Category Archives: Szwecja

Szwedzki mit – państwo dobrobytu a szwedzki kapitalizm

"Szwedzki model gospodarczy wzbudza spore kontrowersje. Bywa podawany jako przykład sprawnie działającego państwa dobrobytu, które skutecznie redystrybuuje zysk wytworzony przez swoich obywateli. Wielu komentatorów uważa, że taki model jest nie tylko potrzebny w Polsce, ale też możliwy do zastosowania...

Przed Adamem Smithem był Chydenius

Mojego pierwszego dnia po powrocie na salę lekcyjną tej jesieni, przypomniano mi, iż przedsiębiorcza czujność ma zastosowanie tak do idei i spostrzeżeń, jak i do dochodów.

Dlaczego pieniędzy przybywa a cena złota maleje?

Na bankierze pisano ostatnio, że "Pieniędzy przybywa w tempie 10%, ale inflacja wciąż nieobecna". Wymarzona pożywka dla przeciwników złota. No bo skoro kasy przybywa, a ceny nie rosną, w tym zwłaszcza złota to goldbugs i reszta tej paczki to jakaś pomyłka, czyż nie?

Czy szwedzka gospodarka to jedno wielkie oszustwo?

Jak to właściwie jest ze szwedzką gospodarką? Wielu zdaje się patrzeć na dobrobyt Szwecji przez pryzmat obecnej sytuacji i gotowych jest przypisywać go rozbudowanemu państwu opiekuńczemu i wysokim podatkom. Tymczasem stan obecny to być może schyłkowy okres szwedzkiej prosperity, która kończy się od nadmiaru socjalizmu.

Obniżają podatki, jednak ludzie się nie cieszą

Rząd chce obniżyć podatki, ale obywatele się sprzeciwiają! Niemożliwe? Jednak tak – w Szwecji. Mimo że Szwedów w 2014 roku czeka kolejna obniżka podatków to – jak wynika z badań – aż 60 proc. obywateli się jej sprzeciwia.

Narodowy solidaryzm – droga donikąd?

