Category Archives: Norwegia

Breivik jako listek figowy

Czy zastanawialiście się dlaczego zaczęto nas intensywnie informować o kaprysach mordercy – psychopaty Breivika? O tym, że jego cela to trzy pokoje, ale narzeka na przestarzałe gry komputerowe, zimną kawę i brzydki widok z okna?

Gender Equality Paradox – norweski komik na tropach absurdów gender

Czy mężczyźni i kobiety są sobie równi? Znany norweski komik, całkiem na poważnie poszukuje odpowiedzi na to pytanie. Teza, że różnice widać gołym okiem i nie chodzi tu tylko o fascynujące..."pierwszorzędne cechy płciowe" okazuje się kontrowersyjnym i niebezpiecznym poglądem. Czy norweska nauka może się mylić? Na szczęście pytania zadaje naiwny jak dziecko komik, a to prawie jak wariat.
Harald Meldal Eia przypomina nam, że warto wierzyć własnemu osądowi, a dominujące opinie nie koniecznie są zgodne z prawdą. Obraz kończy się jasną, klarowną i boleśnie oczywistą konkluzją. Dlaczego bolesną, skoro cały film przypomina lekki familijny sitcom? Bo "Gender Equality Paradox" to tak na prawdę smutna opowieść sile kłamstwa, które ubrane w pancerz poprawności politycznej wpływa na wieloletnią politykę całego państwa, a człowiekowi każe wątpić w ocenę własnego rozumu. "Dogmat" o równości płci to tylko kropla w pomyjach "jedynie słusznych poglądów", które codziennie zalewają nasze głowy. Całkowita równość płci to absurd, ale ile absurdów stało się obowiązującą prawdą? Za rebelya.pl

Utoya – druga rocznica zamachu dokonanego przez masona

Dwa lata temu Anders Behring Breivik mason, filosemita, osobnik pozytywnie nastawiony do gejów, wymordował 77 osób w tym 69 młodych działaczy propalestyńskiej Norweskiej Partii Pracy na Utoya i 8 osób w zamachu bombowym w Oslo.
Breivik swój rajd śmierci rozpoczął zamachem bombowym w Oslo. Zamach ten, w którym zostało zamordowanych osiem osób odwrócić miał uwagę od jego ostatecznego celu - młodych socjaldemokratów przeciwnych polityce Izraela w Palestynie. Za zamordowanie 77 osób Breivik został skazany na 21 lat więzienia – 3 i pół miesiąca za jedną osobę. Ofiary które przeżyły masakrę na Utoya do dziś cierpią na syndrom stresu pourazowego. Syndrom ten wiąże się z: niemożnością skoncentrowania się, ciągłym wyniszczającym stresem, bezsennością, nawracającymi wspomnieniami masakry, lękami, depresją, psychosomatycznymi bólami i nieustannym osłabieniem. Stres pourazowy sprawił też, że ofiary, które przeżyły mają olbrzymie kłopoty z nauką i są wyłączone z działalności społecznej. Skalę ataku Breivika na środowiska sceptyczne wobec polityki Izraela najlepiej obrazuje to, że Norwegia to kraj liczący 5 milionów obywateli. 69 młodych działaczy Norweskiej Partii Pracy zabitych przez terrorystę, to tak jakby w 38,5 milionowej Polsce zabito 530 młodych działaczy jakiejś partii, a tysiące innych przerobiono na ofiary syndromu pourazowego. Na lewicowej i antyklerykalnej stronie racjonalista.pl, portalu nie mającym jakiegokolwiek interesu w ujawnianiu przynależności terrorysty do masonerii, można przeczytać, że „Zgodnie z dostępną publicznie listą członków loży świętojańskiej nr 8 „Św. Olafa pod Trzema Kolumnami" (zwanej potocznie lożą „Kolumny"), Breivik był jej członkiem i w spisie z 2008 r. zanotowany miał stopień ucznia (choć członkiem był najprawdopodobniej od 2006 r., jak wynika to z jego manifestu). Jego loża powstała w 1903 r. i odbywała swoje prace w budynku sąsiadującym z norweskim parlamentem. Jest jedną z 63 lóż świętojańskich Norweskiego Zakonu Wolnomularskiego (Den Norske Frimurerorden), jedynej organizacji wolnomularskiej w Norwegii uznawanej przez Wielką Zjednoczoną Lożę Anglii”. Autor artykułu nie kryje, że kościół katolicki w Norwegii „jest wrogo nastawiony do lóż”. O prosyjonistycznych i progejowskich poglądach Breivika przypomniał portal Nacjonalista. Młodzi Norwegowie, którzy zostali ofiarami terrorysty działali w rządzącej Norwegią Partii Pracy. Kilka tygodni przed zamachem rządzący socjaldemokraci podjęli „decyzję o wsparciu otwarcia w Oslo ambasady Palestyny i podjęciu przygotowań do uznania jej jako państwa”. Norwegia znalazła się też na celowniku globalistów za wycofanie poparcia dla interwencji w Libii, ratyfikowanie układu o podziale Morza Barentsa, w tym złóż ropy między Rosję a Norwegię, zachowanie własnej waluty i niepodległości. W dniu przed masakrą młodzież podczas spotkania z ministrem spraw zagranicznych Norwegii na wyspie „domagała się podjęcia bojkotu Izraela w związku z jego polityką w okupowanej Palestynie”. W historii masakry zadziwiająca jest to, że w tak bogatym i dobrze zorganizowanym kraju, terrorysta po dokonaniu zamachu bombowego „ bezproblemowo w ciągu 40 minut dociera na wyspę Utoya, a następnie spokojnie przez 90 minut morduje z zimną krwią uczestników letniego obozu, gdyż policja nie może dotrzeć wcześniej z powodu przeciekającej łodzi”. Rodzi to pytania o to, kto pomógł Breivikowi. Jan Bodakowski

O tym nikt nie mówi! Dlaczego?

