżet państwa 300 mln euro rocznie. Według związkowców pracę może przez to stracić około 3 tysięcy osób. Tymczasem rząd twierdzi, że ma pomysł na państwowe media, tyle że w innym kształcie. Mają one zatrudniać w sumie 1000 pracowników i znacznie mniej obciążać budżet państwa. Zdaniem rządu, dotychczas zatrudnienie było o siedem razy za duże. Rzecznik rządu, podkreślił, że w kryzysie Grecji nie stać na takie "marnotrawstwo". Jak podaje dziennik "Rzeczpospolita", zlikwidowano w sumie 3 ogólnokrajowe stacje telewizyjne, program nadawany przez satelitę, 7 ogólnokrajowych kanałów radiowych oraz 19 regionalnych rozgłośni radiowych. Decyzją rządu zaskoczeni są ponoć wszyscy, włącznie z biskupem Aten, a pod gmachami telewizji i radia odbywają się pikiety. P

Krzysztof Bosak: Kryzys gospodarczy może przewartościować nasze wybory

Konferencja PAFERE „Państwo opiekuńcze a chrześcijaństwo”, która odbyła się 8 września 2012 r. w Krakowie, była znakomitą okazją do zrobienia wywiadów z interesującymi gośćmi. Skorzystał z niej Krzysztof Bosak (b. poseł LPR, dziś Fundacja Republikańska), ale nie spodziewał się chyba, że jeden wywiad zostanie przeprowadzony właśnie z nim ;-) Rozmowa dwóch ordoliberałów na temat polityki w Polsce i na świecie.
Prokap (Kamil Kisiel): Dlaczego przyjechałeś na konferencję PAFERE? KB: Z prozaicznego powodu. Przyjechałem zrobić zdjęcia do filmu dokumentalnego, który kręcimy w Fundacji Republikańskiej, dotyczącego moralnych aspektów państwa opiekuńczego, np. czy przykazanie „Nie kradnij” ma jakiś związek z ustrojem gospodarczym państwa i społeczeństwa. Przyjechało wielu interesujących gości, nie mogliśmy przepuścić takiej okazji. Przy okazji cieszę się, że miałem okazję posłuchać interesujących dyskusji. Prokap: Powiedz mi, bo może nie wszyscy wiedzą, może nie wszyscy znają – czym jest Fundacja Republikańska, jakie są jej cele i metody działania? KB: Fundacja Republikańska jest młodym podmiotem w sferze organizacji pozarządowych, działamy od dwóch lat. Łączy trzy role. Pierwsza to działalność społeczno- polityczna: kampanie społeczne, organizacja z dyskusji, praca z ludźmi. Druga rola, to rola think-tanku: przygotowywanie fachowej ekspertyzy politycznej i dostarczanie politykom czy innym aktorom życia publicznego konkretnych rozwiązań lub analiz. Pisanie projektów ustaw, przygotowywanie stanowisk w konkretnych sprawach, organizacja szkoleń i konferencji, współpraca z ekspertami. Trzecia, to rola wydawcy. Od początku Fundacja jest wydawcą kwartalnika ideowo-politycznego „Rzeczy Wspólne”. Prokap: Czy jesteście częścią jakiegoś większego projektu lub networku? Czy macie jakiegoś swojego protektora? KB: Nie, nie. Część osób ze względu na nieznajomość polskiej tradycji republikańskiej kojarzy FR z amerykańskimi republikanami, ze względu na częściowe pokrewieństwo ideowe, rzadziej kojarzy się z republikanizmem francuskim, z którym pokrewieństwa nie ma. Jesteśmy zupełnie samodzielnym podmiotem i nie funkcjonujemy w żadnym networku. Nie jesteśmy uzależnieni od żadnych patronów czy sponsorów. Prokap: Czy istnieje oficjalne stanowisko ekonomiczne Fundacji Republikańskiej? Albo chociaż „wewnętrzny konsensus” co do poglądów nt. gospodarki? KB: Tak, generalnie jest to stanowisko wolnorynkowe z uwzględnieniem silnego państwa polskiego i odgrywającego swoją rolę w strategicznych sektorach mających związek z bezpieczeństwem narodowym, w innych sektorach możliwie ograniczonego, pozostawiającego jak największy zakres swobody gospodarczej. Prokap: A jakie są te kluczowe sektory gospodarcze? (…) KB: W naszym położeniu geograficznym przede wszystkim bezpieczeństwo energetyczne. Założyciel i do pewnego momentu prezes Fundacji Przemysław Wipler zajmował się tym, kiedy kierował Departamentem ds. Dywersyfikacji Dostaw Energii Ministerstwa Gospodarki. Sektor paliwowy, sektor gazowy, w pewnym zakresie sektor elektroenergetyczny i nowy sektor energetyki atomowej. Tu bez wątpienia, czy to się nam podoba czy nie, państwo musi mieć coś do powiedzenia. Nasi sąsiedzi, tak wschodni jak i zachodni, używają dużych państwowych przedsiębiorstw jako narzędzi swojej imperialnej polityki. Prokap: Boimy się zatem tego, że nasze firmy po ewentualnej prywatyzacji mogłyby zostać zajęte przez obce firmy w wyniku prostego wykupienia kapitału? KB : W przypadku sprywatyzowanych przedsiębiorstw energetycznych tak właśnie się stało.  