Ludzie naturalnie grupują się w pewne wspólnoty – od samego dołu aż do szczytu. Na dole pierwszą wspólnotą jest rodzina, potem mamy wspólnoty sąsiedzkie, lokalne, pracownicze i resztę dobrowolnie tworzonych „małych grup”, gdzieś wyżej jest naród, potem cywilizacja skupiająca podobne sobie kulturowo nacje, aż wreszcie ludzkość jako ostatnia wspólnota, otoczona opieką i pieczą przez samego Boga.
Wspólnota z zasady jest organiczna. Tworzy się ona oddolnie i jest wytworem bardziej historii, kultury i okoliczności ekonomiczno-politycznych, niż z czyjegoś rozkazu lub planu. Wspólnota jest z definicji nie-konstruktywistyczna, tylko organiczna. Nie można np. na siłę wmówić komuś, bez uprzedniego prania mózgu i ćwiczenia w propagandzie (co jest wysoce zawodną metodą), że jest członkiem narodu polskiego czy jakiegokolwiek innego. Poczucie przynależności do wspólnoty łączyć się może z pewną presją kulturową, ale zależnie od stopnia „niezależności” samej osoby może ona po prostu wypisać się z niej (udając się na emigrację zewnętrzną bądź duchową) – i nic, nawet przyłożenie jej noża pod gardło nie zmieni jej szczerej decyzji. Staram się tutaj zaznaczyć problem, jaki bierze się z używania słowa „solidaryzm”, czyli konstruktywistycznej i postulatywnej ideologii, która nakazuje w obrębie wspólnoty wyższej, tudzież jednostki administracyjnej (geograficznej) szukać wyrównania i równowagi pomiędzy interesami jej członków, bądź też żyjących w jej obrębie wspólnot niższych. Najprostszym przykładem jest solidaryzm narodowy i podział na dwie wspólnoty (w zasadzie klasy): polscy pracownicy i polscy pracodawcy. Zgodnie z ideologią solidaryzmu, te dwie grupy mają pewien margines wspólnego interesu, do którego trzeba dążyć i który trzeba uzyskać. Szereg słabości ideologii solidaryzmu można wykazać już w tym miejscu. Po pierwsze, solidaryści, chcąc czy nie chcąc, przejmują w całości teren, jaki przygotowali im wcześniej marksiści. I gdy marksiści postulują walkę klas i nieuchronny konflikt pomiędzy nimi, tak solidaryści postulują mediację międzyklasową w obrębie jakiejś wspólnoty wyższej. A skoro marksistowska teoria walki klas jest błędna, bo zakłada wspólny interes pomiędzy członkami jednej klasy (robotnicy vs. kapitaliści), to i implikowany solidaryzm będzie błędem, jeśli wejdziemy w pole działań polityczno-ekonomicznych. Robotnicy jako klasa mają częstokroć sprzeczne interesy między sobą: rywalizują o miejsce pracy, rywalizują o awans, rywalizują o wyższą pensję, o lepszą efektywność. Hiperbolizując, w obrębie jednej klasy nieunikniona jest hierarchia, np. maksymalnie kilka zespołów badawczych może otrzymać naukową nagrodę Nobla, tudzież inne prestiżowe nagrody lub granty. Jak można oczekiwać solidaryzmu, gdy chodzi o rywalizację, polepszanie siebie i rozwój? Owszem, można wykazywać postawę solidarności, ale w obrębie zwykłej ludzkiej empatii – np. gdy politycy robią zamach na niezależność jednego z naukowców (głównie chodzi o to, by nauka nie padła ofiarą ideologii) – inni, wiedząc, że może czekać ich to samo (a nawet wyznając ideologię zamachowców), solidaryzują się z kolegą, żeby uniknąć podobnego losu i zachować swoją podmiotowość. Tak naprawdę za każdym objawem szerszej solidarności stoi empatia lub własny interes. W czasie najazdu obcego państwa i grożącego narodowi jako całości zniewoleniu, nie będzie dziwne, że naród solidarnie stanie do walki przeciwko najeźdźcy. W warunkach pokoju sprawa wygląda diametralnie inaczej, gdyż ludzie wracają do swoich zajęć i swoich interesów. Nie jest zatem prawidłową konkluzją, że ludzie w ogóle nie powinni odczuwać solidarności, ani że ludzie w obrębie jakiejś klasy muszą go wyznawać jako swoją ideologię – obie postawy wymuszają na człowieku coś, co może i najpewniej będzie niezgodne z ich wolą i naturą. Ludzie mają część interesów zgodnych z częścią interesów innych ludzi, część jest im obojętna, a część jest motorem i napędem konfliktów. Powoływanie się na jakąkolwiek „świadomość zbiorową” przypomina robienie z ludzi bezwolnego roju pszczół i odbieranie im w całości wolnej woli. Inaczej mówiąc: Z solidaryzmem jest dokładnie tak samo, jak z utopiami w stylu komunizm i libertarianizm – gdyby przedstawiały one Prawdę, dawno byśmy żyli w tym czy tamtym opisanym raju. Gdyby owa świadomość zbiorowa istniała, byłaby ona w stanie przekazywać w swoim obrębie i co ważniejsze – przekonywać – całą opisywaną przez siebie wspólnotę do tego czy innego. Jak dobrze wiemy, w dzisiejszych społeczeństwach, a zwłaszcza w społeczeństwie polskim, dotkniętych plagą atomizmu i alienacji jednostek wobec siebie, nie ma i jeszcze długo nie będzie mogło być mowy o jakimkolwiek solidaryzmie. Błąd epistemologiczny solidaryzmu po prostu pokazuje, jak źle opisuje on rzeczywistość. Jego przeforsowanie musiałoby się odbyć dzisiaj całkowicie wbrew woli tych, którym rzekomo ma służyć. Jest to zresztą kolejny przykład „kapitulanctwa” wobec marksistowskiego opisu rzeczywistości (a raczej „życzeniowo-myślowej” wizji). Marksizm w swojej pierwotnej postaci, jak w dzisiejszych mocno zmutowanych formach, za pierwszy swój cel obiera „uświadamianie” człowiekowi, że należy do pewnej klasy (wczoraj robotniczej, dzisiaj np. osób płci żeńskiej lub homoseksualistów) i wobec tego ma określone interesy, które wynikają ze stosunków materialno-ekonomicznych, które „rodzą” jego świadomość. Nie wiem, w jaki sposób (świadomy czy nie) solidaryści znowu przejmują marksistowskie nauki, ale próba uświadamiania – za pomocą polityki czy nawet zwykłej działalności publicystycznej – solidaryzmu jako istoty lub integralnej części interesu danej klasy – w tym wypadku narodu polskiego – jest niczym więcej jak takim marksizmem. Jesteś Polakiem – masz interesy polskie. Jedyna różnica polega na tym, że czerwony marksizm postuluje konflikt i wszelkie dążenie do „zwarcia”. Solidaryzm, czyli marksizm narodowy (w tej kwestii oczywiście) postuluje dyplomację i za wszelką cenę dąży do „zgody”. Metodologia jest zatem identyczna, analiza bliźniaczo podobna, tylko pomysł na „rozwiązanie” problemu dziejowego inny. Niestety muszę zdawać sobie sprawę z tego, że ktoś postulujący solidaryzm na poziomie normatywnym nie będzie w stanie go tak po prostu odrzucić. Solidaryzm w tym względzie nie przedstawia rzeczywistości, jaką ona jest, tylko postuluje określony jej kształt. W numerze 12 „Polityki Narodowej” dr Tomasz Szczepański jest zresztą zwolennikiem „takiej czy innej inżynierii społecznej” (s.30). Czy po doświadczeniach XX wieku nie powinniśmy być chociaż w tym zakresie