Po morderstwie kilkudziesięciu osób w Norwegii przekaziory zaczęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, oskarżać – a to muzułmanów, a to fundamentalistów chrześcijańskich, a to skrajną prawicę. Wszystkie z tych oskarżeń okazały się przysłowiowymi strzałami kulą w płot.
Czy przeproszono którąkolwiek z wymienionych grup? Akurat! Gdzieżby przekaziory mętnego nurtu zniżyły się do przepraszania osób pomówionych przez siebie! To jest niestety czwarta, a raczej pierwsza władza i wierni uczniowie Lenina i Goebbelsa, który powiedzieli: rzucajcie błotem, a zawsze coś przyschnie. W Polsce dodatkowo jeszcze przeniknięte przez byłe WSI, UB i SB. Przypuszczać należy, że te mendia przeniknięte są przez jeszcze jedną złowrogą siłę. Jaką? Dziwnym trafem nie zauważono, że sprawca zamachu nosił fartuszek masoński. Jakoś nie powiązano masakry z ideologią masońską jako jej źródłem. Może ideologia masonerii rytu szkockiego, która masonom, każe uważać się za bogów (i to w sensie dosłownym) sprowokowała Andersa Breivika do dokonania zbrodni, byle tylko czegoś dokonać ponad ludzką miarę? Dlaczego mendia oszczędzały najgroźniejszy z najgroźniejszych syndykatów zbrodni? Czyż wnioski nie narzucają się same? Przypominam tu słowa jednego z dziewiętnastowiecznych Papieży o masonach: „Bogiem ich Szatan, prawem nieprawda a obrzędem bezecność”. Jacek Łukasik PS. Breivik to najprawdopodobniej mason rytu szkockiego. Przynajmniej równie groźna jest masoneria rytu francuskiego, która zdaniem Stanisława Krajskiego potrafiła sobie uwić gniazdo w wojskowych komunistycznych służbach specjalnych (zarówno w Polsce, jak i w Rosji). Zdaniem Krajskiego można postawić praktycznie znak równości pomiędzy WSI i GRU a masonerią rytu francuskiego (wojująco antychrześcijańską, lewicową i komunizującą). Swoją drogą Krajski obwinia WSI a tym samym masonerię rytu francuskiego za zamach smoleński z 10 kwietnia 2010 r. Miała to być zemsta za rozwiązanie WSI, dokonana bardziej, co daje do myślenia „przez ludzi Tuska i Putina”, być może bez ich wiedzy. Zastanawia też wojująco antychrześcijański charakter prawa francuskiego i bardzo dobra współpraca Francji z Rosją bolszewicką po rewolucji.  

Bierzmy przyklad także ze Skandynawów

Zapyta się ktoś ze zdziwieniem: z tych lewaków i feministek? Z lewactwa czy feminizmu oczywiście nie, ale… Pewne zasady, które tam obowiązują są jak najbardziej słuszne. W Szwecji, Norwegii, Danii, Finlandii normalne jest, że w urzędzie miasta lub gminy zawsze wisi tablica informująca o wszystkich wydatkach i przychodach urzędu. Każdy z tam wchodzących ma więc pełny wgląd w finanse miasta czy gminy.
Czy w Polsce też nie należałoby wprowadzić takiej zasady?. Mnie samego bardzo interesowałoby niesłychanie, komu i ile pieniędzy dali panowie: Kulczyk, Krauze et consortes. Jeden z Duńczyków studiujących w Polsce wprost nie umiał zrozumieć, że gdziekolwiek na świecie może brakować takiej transparentności wydatków urzędowych! Czy nie byłby to wspaniały oręż broniący przed korupcją? Mimo tej ichniej poprawności politycznej zakres wolności gospodarczej jest tam nieporównanie większy niż w Polsce: olbrzymia przewaga własności prywatnej, brak płacy minimalnej. Może dzięki temu kraje Północy na razie nie doznają kryzysu. Pewne pozytywy występują tam także i poza gospodarką. Gdy satanistyczna dzicz lżyła i maltretowała obrońców Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przy biernej postawie policji i straży miejskiej, jedna z osób dzwoniących do Radia Maryja ze Sztokholmu stwierdziła, że tam podobna swołocz zostałaby rozpędzona na cztery wiatry przez policję, także konną! I to też jest wzór! Na żądanie ambasadora izraelskiego, by prasa szwedzka ,nie pisała o zbrodniach armii izraelskiej, szwedzkie MSZ odpowiedziało: u nas jest wolność słowa. Już sobie wyobrażam „naszego” Radzia S. w podobnej sytuacji! Poza tym narody skandynawskie umieją szanować same siebie. Istnieje tam duży opór przeciwko wprowadzeniu waluty euro – w Szwecji jej wprowadzenie popiera tylko 10 % społeczeństwa. Szwedzi z powodów ekologicznych sprzeciwiali się Nord Stream na dnie Bałtyku. My wówczas nie wykorzystaliśmy tej szansy. Inny dowód szacunku narodów skandynawskich dla samych siebie. U nich prawie każdy zna język angielski. Skandynawowie jednak każdemu cudzoziemcowi, który u nich pracuje finansują bezpłatny kurs nauki języka (norweskiego, szwedzkiego, duńskiego w zależności od kraju). Jednym słowem, jak mówi Pismo Święte: Badajcie wszystko, a co dobre zachowujcie. Jacek Łukasik

Dobić, gdy nie chcą umrzeć!

Lifesitenews donosi, że w jednym z duńskich szpitali w 2010 roku 144 na 877 abortowanych w drugim trymestrze ciąży dzieci urodziło się żywych, a ilość wcześniaków przeżywających własną aborcję z roku na rok wzrasta. Tak jakby same dzieci dopominały się o swoje prawo do życia. Niestety nie spotykają się choćby z odrobiną człowieczeństwa czy litości ze strony dorosłych. W Danii pozostawia się je na śmierć.

