Category Archives: Norwegia

Breivik jako listek figowy

Czy zastanawialiście się dlaczego zaczęto nas intensywnie informować o kaprysach mordercy – psychopaty Breivika? O tym, że jego cela to trzy pokoje, ale narzeka na przestarzałe gry komputerowe, zimną kawę i brzydki widok z okna?

Gender Equality Paradox – norweski komik na tropach absurdów gender

Czy mężczyźni i kobiety są sobie równi? Znany norweski komik, całkiem na poważnie poszukuje odpowiedzi na to pytanie. Teza, że różnice widać gołym okiem i nie chodzi tu tylko o fascynujące..."pierwszorzędne cechy płciowe" okazuje się kontrowersyjnym i niebezpiecznym poglądem. Czy norweska nauka może się mylić? Na szczęście pytania zadaje naiwny jak dziecko komik, a to prawie jak wariat.
Harald Meldal Eia przypomina nam, że warto wierzyć własnemu osądowi, a dominujące opinie nie koniecznie są zgodne z prawdą. Obraz kończy się jasną, klarowną i boleśnie oczywistą konkluzją. Dlaczego bolesną, skoro cały film przypomina lekki familijny sitcom? Bo "Gender Equality Paradox" to tak na prawdę smutna opowieść sile kłamstwa, które ubrane w pancerz poprawności politycznej wpływa na wieloletnią politykę całego państwa, a człowiekowi każe wątpić w ocenę własnego rozumu. "Dogmat" o równości płci to tylko kropla w pomyjach "jedynie słusznych poglądów", które codziennie zalewają nasze głowy. Całkowita równość płci to absurd, ale ile absurdów stało się obowiązującą prawdą? Za rebelya.pl