odrobinę mądrzejsi? Zwłaszcza, że na s. 31 jest kuriozalny fragment pt. „nacjonalizm, militaryzm, etatyzm – to powinny być 3 cechy odradzającego się w Polsce ruchu narodowego”. O ile z nacjonalizmem nie mam problemu (dopóki nie zakłada trupów u innych nacjonalizmów), a militaryzm jest do przełknięcia („chcesz pokoju, szykuj się na wojnę”) i może być formą wzmocnienia podmiotowości państwa, to „etatyzm” wydaje mi się w tym wypadku kuriozalnym postulatem. Nie dość ludzie nacierpieli się przez niekompetentnych i opryskliwych urzędników, a jeszcze bardziej przez skomplikowane i jednocześnie dziurawe prawo? Czy idziemy drogą np. Jarosława Kaczyńskiego, który uważa, że jak „wsadzi się w urzędy swoich, to wszystko zacznie działać” (przy czym on wsadził np. Lipca i Kaczmarka)? Nie, nie zacznie. Logika systemu jest bezlitosna. Jeśli ruch narodowy (nie mylić z Ruchem Narodowym) ma iść tą drogą, zostanie przez system wchłonięty, przetrawiony, skorumpowany i skompromitowany. Jak pokazuje frekwencja wyborów, ok. połowa Polaków czuje autentyczne obrzydzenie do polityki i czemu nie wolno się nam – jako spadkobiercom realizmu Dmowskiego – absolutnie dziwić. Polityka polska jest jaka jest, niezależnie od partyjnych barw i światopoglądu, wyglądała tak samo. Najprostsza analiza pokazuje, że to nie personel jest problemem. Że wymiana personelu kosmopolitycznego na patriotyczny będzie płomieniem, który szybko zgaśnie w korytarzach ZUS-owskich, NFZ-owskich, sądowych czy ministerialnych. Po tych ogólnych refleksjach czas na pierwsze dialogi z solidarystami. Temu tematowi poświecono w nr 12 „Polityki Narodowej” ok. 250 stron, zatem nie będę od razu polemizował z całością, tylko zdecydowałem się na pewien cykl, złożony z krótszych części. Zacznijmy może od największych kuriozów: Dr Tomasz Szczepański mówi (s. 28), że „każdy, kto w centrum stawia jednostkę („człowieka”), a nie naród, jest wrogiem ruchu narodowego”. - Ja bym poszedł dalej. Każdy, kto stawia naród ponad Bogiem, jest wrogiem religii katolickiej i chrześcijańskiej. Wobec Boga nawet narody są równe, jeśli chodzi o warunki zbawienia – wątpię, by znalazł się jeden naród, który dostąpi tego zaszczytu w całości. Mimo wszystko nawet zbawienie jest kwestią indywidualnej (nie)moralności. Wyprowadzić można z tego konkluzję, że wszystko, co stawia człowieka jako swojego wroga, zasługuje na potępienie, bo może utrudnić swoją przemocą, zbawienie temu człowiekowi. Inaczej mówiąc: Nieprzyjaciół trzeba miłować. Każdego z nieprzyjaciół osobno. Ta infantylna w swoim wydźwięku wypowiedź, nieprzystająca do statusu społecznego doktora nauk, powinna brzmieć inaczej – zgodnie z duchem dmowszczyzny: „każdego, kto w centrum stawia jednostkę, trzeba przekonać, że ma wspólny interes z innymi ludźmi, a tym interesem jest silna i sprawna Ojczyzna”. Zdaniem np. „nowoczesnego endeka”, Rafała Ziemkiewicza, Dmowski doskonale zdawał sobie sprawę z wtórności interesu narodowego wobec interesu jednostki. Jedno z drugim nie stoi w konflikcie, jest tylko i aż implikacją. Ruch Narodowy (czy ogólnie: ruch narodowy) musi pokazać ludziom, że jest w stanie zidentyfikować ich interes zbieżny z interesami Ojczyzny. Oprócz pałek i czołgów nie ma innej drogi oprócz przekonywania – a nie mamy czołgów, a za pałkami można co najwyżej zniechęcić do siebie innych obywateli. Takie dictum o „wrogach” faktycznie tych wrogów tworzy – nastawionych jednak licznie przeciwko nam. „Problemem także społecznym jest rozwiązanie problemu oligarchii. Myślę, że Ruch Narodowy powinien podjąć hasło lustracji majątków pochodzenia aferalnego i w wypadku stwierdzenia takiego ich pochodzenia – nacjonalizacji tychże.”  (Dr Tomasz Szczepański, s. 29) Po pierwsze, oligarchia ma wszelkie środki, by ten proces zablokować i zmiażdżyć Ruch Narodowy w zarodku. Tego nie chcemy. Po drugie, oligarchia nieodłącznie jest związana z postulowanym przez doktora etatyzmem. Wejście w etatyzm nieuchronnie wiąże interesy polityczne członków Ruchu Narodowego z interesami oligarchii[1]. Na takiej drodze zmiana jest wysoce nieprawdopodobna (o czym świadczy empiria), gdyż nie tak działa logika systemu. Po trzecie, systemy wysoce zetatyzowane, taki jak np. polska administracja, wykazują wysoki poziom korupcji. Okaże się, że co druga firma w Polsce zarobiła np. na państwowym przetargu, który został ustawiony. Hasło „nacjonalizacji majątków pochodzenia aferalnego” wywoła fatalny skutek, jakim będzie atmosfera powszechnego braku bezpieczeństwa – nawet wśród uczciw(sz)ych przedsiębiorców. W takim systemie ciężko o „nieumoczonych”. Zdecydowanie lepiej zatem będzie oddać rolę arbitra sprawnie działającemu mechanizmowi cenowemu i konkurencji. Wtedy problem oligarchii utuczonej na aferach będzie z czasem zanikać – w sposób naturalny i pokojowy. Ci, którzy nie mają odpowiednich umiejętności, odpadną w wyniku bezlitosnego działania sprawnego mechanizmu konkurencji[2]. Problemem, żeby uruchomić konkurencję w Polsce, nie jest brak etatyzmu, tylko nieustanna, mordercza walka z przepisami i urzędnikami oraz wysoce niesprawne sądy, dobrowolność interpretacji skomplikowanego prawa i poziom danin publicznych, które spychają ludzi albo do szarej strefy, albo zapraszają na emigrację. „Odbudowa armii jest zadaniem politycznym, ale będzie mieć też pozytywne skutki gospodarcze”. Bez zamówień zagranicznych to jest ekonomiczna bzdura. Armia jest konsumentem zasobów gospodarstwa narodowego, produkuje wysoce niemierzalne dobro jakim jest bezpieczeństwo przed agresją z zewnątrz. Nie dziwi zatem np. wysoka korupcyjność przy zamówieniach militarnych będąca plagą i w krajach najbardziej rozwiniętych gospodarczo. Jej ośrodki badawcze mogą się później przysłużyć przemysłowi cywilnemu, ale to wymagałoby niemożliwych obecnie nakładów, a i takimi sukcesami może pochwalić się relatywnie niewielka liczba państw. Informacja o „wtopieniu” przez niemiecką armię 1,3 mld € na projekt nowego drona, czyli ponad 5 mld zł (1/6 polskiego deficytu budżetowego!) pokazuje, że to jest wysoce ryzykowna droga. Następnym autorem kuriozów historycznych, jak i ekonomicznych, jest dr hab. Rafał Łętocha, politolog UJ: „To państwo tworzyło gospodarkę leseferystyczną w Anglii (…) wprowadzając cła, premie eksportowe itp.” Politykowi wolno mieć określony światopogląd. Nie wolno mu jednak mówić historycznej nieprawdy. Cezura, jaka rozpoczyna okres leseferyzmu, to zwycięstwo Anti-Corn Law League – ligi przeciwko ustawom zbożowym, która doprowadziła do zniesienia rzeczonych ustaw (o cłach ochronnych dodajmy) i zakończyła