Unijni bankieciarze zjechali się do Oslo

Niezła szopka szykuje się w poniedziałek w Oslo. Unia Europejska właśnie 10 grudnia br. odebrać ma Pokojową Nagrodę Nobla. Zanosi się zatem na zalanie stolicy Norwegii przez watahy brukselskich urzędników i przeróżnych politruków. Wszak darmowe rauty i bankiety to ulubione zajęcie tej ferajny.
Ową Unię reprezentować mają między innymi przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy, przewodniczący Komisji Europejskiej, Jose Manuel Barroso i przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Van Rompuy, dzień przed oficjalnymi uroczystościami powiedział w Norwegii, że "Unia Europejska wyjdzie wzmocniona z kryzysu, by ponownie stać się symbolem nadziei". Przewodniczący Rady Europejskiej dodał: "Unia przechodzi obecnie trudny okres (...) Jestem pewien, że nam się uda. Wyjdziemy z niepewności i recesji bardziej wzmocnieni niż przedtem". Do Oslo zjedzie się nie tylko ścisłe kierownictwo unijnego Lewiatana, ale także pomniejsi lokalni kacykowie, wśród nich między innymi premier III RP, Donald Tusk. Negatywnie na zaproszenie do Oslo odpowiedział premier Wielkiej Brytanii David Cameron. Środkowego palca zwróconego ku górze pokazał też prezydent Czech Vaclav Klaus. Co akurat nie powinno dziwić. Brawo Klaus! Po raz kolejny! Niemniej feta w Oslo będzie wielka. I znów, po raz kolejny w historii, ludek, tym razem europejski, będzie sączył szampana ustami swoich dzielnych, walczących o ich dobro, a zwłaszcza o pokój, przedstawicieli. P.

Lepiej być Polakiem, niż Norwegiem

Rok temu Anders Breivik wysadził bombę w siedzibie premiera Norwegii, a następnie na wyspie Utoya zaczął strzelać do przebywającej tam młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy.

Kronika postępującego totalitaryzmu

Socjaliści wszelkiej maści (nie wyłączając ichtiolowej), wszelkich kolorów i odcieni, jak mantrę od lat powtarzają, że „kapitalizm zbankrutował”. Jednocześnie z uporem godnym lepszej sprawy nie chcą zauważyć, że socjalizm też zbankrutował, dosłownie i w przenośni. I wciąż uszczęśliwiają „lud pracujący miast i wsi”. Przegląd ostatnich wydarzeń pokazuje dobitnie, że socjaliści nie tylko się nie poddają, ale intensyfikują swoje działania zmierzające do budowy socjalistycznego raju na ziemi. Szkopuł w tym, że główną przeszkodą w realizacji utopii jest wszelka wolność, z wolnością słowa na czele.
Po licznych próbach wprowadzenia cenzury internetu, np. pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, choć jednocześnie prowadzą walkę o „godne warunki bytowe więźniów” i łagodzenie sankcji kodeksu karnego, socjaliści znowu wzięli się za walkę z wolnością słowa. Tym razem pod pretekstem „ochrony praw autorskich” pojawił się dokument znany jako ACTA. Tego, że porozumienie owo wprowadza „formalne i nieformalne (sic!) zespoły” o nieokreślonych źródłach finansowania oraz represje w przypadku „podejrzenia podejrzenia” i „bez wysłuchania drugiej strony”, jakoś media tzw. głównego nurtu nie wyłapały. Podobnie jak innych „kwiatków”, takich jak brak jednoznacznej definicji „własności intelektualnej”. O jednoznacznie totalitarnym sposobie „negocjowania” i wprowadzania „porozumienia” nie wspominając, choć polski rząd zarzekał się, że „walczył o jawność negocjacji ACTA”, czemu przeczą wyciekające dokumenty. Gdy Polskę ogarnęła fala protestów „internautów” (a może raczej obywateli?), sprawę bagatelizowano i próbowano zdyskredytować protestujących, a gdy to się nie udało – spróbowano przykryć rzecz kłamstwami  i propagandą. Minister Boni M. twierdził, że wszyscy już podpisali, więc i Polska musi; jednocześnie uspokajał bajając coś o dołączeniu klauzul do gotowego porozumienia. Jak się okazało – z prawdą było mu nie po drodze. Wspierał go w tym zresztą minister Zdrojewski B. Ponieważ nic to nie dało, premier Tusk D. rozpoczął „konsultacje”, ale dopiero po podpisaniu porozumienia, co zostało słusznie odebrane, jako jedna wielka lipa. W końcu, pod naciskiem opadających słupków sondażowych premier zapowiedział w piątek (17 lutego) wysłanie listu do premierów krajów UE, w których rządzą ugrupowania zrzeszone w Europejskiej Partii Ludowej, by nie przyjmować ACTA. I znów wpadka, bo okazało się, że kilka dni wcześniej szef EPL w PE, Francuz Joseph Daul oświadczył, że EurParLud nie poprze porozumienia, co zapewne zostało wcześniej skonsultowane z szefami rządów. Kolejny pomysł ograniczenia wolności słowa spalił na panewce, ponownie dzięki wolności słowa w internecie. Ponieważ awantura o ACTA zaczęła się Polsce, więc polski rząd podjął kroki zaradcze. Chodzi o projekt zmian w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz zmian w kodeksie cywilnym. Nowe przepisy mają umożliwić urzędnikom blokowanie i dostęp do bezprawnych informacji. Szczególnie niebezpiecznie wygląda zapis, mówiący o „informacjach które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego, do których dostęp powinien zostać zablokowany” w wyniku „braku autoryzacji” lub „niezgodności z prawdą”. Centrala, czyli Parlament Europejski, również nie próżnuje i cichcem usiłuje wprowadzić restrykcyjne zapisy kontroli towarów importowanych. Przygotowywane rozporządzenie daje Służbie Celnej możliwość kontrolowania małych paczek spoza UE i niszczenia ich bez wyroku sądu, jeśli celnicy uznają, że zawartość to podróbki. Szczególnie kuriozalne jest tutaj rozciągnięcie odpowiedzialności za zawartość paczek na przewoźników i kurierów. W Norwegii Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Spraw Socjalnych (sic!) pod przewodnictwem Auduna Lisbakkena  postuluje  wprowadzenie nowych kryteriów oceny dobrego samopoczucia dzieci. Jeśli urzędnik uzna, że przebywające na terenie Norwegii dziecko jest niezadowolone, zostanie ono odebrane rodzicom. Jak uzasadnia Lisbakken „Rodzice nie powinni zakładać, że jest to ich życie prywatne. W przeciwnym razie, w jaki sposób społeczeństwo, które ma na celu ochronę dzieci, ma być informowane o nieprawidłowościach?". Nie bez powodu piszę o skandynawskich pomysłach, albowiem stają się one wzorem regulacji przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), walczącej ze szkodliwością alkoholu. I tak już w kwietniu może się okazać, że alkohol będzie można kupić wyłącznie w państwowych sklepach, zlokalizowanych na obrzeżach miast i otwartych tylko przez osiem godzin dziennie. Przygotowany przez WHO dokument zaakceptowały wszystkie kraje UE, w tym polskie Ministerstwo Zdrowia, które nie ma żadnych zastrzeżeń. Jak wiadomo nie ma tak dobrego pomysłu, którego nie można by wyrzucić do kosza. Niestety, najwyraźniej nie ma też takiej głupoty, której nie próbowano by wprowadzić w imię „wyższych racji”, dzięki czemu stalinowska maksyma o kontroli jako dowodzie zaufania odradza się w wyjątkowo parszywym wydaniu. Michał Nawrocki Fot.: Strona Prokapitalistyczna