W Polsce dokonywała się prywatyzacja na rzecz państwowego kapitału zagranicznego, taki specyficzny przypadek polskiej „prywatyzacji”. Na szczęście nie przekazano kontroli strategicznej obcemu kapitałowi w wypadku np. przedsiębiorstw zajmujących się rafinacją ropy naftowej, wydobyciem gazu, Orlenu, Lotosu, PGNiG jak i też przedsiębiorstw zajmujących się dystrybucją, jak np. Gaz-System lub OLPP. Nasza klasa polityczna wykazuje tutaj pewną dojrzałość polityczną i konsensus. Bardzo łatwo byłoby użyć tych przedsiębiorstw jako elementu szantażu wobec Polski, co można zaobserwować dzisiaj przy okazji dostaw gazu, od którego uzależniona jest polska gospodarka, a więc i całe państwo. Prokap: Jakie były poglądy Krzysztofa Bosaka kiedyś, a jakie są dzisiaj? KB: Nie przeszedłem jakieś ewolucji. Zawsze idee wolnego rynku były mi bliskie. Nie miałem żadnych intensywnych młodzieńczych fascynacji ideologicznych, szczęśliwie ominęła mnie faza korwinizmu (śmiech) i innych „izmów”. W moim wypadku było to odnajdowanie jakichś inspiracji, np. po pierwsze u myślicieli anglosaskich (Smith), a po drugie myśl ordoliberalna, niemiecka. To, co je różni, to podejście do instytucji państwa. Większość osób nawiązujących do tradycji wolnorynkowych, czy to z niewiedzy, czy to z niechęci do państwa, woli się odwoływać do tradycji anglosaskiej. Myślę, że jest z tym pewien problem: Tradycja anglosaska ukształtowała się głównie w realiach funkcjonowania Imperium Brytyjskiego, a obecnie amerykańskiego. Nie uwzględnia całej masy problemów, także ekonomicznych, istniejących w sytuacji państwa średniego, a nawet słabego, walczącego o swój byt. Tradycja niemiecka, chociaż Niemcy są bez porównania silniejsi gospodarczo od nas, jednak uwzględnia te wszystkie problemy z istnieniem państwa i w tym sensie jest dla nas bardziej użyteczna. Prokap: Ordoliberałowie podkreślają mocną rolę państwa w kształtowaniu procesów gospodarczych. I skoro mówimy o Polsce, jak oceniasz pod tym kątem (wolnej ekonomii i porządkującej roli państwa) „aferę Amber Gold” i czemu Komisja Nadzoru Finansowego tak, powiedzmy, „zaspała”? KB: Wszystko wskazuje na to, że KNF prawidłowo odczytała „fenomen Amber Gold” i ich wysokich zwrotów z inwestycji. Wpisała ich na listę ostrzeżeń, wysłała zawiadomienie do prokuratury kilka lat temu. To prokuratura przez kilka lat wykazała się bezradnością, bezczynnością. Raczej mamy do czynienia z nieskutecznością aparatu sprawiedliwości, niż z nieskutecznością nadzoru nad rynkiem finansowym. Prokap: Wśród liberałów ugruntowało się przeświadczenie, że po co mamy ten KNF, skoro i tak zawiódł. KB: „Amber Gold” trochę niepotrzebnie jest rozpatrywana pod kątem regulacji rynku finansowego. To jest po pierwsze problem regularnego oszustwa, tam nie było żadnego pomysłu biznesowego. Z drugiej strony nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości, który powinien oszustwa zwalczać. Nie ma to nic wspólnego z objawami kryzysu finansowego, jak np. z rynkiem derywatów, rynkiem kredytów hipotecznych. Dziennikarze lubią to zestawiać, ale tu mamy do czynienia po prostu z aferą kryminalną, a tam mamy do czynienia z problemami stricte ekonomicznymi. Prokap: Czy scena polityczna w Polsce jest „zabetonowana”? KB: Jeśli spojrzymy na historię III RP to widać, że zestaw partii politycznych w parlamencie, jak i zestaw liderów, zmienia się dość często. Jeśli porównamy Polskę z Zachodem, zmienność polskiej ceny politycznej jest spora. Teza o „zabetonowaniu” to raczej przejaw frustracji czy bezradności ludzi, partii, środowisk poza partiami w parlamencie i nie wynika z rzetelnej oceny. Choć z drugiej strony trzeba przyznać, że polska polityka obraca w się w dużej mierze w kręgu osób, które – by powiedzieć w uproszczeniu – siedziały przy Okrągłym Stole. Prokap: Nie mamy mimo to do czynienia z jakimś klinczem? PiS nie ma zdolności koalicyjnej. Reszta partii (poza Solidarną Polską) za nic w świecie nie zrobi z PiSem koalicji. A ten mimo to jest jedyną realną siłą polityczną. Ze wszystkich kiepskich wariantów politycznych ten obecny jest jednak najznośniejszy. Istnieje jakieś wyjście z tego impasu?     