Cezaroekonomizm

Błąd niektórych współczesnych socjalistów, którzy obwiniają „kapitalizm” za wojnę i imperializm, jest większy i ma daleko bardziej idące konsekwencje. Nie tylko oskarżony, czyli „kapitalizm”, będąc niewinnym jest oskarżony o tak ciężką zbrodnię, w sytuacji gdy to oskarżyciel, tj. socjalizm, sam obciąża się coraz bardziej tym przestępstwem.
Próbowaliśmy już jeden raz, aby w fotograficznym negatywie kolektywistycznego porządku objaśnić nieraz niezbyt łatwą do opisania naturę liberalnego porządku międzynarodowego, którego istota zasadza się na zasadzie rozdzielenia [1] – istotą porządku kolektywistycznego jest zniesienie tej zasady, upolitycznienie sfery gospodarczej i stopienie się w jedno Imperium i Dominium. Teraz mamy przed sobą zadanie, aby precyzyjnie zbadać w pojedynczych punktach znaczenie kolektywistycznego porządku gospodarczego dla międzynarodowej wspólnoty. Spróbujemy określić zaraz najważniejsze punkty tego zagadnienia. Prekolektywistyczne zakłócenie międzynarodowego porządku Zanim zbadamy działanie kolektywizmu w ścisłym znaczeniu urzędowego sterowania („upolitycznienie”) procesem gospodarczym, musimy zwrócić uwagę na to, że zauważalna już ekspansja nowoczesnego interwencjonistycznego państwa dobrobytu bazuje na stopniowym uchylaniu liberalnej zasady rozdzielenia i w tym sensie wzmacnia narodową integrację kosztem międzynarodowej. W tym samym kierunku porusza się narodowa polityka odgradzania związków zawodowych, która w przypadku strajków mimo wszystko znosi się w dużej mierze z międzynarodową solidarnością. Już w tym prekolektywistycznym stadium zaznacza się proces, który scharakteryzowałem w mojej książce „Maß und Mitte” jako wzrastająca „nacjonalizacja[2] człowieka”. Można to odczytywać między innymi tak, że nie popełni się błędu, tylko służy precyzji, kiedy wszędzie, gdzie jakaś interwencja określana jest jako „społeczna”, używana na wszelkie możliwe sposoby, używałoby się synonimu „narodowa”. „Sprawiedliwość społeczna” jest postulatem, który rozpatrywany w świetle jednego narodu i który nigdy nie ma na myśli np. Bułgarów, Persów czy mieszkańców Indii; „ubezpieczenie społeczne” jest jednocześnie „ubezpieczeniem narodowym”, a „socjalizacja” (także uspołecznienie – przyp. tłum.) okazuje się „nacjonalizacją”. Nie chcemy także zapominać, że nakazowa gospodarka dewizami, która pojedynczym dłużnikom przeszkadza w wywiązaniu się z zobowiązań płatniczych zagranicznym wierzycielom, wychodzi w zasadzie z „nacjonalizacji bankructwa”. Na szczególnie obszerny rozdział zasługiwałby opis związku pomiędzy narodowo-integrującym działaniem, jak międzynarodowo-dezintegrującym, a rosnącą kwotą produktu narodowego (kwota fiskalna), która przechodzi przez państwo i która dawno z ilości przeszła w jakość. Jako część normalnego, liberalnego porządku gospodarczego, mającej mały udział w dochodzie narodowym, sektor publicznych finansów nie szkodzi zasadzie rozdzielenia; teraz jednak staje się aparatem obszernej nacjonalizacji zastosowania dochodu narodowego („socjalizm fiskalny”). Synergiczne działanie wszystkich tych sił w niszczeniu porządku międzynarodowego nie potrzebuje tutaj obszerniejszego wyjaśnienia. Wystarczy, jeśli skupimy się na ważnym przykładzie rozpadu międzynarodowego porządku walutowego, który opisaliśmy wcześniej i który poległ pod działaniem współczesnego interwencjonistycznego, fiskalnego państwa dobrobytu. Ten przykład ma niebagatelne znaczenie z dwóch powodów: Po pierwsze pokazuje proces rozpadu międzynarodowego porządku w centralnym punkcie, gdyż w wyniku zniszczenia międzynarodowego pieniądza, który gwarantuje stabilność kursów i swobodną wymianę walutową, międzynarodowy porządek został ugodzony w samo serce. Po drugie, daremność wszystkich dotychczasowych prób znalezienia jakiegoś ersatzu ma głębokie i doniosłe znaczenie, gdyż wewnętrzna niemożliwość, aby liberalne rozwiązanie problemu międzynarodowego porządku zastąpić jakimś innym, oświeca nam ścisłą korelację pomiędzy narodowym i międzynarodowym typem porządku w bardzo konkretny sposób[3]. Tutaj mamy punkt zaczepienia co do ostatniej uwagi. Zobrazowany proces wzrastającej zależności warunków gospodarczych od niezorientowanej na żadne obiektywne związki ekonomiczne interwencji państwa oznacza, że granice państw stają się bardziej i bardziej liniami, które dzielą obszary bardzo różnych, ale dla każdej nacji równomiernych i kolektywnych uwarunkowaniach dla popytu i podaży. Co jest równie znaczące: Te kolektywne warunki są zależne od decyzji państwa narodowego, niebywale zmiennych i dotyczących coraz krótszych odcinków czasu; decyzji niedających się przewidzieć w rozsądnych ramach, ani na których nie ma się żadnego wpływu. I tak w międzynarodową wymianę handlową wzrasta coraz większy element politycznej samowoli i labilności, który jest z międzynarodowym porządkiem gospodarczym nie do pojednania. Kiedy jedne gospodarstwa narodowe zamienia w sztywne ciała, gospodarkę światową czyni coraz bardziej płynną, czyni z niej pole przypadkowości, nieprzewidywalności, ciągłej chwiejności i arbitralności. Dotyczy to przede wszystkim warunków międzynarodowej konkurencji. Kiedy są one w detalach, wewnątrz gospodarstwa pojedynczego państwa, określane wciąż przez indywidualne zasługi, w handlu międzynarodowym decydującym zagadnieniem staje się będąca „czynnikiem kolektywnym” państwowa polityka gospodarcza albo narodowa polityka monopolowa. Ta działająca jak „dumping” starego stylu – staje się coraz bardziej regułą: Granice państwowe stają się coraz bardziej liniami rozdzielającymi zróżnicowane ponadzakładowe i kształtowane kolektywnie obszary [określonych warunków] konkurencji. Wobec nich obowiązuje tak samo zasada narodowej kolektywności, jak i samowoli: „vérité au deçà des Pyrénés, erreur au delà”[4], jak także „Aus der Wolke ohne Wahl zuckt der Strahl”[5]. Poprzez dewaluację lub podniesienie wartości waluty przez noc wartość materialna tysięcy umów zostaje decydująco zniekształcona, a my osiągnęliśmy punkt, w których kraje, które polegają na imporcie ważnych surowców, często płacą prawie dwa razy większą cenę niż na odpowiednim rynku krajowym. Codziennością stały się rozmaite subsydia eksportowe każdego rodzaju – np. w formie zwrotu zapłaconego w kraju podatku obrotowego – i nie mniej różnorodne regulacje importowe. Kształtowanie się cen w międzynarodowej konkurencji jest procesem tak przypadkowym, że, jak wyraziłem to przed przeszło dekadą, pojedyncze gospodarstwa narodowe zaczynają przypominać wielkie magazyny, które zagregowane koszty całej gospodarki rozdzielają na poszczególne dobra towarowe wedle zasady „znośności popytu”[6]/ [7]. Ten cały system zostaje ukoronowany przez nakazową gospodarkę dewizami, który czyni akt zapłaty kluczowy dla życia gospodarczego zależnym od decyzji urzędnika (dzisiaj na szczęście nie ma już tego miejsca – przyp. tłum.), i co oznacza, jak już mogliśmy zobaczyć, „nacjonalizację insolwencji”. Związana z tym wszystkim dezintegracja i samowola jest całkowitymi antypodami prawa, porządku, wspólny i gospodarczego rozsądku. Dla każdej geograficznej jednostki jest ona równoznaczna z rozpadem samego społeczeństwa. Rozsadzające działanie kolektywizmu W tym procesie rozwoju państwa interwencjonistycznego, fiskalnego, państwa dobrobytu można rozpoznać znaczące cechy socjalizmu. Przebiegają one wedle linii, która na swoim końcu do niego prowadzi: linia upolitycznienia gospodarki. Co jest jednak obowiązuje dla tego stopniowego procesu upolitycznienia, należy oczekiwać naturalnie tym bardziej od kompletnego upolitycznienia gospodarki, co oznacza wyparcie gospodarki rynkowej poprzez gospodarkę urzędową. W samej rzeczy dopiero wtedy proces „nacjonalizacji człowieka” zostaje zamknięty. Nie jest już dłużej zwykłą tendencją, której można uniknąć zachowując pewne granice, tylko nieubłaganą, logiczną konsekwencją. Decydującym punktem, na który nie dość nie zwracać uwagi, jest to, że w tej chwili proces gospodarczy jako całość – nie tak jak w państwie dobrobytu, państwie interwencjonistycznym i fiskalnym, tylko jego warunki, jego dochód i jego rozdział – stają się zadaniem państwa w tym sensie, że decyzja o zastosowaniu sił produkcyjnych nie leży już w gestii mechanizmu cenowego („ciągłego plebiscytu konsumentów”), tylko w gestii urzędów. Gospodarka w całości staje się agendą rządu jak armia i w rzeczy samej termin „militaryzacja życia gospodarczego” dość dobrze oddaje aspekty tego zagadnienia. Można, co uwydatnia się w przejściu z gospodarki rynkowej do urzędowej, a także na przykładzie relacji państw i kościoła: Jeśli gospodarka rynkowa odpowiada zasadzie rozdziału państwa i kościoła, tak samo gospodarka urzędowa odpowiada zjednoczeniu jego najwyższego kierownictwa w jednej despotycznej ręce, zespolenia, które w historii określało się jako cezaropapizm. Kolektywistyczna gospodarka urzędowa powinna być określona analogicznie terminem „cezaroekonomizm i jeśli zachowamy pewną proporcję, to przynajmniej ten termin ma tę zaletę, że działa bardzo obrazowo. Jeśli jednak proces gospodarczy staje się zależny od najwyższej politycznej instancji, która go „planuje”, i to „planowanie” zostaje wyegzekwowane za pomocą państwowych środków przymusu, to jasnym jest, że następujące ogólne prawo staje się obowiązujące: na którym to geograficznym poziomie gospodarka rynkowa zostaje zastąpiona przez kolektywistyczną gospodarkę urzędową, także i zespolona z procesem gospodarczym władza coraz mocniej będzie odgradzała swój obszar komandytorski od reszty świata. Coraz mocniejsza koncentracja do wewnątrz zostaje okupiona postępującą dezintegracją na zewnątrz i to dosłownie, gdyż każda międzynarodowa wspólnota rynkowa czy płatnicza (wymienialność walut i multilateralizm) zostaje wtedy zniszczona, wspólnota międzynarodowa, która była po prostu geograficznym rozszerzeniem odpowiedniej integracji wewnątrz jednego państwa. Obszar, w obrębie którego odbywa się przymusowe sterowanie procesem gospodarczym, musi pokrywać się z obszarem politycznej suwerenności jednostki administracyjnej, która chce narzucić swój gospodarczy plan. Wewnątrz tej jednostki dokonuje się skrajna koncentracja władzy w rękach rządu. Rośnie przepaść, która oddziela konkretny „obszar rozkazów” od reszty politycznych monad. Krótko: „Biurokratyzacja” gospodarki oznacza, że wewnątrz suwerennego obszaru rozkazów tylko jeden pojedynczy plan może uzyskać aprobatę (i niemożliwa jest żadna „konkurencja planów regionalnych”), tym samym dokonuje się ekstremalna koncentracja władzy – przy zniszczeniu wspólnoty wyższego rządu. Albo żeby jeszcze raz wyrazić tę samą myśl: Jeśli wcześniej „suwerenem” gospodarki był „rynek”, to teraz w kolektywizmie jest nim państwo – gdy suweren w gospodarce rynkowej należał do niepolitycznej, prywatnej sfery i przez to jak w przypadku wszystkiego, co naturalne, był tym, co w Fauście określono jako „uniwersum”, tak nowy suweren jest literalnie kolektywną przemocą, wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami. To prawo jest ważne, jak zostało powiedzione, dla wszystkich geograficznych poziomów politycznej organizacji. Zacznijmy wpierw od najniższych, to uzyskamy rezultaty, które są potwierdzone poprzez doświadczenia naszej generacji. Z jednej strony: Jeśli jedna nacja będzie zorganizowana w regionalny kolektywizm, to musi ona zniszczyć narodowe zrzeszenie. Można było to zaobserwować na przykładzie Niemiec po 1945, które jako rzesza rozpadło się na tyle „gospodarstw narodowych” zawiązujących między sobą „umowy handlowe”, ile było stref okupacyjnych, nakazowych i co za tym idzie autarkicznych gospodarek planowanych, kiedy wcześniej to samo nie byłoby do pomyślenia w przypadku całego świata, gdy gospodarka rynkowa umożliwiała przezwyciężenie różnic w postaci różnorodnych języków, granic państwowych, zwyczajów i systemów pieniężnych i integrację ich w jeden światowy system gospodarczy. Jeśli dzisiaj Zachodnie i Wschodnie Niemcy mogłyby wspólnie handlować tak jak wcześniej Szwecja i Argentyna, to osiągnęłoby się pomiędzy Dreznem i Stuttgartem najwyższy stopień ekonomicznego ujednolicenia, jaki można byłoby