erę angielskiego protekcjonizmu. „Kapitalizm neoliberalny niszczy sam siebie, niszczy wolny rynek, poprzez powstawanie monopoli i oligopoli.” Do obrony samego mechanizmu konkurencji przed „inherentnymi” tendencjami rynku do jego blokowania zostały powołane relatywnie – w porównaniu do innych instytucji państwowych – sprawne instytucje jak UOKiK czy Urząd Antymonopolowy. Na tym polu jest co prawda kilkanaście rzeczy do zrobienia (np. ograniczenie prawa patentowego bądź jego zniesienie), ale nie jest to obecnie tak duży problem, jakim był w pierwszych 50-60 latach XX wieku i tak duży problem, jak niszczenie mechanizmu konkurencji przez państwo. Autorowi służy to wyraźnie w celu zaatakowania „samoregulacyjnego” mechanizmu popytu i podaży, przy czym odkrycia ordoliberałów w tej dziedzinie nie służyły jego obalaniu, tudzież zaprzeczaniu jego istnienia, a miały na celu bezwzględne wymuszanie na wszystkich podmiotach (w tym na państwu) przestrzeganie go. „W momencie globalizacji, dominacji przedsiębiorstw transnarodowych, zanikły bowiem w dużym stopniu uprawnienia państw do redystrybucji dóbr, regulowania życia gospodarczego. Państwo nie może spełniać już funkcji moderatora nierówności społecznych.” Efektowny pasaż, który nie ma pokrycia w rzeczywistości. Państwa w istocie nie wycofały się z żadnej swojej prerogatywy – nawet rzeczona i znienawidzona „prywatyzacja” w większości państw dawno nie ma miejsca, a następuje proces odwrotny (ostatnio mamy przykłady Wielkiej Brytanii, Niemiec i USA nacjonalizującej banki i przemysł samochodowy). W Polsce w 1989 mieliśmy mniej niż 20 zawodów regulowanych, dzisiaj – ponad 200. Składka zdrowotna wzrosła. Szkolnictwo i służba zdrowia jak były publiczne, tak pozostały publiczne. Państwo wciąż się zadłuża. Rola prywatnego arbitrażu sądowego jest wciąż mała, nie ma sądów gospodarczych. Przekazaliśmy kompetencje co do nakładania ceł Brukseli (czyli zmienił się tylko ośrodek decyzyjny). VAT wzrósł. Kasta urzędnicza pęcznieje jak na drożdżach. Można wymieniać tak w nieskończoność – i wskazać analogiczne procesy np. w Niemczech czy USA. Ciężko mieć także pretensje do przedsiębiorstw transnarodowych (i jakichkolwiek), że kierują się rentownością. Rentowność jest m.in. wyznacznikiem funkcji nowych inwestycji i amortyzacji wstrząsów ekonomicznych. Im bardziej rentowne przedsiębiorstwo, tym więcej nowych inwestycji jest w stanie zrobić i tym większą ma rezerwę w czasie kryzysu gospodarczego. Za tym idzie bezpieczeństwo miejsc pracy. Można oczywiście stracić jako pracownicy część pieniędzy, można też stworzyć idealnie protekcjonistyczne warunki stawiając na granicy czołgi, blokując wszelkie przepływy kapitałów i wstrzymać ruch lotniczy z zagranicą, realizując nasze idealne wyobrażenie nt. płac pracowników i rentowności. Moderowanie nierówności społecznych = redystrybucja PKB To samo dotyczy się funkcji państwa jako moderatora nierówności społecznych. Pomijając mocno socjaldemokratyczny i lewicowy język pana doktora habilitowanego, to może zejdziemy z poziomu politologicznego na ekonomiczny. O ile w Polsce stopa redystrybucji PKB wg (moim zdaniem optymistycznych) szacunków Prof. dr hab. J. Ostaszewskiego wynosiła w 2008 41,5%, to w Szwecji wynosiła ona 53,6% (dane na rok 2008)[3]. Zatem stopa redystrybucji była w Szwecji wyższa o 12,1%. Porównajmy teraz możliwość akumulacji kapitału w Polsce i Szwecji. Wskaźnik PKB per capita wedle parytetu nabywczego wynosi w Polsce 20.592 US-$ rocznie, w Szwecji odpowiednio 41.191US-$[4]. Przemnażając przez wskaźniki redystrybucji i odejmując otrzymaną wartość od wskaźnika otrzymujemy tę część PKB na głowę mieszkańca, która mu „zostaje” po dokonaniu przez państwa moderacji nierówności społecznych”. W Polsce jest to 12.046US-$, w Szwecji 19.113 US-$. Gdyby wprowadzić w Polsce taki wskaźnik redystrybucji, jak w Szwecji, rozpętalibyśmy ekonomiczne piekło. Mielibyśmy ciut lepiej wyposażone szkoły i szpitale, wyższe zasiłki czy większą armię, a naród przerzuciłby się na pasztet z czarnym chlebem, popijając najtańszą butelkowaną wodą. Szwecja swój wskaźnik zwiększała wraz z rosnącym bogactwem kraju. Innymi słowy mówiąc: Żeby redystrybuować i moderować nierówności społeczne, trzeba mieć najzwyczajniej w świecie z czego, czyt. z akumulowanego kapitału (w tym kapitału ludzkiego), którego odzwierciedleniem są wyższe płace. Polska nie znajduje się w tym miejscu, tylko jest w połowie dystansu do Szwecji[5]. Jest jeszcze jeden wskaźnik, który pokazuje jak niska jest stopa akumulacji kapitału – tj. liczba przepracowanych w roku roboczogodzin i produktywność pracy. W Polsce w 2011 pracowało się średnio 2080 godzin w roku, w Szwecji ok. 1934[6]. Dzieląc PKB per capita przez liczbę roboczogodzin otrzymujemy produktywność pracy. W Polsce jest to ok. 10 US-$ na godzinę, w Szwecji ok. 21,3 US-$. W tej stawce muszą zatem zostać zawarte: płaca pracownika, w s z y s t k i e składki, podatki i zysk pracodawcy/przedsiębiorcy. Z czego się bierze się ta dysproporcja pomiędzy Polską a Szwecją? Na pewno nie ze złej moderacji nierówności społecznych,czyli niewystarczającej redystrybucji. Brakuje maszyn, brakuje know-how, brakuje kultury biznesu, brakuje wykwalifikowanych w tych kwestiach pracowników. Mamy armie absolwentów wyższych uczelni, którzy nijak nie mogą znaleźć swojego miejsca na rynku pracy[7]. Ci, którzy z kolei jakimś cudem znajdują ofertę pracy odkrywają, że ich zarobki nie będą o wiele wyższe niż kasjer w Biedronce czy sprzedawca w fastfoodzie. Mamy problem z bańką wykształcenia, niską kulturą administracji państwowej, z niewystarczającą akumulacją kapitału (czyli jak na nasz stan PKB zbyt mało pieniędzy zostaje obywatelom po państwowej redystrybucji), z zadłużeniem państwa, które wypycha[8] z rynku kapitałowego marginalnych (czyli w zasadzie wyłącznie małych i średnich) przedsiębiorców, mówiąc w zrozumiałym języku: ogranicza im dostęp do kredytu i/lub zwiększa mu koszty zapożyczania się, czyli właśnie uzyskiwania tak potrzebnego kapitału. Jeśli ktoś chce etatyzmu szwedzkiego (a taka sugestia w „Polityce Narodowej” się pojawia w postaci obszernego artykułu nt. szwedzkiego państwa opiekuńczego), to znaczy, że chce narodowi w tym momencie połamać kości (bo kręgosłup moralny dawno został złamany). Nie ten etap, Panowie solidaryści, nie ten etap[9]. W dodatku kultura konsumpcjonizmu, nieodparcie związana z modelem państwa opiekuńczego[10] (skoro państwo się zadłuża, to obywatele też itp. Itd.), nie jest chyba tym, do czego chcemy aspirować. Kamil Kisiel Foto.: ingod.pl