KB: Nie zgadzam się z żadną z tych tez. Prokap: (śmiech) KB: Nie sądzę, by istniała jakaś zmowa przeciwko PiS-owi. Istnieje tylko zmowa polityczna pomiędzy PO i PSL w celu utrzymania władzy, co potocznie nazywamy „koalicją”. Uważam, że jeśli wynik wyborczy pokaże, że potrzeba będzie PiSu do powołania rządu, to każda z partii parlamentarnych będzie gotowa zawrzeć koalicję. To jest tylko pytanie o to, czy w ten sposób ukształtuje się arytmetyka parlamentarna. Nie możemy brać teatru sporów politycznych zbyt serio: To tylko parlament i tylko politycy. Poprzednie rządy pokazały, że szyldy partyjne są drugorzędne. Liczy się to, kto wcieli się w rolę premiera i dwa, kto wejdzie w rolę Jarosława Kaczyńskiego, jeśli ten zdecyduje się przekazać przewodnictwo w PiSie komuś innemu. W mojej opinii sytuacja jest otwarta. W obu głównych partiach są osoby o różnych wrażliwościach ideologicznych czy ekonomicznych. Tak naprawdę z tych personalnych rozkładów mogą wyjść bardzo różne sytuacje. Polska polityka nie jest i nie będzie jeszcze długo uporządkowana. Głębokie zmiany struktury naszego państwa ciągle są do wyobrażenia, łącznie ze zmianą Konstytucji. Prokap: Jakie jest stanowisko FR wobec kryzysu w Europie? Czy nie jest kuriozalne, że głównym hamulcowym przemian w Europie są Niemcy? KB: Fundacja nie zajmowała jakiegoś formalnego stanowiska ws. kryzysu, choć oczywiście pisaliśmy o tym wiele. Ale warto zauważyć, że niektóre państwa poprawnie rozwijają się podczas „kryzysu”. Mamy więc do czynienia z kryzysem strefy euro, a nie Europy. A w Fundacji jest, jak sądzę, pewien konsensus, że Polska nie powinna w ogóle wchodzić do strefy euro i nie powinna finansować jej ratowania. Prokap: Za późno. KB: Na razie nie weszliśmy w żadne operacje ratowania. W Fundacji zgadzamy się, że przyczyną kryzysu euro jest wadliwa konstrukcja strefy euro, nawet ekonomiści głównego nurtu zgadzają się z tym, co niedawno byłoby odczytane jako bluźnierstwo przeciwko poprawności politycznej (śmiech). Prokap: Realne stopy procentowe są różne w poszczególnych krajach. Nawet keynesiści muszą to przyznać. KB: Co do drugiej części pytania: Nie odbierałbym tak jednoznacznie. Niemcy przeforsowały rzecz zupełnie realną (choć nieco „osłabioną”) – tzw. pięciopak… Czteropak, pięciopak, sześciopak? Prokap: Szczerze to nie wiem, bo co dwa miesiące są nowe projekty… Prawdę mówiąc, straciłem rachubę (śmiech). KB: (Śmiech). Mam na myśli pakiet regulacji służący kontroli polityki fiskalnej konkretnych państw europejskich przez Komisję Europejską, regulujących tryb nadzoru nad polityką fiskalną i procedurą postępowania w przypadkach nadmiernego deficytu. Podobnie Niemcy przeforsowały pakt fiskalny, który był pewnym wzmocnieniem „sześciopaku”. Prokap: Zauważ, że wszystkie te projekty były klecone na kolanie, tak naprawdę na ostatnią chwilę, bo Niemcy mówią kategoryczne „nie” i potem coś się uchwala, bo będzie wstyd na cały świat… KB: W mojej opinii mamy obecnie sytuację na tyle skomplikowaną, że jest ona trudna do interpretacji. W związku z tym to powoduje, że w obiegu są interpretacje zupełnie sprzeczne. Np. że Niemcy bardzo wzbogacili się na kryzysie i chcą, żeby on trwał. Albo, że Niemcy nie są gotowe do ratowania strefy euro, bo w ich interesie jest powrót do marki. Osobiście uważam, że te sprzeczności wzięte w sumę oznaczają po prostu impas. Mamy bezwład decyzyjny, mamy doraźne działania, które umożliwiają odsunięcie problemów w czasie o kwartał, o pół roku, pozory rozpoczynania reform, mamiące opinię publiczną. To wszystko są działania zbyt skromne, by mogły odnieść niezbędne efekty. Mają one słabe poparcie zarówno opinii publicznej, jak i klasy politycznej. Sytuacja będzie „gnić”. Z taką szarpaniną możemy mieć do czynienia przez jeszcze kilka lat, dopóki strefa euro nie rozpadnie się, pozostawiając sferę „rdzenia”. Prokap: Już chyba 200 ekonomistów niemieckich podpisało list do Angeli Merkel, w którym żądają „wykopania” Grecji ze strefy euro i sprzeciwiają się wszelkim bailoutom tzw. „świnek” (=krajów PIIGS – Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja, Hiszpania, obecnie także Cypr i Belgia). KB: Słyszałem o tym liście i jest to nie pierwszy list ekonomistów niemieckich utrzymany w tym tonie. Warto pamiętać, że gdy Niemcy weszły do strefy euro mieliśmy do czynienia z podobnym listem, nawołującym do wstrzymania się z wdrażaniem euro w kształcie z Maastrich. Ekonomiści niemieccy i niemieckie kręgi przemysłowe są od lat w opozycji do niemieckich polityków, którzy ulegli ideologii „europeizmu”, co w pewien sposób spacyfikowało niemiecką klasę polityczną, jeśli chodzi o jej myślenie państwowe i ekonomiczne. Ja się z przesłaniem tego listu zgadzam. Prokap: Pytanie z gatunku politycznego „meta poziomu”. Kończy się nam era demokracji. Władzę przejmują polityczne kartele z jednej strony, a z drugiej technokraci. Mamy nacisk na rządy ekspertów, w komisjach zawsze siedzą jacyś fachowcy