sobie zażyczyć. Dzisiaj jednak przez rozsadzające działanie kolektywizmu są bardziej odległe niż pod znakiem gospodarki rynkowej były Patagonia i Laponia. Z drugiej strony: Kolektywistyczna gospodarka urzędowa, która skupia się na nacjonalistycznej centralizacji, musi okazać się niekompatybilna z federalizmem i regionalno-gminną samorządowością, ponieważ zabiera powietrze prawdziwej decentralizacji, właśnie z uwagi na przymusową koordynację gospodarki poprzez centralny plan. Z tego wynika, że kolektywizm i federalizm są w każdym przypadku niekompatybilne, ponieważ w przypadku kolektywizmu na oddolnych poziomach administracyjne zrzeszenia (kantony, prowincje, województwa) wyręczają z zadań centralę, w przypadku kolektywizmu na najwyższym (narodowym) poziomie centrala dusi poziomy regionalne. W każdym przypadku kolektywizm oznacza, że struktura państwowa wypaczona zostaje w dwóch ekstremalnych kierunkach: centralizmu lub partykularyzmu. Także i tutaj powojenne Niemcy dają pouczające przykłady. Przede wszystkim dobitnie wykazano, że jeśli życzono sobie, by z Niemiec Zachodnich uczynić państwo federalne i w samorządowości widziano cel warty dążeń, to niezbywalnym warunkiem wstępnym do jego osiągnięcia staje się wybór gospodarki rynkowej jako ekonomicznego porządku. Te rozważania obowiązują także w przypadku stosunków międzynarodowych. W rzeczy samej potrzebujemy, by to, co rozważyliśmy w przypadku regionalnych jednostek administracyjnych i całego narodu, przenieść na wyższy geograficzny poziom, aby stwierdzić, że także tutaj koncentracja do wewnątrz oznacza odgrodzenie się na zewnątrz, zbytnia integracja do dołu oznacza wzięcie w koszta mocniejszą dezintegrację do góry. Narodowy kolektywizm musi – i im bardziej jest radykalny, tym pełniej to osiągnie – doprowadzić do rozsadzenia międzynarodowej społeczności. To jednak narodowy kolektywizm na poziomie narodowym jest czymś normalnym, podczas gdy regionalny kolektywizm zdaje się być kuriozum, a ponadnarodowy z powodów, które wyjaśnimy dalej, jest utopią. Możemy pozwolić sobie na stwierdzenie, że kolektywistyczny system gospodarczy musi rozerwać międzynarodowy porządek i międzynarodową integrację. Można to wyrazić w ten sposób: Kolektywizm oznacza 100% etatyzm, ponieważ rząd narodowy, który jest normalną polityczną instancją, która jest mu podporządkowana, jest stuprocentowym etatyzmem państwa narodowego. Ponieważ w ten sposób powiększa się zakres zadań państwa do nieznośnego poziomu, oznacza to wzrost narodowej suwerenności do n-tej potęgi. Temu odpowiada – z wyjątkową ironią internacjonalistycznej ideologii, którą socjalizm bierze za punkt wyjściowy – praktyka kolektywistycznej polityki zagranicznej w zakresie gospodarki, która musi odbywać się z wymuszonym rygorem, aby odgrodzić narodową gospodarkę planowaną od wszelkich pochodzących z zewnątrz zakłóceń i zachować jej centralnie określoną zwartość. Temu odpowiada przede wszystkich nakazowa gospodarka dewizowa, o której Marx i Engels nie wspomnieli słowem, ale która okazuje się niezbędnym fundamentem kolektywistycznego porządku, tak bardzo, że jeśli nie jest wystarczającą cechą do określenia kolektywizmu, to przynajmniej jest jego cechą niezbędną, tak jak odwrotnie, niezależnie od powodów, wprowadzona nakazowa gospodarka dewizami zawsze wykazuje tendencję, aby los całej gospodarki powierzyć skolektywizowanej wymianie handlowej i skolektywizowanemu rynkowi dewiz. Międzynarodowe działanie rozsadzające, które uczynił kolektywizm przede wszystkim przez nakazową gospodarkę dewizową, stanie się najpierw jasna, jeśli rozjaśnimy sobie fakt, że jest ona złączona ze stałą presją inflacyjną. Związek pomiędzy kolektywizmem i inflacją, na który się napotykamy i który uprawnia nas, aby mówić o kolektywistyczno-inflacjonistycznym stylu polityki gospodarczej po II Wojnie Światowej, jest dwojakiego rodzaju[8]. Po pierwsze narodowy kolektywizm prowadzi do inflacji z powodów, które zasługują na dokładną i trzeźwą analizę i spośród których na wyróżnienie zasługują: 1. Kolektywizm wszelkiego rodzaju i wszelkiego stopnia zawiera w sobie sterowanie pieniądzem i kredytem poprzez państwo, równocześnie wyłącza jednak umożliwiający sterowanie gospodarką mechanizm cenowy, który posiadała waluta złota. Jak skorzystają planiści z tego nowego obszaru, który jest teraz otwarty na ich widzimisie? Wszystko wskazuje na to, że będą podążać kursem inflacji, ponieważ jest linią najmniejszego oporu i ponieważ odpowiada ona rządzącej ideologii „pełnego zatrudnienia”, „państwa dobrobytu” i „taniego pieniądza”. Jeśli się pozbywa instrumentów nawigacyjnych waluty złotej, pozbywa się tym samym stałych punktów polityki pieniężnej i trzeba liczyć się z dużym prawdopodobieństwem pomyłki. [W] państwie kolektywistycznym wszystko będzie rozbijać się o to, czy pójść w prawo (deflacja) czy w lewo (inflacja), a ster i tak będzie miotał we wszystkie strony dopóki nawet najbardziej upartemu umysłowi nie unaocznią się poważne szkody, jakich dokonała inflacja. Statek kolektywizmu będzie coraz mocniej skazany na dryft w kierunku inflacji. W tym samym kierunku dryfuje keynesizm. Doświadczenia od 1945 dowodzą w wystarczającym stopniu, że… 2. …planiści są ludźmi, którzy predysponowani są do optymizmu i podlegają tendencji, aby wymusić na gospodarce większą zmianę, niż są w ogóle w stanie. Niecierpliwi i chciwi wykazują skłonność, aby chcieć na raz osiągnąć jak najwięcej i wydawać pieniądze lekką rączką (by za wszelką cenę osiągnąć efekt „pełnego zatrudnienia”), aby poprzez rozdmuchnięcie inwestycji i masowej konsumpcji wymusić więcej siły nabywczej [na towary], niż gospodarka jest w stanie przy aktualnych cenach i przy aktualnym stanie produkcji zapewnić, obciążają tym samym gospodarkę tak, że upada ona w swoim najbardziej wrażliwym punkcie, mianowicie sile nabywczej pieniądza. System monetarny staje się kontem, na którym gromadzą się wszystkie błędne zasady polityki gospodarczej, aż do bankructwa. Ta nieustanna presja na gospodarce nie jest kompensowana w wystarczający sposób przez oszczędności, ponieważ inflacyjna gospodarka planowa w aliansie z fiskalizmem podatkowym, który jej towarzyszy, oraz psychologicznym oddziaływaniem państwa dobrobytu, sprawiają, że oszczędzanie nie natrafia na sprzyjający klimat. 3. Podczas gdy oszczędności są niewystarczające, to w istocie kolektywistycznej gospodarki objawi się następna tendencja, mianowicie, aby śrubować działalność inwestycyjną do maksimum. Z tego wywodzi się pokusa wymuszenia monetarnych „oszczędności” poprzez psującą wartość pieniądza ekspansję kredytową, czego za ilustrację może posłużyć słynny Plan Moneta we Francji, który sfinansowany został głównie przez rozwodnienie francuskiego franka. 4. Kolektywistyczna  gospodarka potrzebuje stałej presji inflacyjnej, tzn. monetarnej nadpłynności (W. Eucken), aby wyrównać paraliżujący wpływ gospodarki nakazowej, inaczej udusiłaby się na wskutek działalności swojego aparatu. 5. Wymagania, które w kolektywistycznym państwie stawia się wobec budżetu państwa, są tak wysokie, że deficyt budżetowy staje się chronicznym źródeł inflacji (Francja) albo, jeśli uda się budżet zrównoważyć, to przychody podatkowe bazują na inflacjonistycznym dochodzie narodowym, który jest zdolny i na dłuższą metę utrzymać, aby kwota fiskalna osiągnęła trwale 40% lub wyżej (Wielka Brytania).[9] Istnieje także odwrotny związek pomiędzy kolektywizmem i inflacją. Jeśli kolektywizm prowadzi z reguły do inflacji, to inflacja prowadzi do kolektywizmu, mianowicie dlatego, gdyż nieliczne rządy mogą oprzeć się pokusie, aby powstałą inflację ukrócić poprzez gospodarkę nakazową. Ten sam kolektywistyczny aparat przymusu, który jest jedną z przyczyn inflacji, jest często używany do tego, aby „otwartą” inflację zmienić w „spiętrzoną”. To spiętrzenie odbywa się między innymi poprzez nakazową gospodarkę dewizową. Można już bez wątpliwości stwierdzić, że po pierwszej wojnie otwarta inflacja stała się międzynarodowym czynnikiem zakłóceń pierwszej rangi, tak nie ma co tracić słów na dezintegrujące działanie inflacji „spiętrzonej”, właśnie dlatego, że prowadzi ona do totalnego zafałszowania międzynarodowych relacji wartości. Także te związki pomiędzy kolektywizmem i inflacją należy rozważyć, jeśli chcemy zrozumieć dlaczego kolektywizm jest czynnikiem rozsadzającym międzynarodowe relacje gospodarcze. Nie możemy jednak opuścić tego punktu, jeśli nie dodamy dwóch spostrzeżeń. Po pierwsze: Prawo poziomów, wedle którego kolektywizm działa maksymalnie koncentrująco do dołu wobec podległych sobie jednostek administracyjnych i maksymalnie dezintegrująco do góry. Śledząc ważność tego zdania aż do poziomu państwa narodowego, nic nie stoi na przeszkodzie, aby zastosować je mimo wymienionych trudności na poziomie kolektywizmu supr-narodowego, np. dla zachodniej Europy. Jeśli kolektywizm na poziomie narodowym wymusza superkoncentrację do wewnątrz i restrykcyjną separację od świata zewnętrznego, to ta sama logika powtórzy się w przypadku całego kontynentu i europejskiego kolektywizmu. Narodowa autarkia narodowego kolektywizmu zostanie zastąpiona przez tę kontynentalną kolektywizmu kontynentalnego. Jeśli Europa stanie się, dajmy na to, wielką Norwegią (np. przypadek krajów wschodniej Europy zza żelaznej kurtyny), to ta zamknięta forma, w której taki kraj reguluje swoje stosunki gospodarcze z zagranicą, będzie przekuta na europejską miarę. Każde przestrzenne rozszerzenie kolektywizmu przenosi zatem problem międzynarodowego porządku na wyższy geograficzny poziom – aż do kompletnej utopii światowego kolektywizmu. Inne spostrzeżenie związane jest z nieodłącznym nacjonalistycznym charakterem towarzyszącym narodowemu kolektywizmowi. Czy jest to agresywny czy raczej restrykcyjny nacjonalizm? Ta rozwinięta przez nas logika nie czyni konieczności z tego, że gdy dany rząd zasadą swojego rządzenia czyni gospodarkę urzędową a nie gospodarkę rynkową, musi zostać koniecznie skierowany na tory agresywnego nacjonalizmu. W żadnym przypadku jakiegokolwiek kraju, który po II WŚ podążył za socjalistycznymi ideami, nie można stwierdzić takiej tendencji, nawet jeśli można znaleźć lekkie ślady w braku zahamowań laburzystowskiego rządu Wielkiej Brytanii w użyciu „bargaining power” państwowego monopolu dla dużej części eksporterów przeciwko małym krajom jak Holandia czy Dania. Nacjonalizm krajów socjalistycznych pozostał restrykcyjno-izolacjonistyczny. Żeby zmienił on charakter na agresywny, muszą najwyraźniej wystąpić dodatkowe okoliczności. Przede wszystkim kolektywizm musi otrzymać jako „technika społeczna” misję ekspansywno-misyjną, tak jak w przypadku ekstremalnego marksizmu (komunizmu) i narodowego socjalizmu. Ciągle jednak w dłuższej perspektywie rozchodzi się o problem zespolenia Imperium i Dominium, który jest typowy dla kolektywistycznego systemu, który rozszerzenie rządzonego przez siebie obszaru czyni sprawą interesu życiowego narodu i przez to powoduje międzynarodowe konflikty o surowce, które nawet pokojowy i odgradzający się kraj socjalistyczny nie może zignorować. Międzynarodowa gospodarka planowana Streśćmy: Kolektywistyczna gospodarka urzędowa z gospodarką planowaną, „pełne zatrudnienie” i „spiętrzona inflacja” w środku jak i kontrola obrotu dewizami na zewnątrz – nikt nie może wątpić w to (ku czemu skłaniają się coraz bardziej i socjaliści) – mają to działanie, że czynią niemożliwym światową gospodarkę w sensie wolnej koordynacji i prawdziwej integracji międzynarodowych stosunków gospodarczych. Muszą one zniszczyć warunki wstępne, które służyły liberalnej epoce rozwiązaniu problemu międzynarodowego porządku. Niewątpliwym jest także, że tutaj należy szukać ostatecznej przyczyny dezintegracji gospodarki światowej i uporu, jaki stawia nieład wszelkim próbom na drodze jego przezwyciężenia. Kolektywistyczno-inflacjonistyczny kurs narodowych rządów nie tylko w środku, ale także w handlu międzynarodowym doprowadził do stanu, w którym jego utrzymanie jest niemożliwe i czemu nawet najbardziej przekonani socjaliści nie mogą już zaprzeczać. Powszechną odpowiedzią jest wezwanie o międzynarodową „integrację”. Konieczności