Category Archives: Irlandia

Co się stało z katolicką Irlandią?

17 marca Irlandczycy obchodzili dzień św. Patryka. Kim był św. Patryk wielu mieszkańców Zielonej Wyspy zapewne wciąż jeszcze wie, ale czy o Irlandii można mówić, że to wciąż katolicki kraj?

Irlandia – dryf od socjalizmu do wolnego rynku

Wywiad z Pawłem Tobołą-Pertkiewiczem na temat najnowszej historii Irlandii i jego książki „De Valera. Gigant polityki irlandzkiej i jego epoka”, wzbudził wśród naszych Czytelników sporo emocji. Dziś przypominamy archiwalny artykuł o Irlandii, poświęcony głównie przemianom gospodarczym tego kraju. Jest w nim również mowa o bohaterze książki Pawła Toboły-Pertkiewicza. Zapraszamy do lektury.

De Valera i rechrystianizacja Irlandii

W święto św. Patryka rozmowa z Pawłem Tobołą-Pertkiewiczem o Irlandii i bohaterze jego książki zatytułowanej: „De Valera. Gigant polityki irlandzkiej i jego epoka”.

Pisarz chrześcijaństwa

Pięćdziesiąt lat temu, 22 listopada 1963 roku zmarł C. S. Lewis – profesor literatury angielskiej Uniwersytetu Cambridge, jeden z najwybitniejszych twórców powieści chrześcijańskiej na Wyspach, twórca Chrześcijaństwa po prostu i Listów starego diabła do młodego, najszerzej jednak znany jako autor cyklu Opowieści z Narni, siedmiotomowej sagi o dziejach krainy stworzonej przez Aslana, która przyniosła mu światową popularność.