z zespołem prawników, którzy to tak naprawdę opracowują ustawy, jej formę i treści. Czy to nie jest era postpolityki i postdemokracji? KB: Nie zgadzam się z takimi ocenami. Oczywiście demokracja ulega przekształceniom z każdym kolejnym dziesięcioleciem. Jednak często tego typu diagnozy są stawiane „na siłę”, dla postawienia efektownej tezy. Możemy mówić o pewnych tendencjach, ale one w żaden sposób demokracji nie znoszą. Te tendencje to po pierwsze, jest to zawężenie władzy polityków, wynikającej z coraz większej regulacji prawnej całego życia społeczno-gospodarczego i z coraz głębszych poziomów tej regulacji. Jeśli teraz państwo jest związane mnóstwem konwencji międzynarodowych, państwa są związane decyzjami trybunałów, różnego typu umowami handlowymi – to oczywiste jest, że zakres władzy polityków jest coraz bardziej skromny. Ale to tylko kwestia tego, czy respektujemy tego typu umowy. Respektujemy je, bo społeczeństwo i politycy uważają, że warto. Kryzys polityczny czy gospodarczy może to całkowicie przewartościować – czego przykładem jest Grecja. Wydawać by się mogło, że Grecja weszła w fazę tzw. postpolityki i „już tylko rządy technokratów i radosna konsumpcja”. Nagle następuje głębokie załamanie gospodarcze, utrata płynności sektora publicznego i okazuje się, że demokracja zaczyna działać. Na to zwrócił uwagę prof. Jesus Huerta de Soto, który powiedział, że euro w pewien sposób swoją dyscypliną ma oczyszczający wpływ na europejską politykę, bo nie tyle jak twierdzą lewacy, demokrację zabija, co ją odnawia, przywraca jej życie. To co się dzieje w tej chwili w Grecji, to jest pewna odnowa demokracji, tj. sprawdzenie obietnic i intencji polityków. Jestem przekonany, że jeżeli możliwości korzystania z nieograniczonej konsumpcji  i kredytu w którymkolwiek innym państwie europejskim głębiej i na dłużej się załamią, bo roczne załamanie, z jakim mieliśmy w wielu państwach w pierwszej fazie kryzysu do czynienia, to nie jest jeszcze coś dotkliwego dla społeczeństwa. Natomiast jeżeli będzie załamanie rozwoju gospodarczego na kilka lat, społeczeństwo natychmiast przewartościowuje swoje wybory. Rządy muszą wciąż posiadać, póki co, legitymację demokratyczną. Tak długo, jak trwa dobrobyt, tak długo możemy tworzyć sobie fikcję postpolityki. Natomiast, kiedy następuje dłuższe i poważniejsze załamanie dobrobytu, czyli np. trwająca kilka lat recesja, natychmiast następuje w ślad za tym zmiana nastrojów społecznych, przemodelowanie sceny partyjnej i powrót do realnego przywództwa politycznego. I to dotyczy także państw tzw. ustabilizowanej demokracji. W rejonie Europy Środkowo-Wschodniej nastroje społeczne są dużo bardziej nieustabilizowane; u nas nie potrzeba nawet dłuższego załamania gospodarczego, u nas większa afera bądź odpływ sympatii mediów dla jakiegoś wpływowego polityka, jest w stanie przemodelować system partyjny czy scenę polityczną. Nasza scena polityczna w tym sensie jest jeszcze mniej stabilna i w tym sensie „bardziej demokratyczna”, niż w państwach długoletniej demokracji lub długoletniego dobrobytu. Mamy za to inne problemy – brak elit intelektualnych i majątkowych przygotowanych do uprawiania prawdziwej polityki państwowej. Prokap: Dziękuję w imieniu portalu Prokapitalizm.pl za rozmowę. KB: Dzięki! Z Krzysztofem Bosakiem dla Prokapitalizm.pl rozmawiał Kamil Kisiel Off the record: Prokap: Chciałbyś może powiedzieć coś na temat programu TVN z Moniką Richardsson? KB: (machnięcie ręką). Prokap: Może chociaż pozdrowić? (śmiech) KB: Bez komentarza. (śmiech, Krzysztof oddala się prędko ;-)

Austriacy z dostępem do morza?

Grecy są już wyraźnie zmęczeni przeciągającym się kryzysem, którego jak na razie nie umieją przezwyciężyć. Mieszkańcy greckiej wyspy Ikaria, leżącej na Morzu Egejskim, mają dość do tego stopnia, że są zdecydowani nawet odłączyć się od rodzimego kraju i przyłączyć się do Austrii. Tamtejsza ludność na poważnie rozważa referendum w tej sprawie. O sprawie napisała we wtorek austriacka gazeta "Der Standard". Takie dążenia nie są jednak niczym zaskakującym. Ikaria ma wszak w swojej historii krótki wprawdzie, bo kilkunastomiesięczny, okres suwerenności. Co więcej 17 lipca tego roku wygasł traktat, na mocy którego sto lat temu wyspa, która świeżo uniezależniła się wówczas od Turcji, przyłączyła się do Grecji. Dziś wśród mieszkańców dominuje rozgoryczenie wywołane brakiem inwestycji na wyspie, m.in. szpitali czy dróg, co ich zdaniem jest przejawem zaniedbania władz centralnych.