usunięcia narodowego dyrygizmu nie może przeczyć nawet i szczery socjalista, jeśli przemyśli do końca te rzeczy i co cieszy, nie brakuje takich socjalistów. Zanim jednak dokona kapitulacji wobec logiki faktu, że międzynarodowa integracja gospodarcza może zostać osiągnięta tylko poprzez gospodarkę rynkową, może jeszcze próbować uratować się ucieczką do ostatniego okopu. Byłoby to typowe dla jego sposobu myślenia, aby zamiast przezwyciężać międzynarodową dezintegrację zawinioną przez kolektywizm za pomocą gospodarki rynkowej, próbować uratować skompromitowaną zasadę gospodarki planowej przenosząc ją na poziom państwa światowego, niczym dokonując ucieczki ze ślepego zaułka. Czy socjalistom się ona uda? Prawidłowa odpowiedź na to pytanie ma decydujące znaczenie dla decyzji, jakie zapadną na polu międzynarodowego porządku, także jeśli chodzi o pytanie o gospodarczą integrację Europy. Ograniczymy się do najbardziej podstawowych rozważań. Pytanie, powtórzę, brzmi, czy aby rozpad międzynarodowych więzi będzie polegać na zamianę narodowego kolektywizmu na międzynarodowy, pozostawiając styl gospodarki planowanej i przenosząc go po prostu na wyższy geograficzny stopień. Odpowiedź wynika z charakteru kolektywistycznego, tj. zastępującego gospodarkę rynkową przez przymus i planowanie procesu gospodarczego, porządku gospodarczego, będącego upolitycznieniem procesu gospodarczego – tzn. wynika to wprost z charakteru gospodarki nakazowo-urzędowej. Z tego wynika następnie, że próba, aby problem międzynarodowego porządku rozwiązać w ten sposób, byłaby przy wszystkich okolicznościach obciążona poważnym mankamentem. Ponieważ to gospodarka planowana wymaga zawsze państwa jako instancji upolityczniającej gospodarkę, w której zbiegają się ścieżki planowania i nakazów, to może ona rozszerzać się tylko do tego stopnia, na ile pozwala jej rękojmia suwerenności. Międzynarodowa gospodarka planowana musi przez to ograniczać się do tego obszaru, dla którego stworzenie międzynarodowego państwa nie wydaje się być do końca utopią. Państwo światowe jest wykluczone i przez to także światowa gospodarka planowana. Niewykluczone, że i marzenie o europejskim państwie musi pozostać wyłącznie marzeniem. Nieuniknionym wnioskiem jest jednak to, że na drodze gospodarki planowanej możemy oczekiwać co najwyżej osiągnięcie etapu europejskiego, ale żadnej uniwersalnej integracji jak w przypadku zamierzchłej gospodarki światowej. Powstałoby coś rodzaju kontynentalnej zamkniętej gospodarki zamiast otwartej prekolektywistycznej epoki, pewien blok gospodarczy europejskich państw, „Großraum” (Wielki Obszar), którego plus na integracji okupiony byłby minusem na łączności z resztą świata. Zatem byłaby to droga, która skułaby poszczególne nacje pojedynczych kontynentów ze sobą, w równym stopniu odrywając te kontynenty od siebie. Jeszcze więcej: To nie jest możliwa droga. Aby to stwierdzić, musimy sobie przypomnieć, że kolektywistyczny porządek wymaga najpierw państwa, które upolityczni gospodarkę i podporządkuje ją obszarowi planowania. Europejska gospodarka planowana wymagałaby zatem europejskiego superpaństwa, które posiadałoby możność decydowania nad wszystkimi indywiduami kontynentu, tak jak narodowy kolektywizm ponad członkami znajdującymi się na obszarze przez niego rządzonym. Nie tylko jednak to, że nie takiego europejskiego państwa nie ma, a jego urzeczywistnienie nie jest w żaden sposób bliskie, ale także okoliczność, że musi ono być wyposażone w skoncentrowaną władzą kolektywistycznego państwa, czyni go wedle praktycznego rozsądku utopią, przynajmniej dopóki inaczej nie zadecyduje o tym wolna wola poszczególnych nacji o utworzeniu i wspieraniu go. Nie może to być zatem jakiś przypadkowy organizm państwowy, tylko całkiem konkretne państwo, mianowicie kolektywistyczne, które tak jak kolektywistyczne państwo narodowe musi być scentralizowane do maksimum. Nie jest do wyobrażenia, aby europejskie nacje byłyby gotowe, oddać superpaństwu swoje kompetencje, których zazdrośnie strzegłyby biurokracje poszczególnych państw narodowych. Czy jednak zdecydują się na daleki i niezakorzeniony w żadnej europejskiej tradycji rząd europejski i pozwolą się jemu kierować, tak jak to zrobiły Wielka Brytania i Norwegia, czyniąc tym samym z Europy „wielką-Norwegię” czy „wielki rząd laburzystowski”? Nawet przekonani socjaliści będą musieli zderzyć się z tą kwestią. Zapewniają oni nas, że zjednoczenie Europy możliwe jest tylko w luźnej formie szanującej narodowe tradycje federacji. Wiedzą oni jak my wszyscy, że naukę daje tutaj Szwajcaria, która w wolności, w swojej federacyjnej formie państwa, konsoliduje różnorodne narodowości ze swoimi tradycjami, językami i kulturami, i to, co obowiązuje w przypadku wielowiekowej tradycji Szwajcarii, dotyczy w większym stopniu także Europy. Szwajcaria daje nam jeszcze drugą naukę, której po poprzednich rozważaniach nie musimy już udowadniać: nie tylko nie może ona inaczej istnieć niż jako państwo federacyjne, ale może ono jako takie funkcjonować tylko wtedy, kiedy naczelną zasadą gospodarczego porządku jest gospodarka rynkowa, a nie jakkolwiek stopniowany kolektywizm wyłączając jak zwykle okresy wojen. Europę zobowiązuje ta nauka w stopniu podwójnym i potrójnym. Z tych rozważań wynika, że przeforsowanie europejskiej gospodarki planowanej, jeśli ma odbywać się w wolności, wymaga najpierw europejskiego państwa tego rodzaju, który byłby niezgodny z tą formą, w której polityczne zjednoczenie Europy byłoby możliwe przy zachowaniu prawa i wolności, mianowicie federacyjną. Gdy wcześniej odkryliśmy paradoksalność narodowego (państwowego) socjalizmu w tym, że internacjonalizmowi, od którego wychodził w historii, musi w końcu zaprzeczyć, tak teraz natykamy się na paradoksalność międzynarodowego socjalizmu. Polega ona tym, że z jednej strony bazuje on nieodłącznie na wyprzedzającym go międzynarodowym państwie, ale z drugiej strony – wychodząc z założenia, że będzie bazować na wolnej współpracy ludów i które to nie będą przez jakiegoś despotę zmuszone do bycia częścią „Gro­ßraum” – czyni to superpaństwo niemożliwe, ponieważ jako państwo kolektywistyczne musiałoby być do maksimum scentralizowane. Dopiero wtedy, gdy potrzebowalibyśmy europejskiego państwa najbardziej, najpewniej by się nam ono wymknęło. Temu rozważaniu odpowiadają wszystkie dotychczasowe doświadczenia: W nieskończoność ciągnące się trudności z zawiązaniem Unii Beneluksu (Belgia, Holandia, Luksemburg), a także daremność starań administracji Planu Marshalla, aby wspólny dla całej Europy plan inwestycyjny nie forsować jako prostej addycji i dyplomatycznego podziału środków pomiędzy poszczególne gospodarki, tylko jako europejskie centralne planowanie na wzór narodowych planów inwestycyjnych, muszą być rozpatrywane w tym świetle[10]. Tutaj, w tej bezlitosnej ekonomicznej logice międzynarodowej gospodarki planowanej leży główny problem, który pojawił się także w przypadku Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (Unia Montańska wg tzw. Planu Schumana). Ta logika jest zaciemniana w dyskusji często przez to, że mówi się o suwerennych prawach, jakie miałyby złożyć w ofierze poszczególne narody; od czasu do czasu robi się założenie, że akcje w rodzaju Planu Schumana z tego powodu są trafione, ponieważ spodziewają się od narodów tej ofiary. I co tak naprawdę stoi na drodze pokoju i postępu? Sprawia się wrażenie, że wzbranianie się przed oddaniem swojego przemysłu pod zarząd ponadpaństwowej instytucji planowania należy do tej samej kategorii, co upór nieczułych rządów, aby w imię pokoju i międzynarodowej współpracy odmawiać odebrania sobie suwerenności w ruchach polityki zagranicznej, w tym najbardziej suwerennego prawa do wypowiadania wojny. Tutaj mamy do czynienia z niebywałą konfuzją. W przypadku podporządkowania się pod rozkaz ponadpaństwowej instytucji planowania chodziłoby przecież o zadanie prawa decyzji, które tak mało należy do atrybutów rządu, że najliczniejsi, mianowicie nie-socjaliści, nigdy takiego życzenia nie wypowiadali w dotychczasowej historii współczesnej historii państw i to z tego powodu, ponieważ widzą to jako niedopuszczalne nagięcie pojęcia narodowej „suwerenności”. W przypadku tych rządów także takie „ofiarowanie” suwerenności oznaczałoby, że oddaje się prawo rozkazywania swoim obywatelom w sferze, w której to oni powinni na rynku decydować, do ponadpaństwowej instytucji planowania. Zatem ofiarowują one „suwerenność”, której wcale nie posiadają, ponieważ należy ona do ordre public, do rynku – obszaru Dominium, a nie tego Imperium. Chodziłoby w odwrotnym przypadku o rząd socjalistyczny jak np. rząd laburzystowski, to co prawda posiada on rzeczoną „suwerenność”, ale nie może jej ofiarować, jeśli nie chce znaczącej części swojego systemu gospodarczego (narodowo-socjalistycznego) oddawać międzynarodowemu superpaństwu. Nie suwerenność europejskich państw jest, patrząc dokładniej, złem, tylko jej złe użycie, tak typowe dla epoki narodowego kolektywizmu. Z całą pewnością trwa właśnie jego demontaż. Ale nic by się przez to nie wygrało, gdyby suwerenne prawo do interwencji w gospodarkę, które zawłaszczają sobie rządy, przekazano po prostu jakieś instancji superpaństwa. Europa, która przywłaszcza sobie prawo do gospodarki planowanej, nakazowej, dewizowej, do nacjonalizowania gospodarki i obwarowywania całego kontynentu murami ceł i regulacji gospodarczej nie byłaby dużo lepsza, a w pewnych kwestiach byłaby nawet gorsza, od pojedynczych rządów, które czynią to samo. Z całkowitą pewnością obniżenie suwerenności narodowych rządów należy do przykazań naszych czasów, ale tylko nadwyżka suwerenności powinna być zlikwidowana – a nie transponowana na wyższy geograficzny stopień. Nie pojmować tego znaczy popełniać błąd myślowy, na który cierpią najbardziej ci, co wmówili sobie i konstruują dzisiaj gospodarczą integrację Europy. Suwerenność nie oznacza tylko bezapelacyjne prawo państwa względem innych podmiotów państwowych, ale także to jednostki względem innych indywidualności. W pierwszym przypadku jest to kwestia siedziby, w drugim kwestią miary, ale staje się ona palącym problemem, jeśli ten pierwszy staje się kwestią miary. Proste przesunięcie siedziby suwerenności problemu przerostu suwerenności nie likwiduje, tylko zaostrza. Trzeba na zakończenie dodać trzy spostrzeżenia. Po pierwsze należy zwrócić uwagę na różnicę, która zachodzi pomiędzy pojedynczymi przedsięwzięciami, jak w przypadku planu Schumana wedle zamiaru swojego twórcy i całościowym systemem międzynarodowej gospodarki planowanej, który jest tak obszerny, że systemy narodowych kolektywizmów rzeczywiście zostają przez niego zniesione i zespolone w większą międzynarodową jednostkę. Byłoby dogmatycznym wyłączać możliwość, że w pojedynczych przypadkach z powodów politycznych rządy i narody mimo wszystko zespoliłyby się. Ale takich przypadków nie można mnożyć w nieskończoność nie czyniąc jednocześnie z trudności niemożliwości. Istnieje powód, aby zakładać, że Unia Montańska stanowi maksimum międzynarodowej gospodarki planowej, niż europejskie narody z powodu wyższego raison d’etre są w stanie jeszcze przyjąć. Po drugie należy od razu przeciwstawiać się próbom, by problem międzynarodowej gospodarki planowej rozwiązywać za pomocą pozorów. Ten problem zasadza się na tym, aby pod „międzynarodową gospodarką planowaną” rozumieć coś innego niż to, co „gospodarką planowaną” nazywa się na poziomie państwowym i co na to miano zasługuje, mianowicie nie międzynarodowe centralne planowanie, które steruje międzynarodowym procesem gospodarczym wg jednolitego planu i wymusza realizację tego planu tak jak gospodarka nakazowa pojedynczego państwa, tylko ten rodzaj handlu międzynarodowego, który wynika z obrotu pomiędzy poszczególnymi narodowymi gospodarkami planowanymi[11]. Fakt, że z tego nie wynika żaden międzynarodowy porządek, nie wymaga już tutaj uzasadnienia. Wynika w tak małym stopniu, jak w Niemczech po 1945 mogło wyniknąć ze sterowanej przez regionalne aparaty biurokracji i czarny rynek gospodarki poszczególnych stref okupacyjnych. Ta międzynarodowa koegzystencja