[1] O koncentracji gospodarczej, będącej skutkiem etatyzmu i interwencjonizmu, napisałem obszernie w tym miejscu: http://3obieg.pl/interwencjonizm-a-koncentracja-gospodarcza O blagierstwie intelektualnym państwowych inwestycji i ich nieefektywności ekonomicznej pisałem z kolei tutaj: http://mises.pl/blog/2013/04/09/kisiel-inwestycje-panstwowe-i-ich-finansowanie-w-gospodarce-rynkowej/
[2] O tym, jak mocno niesprawny jest mechanizm konkurencji dzisiaj i jak bardzo wynika on z interwencjonizmu, patrz przypis nr 1.
[3] http://www.sgh.waw.pl/katedry/kafin/materialy/atompage.2008-03-14.6261593138/Fiskalizm%20w%20Polsce.pdf
[4] http://de.wikipedia.org/wiki/Liste_der_L%C3%A4nder_nach_Bruttoinlandsprodukt_pro_Kopf
[5] Już nawet nie wspomnę o sprawności szwedzkiej administracji i niskim poziomie korupcji w administracji państwowej, bo to są tematy na inne artykuły.
[6] http://de.wikipedia.org/wiki/Liste_der_L%C3%A4nder_nach_Bruttoinlandsprodukt_pro_Kopf
[7] http://mises.pl/blog/2013/02/11/sroczynski-upadek-wyzszego-wyksztalcenia/
[8] http://mfiles.pl/pl/index.php/Efekt_wypychania
[9] Dla porządku podajmy link do opracowania dra Kwaśnickiego, gdzie możemy wyczytać, iż udział wydatków socjalnych w PKB w Szwecji wynosi ok. 27,3%, a w Polsce prawie 20%. Różnica jest zatem dość niewielka i wynosi 7,5%. Skąd może ona zostać pobrana? A no właśnie z ponad dwa razy wyższej produktywności pracy… http://www.inepan.waw.pl/pliki/studia_ekonomiczne/Studia%202012%201%2005%20Kwasnicki.pdf
[10] http://mises.pl/blog/2013/06/05/sroczynski-konsumpcjonizm-i-kultura-zadluzenia-etyczne-aspekty-polityki-gospodarczej-i-cyklu-koniunkturalnego/