Irlandzka heca

Po niewesołym krachu greckich obligacji przyszedł czas na Irlandię. Każdy opisuje to jako przystanek nr 2, tymczasem kryzys grecki i kryzys irlandzki mają zupełnie inne źródła. Grecja to kraj, który od początku członkostwa w Unii Europejskiej do dnia dzisiejszego ma te same problemy. Przeżarta syndykalizmem, skostniala przez subwencje i unijne euro oraz obciążona dodatkowo sporymi wydatkami militarnymi (co jest niejako usprawiedliwione sąsiedztwem agresywnej Turcji) grecka gospodarka od paru lat prosiła się z przytupem o bankructwo. Sytuację w Grecji można było nazwać kryzysem, gdyż kolaps obligacji rządowych (czyt. niemożność ich wykupienia, co w praktyce oznacza bankructwo) szedł w parze z masowym bezrobociem, wzrostem cen i kolapsem systemu emerytalnego (emerytury od 54. roku życia - dobre!). W Irlandii z kolei mamy do czynienia z kolejnym przykładem porażki amerykańskiej księgowości, mianowicie US-GAAP. Otóż, księgowość US-GAAP dopuszcza realizację niezrealizowanych zysków, wystarczy, że majątek w posiadaniu firmy uzyska wyższą od wartości historycznej wartość notowaną na giełdzie. Nie dotyczy to zresztą tylko firm, ale także np. domów, których cena w USA wzrosła do niebotycznych rozmiarów, a księgowość US-GAAP umożliwiła wypłacenie dodatkowych pieniędzy właścicielom hipotek. – Firma posiada budynek. Wartość zakupu: 800.000 – Firma zastawia budynek. Wartość giełdowa podobnych wzrasta do 1.000.000 – Bank wypłaca różnicę 200.000 lub "spłaca" kredyt. Jeśli nawet firma nie zastawi budynku, to może sobie zapisać w aktywach jej wartość giełdową i np.uzyskać lepszy rating tudzież mieć większą paletę możliwości kredytowych. Kiedy nastąpi przeinwestowanie w gospodarce, w gospodarkach US-GAAP, boom co prawda jest zdumiewający (tak jak przejście Irlandii z kraju chłopskiego do nowoczesnej gospodarki), to o tyle krach systemu finansowego przy takim sposobie myślenia zdaje się być wręcz nieuchronny. Między innymi to właśnie dlatego Niemcy i Polska w miarę znośnie przeszły przez kryzys, ponieważ niemiecka księgowość HGB a) zakazuje korzystać ze wzrostów wartości na giełdzie i nakazuje robić odpisy na majątek trwały, b) straty giełdowe z kolei nakazuje antycypować. Oprócz tego mamy jeszcze zjawisko przeinwestowania, które ten cały proces wspiera. Otóż w sytuacji gdy ma się US-GAAP to cykle koniunkturalne są niezłą huśtawką. Dopóki polityka monetarna jest lekko deflacyjna, albo dopóki jest parytet złota lub towarowy jak niegdyś miała niemiecka marka, to ryzyko przeinwestowania jest zerowe. Wzrost jest co prawda wolniejszy, ale dużo pewniejszy. Z kolei, gdy uprawia się politykę inflacyjną, nadmiar pieniędzy jest lokowany właśnie w dziwnych miejscach – a to w nieruchomościach, a to w firmach internetowych, a to w obligacjach. Kiedy wreszcie politycy, ale i część ekonomistów zrozumie, że to nie ilość pieniądza decyduje o bogactwie, tylko liczba dóbr i usług, które za te pieniądze mozna pozyskać? Dopóki można manipulować wartością banknotów, dopóty kolejne kryzysy są nieuniknione. NIe jest to sprawa wyłącznie "nawisu inflacyjnego", ale takze kalkulacji ekonomicznej, która w wypadku lekko deflacyjnej polityki, tudzież parytetu złota, nie zawodzi tak jak w wypadku inflacji. To pierwsze wymaga jednak wysoko moralnych polityków (wątpliwe), to drugie odważnej i bezkompromisowej decyzji (jeszcze mniej realne). W Irlandii mamy typowy przykład przeinwestowania i przegrzania gospodarki. Realna gospodarka, czyli towary i usługi mają się w Irlandii dobrze, masowe bezrobocie nie grozi, problemy mają wyłącznie banki i firmy eksportowe. Rzecz w tym, aby nie ratować kosztem realnej ekonomii tych właśnie podmiotów i dwa, nakazać zrobić potężne cięcia budżetowe, aby państwo nie wysysało rynku kredytowego swoimi obligacjami. Próba ratowania bankruta (państwo) z punktu widzenia realnej ekonomii będzie tym gorsza, o ile eurokraci przeforsują podwyżkę CIT-u, dotychczas 12,5%. Wtedy Irlandii zajrzy w oczy groźba outsourcingu, a koszta ratowania państwowego budżetu spadną na drobniejszych właścicieli i pracowników najemnych. Ponieważ biznesowi nie można zakazać wyniesienia się (bo jak się nie wyniesie, to ogłosi bankructwo), to eurokraci są na dobrej drodze, by załatwić Irlandię. Bo o ile Grecja załatwiła się na własne życzenie, to o tyle Irlandia ma szansę się ze swoich tarapatów wykaraskać. Kamil Kisiel

Wielka Brytania wyda 7 mld GBP na Irandię

Wielka Brytania zdecydowała się wspomóc budżet Irlandii. Kwota wydana na to z budżetu Brytyjczyków ma opiewać na 7 mld GBP. "Irlandia jest przyjacielem w potrzebie, a my jesteśmy tu by pomóc" Powiedział G. Osborne - brytyjski minister skarbu, uzasadniając, że jest to pomoc dla najbliższego partnera gospodarczego. Osborne twierdzi także, że pomoc dla państw europejskich jest w interesie wszystkich Brytyjczyków. Co prawda Wielka Brytania z racji tego, że nie jest w strefie euro nie jest zobowiązana do pomocy, ale rząd boi się o sytuację brytyjskich banków na ogarniętym kryzysem rynku. Grzegorz Pawłowski (na podst. http://news.bbc.co.uk/today/hi/today/newsid_9214000/9214932.stm )