poszczególnych gospodarek centralnie planowanych, do której doprowadziły bilateralizm, hamowanie mechanizmów rozliczeniowych, autarkia i w najwyższym stopniu labilne relacje gospodarcze, doprowadziła do anarchistycznego stanu międzynarodowej gospodarki, i nawet socjaliści są coraz mniej gotowi, aby ją znosić. Ostatnie spostrzeżenie: Po trzecie jako iluzję zdemaskowaliśmy myśl, aby międzynarodową dezintegrację gospodarczą, za którą odpowiadają państwowe gospodarki planowane zastąpić międzynarodową gospodarką planowaną. Z tego wynika: Naród jest najwyższym geograficznym stopniem, na którym może wystąpić kolektywistyczny porządek gospodarczy. Z tego wynika, że kolektywizm, który w środku jest „Drogą do Zniewolenia” i prowadzi do supermonopolu i gospodarczego poddaństwa, na zewnątrz staje się „Drogą do międzynarodowego chaosu”. Paradoksalność socjalizmu Mieliśmy już dwa razy okazję, aby mówić o paradoksalności socjalizmu, tej narodowego i tej międzynarodowego, i teraz w pełni wydaje się nam jasne, w jaki sposób socjalizm objawia się jako typowa paradoksalna idea, chyba najbardziej paradoksalna, jaką zna historia ludzkiej myśli. Domagacie się – tak by się chciało zwrócić do socjalistów – socjalistycznego porządku w imię wolności i godności człowieka? Ale jak może w praktyce wyjść inny wynik niż „państwo hodowlane”! Cenicie socjalistyczny porządek za najwyższą produktywność, która zniesie dychotomię „biednych i bogatych” i zastąpi „kapitalistyczną anarchię” z jej kryzysami, „błędami rachunkowymi” i pomyłkami? Ale jak to zrobicie niszcząc rynek ze swoją konkurencją i mechanizmem cenowym i na ich miejsce stawiając urząd centralnego planowania, który jest bezradny bez steru, kompasu, gwiazd i sekstantu na ogromnym oceanie gospodarki! Witacie socjalistyczny porządek w imię walki z przemocą, przywilejem, samowolą i monopolem? Ale przecież ten porządek wszystkie te zjawiska zaostrza w najwyższym stopniu koncentrując władzę gospodarczą do maksimum w ręku władzy politycznej, tj. stanowi maksimum monopolizacji nagiej siły – socjalistyczna krucjata przeciwko przemocy i samowoli musi skończyć się w nielicytowalnym i diabolicznym pogorszeniu tej sytuacji! I na koniec: Chcecie sprzedawać socjalistyczny porządek na banderze internacjonalizmu i maszerować w imię braterstwa ludzi? Ale taki porządek oznacza nic innego, jak to że konkretnemu państwu zostaje przypisane maksimum zadań i obowiązków, które jednocześnie narodową integrację zaostrza w stopniu najwyższym i musi przez to oznaczać odpowiadającą temu dezintegrację porządku międzynarodowego, wszystko to za bezcen! Ta paradoksalność, którą się tutaj zajmowaliśmy, jest o tyle ciekawsza, że to przecież socjaliści obiecywali braterstwo swoim programem, i to, że oni obwinili „kapitalizm” za wrogość wobec międzynarodowej wspólnoty. To ta paradoksalność, która ze wszystkich paradoksów socjalizmu zostaje odsłonięta jako ostatnia i to wpierw w naszych czasach, w których nie można uchronić się od potężnej fali doświadczeń. Prawdopodobnie ten paradoks jest najostrzejszy. Jeśli zważymy na rolę, którą odegrał internacjonalizm w socjalistycznej ideologii, i skonfrontujemy to z rzeczywistością, to z przygniatającą logiką będziemy musieli stwierdzić to, co stwierdził jeden z najbardziej uzdolnionych eks-socjalistów, Franz Borkenau, w swoim eseju „Socialism – National or International” (London 1942), że w żadnym innym punkcie jak w tym ideologia i teoria socjalizmu rozbiegają się tak beznadziejnie z rzeczywistością[12]. Ze ślepotą i uporem, przez które tak ciężko jest znaleźć rozsądne powody, dla których ten problem ciągle jest „nieodkryty”, pomimo tego, że wszystkie próby zaprowadzenia socjalistycznego porządku (z pełną regularnością już od Fichte), próby, które powinny były dawno odkryć tę konieczność, kończyły się na konstruowaniu programu działania, w których politycznym centrum było partykularne państwo i jego geograficzne, narodowe ramy. Nawet Marx, który na końcu „Manifestu Komunistycznego” rozwija swój program socjalistyczny, musiał dawać rady, które z konieczności prowadzą do „nacjonal-socjalizmu” i „nacjonalizacji człowieka”, co nie powstrzymywało go od tego, aby parę linijek wcześniej grać akord fortissimo na cześć braterstwa międzynarodowego proletariatu. Prawdziwym monumentem niekonsekwencji byli ci socjaliści, którzy nie zaspokoili się pustymi frazesami, tylko pełni wewnętrznego przekonania walczyli o konkretne cele liberalnej polityki handlowej. Mamy tutaj na myśli np. przywódcę laburzystów Philipa Snowedena, którego ćwierćwiecze temu można było wziąć za jakiegoś współczesnego Cobdena, dopóki twarda rzeczywistość państwa laburzystowskiego ze swoimi nowymi przywódcami, Sir Staffordem Crippsem albo Hughem Daltonem, nie skazała Cobdena na zmierzch zapomnienia[13]. Pozostaje dziwnym, że także przeciwnicy socjalizmu dopiero później i z wolno rozjaśniającą się istotą problemu zrozumieli problem międzynarodowych konsekwencji socjalizmu odkrywając tutaj najważniejsze jego paradoksy. Nie powie się zbyt wiele, jeśli stwierdzi się, że w tym punkcie dyskusja znajduje się w powijakach. Byłoby inaczej, to nie prowadzilibyśmy bezpłodnych dyskusji o Beneluksie, o międzynarodowym porządku i poszczególnych projektach (Plan Schumana, Europejska Federacja) w ten sposób, że nadwyręża się wrażliwość tych, którzy znają i rozumieją istotę problemu. Jak mało zrozumiała [jest] w tym wszystkim rola sędziego, jaką samozwańczo przypisał sobie socjalizm w oskarżaniu „kapitalizmu” o „imperializm”! W rzeczy samej system gospodarczy, który ponownie zniósł zaprowadzony dzięki gospodarce rynkowej rozdział pomiędzy Imperium a Dominium, narodem a gospodarką, polityką a ekonomią, doprowadzając do dogłębnego upolitycznienia wszystkich gospodarczych stosunków, musi zasadzać się na tym, aby państwowe środki władzy poddać celom gospodarczym. Dopiero teraz, kiedy w przeciwieństwie do gospodarki rynkowej naród i gospodarka zostają stopione w jedno, dobrobyt staje się funkcją rozmiaru obszaru i bogactwa naturalnego wewnątrz politycznie zarządzanego terytorium. Dopiero teraz z politycznej propagandówki parol „Lebensraumu” („przestrzeni życiowej”) zamienia się przy aplauzie chciwych narodowych przedsiębiorców w sprawę egzystencjalną dla narodu. Dopiero teraz na poważnie rozpoczyna się walka o kilometry kwadratowe, siłę roboczą, surowce naturalne i szlaki handlowe, dopiero teraz to wszystko staje się prawdziwym raison d’etre. Dopiero teraz objawia się imperializm jako walka o maksymalną wielkość autarkicznego i kolektywistycznie zarządzanego terytorium, jako prawa decydującego o życiu narodów. Dopiero teraz objawia się, że międzynarodowe stosunki gospodarcze, które przynosi ze sobą socjalizm są tego rodzaju, które świat poznał pod złowrogą nazwą „gospodarki wielkiego obszaru”. Żelazna kurtyna najostrzejszej nakazowej polityki dewizowej, silny bilateralizm, nacjonalizacja handlu zewnętrznego, brutalna kontrola nad imigracją i emigracją, zniszczenie międzynarodowego mechanizmu walutowego – to wszystko są nieuniknione skutki, i wszyscy wiemy aż za dobrze, co one oznaczają: nie tylko rozpad handlu międzynarodowego, biedę, biurokratyzm i stagnację, ale także władzę, przemoc, hegemonię, likwidowanie mniejszych państw i nieznośne powiększenie pola konfliktów na arenie międzynarodowej. Wilhelm Röpke Tłum. Kamil Kisiel Źródło: Wilhelm Röpke: Internationale Ordnung – heute, Erlenbach-Zürich 1954 (wyd. 2), s. 136-163.
[1] Zasady rozdzielenia sfery politycznej i gospodarczej. W takim sensie Röpke będzie używał tego terminu w dalszej części tekstu (przyp. tłum.). [2] Röpke używa tego terminu także jako synonimu „uspołecznienia” odnośnie praktyk socjalistów i rozmaitych inżynierów społecznych (przyp. tłum.). [3] Można zgłosić przeciw, że przecież tym pełnym ducha zapału planom, jak np. planowi Keynesa pt. „Globalnej Unii Clearingowej”, nie została nawet dana szansa. Ale jeśli właśnie temu brakowi szansy, że nie zdecydowano się na realizację tych planów, przypiszemy głęboki socjologiczny sens, to bez względu na okoliczności trzeba w przypadku całej technicznej krytyki nt. tego planu powiedzieć, że także plan Keynesa mógłby na dłuższą metę funkcjonować tylko pod ogólnymi warunkami międzynarodowego porządku i międzynarodowej równowagi, które są zapewnione tylko przez sprawne funkcjonowanie waluty złotej. Ta sama elementarna filozofia obowiązuje w przypadku tzw. planu Grahama (por. Walter Eucken, Ordo II, s. 76ff.) i dla europejskiej unii rozliczeniowej. [4] Franc.„Poniżej Pirenejów to jest prawda, a poza to już błąd”. [5] Niem. „Z chmury, bez wyboru, dryga promień.” [6] Czyli im mniej elastyczny jest popyt na dane dobro, tym mocniej jest ono obciążone cłami, podatkami, opłatami za kontyngenty itd. – przyp. tłum. [7] W. Röpke, International Economic Desintegration, London 1942, s. 47. W tym miejscu ta myśl została szerzej opisana. Do tego związku należy także kolektywne zafałszowanie międzynarodowych warunków konkurencji przez politykę państwowego sterowania cenami żywności i mieszkań. Jest to jedno z najpoważniejszych ograniczeń na drodze zaciśnięcia unii Beneluksu pomiędzy Holandią i Belgią. [8] Por. W. Röpke, Das Zeitalter der Inflation, Schriften der Volks- und Betriebswirtschaftlichen Vereinigung im rheinisch-westfälischen Industriegebiet, Duisburg, 1951; F.A. Hayek, Pełne zatrudnienie, gospodarka planowa i inflacja, Zurych 1951 (…). [9] Por. Colin Clark, Public Finance and Changes in the Value of Money, Economic Jorunal, December 1945. Do tego krytycznie: Joseph A. Pechmann/Thomas Mayer, Mr. Colin Clark on the Limits of Taxation, Review of Economics and Statistics, Sierpień 1952. [10] Międzynarodowe planowanie inwestycyjne: por. W. Eucken – Investitionssteuerung durch echte Wechselkurse, Zeitschrift für das gesamte Kreditwesen, 15.02.1950. [11] Międzynarodowa gospodarka pseudo-planowana: Przykłady z literatury: G.D.H. Cole, The Planning of International Trade, Studies in World Economics, London 1934; Clark Foreman, The New Internationalism, New York 1934. O takich instytucjach gospodarki pseudo-planowanej jak International Cotton Advisory Committee, które zobowiązuje członków tylko do dostarczania statystyk i płacenia składek członkowskich, w ogóle nie mamy zamiaru tutaj wspominać. Ale to właśnie nie mała część tego, co dzisiaj nosi miano „międzynarodowego planowania”, jest takową draperią. [12] Paradoksalność międzynarodowego socjalizmu: Wspomniany esej Borkenau jest wart polecenia, ale nie trafia w istotę problemu. Zasługuje na zauważenie, że standardowe dzieło o międzynarodowych zależnościach, które wydał marksistowski socjalizm (Otto Bauer, Die Nationalitätenfrage und die Sozialdemokratie, Wiedeń 1907), tylko w małym stopniu porusza fundamentalne kwestie ekonomiczne. Znaczące jest także to, że znane dzieło Schumpetera (Kapitalizm, Socjalizm i Demokracja) unika tego tematu. W tym temacie wyczerpujące wyjaśnienia znajdzie się w L. v. Mises – Ludzkie Działanie, F. A. Hayek – Droga do Zniewolenia, L.Robbins – Economic Planing and International Order (Londyn 1937), B. Brutzkus – Die Lehren des Marxismus im Lichte der russischen Revolution (Berlin 1928 – wydane po angielsku przez F.A. Hayeka w zbiorowym dziele „Collectivist Economic Planning”, London 1935). O związku z historią idei socjalizmu patrz wskazany esej Borkenau, przede wszystkim s. 36 (…). [13] O znaczącej postaci Philipa Snowdena patrz F.W. Hirst, From Adam Smith to Philip Snowden, a History of Free Trade in Great Britain (London 1925). Ostatnie echo niekonsekwencji Snowdena to znana wypowiedzieć byłego ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, [laburzysty] Bevina, który z dozą melancholii w Izbie Gmin powiedział, że wcześniej aby odbyć podróż po świecie wystarczałoprzyjść na dworzec Victoria Street, kupić bilet i z odpowiednią ilością funtów w kieszeni wsiąść w pociąg. Przerażająco przykładna bezmyślność naszych czasów w kwestiach polityczno-ekonomicznych, gdyż to właśnie socjalistyczny minister powinien najbardziej zdawać sobie sprawę z tego, co oznacza urzeczywistnienie jego ideału „nacjonalizacji człowieka”.