Na tej małej wyspie, liczącej 9 tys. mieszkańców, świętowano niedawno 100-lecie odzyskania niepodległości. Była to zarazem okazja do refleksji na temat możliwości utrzymania niepodległości w dzisiejszych czasach. W powszechnej opinii byłoby to jednak mało prawdopodobne. Bardziej realny jest wariant przyłączenia się do innego państwa. I właśnie ku temu zaczynają się skłaniać mieszkańcy Ikarii. Turcja, zapewne ze względu na historyczne zaszłości nie jest brana pod uwagę. Rozważa się natomiast przyłączenie do Austrii. Gazeta „Der Standard” nie wyjaśniła jednak, dlaczego akurat to państwo jest dla Ikaryjczyków tak atrakcyjne. Co zapewne nikogo nie dziwi, spekulacje na temat secesji wyspy zaniepokoiły władze w Atenach. Ambasada Grecji w Wiedniu podkreśla, że Ikaria jest nieodłączną częścią Grecji, a wyrażane podczas święta niepodległości opinie na temat wygaśnięcia traktatu są „prywatnymi opiniami pojedynczych ludzi”. Według Franza Leidenmuehlera, specjalisty prawa międzynarodowego, nie ma „pryncypialnych powodów”, dla których jakakolwiek wyspa nie mogłaby przyłączyć się do Austrii. Z pewnością wiązałyby się z tym problemy natury prawnej. Oprócz bowiem podpisania stosownych umów między Ikarią a Austrią, należałoby również znowelizować austriacką konstytucję. To jednak jest niewielki problem. Większym problemem mogłoby być przekonanie Austriaków do konieczności wzięcia na swoje barki długów wyspy, która również, jak reszta Grecji, pogrążona jest w kryzysie... Ale, z drugiej strony, czy fakt dostępu do morza, jaki uzyskaliby Austriacy, nie okazałby się na tyle atrakcyjny, że jakoś przetrawiliby oni koszta jakie musieliby w związku z tym ponieść? ISz

Armia unijnych urzędników rusza na pomoc Grecji

Była pomoc finansowa z Brukseli, teraz przyszedł czas na pomoc kadrową. Do walki z greckim kryzysem być może zostanie wysłana armia unijnych urzędników. Komisja Europejska początkowo proponowała, aby byli to eksperci z innych państw członkowskich, ale Guy Verhofstadt z europarlamentarnej frakcji liberałów zaproponował, żeby pojechali tam urzędnicy narodowości greckiej, gdyż obawia się, że wysłanie cudzoziemców spotka się z negatywną reakcją w kraju. Wprawdzie już w ubiegłym roku powołano do życia unijną grupę (task force), która miała pomóc lokalnym politykom w ściąganiu podatków, w lepszym wykorzystywaniu unijnych środków oraz modernizacji administracji. Najwyraźniej jednak jej działania nie przynoszą spodziewanych skutków.
Według Verhofstadta administracja grecka wymaga głębokich zmian, redukcji zatrudnienia i zwolnienia osób niekompetentnych. Jego zdaniem urzędnicy są pod zbyt silnym wpływem polityków i wyborczych rozgrywek. Lider liberałów ma też plan naprawczy dla Grecji. Zakłada on przeznaczenie 25% środków z prywatyzacji na prywatne inwestycje pobudzające wzrost gospodarczy. W związku z tym ma powstać specjalny fundusz, za który ma odpowiadać Europejski Bank Inwestycyjny. Do funduszu tego mają wpłynąć również unijne środki strukturalne, które do roku 2020 roku mają w sumie wynieść 80 mld. euro. To ma pobudzić grecką gospodarkę, gdyż banki zaprzestały akcji kredytowej dla greckich małych i średnich firm, co w opinii Verhofstadta uniemożliwia ich rozwój. Według niego należy także zmienić system finansowania partii politycznych, który obecnie faworyzuje dwie główne: socjalistyczny PASOK i konserwatywną Nową Demokrację. Być może nie bez wpływu na to jest fakt, że grupa europarlamentarna Verhofstadta w najbliższych wyborach w Grecji chce wesprzeć partię Sojusz Demokratyczny, znaną ze swych proeuropejskich przekonań. Z Brukseli wszystko widać lepiej, zatem unijni urzędnicy z pewnością migiem uwiną się z problemami, które nawarstwiały się w Grecji latami. Tymczasem Grecy mają coraz mniej do powiedzenia w swoim własnym kraju. Narzuca im się plany naprawcze, wysyła unijnych nadzorców i oczywiście finansuje. Teraz jeśli wybory wygrałaby Nowa Demokracja urzędnicy z Brukseli wreszcie trzymaliby rękę na pulsie. Los Grecji ostatecznie spocząłby w rękach unijnych biurokratów. Pozostaje życzyć Grekom aby ten plan się nie powiódł. I.Sz.

EBC jako respirator bankrutującego socjalizmu

Szumnie obwieszczanego przez media „uratowania Grecji” można się było w zasadzie spodziewać. O ile jeszcze kilka miesięcy temu bankructwo tego kraju wydawało się przesądzone, o tyle z końcem ubiegłego roku można już było powziąć pewne wątpliwości.