Final Countdown

W jednym z polskich podręczników historii zamieszczono ilustrację, jak manchesterska policja szlachtuje protestujących przeciwko kapitalistycznemu wyzyskowi robotników. Podprogowy przekaz robił niebywałe wrażenie i nasuwał prosty wniosek – ówczesna monarchia to nic innego jak dyktatura. Na szczęście dzisiaj żyjemy w cywilizowanych czasach demokracji i takie rzeczy nie będą miały miejsca. Wbrew temu, co twierdzą Vaclav Klaus lub Nigel Farage, demokracja właśnie w Unii Europejskiej osiągnęła apogeum. Opór eurosceptyków wzbudza głównie logika doboru gremiów sprawujących faktyczną władzę nad Europą. Fakt, że przedstawiciele narodów wybierają własnych przedstawicieli, ale nie doceniamy jednak roli Europarlamentu. Niby ciało doradcze, a musi dać zgodę na wybór komisarzy. Niby ciało bez władzy, ale porozumienie o dostępie CIA do systemu SWIFT zostało właśnie przez ten „bezzębny” parlament storpedowane. Kiedy indziej to samo gremium przywróciło wspólną politykę rolną wbrew woli KE. Demokracja w Unii Europejskiej hula w najlepsze, choć nie można zaprzeczyć pewnym dekadenckim odruchom. Cóż, wszystko się starzeje, nawet polityczne systemy. Piszę o tym, ponieważ mocno zaniepokoił mnie artykuł Stanisława Michalkiewicza, konkretniej jego ostatni akapit. Masowe zaopatrywanie obrony cywilnej w krajach soc-Europy wskazywałoby na a) przewidywaną klęskę natury meteorologicznej, b) niepokoje wewnętrzne. W drugą opcję na razie nie wierzę – dzisiejsza kondycja mentalna Europejczyków to coś między otępieniem a zobojętnieniem. Lecz gdyby to była jednak prawdziwa opcja, to tylko czekać, aż demokracja zacznie szlachtować ludność tak jak robiła to manchesterska policja z robotnikami. Bo przecież duszenie balonu kończy się zawsze wybuchem w twarz temu, który czyni coś tak bezmyślnego. W Polsce wzmocnienie obrony cywilnej byłoby uzasadnione – jesteśmy na granicy klęski żywiołowej. W innych krajach Europy Środkowej może być podobnie. Może szykuje się jakiś klimatyczny kataklizm, w końcu właśnie nad Berlinem przeszły chmury deszczowe i gradowe. No ale przecież mieliśmy niedawno orkan. Żarty żartami, ale cokolwiek by jednak nie przyszło, usprawiedliwienie dla opinii publicznej jest przecież znane i gładkie: Zmiany klimatyczne. Z drugiej strony, Niemcy chcą ciąć wydatki, jednocześnie podwyższając podatki i obowiązkowe składki. Wszystkie kraje członkowskie czują niemiecki oddech na swoich plecach i zapewne zrobią to samo. Pytanie retoryczne: Banki którego kraju skupują lwią część obligacji państw Eurokołchozu? To nie koniec, np. Signal Iduna wykupuje złoto w dużych ilościach (informacja z firmy OVB, związanej z SI, a przekazana przez wysokie zwierzę). Skoro Signal Iduna to robi, to pewnie inne niemieckie koncerny finansowe także. Czas na dużą dozę pesymizmu. Rządy europejskie tną wydatki i ograniczają usługi publiczne, jednocześnie podnosząc podatki. Mimo to nie udaje się zatamować rosnącej zależności od niemieckiej finansjery. Taki scenariusz obudziłby z letargu każdego, widząc, że państwo zabiera wiele, a nie daje już praktycznie nic. Niestety, przykład Grecji, która w krytycznym dla siebie momencie zalała własny parlament czerwonymi pokazuje, że „ludy” europejskie zapragną raczej zmian w konwencji etatystycznej, co z wiadomych względów udać się nie może. W ten sposób spełnią się obawy Hayeka, Hülsmanna i Hoppego, przewidujących odrodzenie w Europie faszyzmu wskutek poważnego kryzysu ekonomicznego. Nie chodzi tutaj, że jacyś neofaszyści lub neonaziści obejmą władzę. Nie, ci nadal będą tropieni bez litości. Jak w „Drodze do zniewolenia” napisał Hayek, wskutek logicznej sprzeczności w międzynarodowym charakterze socjalizmu, powstaje ciśnienie na ograniczenie go do własnego kraju. Najlepiej widać to na przykładzie Niemiec. Mająca 12% poparcia postkomunistyczna partia Die Linke bez litości atakuje Traktat Lizboński za neoliberalizm. Liczba pozaparlamentarnych partyj socjalistycznych, sprzeciwiających się TL dałaby kolejne 10% poparcia. Warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób swój sprzeciw argumentują. Oprócz tego, że EU wyznaje doktrynerski neoliberalizm, na wyżej podanej stronie możemy wyczytać, że Unia Europejska dotkliwie skrzywdziła niemiecką gospodarkę. Za przykład służy propagandowy sukces UE, Irlandia, która najpierw otrzymała potężne unijne dotacje (których lwią część zapewniły Niemcy), a potem poprzez „niskie podatki” zabrała z Niemiec przemysł i ośrodki badawcze (głoszącym tę teorię nie przeszkodziło to polecieć do Irlandii, aby agitować za odrzuceniem TL). Czyż nie o tym pisał Hayek w „Drodze Do Zniewolenia”? Jak widać, z socjalistycznego jaja wykluwa się powoli ekonomiczny nacjonalizm. Kto wie, czy nie mamy już jakieś zmutowanej poczwarki: W końcu na transparentach greckich demonstracji możemy przeczytać np.: Nie będziemy płacić za wasz kryzys! Skoro więc etatyzm zastępuje się socjalizmem, to wedle tej logiki i socjalizm będzie zastąpiony czymś „mocniejszym”. Tak jak w Niemczech w latach 30. Faszyzm nie umarł. Tak naprawdę ma problem tylko ze swoją tożsamością i... nazwą. Ludzie na pewne nazwy reagują alergicznie, na przykład w Polsce na „liberalizm”. Pewnych procesów nie powstrzymają jednak nawet problemy natury nomenklaturowej. Na koniec przypomnę, że Unia Europejska uchyliła sobie furtkę do kary śmierci za udział w rozruchach wewnętrznych, co wyjaśnił prof. Schachtschneider (liberał, konserwatysta, niestety także demokrata). Widzimy więc pewną spójną logicznie całość. Ostatnie odliczanie czas zacząć. Kamil Kisiel