Utoya – druga rocznica zamachu dokonanego przez masona

Dwa lata temu Anders Behring Breivik mason, filosemita, osobnik pozytywnie nastawiony do gejów, wymordował 77 osób w tym 69 młodych działaczy propalestyńskiej Norweskiej Partii Pracy na Utoya i 8 osób w zamachu bombowym w Oslo.
Breivik swój rajd śmierci rozpoczął zamachem bombowym w Oslo. Zamach ten, w którym zostało zamordowanych osiem osób odwrócić miał uwagę od jego ostatecznego celu - młodych socjaldemokratów przeciwnych polityce Izraela w Palestynie. Za zamordowanie 77 osób Breivik został skazany na 21 lat więzienia – 3 i pół miesiąca za jedną osobę. Ofiary które przeżyły masakrę na Utoya do dziś cierpią na syndrom stresu pourazowego. Syndrom ten wiąże się z: niemożnością skoncentrowania się, ciągłym wyniszczającym stresem, bezsennością, nawracającymi wspomnieniami masakry, lękami, depresją, psychosomatycznymi bólami i nieustannym osłabieniem. Stres pourazowy sprawił też, że ofiary, które przeżyły mają olbrzymie kłopoty z nauką i są wyłączone z działalności społecznej. Skalę ataku Breivika na środowiska sceptyczne wobec polityki Izraela najlepiej obrazuje to, że Norwegia to kraj liczący 5 milionów obywateli. 69 młodych działaczy Norweskiej Partii Pracy zabitych przez terrorystę, to tak jakby w 38,5 milionowej Polsce zabito 530 młodych działaczy jakiejś partii, a tysiące innych przerobiono na ofiary syndromu pourazowego. Na lewicowej i antyklerykalnej stronie racjonalista.pl, portalu nie mającym jakiegokolwiek interesu w ujawnianiu przynależności terrorysty do masonerii, można przeczytać, że „Zgodnie z dostępną publicznie listą członków loży świętojańskiej nr 8 „Św. Olafa pod Trzema Kolumnami" (zwanej potocznie lożą „Kolumny"), Breivik był jej członkiem i w spisie z 2008 r. zanotowany miał stopień ucznia (choć członkiem był najprawdopodobniej od 2006 r., jak wynika to z jego manifestu). Jego loża powstała w 1903 r. i odbywała swoje prace w budynku sąsiadującym z norweskim parlamentem. Jest jedną z 63 lóż świętojańskich Norweskiego Zakonu Wolnomularskiego (Den Norske Frimurerorden), jedynej organizacji wolnomularskiej w Norwegii uznawanej przez Wielką Zjednoczoną Lożę Anglii”. Autor artykułu nie kryje, że kościół katolicki w Norwegii „jest wrogo nastawiony do lóż”. O prosyjonistycznych i progejowskich poglądach Breivika przypomniał portal Nacjonalista. Młodzi Norwegowie, którzy zostali ofiarami terrorysty działali w rządzącej Norwegią Partii Pracy. Kilka tygodni przed zamachem rządzący socjaldemokraci podjęli „decyzję o wsparciu otwarcia w Oslo ambasady Palestyny i podjęciu przygotowań do uznania jej jako państwa”. Norwegia znalazła się też na celowniku globalistów za wycofanie poparcia dla interwencji w Libii, ratyfikowanie układu o podziale Morza Barentsa, w tym złóż ropy między Rosję a Norwegię, zachowanie własnej waluty i niepodległości. W dniu przed masakrą młodzież podczas spotkania z ministrem spraw zagranicznych Norwegii na wyspie „domagała się podjęcia bojkotu Izraela w związku z jego polityką w okupowanej Palestynie”. W historii masakry zadziwiająca jest to, że w tak bogatym i dobrze zorganizowanym kraju, terrorysta po dokonaniu zamachu bombowego „ bezproblemowo w ciągu 40 minut dociera na wyspę Utoya, a następnie spokojnie przez 90 minut morduje z zimną krwią uczestników letniego obozu, gdyż policja nie może dotrzeć wcześniej z powodu przeciekającej łodzi”. Rodzi to pytania o to, kto pomógł Breivikowi. Jan Bodakowski

O tym nikt nie mówi! Dlaczego?

Po morderstwie kilkudziesięciu osób w Norwegii przekaziory zaczęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, oskarżać – a to muzułmanów, a to fundamentalistów chrześcijańskich, a to skrajną prawicę. Wszystkie z tych oskarżeń okazały się przysłowiowymi strzałami kulą w płot.
Czy przeproszono którąkolwiek z wymienionych grup? Akurat! Gdzieżby przekaziory mętnego nurtu zniżyły się do przepraszania osób pomówionych przez siebie! To jest niestety czwarta, a raczej pierwsza władza i wierni uczniowie Lenina i Goebbelsa, który powiedzieli: rzucajcie błotem, a zawsze coś przyschnie. W Polsce dodatkowo jeszcze przeniknięte przez byłe WSI, UB i SB. Przypuszczać należy, że te mendia przeniknięte są przez jeszcze jedną złowrogą siłę. Jaką? Dziwnym trafem nie zauważono, że sprawca zamachu nosił fartuszek masoński. Jakoś nie powiązano masakry z ideologią masońską jako jej źródłem. Może ideologia masonerii rytu szkockiego, która masonom, każe uważać się za bogów (i to w sensie dosłownym) sprowokowała Andersa Breivika do dokonania zbrodni, byle tylko czegoś dokonać ponad ludzką miarę? Dlaczego mendia oszczędzały najgroźniejszy z najgroźniejszych syndykatów zbrodni? Czyż wnioski nie narzucają się same? Przypominam tu słowa jednego z dziewiętnastowiecznych Papieży o masonach: „Bogiem ich Szatan, prawem nieprawda a obrzędem bezecność”. Jacek Łukasik PS. Breivik to najprawdopodobniej mason rytu szkockiego. Przynajmniej równie groźna jest masoneria rytu francuskiego, która zdaniem Stanisława Krajskiego potrafiła sobie uwić gniazdo w wojskowych komunistycznych służbach specjalnych (zarówno w Polsce, jak i w Rosji). Zdaniem Krajskiego można postawić praktycznie znak równości pomiędzy WSI i GRU a masonerią rytu francuskiego (wojująco antychrześcijańską, lewicową i komunizującą). Swoją drogą Krajski obwinia WSI a tym samym masonerię rytu francuskiego za zamach smoleński z 10 kwietnia 2010 r. Miała to być zemsta za rozwiązanie WSI, dokonana bardziej, co daje do myślenia „przez ludzi Tuska i Putina”, być może bez ich wiedzy. Zastanawia też wojująco antychrześcijański charakter prawa francuskiego i bardzo dobra współpraca Francji z Rosją bolszewicką po rewolucji.  

Bierzmy przyklad także ze Skandynawów

Zapyta się ktoś ze zdziwieniem: z tych lewaków i feministek? Z lewactwa czy feminizmu oczywiście nie, ale… Pewne zasady, które tam obowiązują są jak najbardziej słuszne. W Szwecji, Norwegii, Danii, Finlandii normalne jest, że w urzędzie miasta lub gminy zawsze wisi tablica informująca o wszystkich wydatkach i przychodach urzędu. Każdy z tam wchodzących ma więc pełny wgląd w finanse miasta czy gminy.
Czy w Polsce też nie należałoby wprowadzić takiej zasady?. Mnie samego bardzo interesowałoby niesłychanie, komu i ile pieniędzy dali panowie: Kulczyk, Krauze et consortes. Jeden z Duńczyków studiujących w Polsce wprost nie umiał zrozumieć, że gdziekolwiek na świecie może brakować takiej transparentności wydatków urzędowych! Czy nie byłby to wspaniały oręż broniący przed korupcją? Mimo tej ichniej poprawności politycznej zakres wolności gospodarczej jest tam nieporównanie większy niż w Polsce: olbrzymia przewaga własności prywatnej, brak płacy minimalnej. Może dzięki temu kraje Północy na razie nie doznają kryzysu. Pewne pozytywy występują tam także i poza gospodarką. Gdy satanistyczna dzicz lżyła i maltretowała obrońców Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przy biernej postawie policji i straży miejskiej, jedna z osób dzwoniących do Radia Maryja ze Sztokholmu stwierdziła, że tam podobna swołocz zostałaby rozpędzona na cztery wiatry przez policję, także konną! I to też jest wzór! Na żądanie ambasadora izraelskiego, by prasa szwedzka ,nie pisała o zbrodniach armii izraelskiej, szwedzkie MSZ odpowiedziało: u nas jest wolność słowa. Już sobie wyobrażam „naszego” Radzia S. w podobnej sytuacji! Poza tym narody skandynawskie umieją szanować same siebie. Istnieje tam duży opór przeciwko wprowadzeniu waluty euro – w Szwecji jej wprowadzenie popiera tylko 10 % społeczeństwa. Szwedzi z powodów ekologicznych sprzeciwiali się Nord Stream na dnie Bałtyku. My wówczas nie wykorzystaliśmy tej szansy. Inny dowód szacunku narodów skandynawskich dla samych siebie. U nich prawie każdy zna język angielski. Skandynawowie jednak każdemu cudzoziemcowi, który u nich pracuje finansują bezpłatny kurs nauki języka (norweskiego, szwedzkiego, duńskiego w zależności od kraju). Jednym słowem, jak mówi Pismo Święte: Badajcie wszystko, a co dobre zachowujcie. Jacek Łukasik

Dobić, gdy nie chcą umrzeć!

Lifesitenews donosi, że w jednym z duńskich szpitali w 2010 roku 144 na 877 abortowanych w drugim trymestrze ciąży dzieci urodziło się żywych, a ilość wcześniaków przeżywających własną aborcję z roku na rok wzrasta. Tak jakby same dzieci dopominały się o swoje prawo do życia. Niestety nie spotykają się choćby z odrobiną człowieczeństwa czy litości ze strony dorosłych. W Danii pozostawia się je na śmierć.