Anders B. i liberalni fundamentaliści

W mediach roi się od informacji, spekulacji i paszkwili w związku z masowymi morderstwami dokonanymi przez niejakiego Andersa b. (od „bydlak”) Oczywiście bydlak ma jakieś swoje nazwisko, na które media zwróciły uwagę po tym co zrobił. I zdobią swoje „front pages” jego upozowanymi i wyretuszowanymi zdjęciami, które sam sobie wcześniej zrobił –  a to w pięknym mundurze, a to w jakimś innym walecznym stroju.
Sam powiedział policji, że tym co zrobił chciał zwrócić uwagę na swój „program”. Udało się. Dzięki mediom. Po co się trudzić przedstawiając różne punkty widzenia na rózne skomplikowane sprawy gospodarcze. Łatwiej strzelić fotkę „chrześcijańskiego fundamentalisty” i „skrajnego prawicowca” Anders b. W ogóle bym o tym nie pisał gdyby nie dyskusja o tym, czy „prawica” powinna wziąć na siebie czyny Andersa b.??? Oczywiście publicyści „prawicowi” są przeciw, a „lewicowi” za. Więc w pewnym skrócie muszę przypomnieć  o tym co pisałem już o podziale na prawicę i lewicę tu: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=266 i tu: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=267 Nie będę przypominał o różnicach filozoficznych i politycznych lecz ekonomicznych. W skrócie sprowadzają się one do kilku podstawowych punktów: wyboru paradygmatu ekonomicznego, stosunku do wolności gospodarczej, stosunku do własności prywatnej i państwowej, stopnia akceptacji interwencjonizmu państwowego, zakresu redystrybucji dochodu narodowego poprzez progresywne opodatkowanie dochodów osobistych. We współczesnej makroekonomii dominuje paradygmat oparty na przekonaniu, że gospodarka jest pewnego rodzaju mechanizmem. Taki model pozwala w prosty sposób wyjaśnić skomplikowaną rzeczywistość ekonomiczną i wierzyć, że gospodarką da się sterować, o ile posiadło się odpowiednią wiedzę teoretyczną o podstawie funkcjonowania tego mechanizmu, którą jest oczywiście pieniądz. Dlatego publiczna debata na tematy gospodarcze obraca się ciągle wokół wielkości monetarnych. I w taki model „wierzy” dzisiejsza lewica. Tymczasem gospodarka jest fenomenem społecznym, a nie fizycznym. Jest organizmem, a nie mechanizmem. I to jest prawicowy sposób myślenia o gospodarce. Drugim istotnym elementem ekonomicznego paradygmatu jest przekonanie o tym, skąd się bierze wzrost gospodarczy. Jedna teoria zakłada, że to dostawca dóbr i usług  jest centralną postacią w systemie gospodarczym. Druga uznaje, że kluczowym aktorem sceny gospodarczej jest ten, który tych dóbr i usług potrzebuje – to znaczy konsument. John Keynes wmówił kiedyś politykom, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Prowadziło to do znacznego poszerzenia zakresu oddziaływania państwa na gospodarkę i jej kontrolowania przez administrację publiczną. I to jest podejście lewicowe. Prawica nadal podziela prawo Saya, że to produkcja jest przyczyną konsumpcji, a nie na odwrót, w tym sensie, że najpierw muszę coś wyprodukować bym mógł stać się konsumentem innych towarów o wartości równej tych wyprodukowanych przeze mnie. Niezależnie od paradygmatu, który rządzi umysłami polityków i ekonomistów w sprawach gospodarczych istotny jest ich stosunek do idei wolności gospodarczej. Prawica chce jej jak najwięcej, lewica woli ją ograniczać. Prawica za święte i naturalne uważa prawo własności i podkreśla jej znaczenie ekonomiczne i polityczne. Lewica uważa, że własność prywatną owszem może i należy „szanować”, ale o wiele lepsza jest własność „społeczna” – czyli de facto państwowa. Lewica jest za interwencjonizmem państwa w gospodarkę, a prawica oczywiście przeciw. Lewica jest za wysokimi podatkami progresywnymi i redystrybucją dochodu narodowego, prawica woli podatki niskie. I jeszcze jedno: w dobie globalizacji „prawica ekonomiczna” jest za wolnym przepływem ludzi i usług! Bez względu na to z jakiego obszaru kulturowego ci ludzie pochodzą! A co miał niejaki Anders b. do powiedzenia na ten temat? Anders b. siedzi sobie teraz w Spa (bo taki standard mają skandynawskie więzienia) i przez 21 lat (bo pewnie na tyle zostanie skazany jeśli nie zostanie uznany za wariata i o ile nie skorzysta z warunkowego zwolnienia za dobre sprawowanie po 16-18 latach) będzie się napawał po wyjściu z siłowni i sauny swoimi pięknymi zdjęciami publikowanymi przez media. Niektórzy wyrażają przy tym przeświadczenie, że może tam zostać „zresocjalizowany”! (http://wyborcza.pl/1,75968,10008602,Breivik_posiedzi_na_plazy_i_w_saunie.html#ixzz1TDQYpmlS) Skoro „państwu dobrobytu”, które odbiera rodzicom dzieci bo „są smutne” i umieszcza je w rodzinach zastępczych o czym przekonała się niedawno jedna z polskich rodzin (http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/rodzice-malej-nikoli--porwalismy-wlasne-dziecko,79321,1) nie udało się odpowiednio Andersa b. wyedukować (chodził przecież do dobrej publicznej szkoły) to skąd nadzieja, że uda się go „zresocjalizować” w dobrym publicznym więzieniu? Oczywiście odezwały się też głosy, że trzeba ograniczyć prawo posiadania broni! Jeszcze bardziej? Przecież jest ono dość mocno ograniczone. Na jej posiadanie trzeba mieć pozwolenie od państwa. No i Anders b. je miał!!! I to nie tylko na jakiś tam pistolet i strzelbę, ale i na AK 47! http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Juz-wiadomo-z-czego-Breivik-zrobil-bomby,wid,13623720,wiadomosc.html?ticaid=1cb9c Widać państwo uznało że Anders b. nie stwarza niebezpieczeństwa. Państwo popełniło błąd. Więc jeszcze więcej władzy dla państwa! Odezwały się też głosy, że trzeba ograniczyć handel nawozami sztucznymi – szczególnie saletrzakiem amonowym. Bo został wykorzystany do zrobienia bomby. http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,10004239,Dania_chce_zmienic_zasady_handlu_nawozami_po_zamachu.html Ale przecież MI5 informował służby norweskie o podejrzanych zakupach dokonanych przez Andersa b. ale zignorowały one to ostrzeżenie! http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/407914,Policja-otrzymala-w-marcu-sygnal-o-Breiviku Znowu Państwo popełniło błąd! Czego się zresztą spodziewać po „państwie dobrobytu”, w którym wszyscy otrzymują „godne zasiłki” socjalne ale za to policja: 1.      ma jeden helikopter i dziurawą łódź rzeczną! http://wiadomosci.onet.pl/raporty/zamachy-w-norwegii/kolejna-wpadka-w-sprawie-tragedii-w-norwegii,1,4802964,wiadomosc.html 2.      Nie podejmuje interwencji po otrzymaniu zgłoszenia, bo nie wierzy w to, co słyszy: http://wyborcza.pl/1,75248,10019365,Norweska_policja_nie_wierzyla_rodzicom_dzieci_z_Utoi.html 3.       nie potrafi nawet dobrze policzyć ciał ofiar! („Na wyspie Utoya zastrzelonych zostało 68 osób, a nie 86, jak podawano wcześniej (…) Na wyspie panował chaos. Policja musiała koncentrować się na pomocy rannym (...), więc możliwe jest, że niektóre ciała policzono kilkakrotnie”) http://wiadomosci.onet.pl/raporty/zamachy-w-norwegii/nowy-bilans-ofiar-krwawego-zamachu-w-norwegii,1,4802924,wiadomosc.html Jeszcze więcej państwa, bo przecież gdzieś „czają się” jacyś inni „liberalni fundamentaliści” o naprawdę  prawicowych poglądach!!! góra Robert Gwiazdowski Tekst ukazał się na blogu Autora http://www.blog.gwiazdowski.pl . Publikujemy go za zgodą Autora