Traktatowi kłamcy i oszuści

Propaganda oparta na oszustwach i kłamstwach... Tak nagonkę zwolenników traktatu lizbońskiego, finansowaną z pieniędzy podatników nazwał Richard Greene z organizacji Cóir, sprzeciwiającej się ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Green uważa, że Irlandczycy zostali „brutalnie zastraszeni.  O sprawie pisze, za portalem LifeSiteNews.com, serwis Piotrskarga.pl. „Irlandzki rząd wydał ponad 20 mln euro, by zapewnić sobie zwycięstwo w piątkowym referendum. Dodatkowe fundusze na wsparcie organizacji prowadzących kampanię na „tak” w sprawie traktatu lizbońskiego pochodziły bezpośrednio z kasy unijnej” - czytamy w informacji. Przeciwnicy traktatu zapowiadają, że złożą stosowną skargę na instytucje unijne z powodu bezprawnego sfinansowania z kasy unijnej ponad miliona broszur wartych 151 tys. euro. Według brytyjskiego eurodeputowanego Nigela Farage, wynik referendum to „zwycięstwo kupione za duże pieniądze”, samo zaś referendum to „parodia demokracji”. Serwis  LifeSiteNews.com wspomina ponadto o stanowisku Kościoła katolickiego w obliczu referendum. Przytacza m.in. wypowiedź kardynała Bertone z ostatniego piątku, a pochodzącą z czeskiej gazety: „Traktat lizboński stanowi poważne zagrożenie dla tradycji i historii Irlandii”. Portal zastanawia się jednak, czemu kardynał powiedział to dopiero w dniu referendum i czemu Stolica Apostolska oficjalnie nie zajęła w tej sprawie stanowiska? Według  LifeSiteNews.com, przeciwnicy traktatu liczyć chyba już tylko mogą na brytyjskich konserwatystów, którzy mają szansę na wygranie przyszłorocznych wyborów w Anglii. Ewentualne ogłoszenie referendum traktatowego przez torysów mogłoby sprawę tworzenia unijnego superpaństwa przywrócić ponownie na pierwsze strony gazet. Opr. PSz

Irlandczycy raczej nie będą świętować

W dzienniku "Polska The Times" ukazał się tekst opisujący Irlandię w przededniu powtórnego irlandzkiego referendum. Poniżej zamieszczamy fragmenty ciekawego naszym zdaniem artykułu Davida Sharrocka. " Unia zabiera nam więcej, niż daje - mówią Irlandczycy przed piątkowym referendum w sprawie Lizbony. Wielu Irlandczyków uważa, że w referendum 2 października kraj przyjmie traktat lizboński. Mało kto jednak będzie świętować z tego powodu (...) Nagły kres dekady gwałtownego wzrostu gospodarczego celtyckiego tygrysa przewrócił świat nieco już znudzonych posiadaniem wszystkiego Irlandczyków do góry nogami. Jeden z deweloperów - jak wielu innych przeliczył się z siłami - nazwał katastrofę na rynku nieruchomości "nieustannie trwającym tsunami". Deweloperzy byli Ikarami irlandzkiego boomu. Niedawne protesty dwu największych central związków zawodowych. Na transparentach hasło: "Irlandia republiką bananową". Jej położenie jest zdaniem protestujących tragiczne. "Tragilandia". Inne