Unijni bankieciarze zjechali się do Oslo

Niezła szopka szykuje się w poniedziałek w Oslo. Unia Europejska właśnie 10 grudnia br. odebrać ma Pokojową Nagrodę Nobla. Zanosi się zatem na zalanie stolicy Norwegii przez watahy brukselskich urzędników i przeróżnych politruków. Wszak darmowe rauty i bankiety to ulubione zajęcie tej ferajny.
Ową Unię reprezentować mają między innymi przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy, przewodniczący Komisji Europejskiej, Jose Manuel Barroso i przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz. Van Rompuy, dzień przed oficjalnymi uroczystościami powiedział w Norwegii, że "Unia Europejska wyjdzie wzmocniona z kryzysu, by ponownie stać się symbolem nadziei". Przewodniczący Rady Europejskiej dodał: "Unia przechodzi obecnie trudny okres (...) Jestem pewien, że nam się uda. Wyjdziemy z niepewności i recesji bardziej wzmocnieni niż przedtem". Do Oslo zjedzie się nie tylko ścisłe kierownictwo unijnego Lewiatana, ale także pomniejsi lokalni kacykowie, wśród nich między innymi premier III RP, Donald Tusk. Negatywnie na zaproszenie do Oslo odpowiedział premier Wielkiej Brytanii David Cameron. Środkowego palca zwróconego ku górze pokazał też prezydent Czech Vaclav Klaus. Co akurat nie powinno dziwić. Brawo Klaus! Po raz kolejny! Niemniej feta w Oslo będzie wielka. I znów, po raz kolejny w historii, ludek, tym razem europejski, będzie sączył szampana ustami swoich dzielnych, walczących o ich dobro, a zwłaszcza o pokój, przedstawicieli. P.

Lepiej być Polakiem, niż Norwegiem

Rok temu Anders Breivik wysadził bombę w siedzibie premiera Norwegii, a następnie na wyspie Utoya zaczął strzelać do przebywającej tam młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy.

Kronika postępującego totalitaryzmu

Socjaliści wszelkiej maści (nie wyłączając ichtiolowej), wszelkich kolorów i odcieni, jak mantrę od lat powtarzają, że „kapitalizm zbankrutował”. Jednocześnie z uporem godnym lepszej sprawy nie chcą zauważyć, że socjalizm też zbankrutował, dosłownie i w przenośni. I wciąż uszczęśliwiają „lud pracujący miast i wsi”. Przegląd ostatnich wydarzeń pokazuje dobitnie, że socjaliści nie tylko się nie poddają, ale intensyfikują swoje działania zmierzające do budowy socjalistycznego raju na ziemi. Szkopuł w tym, że główną przeszkodą w realizacji utopii jest wszelka wolność, z wolnością słowa na czele.
Po licznych próbach wprowadzenia cenzury internetu, np. pod pretekstem walki z pornografią dziecięcą, choć jednocześnie prowadzą walkę o „godne warunki bytowe więźniów” i łagodzenie sankcji kodeksu karnego, socjaliści znowu wzięli się za walkę z wolnością słowa. Tym razem pod pretekstem „ochrony praw autorskich” pojawił się dokument znany jako ACTA. Tego, że porozumienie owo wprowadza „formalne i nieformalne (sic!) zespoły” o nieokreślonych źródłach finansowania oraz represje w przypadku „podejrzenia podejrzenia” i „bez wysłuchania drugiej strony”, jakoś media tzw. głównego nurtu nie wyłapały. Podobnie jak innych „kwiatków”, takich jak brak jednoznacznej definicji „własności intelektualnej”. O jednoznacznie totalitarnym sposobie „negocjowania” i wprowadzania „porozumienia” nie wspominając, choć polski rząd zarzekał się, że „walczył o jawność negocjacji ACTA”, czemu przeczą wyciekające dokumenty. Gdy Polskę ogarnęła fala protestów „internautów” (a może raczej obywateli?), sprawę bagatelizowano i próbowano zdyskredytować protestujących, a gdy to się nie udało – spróbowano przykryć rzecz kłamstwami  i propagandą. Minister Boni M. twierdził, że wszyscy już podpisali, więc i Polska musi; jednocześnie uspokajał bajając coś o dołączeniu klauzul do gotowego porozumienia. Jak się okazało – z prawdą było mu nie po drodze. Wspierał go w tym zresztą minister Zdrojewski B. Ponieważ nic to nie dało, premier Tusk D. rozpoczął „konsultacje”, ale dopiero po podpisaniu porozumienia, co zostało słusznie odebrane, jako jedna wielka lipa. W końcu, pod naciskiem opadających słupków sondażowych premier zapowiedział w piątek (17 lutego) wysłanie listu do premierów krajów UE, w których rządzą ugrupowania zrzeszone w Europejskiej Partii Ludowej, by nie przyjmować ACTA. I znów wpadka, bo okazało się, że kilka dni wcześniej szef EPL w PE, Francuz Joseph Daul oświadczył, że EurParLud nie poprze porozumienia, co zapewne zostało wcześniej skonsultowane z szefami rządów. Kolejny pomysł ograniczenia wolności słowa spalił na panewce, ponownie dzięki wolności słowa w internecie. Ponieważ awantura o ACTA zaczęła się Polsce, więc polski rząd podjął kroki zaradcze. Chodzi o projekt zmian w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz zmian w kodeksie cywilnym. Nowe przepisy mają umożliwić urzędnikom blokowanie i dostęp do bezprawnych informacji. Szczególnie niebezpiecznie wygląda zapis, mówiący o „informacjach które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego, do których dostęp powinien zostać zablokowany” w wyniku „braku autoryzacji” lub „niezgodności z prawdą”. Centrala, czyli Parlament Europejski, również nie próżnuje i cichcem usiłuje wprowadzić restrykcyjne zapisy kontroli towarów importowanych. Przygotowywane rozporządzenie daje Służbie Celnej możliwość kontrolowania małych paczek spoza UE i niszczenia ich bez wyroku sądu, jeśli celnicy uznają, że zawartość to podróbki. Szczególnie kuriozalne jest tutaj rozciągnięcie odpowiedzialności za zawartość paczek na przewoźników i kurierów. W Norwegii Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Spraw Socjalnych (sic!) pod przewodnictwem Auduna Lisbakkena  postuluje  wprowadzenie nowych kryteriów oceny dobrego samopoczucia dzieci. Jeśli urzędnik uzna, że przebywające na terenie Norwegii dziecko jest niezadowolone, zostanie ono odebrane rodzicom. Jak uzasadnia Lisbakken „Rodzice nie powinni zakładać, że jest to ich życie prywatne. W przeciwnym razie, w jaki sposób społeczeństwo, które ma na celu ochronę dzieci, ma być informowane o nieprawidłowościach?". Nie bez powodu piszę o skandynawskich pomysłach, albowiem stają się one wzorem regulacji przygotowanej przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), walczącej ze szkodliwością alkoholu. I tak już w kwietniu może się okazać, że alkohol będzie można kupić wyłącznie w państwowych sklepach, zlokalizowanych na obrzeżach miast i otwartych tylko przez osiem godzin dziennie. Przygotowany przez WHO dokument zaakceptowały wszystkie kraje UE, w tym polskie Ministerstwo Zdrowia, które nie ma żadnych zastrzeżeń. Jak wiadomo nie ma tak dobrego pomysłu, którego nie można by wyrzucić do kosza. Niestety, najwyraźniej nie ma też takiej głupoty, której nie próbowano by wprowadzić w imię „wyższych racji”, dzięki czemu stalinowska maksyma o kontroli jako dowodzie zaufania odradza się w wyjątkowo parszywym wydaniu. Michał Nawrocki Fot.: Strona Prokapitalistyczna