Postarał się o to niezrównany Europejski Bank Centralny – specjalista, podobnie jak FED, od wypłukiwania pieniędzy z powietrza. Otóż z końcem roku 2011, EBC zasilił 523 banki kwotą 489 mld euro bardzo nisko oprocentowanej pożyczki (1 procent w skali roku). Natomiast 29 lutego 2012 roku media podały informację, iż EBC ponownie zasilił niskooprocentowanymi kredytami (1 proc.) około 800 banków. Tym razem kwota tego zastrzyku była jeszcze bardziej oszałamiająca i wynosiła 529,5 mld euro. Losy Grecji zależały ponoć od tego, jak w dniu 8 marca 2012 roku zachowają się prywatni wierzyciele, między innymi banki, tzn. czy będą one gotowe na pogodzenie się z tym, że nie odzyskają części swoich pieniędzy, za które kiedyś zakupili greckie obligacje. Kwota utraconych wierzytelności to 100 mld euro. Śmiem twierdzić, że operacja oswajania owych wierzycieli z myślą, że stracą część zainwestowanych w Grecji pieniędzy, rozpoczęła się przynajmniej z końcem ubiegłego roku, tj. gdy EBC ruszył z pierwszym zastrzykiem gotówki dla banków. Drugi zastrzyk był już dopełnieniem planu, w realizacji którego polityczno-finansowa sitwa przydzieliła EBC odegranie kluczowej roli. Łączna kwota udzielonych bankom, prawie za darmo, kredytów (w grudniu 2011 i lutym 2012 to ponad 1 bilion euro. Czymże zatem jest owo 100 mld euro strat w porównaniu z astronomiczną kwotą jaką EBC zafundował bankierom? No i jak można się było na takie warunki nie zgodzić? Teraz już Grecja może zostać objęta pakietem pomocowym z Unii Europejskiej, zafundowanym przez podatników. A pieniądze z pakietu pójdą oczywiście, bo jakże by inaczej, na spłatę długów prywatnym wierzycielom, czyli bankom... Cóż, wesołe jest życie bankiera... Paweł Sztąberek

Klęska wpisana w koncepcję?

Jakoś wcale mnie nie dziwi, że orędownicy wspólnej waluty UE w propagandzie pomijają milczeniem fakt, że nie są pierwsi z pomysłem unii walutowej. A nie dziwi mnie to z prostej przyczyny – poprzednie projekty tego typu poniosły klęskę. Z wyjątkiem jednego, ale o tym na koniec.
Jednym z głównych argumentów zwolenników wprowadzenia wspólnej waluty było to, że zlikwiduje ona straty związane z różnicami kursowymi narodowych walut. Straty zarówno dla producentów, importerów, eksporterów jak i turystów. Logicznie rzecz biorąc w jednym przypadku można odnotować straty, w drugim zyski, co wynika z różnego stopnia rozwoju gospodarczego, systemu podatkowego itd. Ten zresztą argument podnoszony był przez eurosceptyków i znalazł potwierdzenie w rewelacjach polskiego rządu o świetnych wynikach naszej gospodarki w starciu z międzynarodowym kryzysem finansowym. W historii Europy XIX wieku, stuleciu rozumu i wykuwania nowych koncepcji ekonomicznych, trzykrotnie podjęte zostały próby stworzenia unii walutowej. W 1873 r. próbę stworzenia jednolitego systemu walutowego podjęły Dania i Szwecja, zaś w 1875 r. dołączyła do nich Norwegia, ciesząca się pełną autonomią wewnętrzną szwedzka prowincja. Będące w obiegu duńskie, szwedzkie i norweskie talary zastąpiła korona oparta o parytet złota (0,403g / koronę). Po dziesięciu latach od przystąpienia Norwegii do unii monetarnej Skandynawowie zaakceptowali również emitowane przez banki państw członkowskich banknoty. Nadmierna podaż duńskiego i norweskiego pieniądza kruszcowego po 1905 r. (odzyskanie niepodległości przez Danię i Norwegię), którego siła nabywcza siłą rzeczy spadała, wywołała popyt na szwedzkie banknoty wymieniane po kursie 1:1, które dzięki mniej „elastyczniej” polityce Królewskiego Banku Szwecji zachowywały swoją wartość. Tym samym Szwecja de facto łożyła na rozwój gospodarek Danii i Norwegii. Po wybuchu I wojny światowej Szwedzi zdecydowali o odejściu od parytetu kruszcowego i wymienialności koron na złoto, co równało się końcowi unii walutowej. Pierwowzorem dla skandynawskiego eksperymentu był pomysł, skądinąd Francuzów, z grudnia 1865 r. Zawiązana początkowo przez Francję, Belgię, Szwajcarię i Włochy unia, do których później dołączyła Grecja, opierała się na systemie bimetalicznym, tzn. srebra i złota. Państwa członkowskie zachowywały swoje waluty, które dzięki jednolitej zawartości kruszcu na ogół były wymieniane po kursie 1:1. Ustalenia zarazem wprowadzały kurs srebra do złota. Umowa nie dotyczyła banknotów. Z czasem parytet z frankiem francuskim ustanowiony został dla wenezuelskiego boliwara i dolara Duńskich Indii Wschodnich. Pierwsze problemy pojawiły się w czasie konfliktu pomiędzy Państwem Papieskim a Włochami, dążącymi do podporządkowania Watykanu. Za zgodą Francji papieski sekretarz stanu zaczął wybijać srebrne monety o