krzyczą o "Namalandii" - od skrótu NAMA. To powołana przez rząd kontrowersyjna National Asset Management Agency, zwana popularnie toksycznym bankiem. Ma ona skupić złe długi warte 90 mld euro. Oczywiście kosztem podatnika. Tak jednak się stanie, gdy premier Brian Cowen, mimo buzujących w społeczeństwie pokładów wściekłości, przepchnie w referendum Lizbonę. Jeśli nie - szef rządu wie, że będzie po ptakach. Porażka oznacza nie tylko koniec jego rządów, ale i koniec jego partii Fianna Fail. Żadne inne ugrupowanie w powojennej Europie nie utrzymuje się tak długo u władzy. Możliwość takiego scenariusza po części wyjaśnia, dlaczego kampania wzywająca do głosowania na "tak" straszy Irlandczyków apokalipsą. Jeśli - nie daj Boże - znowu zagłosują przeciw traktatowi. Szef linii lotniczych Ryanair Michael O'Leary, postać barwna i znana z niewyparzonego języka, jasno mówi to, co rząd chętnie wypisałby na swoich plakatach, ale nie śmie nazwać wprost i głośno. - Kraj jest bankrutem. Między nami a powrotem do przytułku dla ubogich stoi już tylko Europejski Bank Centralny.  (...) Irlandczycy ostatnie krople żółci wylewają na szastającą beztrosko wydatkami klasę polityczną, która roztrwoniła celtycką żyłę złota. Koniec bonanzy. Teraz klasa ta ma nowy cel - traktat lizboński. Nowy przynajmniej w tym sensie, że odkopano go na powrót. Niektórzy politycy woleliby zapomnieć o słowach wypowiadanych na jego pośpiesznym pogrzebie w ubiegłym roku: "Traktat lizboński jest martwy". Po referendum Irlandczycy stali się symbolem wolności i demokracji.Teraz jednak każą im na powrót odrobić lekcję, bo uczniowie udzielili "złej" odpowiedzi na zadane pytanie. A czy to demokratyczne kazać ludziom głosować jeszcze raz? (...) Dingle - małe miasteczko położone na półwyspie o tej samej nazwie. To ojczyzna specyficznie irlandzkiej formy wesołej konwersacji zwanej "craic" - zabawnej i pełnej dowcipu, Często przy pełnych pucharach. - Kupiłem te dłuta w supermarkecie Lidl za 20 euero. Zgromadziłem trochę drewna wyrzuconego przez morze. Zimą coś porzeźbię - mówi Phil Cormack, magister inżynier po pięćdziesiątce. Przedtem zapraszał na ulicach turystów do słynnych tutejszych pubów. - Już tego nie robię. Muszę uważać. Dostaję 200 euro zasiłku. Nie ma sensu pracować. Zagłosuje za traktatem. Dlaczego? - Kraj jest bankrutem. Tylko szaleniec głosowałby przeciw - śmieje się Cormack. (...) "Głosowałem przeciw i dziś zrobię tak samo. To obraza. Traktują nas jak dzieciaki. Mamy swój rozum. Europa i tak ma wystarczająco dużo władzy. Zbyt długo i ciężko walczyliśmy o swoją niepodległość, by oddawać ją 70 czy 80 lat później. Jestem Irlandczykiem, nie Europejczykiem" - mówi 27-letni pracownik służby cywilnej Daithi de Mordha. (...) David Sharrock Czytaj całość... Źródło: www.polskatimes.pl