Środkowoeuropejskie znaki zapytania

Wraz z rozwiązaniem Układu Warszawskiego w 1991 roku NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa Sojuszu i zaniechano opracowywania tzw. planów ewentualnościowych niezbędnych przy odpieraniu agresji. Federacja Rosyjska, prawny spadkobierca ZSRR, była traktowana jako partner, nieomal sojusznik NATO.
Rosja znalazła się w gronie państw objętych programem Partnerstwo dla Pokoju określającym szczególny rodzaj stosunków łączących państwa NATO z krajami aspirującymi do tego statusu, a także mechanizm współpracy tychże państw w zapewnieniu ładu, bezpieczeństwa oraz stabilizacji w Europie. Stworzono nawet specjalną płaszczyznę współpracy Radę NATO – Rosja dla konsultacji w kwestiach związanych z bezpieczeństwem i współpracą pomiędzy Sojuszem a Federacją Rosyjską. Stosunkowo dobre relacje NATO z Rosją zaczęły się pogarszać od objęcia władzy przez Władimira Putina (pierwszy raz na prezydenta został wybrany w 2000 roku). Niedźwiedź ostrzy pazury W kwietniu 2000 roku prezydent Putin zatwierdził nową doktrynę wojenną. Zabrakło w niej zapisanego w poprzedniej doktrynie stwierdzenia, że Rosja nie postrzega żadnego państwa jako wroga i nie zamierza wykorzystywać środków militarnych w relacjach z innymi państwami. W październiku 2003 roku ministerstwo obrony Rosji ogłosiło nową strategię rozwoju sił zbrojnych wskazując jako priorytet rozwój broni jądrowej z jednoczesnym przekształceniem sił konwencjonalnych w mobilną armię ekspedycyjną. Otwarcie poinformowano, że Rosja będzie w stanie użyć tej armii przeciwko sąsiadom. Osłonę działaniom własnych sił konwencjonalnych w strategicznym wymiarze miałaby wówczas zapewnić broń jądrowa. W 2006 roku w Rosji ustanowiono państwowy program zakupów uzbrojenia, w ramach którego zaplanowano wydanie do 2015 roku ogromnej kwoty 182 mld dolarów. Ten program mimo ujawniającego się w 2009 roku kryzysu w gospodarce jest realizowany, a produkcja uzbrojenia ustawicznie rośnie. W 2010 roku w eksporcie uzbrojenia Rosja zajęła drugie miejsce w świecie – po USA, przed Niemcami. W 2007 roku Rosja zawiesiła wykonywanie Traktatu o konwencjonalnych siłach w Europie (np. nie zaprasza przedstawicieli obcych armii na przeprowadzane ćwiczenia wojskowe). W sierpniu 2008 roku wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska. Okazało się, że władze Rosji są w stanie użyć wojska do napaści na kraj będący w bardzo dobrych relacjach z USA i aspirujący do członkostwa w NATO. Politycy na Kremlu twierdzili, że interweniowali zbrojnie ponieważ obywatele gruzińskiej Osetii mają rosyjskie paszporty. W maju 2009 roku ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zaakceptował nową strategię bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku. Wśród zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji na pierwszym miejscu wymieniono Sojuszu Północnoatlantycki. W lutym 2010 roku Miedwiediew podpisał nową doktrynę wojenną, która przewiduje prawo do użycia broni jądrowej przez Rosję w odpowiedzi na atak nuklearny na jej terytorium lub terytorium jej sojuszników, a także w przypadku wykorzystania broni konwencjonalnej w sposób „zagrażający istnieniu państwa”. Wraz z doktryną Miedwiediew podpisał „Podstawy polityki państwowej w sferze odstraszania nuklearnego do 2020 roku”. Jest to dokument precyzujący zasady użycia broni nuklearnej, ale niestety – niejawny We wrześniu 2012 roku minister obrony Rosji zapowiedział uruchomienie nowego programu zbrojeń opiewającego wydanie do 2020 r. nie mniej niż 710 mld dolarów. Porównując parytet siły nabywczej należy stwierdzić, że kwota ta odpowiada ponad 2 bilionom dolarów wydanych na Zachodzie. Planowane nakłady mają zagwarantować armii rosyjskiej drugą – po amerykańskiej – pozycję w świecie. Takie ambicje militarne wykazuje mocarstwo zajmujące w świecie pod względem wielkości PKB dopiero 10 pozycję. Zgodnie z zaleceniami prezydenta Putina  w ciągu najbliższych dziesięciu lat armia rosyjska ma otrzymać 400 rakiet międzykontynentalnych i 8 strategicznych okrętów podwodnych z rakietami dalekiego zasięgu. Siły konwencjonalne będą zasilone czołgami (2,3 tys.) i  działami samobieżnymi (około 2 tys.). Lotnictwo otrzyma ponad 600 samolotów i 1000 śmigłowców, a flota 50 okrętów uderzeniowych i 20 wielozadaniowych okrętów podwodnych. Na uzbrojenie armii wejdą nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz różnorodne środki transportu. W wojskach lądowych ma być 85 w pełni skompletowanych brygad zdolnych do prowadzenia ofensywnych akcji bojowych poza granicami Rosji. Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod względem wydatków na wojsko Rosja z 61 mld USD w 2009 roku plasowała się na czwartym miejscu w świecie, za USA, Chinami, Wielką Brytanią i Francją. Rosja wydawała 3,5 proc PKB; gdy Chińczycy, Anglicy i Francuzi po 2 proc. PKB (Polska – 1,95 proc. PKB Uwaga: Rosja wydaje więcej od Polski na wojsko nie tylko kwotowo, ale także procentowo!). Kryzys w gospodarce światowej sprawia, że państwa poszukują oszczędności i zmniejszają wydatki na obronność. W dziesiątce państw wydających najwięcej na wojsko  zmniejszone budżety obronne wykazują USA, Wielka Brytania, Francja, natomiast tendencje odwrotną – wzrostową ujawnia Rosja, awansująca dzięki temu ostatnio w zbrojeniowym rankingu na trzecie miejsce w świecie. Udawana słabość? Mimo forsownych zbrojeń i głębokiej reformy armii co pewien czas na łamy gazet, do przekazu medialnego trafiają opinie o słabości rosyjskiej armii. „Rosji nie stać na silną armię” – uspokajała Polaków „Gazeta Wyborcza”. „Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski” – no proszę, nawet Polski nie pokonałaby – to znowu GW. To nie są opinie polskie. Wygłaszają je na potrzeby polskich mediów rosyjscy „niezależni” podobno eksperci wojskowi. Nikogo przy tym nie dziwi, że w państwie będącym na bakier z demokracją, w którym rządzą byli oficerowie, z płk KGB Putinem na czele, a resorty siłowe są poza wszelką krytyką rosyjscy eksperci mogą do woli ganić kierownictwo resortu obrony i bez żadnych konsekwencji ujawniać katastrofalny rzekomo stan rosyjskiej armii. Żyjący około V wieku p.n.e. chiński  myśliciel i dowódca wojskowy  Sun Tzu napisał zwięzły traktat „Sztuka wojny”. Pisał w nim: „Sprawiam, że przeciwnik postrzega moją silę jako słabość, a moją słabość traktuje jako potencjał mojej siły. Ja zaś powoduję, że jego siła przechodzi w słabość i oczekuję na odpowiedni moment do ataku.” Rosyjscy politycy i wojskowi znają pracę Sun Tzu. Czy rozsiewane opinie o słabości rosyjskiej armii to działanie celowe? Ma ono przekonać Europę i Polskę, że Rosji nie powinno się bać? Znawca rosyjskiej armii Andrzej Wilk ocenia: „W latach 2009–2010 pod szyldem nowego oblicza armii rosyjskiej nastąpiła kardynalna przebudowa struktur organizacyjnych Sił Zbrojnych FR. Rosja zrezygnowała z sowieckiego modelu armii, adaptując rozwiązania przyjęte po zakończeniu zimnej wojny w państwach zachodnich. Od początku priorytetowo traktowane były przez Moskwę zmiany w europejskiej części FR, w pierwszym rzędzie na zachodnim – z rosyjskiego punktu widzenia – kierunku strategicznym. Zachodni Okręg Wojskowy nie stanowi prostej sumy jednostek, które weszły w jego skład po likwidacji Leningradzkiego i Moskiewskiego okręgów wojskowych. Zmiany strukturalno-organizacyjne w połączeniu z postępami modernizacji technicznej sprawiły, że jego potencjał znacząco się zwiększył. Szczególnemu wzmocnieniu pod względem ilościowym i jakościowym uległy flankowe rejony północno-zachodniej części FR, graniczące z państwami UE. Potwierdza to, że Rosja dąży do zniwelowania przewagi ilościowej i technologicznej państw NATO na zachodnim kierunku strategicznym, a także do utrzymania militarnej dominacji w Europie Wschodniej.” Co na to NATO? W październiku 2008 r. wywiadzie dla agencji Reuters dowódca sił NATO w Europie gen. John Craddock mówił: „Przez lata zakładaliśmy, że żaden kraj – członek