Spirala śmierci

W piątek, 15 lipca br. wracałem do domu samochodem, gdy nagle jadący na równoległym pasie z lewej strony pojazd, wjechał na mój pas bez żadnego kierunkowskazu i rozpoczął natychmiast hamowanie. Miałem dwa wyjścia: albo chcąc uniknąć zderzenia zjechać na prawe pobocze lądując na drzewie, albo próbować rozpaczliwie hamować. Zjechanie na lewo nie wchodziło w grę, bo tam grzali już kolejni szaleńcy. Nie mając specjalnie wyboru wcisnąłem hamulec zapierając się o kierownicę. Życie uratowały mi moje hamulce, w miarę nowe opony oraz fakt, że mój niedoszły zabójca jechał szybciej ode mnie, więc jego droga hamowania była dłuższa.
Właściwie powinienem był pojechać za nim i stłuc mu ryja, ale co by to zmieniło? Poza tym byłem tak zdenerwowany, że myślałem o jak najszybszym powrocie do domu. Dopiero potem przyszła refleksja. Łajdak kierujący zieloną zdezelowaną Multiplą najprawdopodobniej nie chciał mnie zabić lecz tylko wyłudzić odszkodowanie. Ale ile dla tego drania było warte moje życie? Tysiąc złotych za nowy zderzak? Nawet pewnie mniej. Bo co by się stało jakbym rozbił się na drzewie? Wtedy nawet nie miałby tych pieniędzy. Dokładnie tydzień później jakiś szaleniec na norweskiej wyspie zabił prawie setkę niewinnych ludzi. Od razu powiedziono o nim w mediach, że to konserwatysta i chrześcijanin szykując sobie grunt pod nagonki. Tak właściwie po co ten szaleniec dokonał tej zbrodni? Nie wiadomo, bo każda racjonalna próba oceny szaleństwa jest skazana na porażkę już z samego logicznego punktu widzenia. Jednak ze strzępków informacji przekazanych przez media, a więc odpowiednio spreparowanych można by było jedynie wysnuć wniosek, że czyn jego podyktowany był chęcią zwrócenia uwagi na problem islamski. Tym czasem szaleniec jak to szaleniec, miast naprawdę próbował rozwiązać problem i walczyć z lewackimi elitami obecnym i lub przyszłymi postanowił je po prostu zgładzić. Co osiągnął? Nic. Poza tym, że przelał niewinną krew, to jeszcze ze swych ofiar uczynił męczenników. W czyim zatem interesie obyła się ta jatka? A może jak przystało na szaleńca uczynił to tylko dlatego aby zwrócić na siebie uwagę i być kimś – jak w przypadku zabójcy Johna Lennona, albo chciał zwrócić na siebie uwagę jakiejś znanej aktorki, jak w przypadku nieudanego zamachu na Ronalda Reagana? Równie dobrze okolicznością przeważającą szalę i popychającą do zbrodni mogło być ciepłe piwo w pobliskim barze, albo coś równie błahego. Szaleniec to szaleniec. Pierwszym skojarzeniem jakie przyszło mi do głowy po usłyszeniu medialnych doniesień o zbrodni była zbrodnia w łódzkim biurze PiS dokonana przez niejakiego Ryszarda C. Tenże jegomość postanowił zgładzić Jarosława Kaczyńskiego, ale że akurat tego nie było w okolicy uznał, że zadowoli się jakimś pomniejszym PiSowcem. Norweg miał inną skalę i inny plan. Swemu szaleństwu postanowił nadać wymiar znacznie szerszy, ideologiczny. Co łączy wszystkie przedstawione tu przypadki? Niesamowita pogarda dla ludzkiego życia, która w sposób szczególny jest być może znamieniem naszych czasów. I nie chodzi o to z jaką łatwością przychodzi zabijać, lecz o to jak mało szacunku mamy dla samych siebie, jak bardzo traktujemy się przedmiotowo. Aborcja i eutanazja dają doskonały grunt tworząc ideologię. Śmierć zadana drugiemu nie jest zatem tabu, bo w pewnych przypadkach wydaje się być racjonalna. Tak samo racjonalne było dla mojego niedoszłego zabójcy wyrwanie paru złotych za skasowanych samochód. System coraz bardziej nas ubezwłasnowolnia, troszczy się o nasze bezpieczeństwo do tego stopnia, że sami przestajemy się o nie troszczyć. Przypadków takich będzie więcej i to nie wyłącznie dlatego, że życie drugiego człowieka przestało mieć jakąkolwiek wartość. System pomimo deklarowanej tolerancji wyznacza poprzez medialne pranie mózgu precyzyjny, wąski zakres akceptowalnych przez niego poglądów, sposobów zachowań i stylów życia. Każdy kto nie mieści się w tym rurociągu jedynie słusznych postaw i sposobów myślenia zostaje wyrzucony poza coraz bardziej rosnący margines. Wśród odrzuconych (jak to lubią nazywać lewacy „wykluczonych”) będzie rosła frustracja spowodowana także odhumanizowaniem systemu. Innymi słowy będziemy mieli rosnącą grupę coraz bardziej wkurzonych. W takiej grupie wystąpi rzecz jasna większe prawdopodobieństwo wystąpienia osób chorych lub podatnych na szaleństwo i nie jest ważne czy będą to prawicowcy, trockiści, maoiści czy wyznawcy Hare Kriszna. Ważne, że będą inni, nie mieszczący się w kanonach, nie poddający się manipulacji. Wśród owych wkurzonych prawdopodobieństwo pojawienia się szaleńca będzie wzrastać tak jak liczba przypadków społecznej czy indywidualnej agresji. Co zatem zrobi System aby chronić swe ludzkie stado? Podniesie napięcie w elektrycznym pastuchu czyli zyska legitymację do tego, aby jeszcze bardziej inwigilować i w większym stopniu walczyć z terroryzmem. Zyska także legitymację do zacieśnienia „rurociągu” akceptowalnych poglądów. A więc koło się zamyka. Nim się obejrzymy, sam znak krzyża na piersiach będzie medialną oznaką terrorysty. Nim się obejrzymy będzie tylko jeden jedynie słuszny akceptowalny pogląd: uwielbienie dla nieomylności jakiegoś kacyka. I tak niepostrzeżenie zmierzamy do już nie ukrytego, zawoalowanego totalitaryzmu. Woal za drogo po prostu kosztuje. A dzieje się to wszystko na naszych oczach i przy akceptacji stada. Bacowie wydali rozkaz, a juhasi rozwijają już swe bicze. Która z owieczek śmie z nimi polemizować? No która? Adam Kalicki P.S. Szanujmy zatem każde życie. Bo pogarda dla niego napędza tę szatańską machinę. Dyskutujmy, przekonujmy się, rozmawiajmy odrzućmy medialny przekaz. Wymiana wszelkich myśli i idei to najlepszy sposób na powstrzymanie owczego pędu naszej cywilizacji.