Irlandzki Kościół popiera traktat lizboński

Jak donosi "Rzeczpospolita" irlandzcy biskupi po raz pierwszy oficjalnie wsparli zwolenników traktatu lizbońskiego. W liście do posłów bp Noel Treanor wyraził stanowisko całego episkopatu Irlandii oznajmiając, że katolicy mogą bez obaw głosować za przyjęciem dokumentu. Zdaniem hierarchów Kościół katolicki zawsze wspierał europejską solidarność a traktat może ją umocnić. "Nie ma podstaw, by usprawiedliwiać głosowanie przeciwko traktatowi racjami religijnymi czy etycznymi"- twierdzi biskup. Nie wszystkim katolikom podoba się to stanowisko. Choć biskupi nie namawiają bezpośrednio do głosowania na "tak" jest to pierwszy oficjalny głos episkopatu w tej sprawie wyrażający poparcie dla traktatu. Część środowisk katolickich obawia się, że ratyfikacja przyniesie ze sobą legalizację aborcji, eutanazji i badań na embrionach. Obawiają się także masowej imigracji, która ich zdaniem "zniszczy irlandzką tożsamość". Tymczasem hierarchowie odcinają się od środowisk przeciwnych traktatowi, gdyż zarzucają im szerzenie błędnych informacji o negatywnych skutkach, jakie może mieć wejście w życie dokumentu. Powołują się na gwarancje irlandzkiego rządu w tej sprawie. Udaremniają także wszelkie próby rozprowadzania przez niektóre katolickie organizacje materiałów ostrzegających przed traktatem lizbońskim. "Zachęcam ludzi, którzy natkną się w kościołach na niewłaściwe materiały, by kontaktowali się z księżmi. Przypilnują oni, by takie materiały były usuwane"- mówi brat Jim Killeen rzecznik diecezji Cloyne. ISz. Źródło: www.rp.pl