sojuszu czy Partnerstwa dla Pokoju – nie ma powodu do obaw o suwerenność własnego terytorium. Myślę, że w obliczu wydarzeń sierpniowych nastąpiła tu zmiana.” Przypomniał, że Sojusz nie ma planów ewentualnościowych, a po rosyjskiej inwazji na Gruzję należy rozważyć przygotowanie planów postępowania w razie ataku na kraje bałtyckie lub Polskę. Kiedy w grudniu 2010 r. portal internetowy Wikileaks ujawnił informację o przygotowanych przez NATO planach obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przedstawiciel Rosji w NATO Dymitryj Rogozin domagał się, aby plan ten został anulowany bowiem jest wyraźnie wymierzony przeciwko jego krajowi i dodawał: „Przeciwko komu innemu taka obrona miałaby być wymierzona? Przeciwko Szwecji, Finlandii, Grenlandii, Islandii, przeciwko niedźwiedziom polarnym, czy przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi?” Rosjanin protestował w związku z porozumieniem zawartym podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 r., gdzie państwa członkowskie formalnie zaakceptowały opracowane plany ewentualnej obrony w razie agresji na członka NATO. W 2011 roku prasa informowała, że natowski plan obrony Europy Środkowej ma wykonać dziewięć dywizji, w tym cztery polskie oraz brytyjskie, niemieckie i amerykańskie.  Port w Świnoujściu przebudowany zgodnie z natowskim standardami miałyby przyjmować duże jednostki desantowe z wojskiem i transportowce przypływające z zaopatrzeniem dla natowskiej armii. Oczywiście jeśli rosyjska rura gazowa Nordstrim położona na podejściu do polskiego portu wojennego nie zablokowałaby dostępu wielkim okrętom transportowym. Tak czy inaczej wydawało się, że można odetchnąć – NATO będzie Polski bronić. Żywot tej informacji okazał się bardzo krótki. Dziś bowiem trudno byłoby znaleźć w w Europie potrzebne dziewięć natowskich dywizji. MON dokładnie 1 września 2011 r. rozformował znajdującą się w Legionowie pod Warszawą 1. dywizję. Pozostałe trzy też czeka podobny los. Nie wydaje się, aby przy obecnym stanie uzbrojenia i rezerw udało się stworzyć z obecnej armii „zawodowej” pełnowartościowy ekwiwalent bojowy czterech dywizji. Trudno też będzie uzyskać wsparcie ze strony niemieckiej; Bundeswehra ma być zredukowana do 185 tys. żołnierzy, z czego w wojskach lądowych będzie około 60 tys. żołnierzy więc trudno liczyć na wsparcie kilku niemieckich dywizji. Brytyjczycy mają dwie dywizje i kilka samodzielnych brygad więc mogą nałożone zadanie wykonać, ale Amerykanie w razie potrzeby musieliby swoje dywizje sprowadzać zza oceanu. Zapewne dlatego George Friedman ostrzega, że Polska chcąc liczyć na pomoc Amerykanów będzie musiała samotnie wytrwać w obronie przez 3 miesiące. Bezsilni sąsiedzi Fatalnie przedstawia się stan sił zbrojnych sąsiadów Polski, którzy wraz z Polakami powinni uczestniczyć w obronie regionu. W ramach grupy wyszehradzkiej Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Węgrami. Wszystkie te kraje dysponują małymi potencjałami obronnymi, a ich siły zbrojne są zdolne tylko przy wsparciu sojuszników do krótkotrwałej obrony swoich krajów – armia słowacka nie ma nawet takiej zdolności. Armie wspomnianych państw dysponują uzbrojeniem pochodzącym z lat 80. ubiegłego wieku (wyjątek stanowi wypożyczone w Szwecji przez Czechów i Węgrów 28 samolotów JAS39 Gripen).  Do tego sprzęt jest w fatalnym stanie, np. Węgrzy mają zaledwie 14 czołgów T-72, a Słowacy tylko cztery sprawne Migi 29. Poważna modernizacja uzbrojenia jest niemożliwa bowiem państwa te przeznaczają zaledwie po jednym procencie PKB na obronę, z czego ponad 80 proc. środków pochłaniają wydatki bieżące. Żołnierze nie odbywają szkoleń, a piloci ćwiczą na trenażerach na ziemi. We wszystkich tych państwach, podobnie jak w Polsce, zrezygnowano z poboru i utworzono armie zawodowe. Szef sztabu generalnego armii austriackiej sprzeciwił się planom utworzenia zawodowej armii podkreślając, że rozwiązanie to doprowadzi do znacznego ograniczenia jej liczebności, ale także obniży jakość wojska. Generał powoływał się na przykłady z Węgier i Słowacji. Zapewne dlatego w przeprowadzonym w końcu stycznia 2013 r. referendum, w sprawie przekształcenia austriackich sił zbrojnych w wojsko zawodowe wygrali zwolennicy utrzymania zasadniczej służby wojskowej. Stanowili prawie 60 proc. głosujących. Nie lepiej wygląda północne skrzydło potencjalnej obrony. Nie tylko dlatego, że państwa nadbałtyckie są dużo słabsze od południowych sąsiadów Polski. Litwa na obronę wydaje około 0,8 proc PKB (350 mln dolarów w 2011 r.). Posiada malutką armię zawodową bez zdolności mobilizowania większych sił. Wojsko jest słabo wyposażone. Trzon wojsk lądowych stanowi jedna brygada piechoty. Siły zbrojne Litwy nie mają możliwości samodzielnej obrony kraju. Potrzebne będzie wsparcie sojusznicze, zdaje się Polski. Litwa ma natomiast formacje ochotnicze przygotowane do działań partyzanckich w razie okupowania kraju przez najeźdźcę. Podobnie wyglądają siły zbrojne Łotwy. Wojsko zawodowe słabo wyposażone i budżet obronny wynoszący 1 proc. PKB. Trzonem armii jest jedna brygada piechoty bez ciężkiego uzbrojenia. Także na Łotwie istnieją siły zdolne do prowadzenia działań partyzanckich w obronie kraju. Litwa, Łotwa i Estonia nie mają lotnictwa bojowego. Mimo to na tle Litwy i Łotwy Estonia wyróżnia się korzystnie. Estończycy wydają więcej na obronę – 1,8 proc. PKB. Mimo przekształcenia armii w wojsko zawodowe zachowali pobór i dbają o szkolenie rezerw, co zapewnia stosunkowo duże możliwości mobilizacyjne. Położono nacisk na przygotowanie terytorium kraju do obrony i zaplanowano uzbrojenie armii, także w sprzęt ciężki (czołgi) z możliwością wystawienia w razie wojny czterech brygad piechoty. Rozwijane są formacje ochotnicze przeznaczone do działań partyzanckich. Estonia poza członkostwem w NATO podpisała też sojusz wojskowy ze Szwecją. Jednak Estonia jest w gronie trzech państw nadbałtyckich najmniejsza (1,3 mln ludności, PKB 22,2 mld USD) więc nie może zrównoważyć niedomagań obronnych Litwy i Łotwy. Będzie „Pribałtyka”? Położenie geostrategiczne Litwy, Łotwy i Estonii wskazuje, że mają one nikłe szanse skutecznego przeciwstawienia się ewentualnym naciskom militarnym Rosji. Prezydent Putin przedstawiając plany modernizacji sił zbrojnych odniósł się do państw nadbałtyckich właśnie. Powiedział: „Będziemy bardzo stanowczo dążyć do tego, aby władze Łotwy i Estonii zrealizowały liczne zalecenia prestiżowych organizacji międzynarodowych dotyczące przestrzegania powszechnie uznanych praw przysługujących mniejszościom narodowym”.  Stanowisko Rosji wyłożył otwarcie ściśle związany z Kremlem ideolog rosyjskiego neoimperializmu i profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Aleksander Dugin w wywiadzie dla litewskiego – nomen omen  – portalu (listopad 2010 r.). Dugin wyjaśniał: „Rosja uważa je (Łotwę, Estonie – RSz.) za swoich wrogów, nie czyniąc między nimi znaczącej różnicy. Jest to ogólne podejście establishmentu rządzącego, nawet liberalnego… Rosja już czeka na globalne zmiany w układzie geopolitycznym. Na przykład jeśli coś stanie się z USA, to ponownie będziemy okupować te kraje. W ten czy inny sposób, łagodniejszy czy bardziej surowy… A instrument do wywołania jakiejś poważnej sytuacji w Łotwie czy Estonii mamy, zresztą już kilka razy stosowany”. Portal „Głos Rosji” w końcu grudnia 2012 roku cytowała premiera Miedwiediewa: „Rosja nie zamierza z nikim walczyć mimo wzrostu wydatków na wojsko. Wzrosły one w związku z koniecznością zapewnienia krajowi bezpieczeństwa, a nie dlatego, że kraj przygotowuje się do wojny.” Przy tym przyznał, że skala wydatków na wojsko może być porównywana tylko z tą, jaka miała miejsce w trakcie II wojny światowej. Uważa się, że jedną z oznak przygotowań do wojny jest skokowy wzrost wydatków na zbrojenia. Agencja RIA Nowosti ostatnio informowała, że w latach 2013-2015 budżet resortu obrony Federacji Rosyjskiej wzrośnie o 60 procent! Romuald Szeremietiew