Dezinformacyjny montaż

To, co działo się i dzieje nadal w mainstreamowych mediach, od kiedy tylko poznano personalia zamachowca z Oslo, winno stać się przedmiotem ćwiczeń warsztatowych na uczciwych studiach dziennikarstwa, gdziekolwiek takowe jeszcze się uchowały. Jak w soczewce można tu dostrzec, w jaki sposób panujący system preparuje ideologiczny wizerunek wroga, jak chce zagospodarować zwiększony potencjał strachu i agresji, a nawet do pewnego stopnia można się zorientować, jakie są bardziej długofalowe plany odnośnie do eliminacji tego, co w jego gremiach decyzyjnych postrzegane jest jako zagrożenie.
Od pierwszych chwil przeto w montażowniach kłamstwa wykuwa się dwie podstawowe sztance identyfikujące Andersa Behringa Breivika - i to od razu jako figurę reprezentującą pars pro toto wroga ogólnego - "skrajny prawicowiec" i "chrześcijański fundamentalista". Dwa określenia i cztery słowa. Dwa z nich: "prawica" i "chrześcijaństwo", mają funkcję quasi-referencyjną, czytelnie, a nawet "łopatologicznie", powiadamiając, gdzie czai się zło. Dwa następne: "skrajny" i "fundamentalizm", spełniają funkcję ekspresyjną, bo przedmiotowo nie znaczą nic. "Skrajność" sygnalizuje tylko coś ogólnie nieprzyjemnego, bo nieumiarkowanego, "fundamentalizm" natomiast - słówko niezmiernie popularne, które trafiło nawet, niestety, do języka akademickiego - w przekładzie z żargonu demoliberalnego na język naturalny oznacza kogoś, kto naprawdę wierzy i traktuje serio swoją wiarę, zamiast już na wstępie ogłosić akt kapitulacji wobec wierzeń sprzecznych i konkurencyjnych. Używane w zasadzie w odniesieniu do wyznawców religii, czasem także do pewnych systemów przekonań, ale zawsze tylko tych, o których "wszyscy wiedzą", że są "niesłuszne". Proszę zauważyć, że nigdy nie mówi się o "fundamentalistycznym demokracie", "fundamentalistycznym liberale" ani nawet - co jeszcze ciekawsze - o "fundamentalistycznym rewolucjoniście". Wróg uniwersalny Naturalnie wizerunek z minuty na minutę obrasta następnymi "znakami szczególnymi". Dowiadujemy się, że Breivik jest nacjonalistą, a nawet nazistą i rasistą, ale również konserwatystą, też - a jakże - "skrajnym". Ze szczególnym wdziękiem połączyła to pewna młoda osoba wezwana w charakterze ekspertki, która na pytanie dziennikarki w studiu telewizyjnym, czy wiemy już coś o poglądach Breivika, odpowiedziała płynnie, mile się uśmiechając: "Tak, wiemy. Jest nazistą i chciał zaprowadzić skrajny konserwatyzm". Na czym polega nazistowska - a raczej, nazywajmy w końcu rzecz ściśle i po imieniu: narodowosocjalistyczna - metoda zaprowadzania konserwatyzmu, już niestety nie wyjaśniła. Bo i po co zresztą. Jak widać, "portret pamięciowy" wroga uniwersalnego jest niemal kompletny. Do pełni szczęścia brakuje "montażystom" chyba tylko "homofobii", więc jak na razie na tym odcinku frontu ideologicznego muszą się zadowolić szczuciem na zacnego i mądrego prof. Aleksandra Nalaskowskiego. Tu jednak nie ma co ironizować, bo sposób, w jaki rozgrywany jest krwawy czyn Breivika, wyraźnie wskazuje na snucie planów jakiegoś "ostatecznego rozwiązania" kwestii "skrajnej prawicy" i "chrześcijańskiego fundamentalizmu". Gnijący od libertynizmu, który sam propaguje, podbijany przez inwazję ludów "licznych jak piasek morski", do której sam zachęca w obłędzie "wielokulturowości", bankrutujący finansowo od Grecji po Portugalię, socdemoliberalizm dostrzegł w mobilizacji sił do rozprawienia się z "wrogiem wewnętrznym" szansę na przedłużenie o kilka czy kilkanaście lat swojej agonii, z której nieuchronnością nie chce się pogodzić. Masoński trop Zostawmy jednak na boku prognozy i wróćmy do naszej analizy. W miarę jak napływają kolejne informacje, zwłaszcza publikacje samego sprawcy, który okazał się nie tylko mordercą, ale i nieokiełznanym grafomanem, jego "portret pamięciowy" mocno się komplikuje. Kluczowa staje się przede wszystkim wiadomość, że Breivik jest masonem należącym do loży Solene - pojawia się nawet jego zdjęcie w stroju "rytualnym". Fakt ten potwierdzili sami wolnomularze, wykluczając Breivika ze swoich szeregów. Informacji o masońskiej przynależności