„Tak” w Irlandii niepewne

W "Naszym Dzienniku" czytamy o sytuacji przed referendum w Irlandii... "Wprawdzie irlandzki minister ds. europejskich Dick Roche uważa, że w zaplanowanym na 2 października referendum traktat lizboński poprze ponad 55 proc. społeczeństwa, jednakże wiele wskazuje na to, iż stanie się dokładnie odwrotnie. Rząd Irlandii, który agituje za ratyfikacją zapisów z Lizbony, w związku z trwającym kryzysem ekonomicznym przygotowuje znaczną podwyżkę podatków. Przeciwnicy traktatu lizbońskiego argumentują, iż niewiele osób poprze traktat firmowany przez rząd, który nie ma pojęcia o gospodarce. W opinii większości obywateli, to właśnie ów rząd doprowadził kraj niemalże na skraj bankructwa. - Zjeździłem cały kraj wzdłuż i wszerz i dostrzegam wśród obywateli większe zaangażowanie niż poprzednio - oświadczył Dick Roche, podkreślając, iż nie potrafi wyobrazić sobie gorszego momentu w historii na zastopowanie europejskiego projektu. Zarówno Roche, jak i cały irlandzki rząd stale mówią o konieczności ratyfikacji traktatu reformującego ze względu na trwający obecnie kryzys gospodarczy oraz trudną sytuację ekonomiczną kraju. Ministerstwo Finansów, które przewiduje w najbliższym czasie znaczący wzrost podatków, otrzymało od Komisji Podatkowej raport definiujący cele na najbliższych 10 lat. Z jednej strony zakłada on wspieranie działalności gospodarczej, ale z drugiej mówi o konieczności podniesienia podatków. - Ludzie czują się zakłopotani, obrażeni i zrażeni decyzjami, które obecny rząd podjął w ciągu ostatniego roku - oświadczył w wywiadzie dla radia RTE lider Fine Gael - Enda Kenny. Uważa on, że Irlandczycy sprzeciwią się traktatowi lizbońskiemu nie tyle ze względu na zawarte w nim zapisy, ile aby dać obecnej ekipie rządzącej "czerwoną kartkę". - Irlandczycy są zdania, iż rząd poniósł sromotną klęskę, wprowadzając w czasie kryzysu takie, a nie inne reformy, okazał się kompletnie nieskuteczny i doprowadził do gwałtownego odpływu pieniędzy, których jeszcze niedawno Irlandia miała naprawdę dużo - stwierdził. Odnosząc się do wydanego przez Komisję Podatkową raportu, stwierdził, iż jest on "wart uwagi i rozpatrzenia". - Rząd opowiada się za podwyższeniem podatków, natomiast opozycja nie bardzo przeciw temu protestuje, ponieważ gdyby doszła do władzy, uczyniłaby dokładnie to samo - oceniła była irlandzka eurodeputowana Kathy Sinnott. Jej zdaniem, nie sposób przewidzieć wyników referendum. - Niektórzy mogą w głosowaniu nad traktatem widzieć narzędzie do pozbycia się rządu jako rządu zdrady. Problem jednak w tym, że społeczeństwo nie ufa także opozycji, nie widzi w zasadzie żadnych wiarygodnych liderów - stwierdziła. - Skoro obecna ekipa doprowadziła do tak fatalnej sytuacji gospodarczej, jak można jej wierzyć, że zapisy z Lizbony będą miały pozytywny wpływ na gospodarkę. W końcu nie ma na ten temat zielonego pojęcia - zauważyła, dodając, iż pogląd ten wydaje się podzielać wielu Irlandczyków. Zwróciła przy tym uwagę, że ratyfikacja traktatu lizbońskiego "czyni nas obywatelami Europy jako posiadającej tożsamość prawną całości, ta zaś będzie mogła nas opodatkowywać w dowolny sposób i to przesłanie płynie z obecnej sytuacji politycznej, co - jak można się domyślić - nie wpływa pozytywnie na nastroje społeczne". - Jeżeli nie wejdzie w życie traktat lizboński, będzie obowiązywał traktat nicejski, zgodnie z którym wszystkie kraje są partnerami. Doprawdy nie rozumiem, czego tu się obawiać - skonstatowała Sinnott." Anna Wiejak Źródło: www.naszdziennik.pl