Anders B. i liberalni fundamentaliści

W mediach roi się od informacji, spekulacji i paszkwili w związku z masowymi morderstwami dokonanymi przez niejakiego Andersa b. (od „bydlak”) Oczywiście bydlak ma jakieś swoje nazwisko, na które media zwróciły uwagę po tym co zrobił. I zdobią swoje „front pages” jego upozowanymi i wyretuszowanymi zdjęciami, które sam sobie wcześniej zrobił –  a to w pięknym mundurze, a to w jakimś innym walecznym stroju.
Sam powiedział policji, że tym co zrobił chciał zwrócić uwagę na swój „program”. Udało się. Dzięki mediom. Po co się trudzić przedstawiając różne punkty widzenia na rózne skomplikowane sprawy gospodarcze. Łatwiej strzelić fotkę „chrześcijańskiego fundamentalisty” i „skrajnego prawicowca” Anders b. W ogóle bym o tym nie pisał gdyby nie dyskusja o tym, czy „prawica” powinna wziąć na siebie czyny Andersa b.??? Oczywiście publicyści „prawicowi” są przeciw, a „lewicowi” za. Więc w pewnym skrócie muszę przypomnieć  o tym co pisałem już o podziale na prawicę i lewicę tu: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=266 i tu: http://blog.gwiazdowski.pl/index.php?subcontent=1&id=267 Nie będę przypominał o różnicach filozoficznych i politycznych lecz ekonomicznych. W skrócie sprowadzają się one do kilku podstawowych punktów: wyboru paradygmatu ekonomicznego, stosunku do wolności gospodarczej, stosunku do własności prywatnej i państwowej, stopnia akceptacji interwencjonizmu państwowego, zakresu redystrybucji dochodu narodowego poprzez progresywne opodatkowanie dochodów osobistych. We współczesnej makroekonomii dominuje paradygmat oparty na przekonaniu, że gospodarka jest pewnego rodzaju mechanizmem. Taki model pozwala w prosty sposób wyjaśnić skomplikowaną rzeczywistość ekonomiczną i wierzyć, że gospodarką da się sterować, o ile posiadło się odpowiednią wiedzę teoretyczną o podstawie funkcjonowania tego mechanizmu, którą jest oczywiście pieniądz. Dlatego publiczna debata na tematy gospodarcze obraca się ciągle wokół wielkości monetarnych. I w taki model „wierzy” dzisiejsza lewica. Tymczasem gospodarka jest fenomenem społecznym, a nie fizycznym. Jest organizmem, a nie mechanizmem. I to jest prawicowy sposób myślenia o gospodarce. Drugim istotnym elementem ekonomicznego paradygmatu jest przekonanie o tym, skąd się bierze wzrost gospodarczy. Jedna teoria zakłada, że to dostawca dóbr i usług  jest centralną postacią w systemie gospodarczym. Druga uznaje, że kluczowym aktorem sceny gospodarczej jest ten, który tych dóbr i usług potrzebuje – to znaczy konsument. John Keynes wmówił kiedyś politykom, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Prowadziło to do znacznego poszerzenia zakresu oddziaływania państwa na gospodarkę i jej kontrolowania przez administrację publiczną. I to jest podejście lewicowe. Prawica nadal podziela prawo Saya, że to produkcja jest przyczyną konsumpcji, a nie na odwrót, w tym sensie, że najpierw muszę coś wyprodukować bym mógł stać się konsumentem innych towarów o wartości równej tych wyprodukowanych przeze mnie. Niezależnie od paradygmatu, który rządzi umysłami polityków i ekonomistów w sprawach gospodarczych istotny jest ich stosunek do idei wolności gospodarczej. Prawica chce jej jak najwięcej, lewica woli ją ograniczać. Prawica za święte i naturalne uważa prawo własności i podkreśla jej znaczenie ekonomiczne i polityczne. Lewica uważa, że własność prywatną owszem może i należy „szanować”, ale o wiele lepsza jest własność „społeczna” – czyli de facto państwowa. Lewica jest za interwencjonizmem państwa w gospodarkę, a prawica oczywiście przeciw. Lewica jest za wysokimi podatkami progresywnymi i redystrybucją dochodu narodowego, prawica woli podatki niskie. I jeszcze jedno: w dobie globalizacji „prawica ekonomiczna” jest za wolnym przepływem ludzi i usług! Bez względu na to z jakiego obszaru kulturowego ci ludzie pochodzą! A co miał niejaki Anders b. do powiedzenia na ten temat? Anders b. siedzi sobie teraz w Spa (bo taki standard mają skandynawskie więzienia) i przez 21 lat (bo pewnie na tyle zostanie skazany jeśli nie zostanie uznany za wariata i o ile nie skorzysta z warunkowego zwolnienia za dobre sprawowanie po 16-18 latach) będzie się napawał po wyjściu z siłowni i sauny swoimi pięknymi zdjęciami publikowanymi przez media. Niektórzy wyrażają przy tym przeświadczenie, że może tam zostać „zresocjalizowany”! (http://wyborcza.pl/1,75968,10008602,Breivik_posiedzi_na_plazy_i_w_saunie.html#ixzz1TDQYpmlS) Skoro „państwu dobrobytu”, które odbiera rodzicom dzieci bo „są smutne” i umieszcza je w rodzinach zastępczych o czym przekonała się niedawno jedna z polskich rodzin (http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/rodzice-malej-nikoli--porwalismy-wlasne-dziecko,79321,1) nie udało się odpowiednio Andersa b. wyedukować (chodził przecież do dobrej publicznej szkoły) to skąd nadzieja, że uda się go „zresocjalizować” w dobrym publicznym więzieniu? Oczywiście odezwały się też głosy, że trzeba ograniczyć prawo posiadania broni! Jeszcze bardziej? Przecież jest ono dość mocno ograniczone. Na jej posiadanie trzeba mieć pozwolenie od państwa. No i Anders b. je miał!!! I to nie tylko na jakiś tam pistolet i strzelbę, ale i na AK 47! http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Juz-wiadomo-z-czego-Breivik-zrobil-bomby,wid,13623720,wiadomosc.html?ticaid=1cb9c Widać państwo uznało że Anders b. nie stwarza niebezpieczeństwa. Państwo popełniło błąd. Więc jeszcze więcej władzy dla państwa! Odezwały się też głosy, że trzeba ograniczyć handel nawozami sztucznymi – szczególnie saletrzakiem amonowym. Bo został wykorzystany do zrobienia bomby. http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,10004239,Dania_chce_zmienic_zasady_handlu_nawozami_po_zamachu.html Ale przecież MI5 informował służby norweskie o podejrzanych zakupach dokonanych przez Andersa b. ale zignorowały one to ostrzeżenie! http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/407914,Policja-otrzymala-w-marcu-sygnal-o-Breiviku Znowu Państwo popełniło błąd! Czego się zresztą spodziewać po „państwie dobrobytu”, w którym wszyscy otrzymują „godne zasiłki” socjalne ale za to policja: 1.      ma jeden helikopter i dziurawą łódź rzeczną! http://wiadomosci.onet.pl/raporty/zamachy-w-norwegii/kolejna-wpadka-w-sprawie-tragedii-w-norwegii,1,4802964,wiadomosc.html 2.      Nie podejmuje interwencji po otrzymaniu zgłoszenia, bo nie wierzy w to, co słyszy: http://wyborcza.pl/1,75248,10019365,Norweska_policja_nie_wierzyla_rodzicom_dzieci_z_Utoi.html 3.       nie potrafi nawet dobrze policzyć ciał ofiar! („Na wyspie Utoya zastrzelonych zostało 68 osób, a nie 86, jak podawano wcześniej (…) Na wyspie panował chaos. Policja musiała koncentrować się na pomocy rannym (...), więc możliwe jest, że niektóre ciała policzono kilkakrotnie”) http://wiadomosci.onet.pl/raporty/zamachy-w-norwegii/nowy-bilans-ofiar-krwawego-zamachu-w-norwegii,1,4802924,wiadomosc.html Jeszcze więcej państwa, bo przecież gdzieś „czają się” jacyś inni „liberalni fundamentaliści” o naprawdę  prawicowych poglądach!!! góra Robert Gwiazdowski Tekst ukazał się na blogu Autora http://www.blog.gwiazdowski.pl . Publikujemy go za zgodą Autora

Spirala śmierci

W piątek, 15 lipca br. wracałem do domu samochodem, gdy nagle jadący na równoległym pasie z lewej strony pojazd, wjechał na mój pas bez żadnego kierunkowskazu i rozpoczął natychmiast hamowanie. Miałem dwa wyjścia: albo chcąc uniknąć zderzenia zjechać na prawe pobocze lądując na drzewie, albo próbować rozpaczliwie hamować. Zjechanie na lewo nie wchodziło w grę, bo tam grzali już kolejni szaleńcy. Nie mając specjalnie wyboru wcisnąłem hamulec zapierając się o kierownicę. Życie uratowały mi moje hamulce, w miarę nowe opony oraz fakt, że mój niedoszły zabójca jechał szybciej ode mnie, więc jego droga hamowania była dłuższa.
Właściwie powinienem był pojechać za nim i stłuc mu ryja, ale co by to zmieniło? Poza tym byłem tak zdenerwowany, że myślałem o jak najszybszym powrocie do domu. Dopiero potem przyszła refleksja. Łajdak kierujący zieloną zdezelowaną Multiplą najprawdopodobniej nie chciał mnie zabić lecz tylko wyłudzić odszkodowanie. Ale ile dla tego drania było warte moje życie? Tysiąc złotych za nowy zderzak? Nawet pewnie mniej. Bo co by się stało jakbym rozbił się na drzewie? Wtedy nawet nie miałby tych pieniędzy. Dokładnie tydzień później jakiś szaleniec na norweskiej wyspie zabił prawie setkę niewinnych ludzi. Od razu powiedziono o nim w mediach, że to konserwatysta i chrześcijanin szykując sobie grunt pod nagonki. Tak właściwie po co ten szaleniec dokonał tej zbrodni? Nie wiadomo, bo każda racjonalna próba oceny szaleństwa jest skazana na porażkę już z samego logicznego punktu widzenia. Jednak ze strzępków informacji przekazanych przez media, a więc odpowiednio spreparowanych można by było jedynie wysnuć wniosek, że czyn jego podyktowany był chęcią zwrócenia uwagi na problem islamski. Tym czasem szaleniec jak to szaleniec, miast naprawdę próbował rozwiązać problem i walczyć z lewackimi elitami obecnym i lub przyszłymi postanowił je po prostu zgładzić. Co osiągnął? Nic. Poza tym, że przelał niewinną krew, to jeszcze ze swych ofiar uczynił męczenników. W czyim zatem interesie obyła się ta jatka? A może jak przystało na szaleńca uczynił to tylko dlatego aby zwrócić na siebie uwagę i być kimś – jak w przypadku zabójcy Johna Lennona, albo chciał zwrócić na siebie uwagę jakiejś znanej aktorki, jak w przypadku nieudanego zamachu na Ronalda Reagana? Równie dobrze okolicznością przeważającą szalę i popychającą do zbrodni mogło być ciepłe piwo w pobliskim barze, albo coś równie błahego. Szaleniec to szaleniec. Pierwszym skojarzeniem jakie przyszło mi do głowy po usłyszeniu medialnych doniesień o zbrodni była zbrodnia w łódzkim biurze PiS dokonana przez niejakiego Ryszarda C. Tenże jegomość postanowił zgładzić Jarosława Kaczyńskiego, ale że akurat tego nie było w okolicy uznał, że zadowoli się jakimś pomniejszym PiSowcem. Norweg miał inną skalę i inny plan. Swemu szaleństwu postanowił nadać wymiar znacznie szerszy, ideologiczny. Co łączy wszystkie przedstawione tu przypadki? Niesamowita pogarda dla ludzkiego życia, która w sposób szczególny jest być może znamieniem naszych czasów. I nie chodzi o to z jaką łatwością przychodzi zabijać, lecz o to jak mało szacunku mamy dla samych siebie, jak bardzo traktujemy się przedmiotowo. Aborcja i eutanazja dają doskonały grunt tworząc ideologię. Śmierć zadana drugiemu nie jest zatem tabu, bo w pewnych przypadkach wydaje się być racjonalna. Tak samo racjonalne było dla mojego niedoszłego zabójcy wyrwanie paru złotych za skasowanych samochód. System coraz bardziej nas ubezwłasnowolnia, troszczy się o nasze bezpieczeństwo do tego stopnia, że sami przestajemy się o nie troszczyć. Przypadków takich będzie więcej i to nie wyłącznie dlatego, że życie drugiego człowieka przestało mieć jakąkolwiek wartość. System pomimo deklarowanej tolerancji wyznacza poprzez medialne pranie mózgu precyzyjny, wąski zakres akceptowalnych przez niego poglądów, sposobów zachowań i stylów życia. Każdy kto nie mieści się w tym rurociągu jedynie słusznych postaw i sposobów myślenia zostaje wyrzucony poza coraz bardziej rosnący margines. Wśród odrzuconych (jak to lubią nazywać lewacy „wykluczonych”) będzie rosła frustracja spowodowana także odhumanizowaniem systemu. Innymi słowy będziemy mieli rosnącą grupę coraz bardziej wkurzonych. W takiej grupie wystąpi rzecz jasna większe prawdopodobieństwo wystąpienia osób chorych lub podatnych na szaleństwo i nie jest ważne czy będą to prawicowcy, trockiści, maoiści czy wyznawcy Hare Kriszna. Ważne, że będą inni, nie mieszczący się w kanonach, nie poddający się manipulacji. Wśród owych wkurzonych prawdopodobieństwo pojawienia się szaleńca będzie wzrastać tak jak liczba przypadków społecznej czy indywidualnej agresji. Co zatem zrobi System aby chronić swe ludzkie stado? Podniesie napięcie w elektrycznym pastuchu czyli zyska legitymację do tego, aby jeszcze bardziej inwigilować i w większym stopniu walczyć z terroryzmem. Zyska także legitymację do zacieśnienia „rurociągu” akceptowalnych poglądów. A więc koło się zamyka. Nim się obejrzymy, sam znak krzyża na piersiach będzie medialną oznaką terrorysty. Nim się obejrzymy będzie tylko jeden jedynie słuszny akceptowalny pogląd: uwielbienie dla nieomylności jakiegoś kacyka. I tak niepostrzeżenie zmierzamy do już nie ukrytego, zawoalowanego totalitaryzmu. Woal za drogo po prostu kosztuje. A dzieje się to wszystko na naszych oczach i przy akceptacji stada. Bacowie wydali rozkaz, a juhasi rozwijają już swe bicze. Która z owieczek śmie z nimi polemizować? No która? Adam Kalicki P.S. Szanujmy zatem każde życie. Bo pogarda dla niego napędza tę szatańską machinę. Dyskutujmy, przekonujmy się, rozmawiajmy odrzućmy medialny przekaz. Wymiana wszelkich myśli i idei to najlepszy sposób na powstrzymanie owczego pędu naszej cywilizacji.