nie sposób ukryć, niemniej zdaje się ona kompletnie nie interesować tych, których z racji wykonywanego formalnie zawodu powinna interesować najbardziej. Nagle gdzieś zniknęli sławni "dziennikarze śledczy": czyżby wszyscy wyjechali na urlop, czy może jednak raczej dobrze wiedzą, że nie powinni wściubiać nosów tam, gdzie nie trzeba? W każdym razie fakt ów, tak kapitalnej wagi, podawany jest jako nic nieznacząca ciekawostka, ot tak, jakby chodziło o to, że lubi kolekcjonować znaczki. Nie twierdzę, że przynależność mordercy do masonerii ma na pewno bezpośredni związek z jego krwawym wyczynem; na razie brak na to bezpośrednich dowodów. Ale przecież elementarna wiedza historyczna pozwala nam stwierdzić, że masonerię spotykamy nieustannie jako siłę inspirującą i sprawczą znakomitej części, jeśli nie większości, spisków, rewolucji, przewrotów, zbrodni, zamachów, tak kolektywnych, jak i indywidualnych, jakie wydarzyły się przez ostatnie ponad dwa stulecia. Winno to skłaniać przynajmniej do zbadania, czy i tym razem nici nie prowadzą do tego diabelskiego kłębka. Jak słyszę, nasze ABW też jęło sprawdzać jakowyś "polski ślad" zamachu w Oslo: czy nie od tego należałoby zacząć? Cokolwiek zresztą z masoństwa Breivika wynika albo nie wynika praktycznie, jedno jest pewne: przynależność do masonerii absolutnie wyklucza "chrześcijański fundamentalizm". Sama ta etykietka zresztą jest w naszym kraju wyjątkowo perfidną manipulacją. Przeciętny odbiorca w Polsce przecież (który zazwyczaj nie wie nic o tzw. ewangelikanach protestanckich w USA) kojarzy to natychmiast z katolicyzmem - w pewnym sensie zresztą słusznie, bo przecież nie ma innego prawdziwego chrześcijaństwa niż katolickie. Nie umniejsza to jednak manipulacji, bo wiadomo, że w Norwegii katolicyzm jest wyznaniem śladowym, liczbowo mniejszym chyba nawet od zielonoświątkowców. Gdyby nawet zatem nic innego nie było wiadomo o Breiviku, to z samego rachunku prawdopodobieństwa możliwość przynależności tego "chrześcijańskiego fundamentalisty" do Kościoła katolickiego zbliżałaby się do zera. Ale przecież już to i owo wiadomo. Jak poinformował dyrektor Centrum Studiów nad Nowymi Religiami (CENSUR) Massimo Introvigne, Breivik w liście rozesłanym kilka godzin przed zamachami groził Papieżowi Benedyktowi XVI, wypowiadając się o nim w słowach pogardliwych i nienawistnych ("tchórzliwy, niekompetentny, skorumpowany i nielegalny" [sic!] - ciekawe, z punktu widzenia jakiego "legalizmu", skoro sam Breivik formalnie jest luteraninem?). Na jego blogu znajdują się też wypowiedzi skrajnie nieprzychylne chrześcijaństwu średniowiecznemu i powtarzające bajdurzenia wszystkich wrogów Kościoła o jego rzekomych milionach ofiar. Interesującym wątkiem jest także podpisywanie się jako "templariusz"; to znana metoda różnych masońskich i paramasońskich bractw "ezoterycznych" podszywania się pod ten czcigodny i nieszczęśliwy zakon rycerski. Sam zainteresowany wreszcie określa się jako "chrześcijanin kulturowy" o wyłącznie antyislamskim ostrzu oraz zwolennik zwołania ogólnochrześcijańskiego kongresu, który by stworzył "jednolity, antyislamski kościół europejski". Wszystko to na kilometr pachnie wolnomularskim synkretyzmem, okultyzmem, "klimatami" New Age, a nie żadnym "fundamentalizmem chrześcijańskim". Wyznawca postępu Nic się nie zgadza również w pozostałych kwalifikacjach jego tożsamości, gdzie sprzeczność goni sprzeczność. Podobno był użytkownikiem profilu jakiegoś portalu nazistowskiego. Zakładając nawet, że to prawda - czego nie możemy uznać za pewnik, wiedząc, jak łatwo przykleja się tę łatę wszystkiemu, co niezgodne z panującą ideologią - to jak pogodzić to z faktem, że do swoich idoli zalicza bohatera antyhitlerowskiego ruchu oporu Maxa Manusa? Mówią też, że rasista: wydaje się, że tak, ale jakiś taki bardzo selektywny, bo tylko antyislamski, a co najważniejsze - mocno niewygodny dla mainstreamu, bo prosyjonistyczny i proizraelski, i to w sposób wręcz egzaltowany. Na swoim blogu napisał na przykład, że "Europa zginęła w Auschwitz". Ważnym - a skrzętnie ukrywanym przez media masowego rażenia - motywem jego