Wojna sondażowa w Irlandii

W "Naszym Dzienniku" czytamy na temat wojny sondażowej przez kolejnym referendum traktatowym w Irlandii... "Sondaże stały się kolejnym narzędziem forsowania ustaleń z Lizbony. Z przeprowadzonej na zlecenie "The Irish Times" ankiety wynika, iż za traktatem opowie się aż 46 proc. uprawnionych do głosowania, przy 29 proc. głosów przeciwko. Dla porównania z sondy przeprowadzonej przez irlandzkie Radio Kerry wynika, że 68 proc. obywateli Irlandii zagłosuje na "nie" w zaplanowanym na 2 października referendum nad ratyfikacją traktatu lizbońskiego. - Jeżeliby uważnie słuchać mediów, to niemalże 100 proc. z nich jest na "tak" - skomentowała wyniki badania Kathy Sinnott, była irlandzka eurodeputowana. Jak się dowiedzieliśmy, równie problematyczna co jakość badania opinii publicznej jest działalność Komisji Referendalnej, która przynajmniej w teorii powinna zachować bezstronność. Tymczasem zaledwie przedwczoraj z jej inicjatywy rozlepiono w całej Irlandii plakaty przedstawiające kontynent europejski w kolorze niebieskim z żółtymi gwiazdami, z hasłem: "My należymy, Ty decydujesz". - To jest bardzo nieuczciwe. Najgorsze jest to, że dopuszcza się tego organ finansowany z naszych pieniędzy, pieniędzy podatników - oceniła Sinnott. - Przesłanie tego plakatu jest wyraźne, a mianowicie: "Chcecie być w Europie czy nie?", a przecież nie o to tutaj chodzi - skonstatowała. Sinnott zauważyła, że w Irlandii, jeżeli już odbywa się jakaś debata, to jedynie w ramach agitacji na rzecz traktatu. Paradoksalnie podobne odczucia ma również lewica. - Wzywam liderów kampanii na "tak" do publicznej debaty nad rzeczywistymi kwestiami w traktacie, włącznie z prowadzeniem do prywatyzacji ośrodków opieki zdrowotnej oraz łamania praw pracowniczych - oświadczył Joe Higgins, eurodeputowany z ramienia Sinn Fein. Jak stwierdzili nasi rozmówcy, trudno jednoznacznie ocenić, czy poparcie udzielone prolizbońskiej kampanii przez "rekinów biznesu" pomogło zwolennikom federalizacji, czy też jedynie im zaszkodziło. - Ludzie nie są ślepi i nie dadzą się wodzić za nos - powiedziała Sinnott, podkreślając, iż zwolennicy traktatu reformującego nie mają żadnych argumentów, sięgając jedynie po metody zastraszania społeczeństwa. - Dwa dni temu uczestniczyłam w jednym z nielicznych spotkań przeciwników traktatu. Ktoś z przysłuchującego się debacie audytorium wstał i powiedział: "Wiele czytaliśmy na temat Związku Sowieckiego, tymczasem tu mamy to samo - jedna właściwa partia, jedno właściwe stanowisko i ludzie, którzy są temu wszystkiemu przeciwni, ale nie udziela się im głosu" - mówiła Sinnott. Jednocześnie wyraziła poważne wątpliwości, czy w tej sytuacji jakiekolwiek pieniądze będą w stanie poprawić wizerunek zwolenników zapisów z Lizbony". Anna Wiejak Źródło: www.naszdziennik.pl