zaniżonej próbie. W ślady papiestwa poszła Grecja, która jednak wzięła się za fałszowanie złotych monet, za co w 1908 r. została usunięta z unii. Formalnie tzw. unia łacińska przetrwała do 1927 r., ale zawieszenie parytetu kruszcowego (i masowy dodruk „makulatury”) po wybuchu I wojny światowej zmienił unię w papierową (nomen omen) fikcję. Niestety, historia pokazuje, że jedyną skuteczną formą unii walutowej w XIX – wiecznej Europie okazał się Zollverein, niemiecki związek celny. Na utworzony w 1815 r. Związek Niemiecki składało się 39 księstw, mających równe prawa. Dążące do dominacji Prusy początkowo forsowały unifikację gospodarczą poprzez ujednolicenie systemu miar i wag, stopniowo włączając w proces systemy monetarne. Powstały w 1834 r. związek celny spowodował, że w krótkim czasie większość mniejszych księstw elektorskich zrezygnowała z własnych walut i już w 1847 r. pruski Bank stał się bankiem centralnym przyszłej II Rzeszy. Jednocześnie proces politycznego zjednoczenia Niemiec, którego istotnym elementem była unifikacja systemu monetarnego, doprowadził do prusko – austriackiego konfliktu o hegemonię w związku, zakończonego bitwą pod Sadową w 1866 r. W rezultacie nastąpiła dominacja Prus pod wodzą kanclerza Otto von Bismarcka i utworzeno w 1871 r. Cesarstwo. Polacy z tamtych lat wspominają między innymi Hakatę, germanizację, Dzieci Wrześni i wóz Drzymały. Ciekawe, czy o tym myślał mieszkaniec „strefy zdekomunizowanej” przemawiając podczas pamiętnej konferencji w Berlinie? Michał Nawrocki

Dywersyjne subwencje

Na podstawie obserwacji działań polityków i ekonomistów zakładam, że nie oglądają oni serialu „Dr House”. W przeciwnym razie wiedzieliby, że objawy to jedno, ale ważniejsza w leczeniu chorób jest ich etiologia. Taki wniosek nasuwa się przy obserwacji porażek kolejnych bailoutów trawionej kryzysem Grecji. Dzięki temu zresztą możliwe jest prowadzenie lewackiej propagandy w stylu „na Wall Street zbankrutował kapitalizm a w Grecji zbankrutował neoliberalny spisek”, co poniekąd może wyjaśniać konsekwentne ignorowanie kwestii źródeł greckiego kryzysu.
Zmowę milczenia tudzież potok bredni przełamał minister greckiej gospodarki, Michalis Chrisochoidis, tak mówiąc o roli unijnych subwencji w gospodarczym upadku Hellady: „Niewłaściwie wykorzystane subwencje UE przyczyniły się do obecnego kryzysu gospodarczego w Grecji […] Wszystko szło na konsumpcję. Rezultat był taki, że ci, którzy coś produkowali, zamykali swoje zakłady i zakładali firmy importowe, bo na tym dało się zarobić […] Przez dwa dziesięciolecia zniszczyliśmy naszą bazę produkcyjną, nasz przemysł i tym samym możliwości eksportowe”. Pan Chrisochoidis nie powiedział jednak najważniejszego. Unijne subwencje są przyznawane na konkretne cele i szczegółowo rozliczane. Nieważne, czy są to cele gospodarcze, czy społeczne. To brukselscy urzędnicy decydują ile i na co funduszy przeznaczone zostanie w ramach subwencji. Wniosek z tego, że to unijna biurokracja jest odpowiedzialna za zniszczenie greckiej gospodarki. Szczerze wątpię, czy obrońcy urzędniczej eurodyktatury znają twierdzenie Miltona Friedmana, że najgłupiej wydawane są cudze pieniądze na cudze potrzeby. A przecież do tego sprowadzają się tak zachwalane subwencje, będące faktycznie najzwyklejszą pod słońcem redystrybucją. Przypadek Grecji potwierdza  zarazem twierdzenia o szkodliwości redystrybucji oraz nadmiaru urzędniczej kontroli i wszelkich form ingerencji w gospodarkę. Pojawia się jednak pytanie, na ile dewastacja greckiej gospodarki była „wypadkiem przy pracy”, a na ile działaniem celowym? Jeżeli bowiem dzięki subwencjom import stał się bardziej opłacalny niż produkcja, chociaż do cen towarów importowanych trzeba doliczyć koszty transportu, oznacza to, że mamy do czynienia z eliminacją lokalnej konkurencji. Czyli czystym zyskiem eksporterów. Warto zapamiętać słowa greckiego ministra, gdyż od lat jesteśmy karmieni propagandą, jak to unijne fundusze rozwijają polską gospodarkę i w ogóle, że Polska jest liderem w pozyskiwaniu unijnych funduszy. Tyle, że pod względem dochodów dziwnym trafem Polacy plasują się w gronie europejskie biedoty. Michał Nawrocki

Burdello bum – bum?

Jacques Delors komentując kryzys w strefie euro stwierdził, że „euro od początku było naznaczone konstrukcyjnymi wadami; złe wykonanie nie dyskwalifikuje jednak pomysłu jako takiego”, gdyż wady konstrukcyjne wadami, ale „kryzys zadłużenia nie świadczy o tym, że idea wspólnej waluty jako taka była zła, lecz o tym, że została niewłaściwie zrealizowana przez polityków nadzorujących jej wprowadzenie".