drugiej zbrodni, na wyspie Utoya, wymierzonej w obóz młodzieżowy Partii Pracy, było to, że ta ultralewicowa partia jest propalestyńska i antyizraelska, reprezentując coraz powszechniejszy na Zachodzie nurt "lewicowego antysemityzmu". Wydaje się więc, że Breivikowi wyjątkowo blisko jest do sprawcy niegdysiejszej masakry Palestyńczyków w Hebronie, dr. Barucha Goldsteina - oczywiście jedynie "duchowo", bo z facjaty może uchodzić za wzór błękitnookiego blond nordyka. Nazywają go też nacjonalistą. Wiadomo jednak, że atakował w swoich wynurzeniach autentycznie nacjonalistyczne ruchy, jak francuski Front Narodowy, natomiast jego jednostronna islamofobia ma raczej to samo podłoże, co zamordowanych holenderskich, laickich populistów: Pima Fortuyna i Theo van Gogha czy Oriany Fallaci, histerycznie broniącej bardzo specyficznie pojmowanych "europejskich wartości". Jeśli to ma być europejska prawica, to trzeba powiedzieć, że w dekadenckim bagnie, jakim dziś jest Europa, nawet "prawica" może być tylko bagienna. Tym bardziej podejrzany jest jego "konserwatyzm", kojarzony z tym, iż Breivik należy do Partii Postępu. A od kiedy to konserwatyści są czcicielami postępu? Wiadomo przecież, że oprócz lewicy postępowy jest jedynie paraliż. Co się zaś tyczy norweskiej Partii Postępu (Fremskrittspartiet), to wiadomo o niej, że założył ją (nieżyjący już) Anders Lange, który był wyznawcą tzw. obiektywizmu Ayn Rand, apologetki kapitalizmu, nienawidzącej chrześcijaństwa i konserwatyzmu nie mniej niż komunizmu. W partii tej długi czas dominującą rolę odgrywali libertarianie, czyli wyznawcy indywidualistycznej wersji anarchizmu. I chociaż wskutek secesji "ortodoksyjni" libertarianie znaleźli się potem poza partią, to jednak jej ideologią pozostaje klasyczny liberalizm, ekonomiczny i polityczny - aczkolwiek śladowym elementem konserwatyzmu w sferze wartości jest w niej to (za co należy się jej uznanie), iż sprzeciwia się legalizacji "związków jednopłciowych". Lecz przecież i tego "libertarianizmu" Breivika niepodobna brać całkiem na serio, skoro na motto swojego manifestu wziął cytat z progresywnego socjalliberała Johna Stuarta Milla. Przecież J.S. Mill jest również ulubionym autorem na przykład prof. Magdaleny Środy, a chyba nikt nie będzie podejrzewał tej niewiasty o jednoczesne bycie konserwatystką i chrześcijańską fundamentalistką? Ów wielbiciel Milla wygrażał tak samo i liberalizmowi, i marksizmowi! W bagnie pojęć Wniosek z powyższego nasuwa się w sposób oczywisty: nie ma najmniejszego sensu traktowanie z powagą jakichkolwiek deklaracji ideowych zbrodniarza z Oslo. "Światopogląd" Breivika to bełkotliwy zlepek haseł, zmieszanych i wyjętych jak słowa na kartkach z kapelusza w "poezji" dadaistów. To wytwór nieuporządkowanego umysłu "inteligentnego półgłówka", który naczytał się chaotycznie rozmaitych rzeczy i wszystko mu się pomieszało: masońskie mity z chrześcijaństwem, Izrael z wikingami, Cyd z Drakulą, Jan III Sobieski z Winstonem Churchillem itd., itp. Nawiasem mówiąc, dokładnie taką samą breję pojęciową ma w umyśle wspomniana przeze mnie "ekspertka", której nazizm kojarzy się z zaprowadzaniem skrajnego konserwatyzmu - choć oczywiście nie sugeruję, by ta, zapewne miła i łagodna osoba, miała jakieś zbrodnicze zamiary i skłonności. Lecz jako exemplum jest to coś jeszcze. Breivik to produkt postmodernistycznego nihilizmu metafizycznego i epistemologicznego, w którym pojęcia i ich desygnaty utraciły wszelką substancjalność, przeto dadzą się używać jako dowolne elementy składanki niezobowiązującej do czegokolwiek lub przeciwnie - uzasadniającej wszystko. Te słowa to przecież tylko - jak pisał jeden z guru tej antyfilozofii - zwłoki metafor naszych przodków. Jak widać, mogą one jednak przekształcić się również w stos zwłok jak najbardziej empirycznych. Jeśli nawet jest to swoista droga powrotu od "hermeneutyki pustki" do rzeczywistości, w której grę interpretacyjną "zobacz gdziekolwiek" zastępuje "zabij kogokolwiek", to musi budzić przerażenie taki sposób odzyskiwania substancjalności. Jacek Bartyzel Artykuł pochodzi z Naszego Dziennika z 26 lipca 2011 roku.