Ciekawe, czy p. Delors miał kiedyś okazję jeździć samochodem z wadami konstrukcyjnymi? Kontynuując zaś motoryzacyjną paralelę trzeba dodać, że w przypadku auta z wadami konstrukcyjnymi nawet najlepszy kierowca wcześniej czy później się rozbije. A że „kierowcy”, czyli politycy, ostatnio są wyjątkowo odporni na rzeczywistość, więc i zapewne z tym całym ratowaniem eruolandu wyjdzie jak zawsze. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, iż wedle oficjalnych  danych korupcja w UE to koszt około 120 miliardów euro rocznie. Korupcja zaś, jak wiadomo, pojawia się wszędzie tam, gdzie politycy i urzędnicy mają za dużo do powiedzenia. Wszystko to nie przeszkadza polskiemu rządowi, wbrew wcześniejszym wyrokom polskiego Trybunału Konstytucyjnego, sięgać do rezerw walutowych NBP by wyłożyć 6 miliardów 270 milionów euro pożyczki dla MFW. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na demagogię ministra Rostowskiego J. V., który tak argumentuje „honorową” konieczność wyłożenia kasy dla międzynarodowych banksterów: „proszę pamiętać, że gdyby sytuacja była trudna w Polsce, i my byśmy pociągnęli tą dużo większą kwotę, 30 mld dolarów, do których mam prawo w MFW”. Urocze, prawda? O tym, że chodzi tutaj o tzw. elastyczną linię kredytową MFW (FCL IMF), za dostęp do której polski rząd (czytaj: podatnik”) płaci, to już p. minister nie wspomniał. Warto przypomnieć, że gdy FCL IMF dla Polski wynosiła 20 mld USD, to koszty dostępu oscylowały w okolicach 60 milionów USD rocznie. Czy zatem, skoro p. Rostowski zestawia te dwie formy pożyczek jako równoważne, to należy przez to rozumieć, że teraz MFW będzie płacić Polsce za samą możliwość pożyczenia pieniędzy z NBP? No i wreszcie – jak w kontekście równoważności tych pożyczek rozumieć słowa p. Rostowskiego, że „jeżeli jakaś część tych pieniędzy była pociągnięta, mielibyśmy prawo zwrócić się z prośbą o to, żeby tamte pieniądze zwrócić do Narodowego Banku Polskiego”? Czy oznacza to, iż warunki spłaty takie jak termin i odsetki w przypadku pożyczki z NBP do MFW nie zostały ustalone? I tak zamiast obiecywanych we wrześniu i październiku 300 miliardów euro mających trafić do Polski jak w starym dowcipie okazuje się, że miliardy – owszem, tylko popłyną w drugą stronę. Do tego jeszcze trzeba doliczyć skutki „przedsiębiorczości” polskich urzędników, którzy w godzinach pracy dodatkowo angażowali się w różne projekty unijne, dzięki czemu za pracę wykonywaną w ramach służbowych obowiązków pobierali dodatkowo wynagrodzenie ze środków unijnych. Rekordzista w ten sposób zarobił 109 tysięcy PLN, a w przypadku stwierdzenia podwójnego finansowania UE żąda zwrotu kasy. Rzecz jasna struktury unijne nie będą się bawić ze ściganiem poszczególnych cwaniaków, tylko zwrócą się z roszczeniami do rządu. Tym samym zapłacą podatnicy. Można by rzec, iż Drodzy Przywódcy Taniego Państwa III RP Ludowej „udają Greka”. Tyle czasu wmawiali nam, iż kryzys to nam „może skoczyć” i w ogóle – „żyjemy na zielonej wyspie”, czyli takiej Irlandii na miarę naszych możliwości. Swoją drogą warto zauważyć, że już w 2003 r. wiadome było, iż Grecy dążąc do wstąpienia do strefy euro podawali dane „z kapelusza”, zaś sam Joseph Stiglitz jeszcze na początku 2010 r. przekonywał, że Grecja ma się dobrze i żaden kryzys zadłużenia jej nie grozi. Podobnie w Polsce – niby „zielona wyspa” i wszystko cacy, a tu od 1 stycznia 2012 czekają nas podwyżki. Niestety cen. Zdrożeją między innymi prąd, olej napędowy, gaz... Ponieważ cały przemysł chemiczny, a zwłaszcza produkcja nawozów sztucznych, opiera się właśnie na gazie, zaś olej napędowy dotychczas był tańszy i wydajniejszy, więc większość transportu kołowego, czyli najpowszechniejszego w Polsce, opierała się właśnie na dieslach. Dla większości Polaków oznacza to wzrost kosztów utrzymania; dla przedsiębiorców – spadek konsumpcji. W rezultacie zaś dalszą pauperyzację społeczeństwa. Aby jednak nie kończyć 2011 roku i nie zaczynać 2012 nazbyt pesymistycznie warto wskazać na pewne pozytywne wydarzenie – na Węgrzech rządzący Fidesz przeprowadził nowelizację Konstytucji uznającą Węgierską Partię Socjalistyczną, następczynię Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, ergo spadkobierczynię „zbrodniczego reżimu komunistycznego”, za organizację przestępczą. Na uwagę zasługuje treść zapisu, w myśl którego „ustrój państwowy nie może zostać oparty na zbrodniach reżimu komunistycznego" a „organizacja przestępcza powinna ponieść odpowiedzialność za eliminację demokratycznej opozycji i eksterminację narodu węgierskiego". W przypadku naszej PZPR i „sierotek” po niej lista grzechów do odpokutowania niewątpliwie też jest obszerna. Parlament też mamy. Mówicie, że to nie możliwe, że taki kawał nie przejdzie? A gdzie ten Pan, który w październiku zapowiadał drugi Budapeszt w Warszawie? Bo inicjatywę ustawodawczą on sam jak i jego ugrupowanie mają. Michał Nawrocki