Bierzmy przyklad także ze Skandynawów

Zapyta się ktoś ze zdziwieniem: z tych lewaków i feministek? Z lewactwa czy feminizmu oczywiście nie, ale… Pewne zasady, które tam obowiązują są jak najbardziej słuszne. W Szwecji, Norwegii, Danii, Finlandii normalne jest, że w urzędzie miasta lub gminy zawsze wisi tablica informująca o wszystkich wydatkach i przychodach urzędu. Każdy z tam wchodzących ma więc pełny wgląd w finanse miasta czy gminy.
Czy w Polsce też nie należałoby wprowadzić takiej zasady?. Mnie samego bardzo interesowałoby niesłychanie, komu i ile pieniędzy dali panowie: Kulczyk, Krauze et consortes. Jeden z Duńczyków studiujących w Polsce wprost nie umiał zrozumieć, że gdziekolwiek na świecie może brakować takiej transparentności wydatków urzędowych! Czy nie byłby to wspaniały oręż broniący przed korupcją? Mimo tej ichniej poprawności politycznej zakres wolności gospodarczej jest tam nieporównanie większy niż w Polsce: olbrzymia przewaga własności prywatnej, brak płacy minimalnej. Może dzięki temu kraje Północy na razie nie doznają kryzysu. Pewne pozytywy występują tam także i poza gospodarką. Gdy satanistyczna dzicz lżyła i maltretowała obrońców Krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przy biernej postawie policji i straży miejskiej, jedna z osób dzwoniących do Radia Maryja ze Sztokholmu stwierdziła, że tam podobna swołocz zostałaby rozpędzona na cztery wiatry przez policję, także konną! I to też jest wzór! Na żądanie ambasadora izraelskiego, by prasa szwedzka ,nie pisała o zbrodniach armii izraelskiej, szwedzkie MSZ odpowiedziało: u nas jest wolność słowa. Już sobie wyobrażam „naszego” Radzia S. w podobnej sytuacji! Poza tym narody skandynawskie umieją szanować same siebie. Istnieje tam duży opór przeciwko wprowadzeniu waluty euro – w Szwecji jej wprowadzenie popiera tylko 10 % społeczeństwa. Szwedzi z powodów ekologicznych sprzeciwiali się Nord Stream na dnie Bałtyku. My wówczas nie wykorzystaliśmy tej szansy. Inny dowód szacunku narodów skandynawskich dla samych siebie. U nich prawie każdy zna język angielski. Skandynawowie jednak każdemu cudzoziemcowi, który u nich pracuje finansują bezpłatny kurs nauki języka (norweskiego, szwedzkiego, duńskiego w zależności od kraju). Jednym słowem, jak mówi Pismo Święte: Badajcie wszystko, a co dobre zachowujcie. Jacek Łukasik

Lewacy dostają kopy od tych, których chcieli bronić

I znów Szwecja... Lewackie organizacje w Szwecji popierające tzw. multikulturalizm mocno angażują się w obronę wszystkiego, co uderza w podstawy zachodniej cywilizacji. W tym również w obronę praw mniejszości (na razie jeszcze mniejszości!) muzułmańskiej. Nie zawsze jednak wychodzi im to tak jakby chcieli.
Na filmie, który prezentujemy poniżej widać, że nie wszyscy islamiści potrzebują ich pomocy. Przedstawiciele szwedzkiej Antify, którzy pojawili się na wiecu islamistów, by wyrazić dla nich swoje poparcie, zostali z niego, delikatnie mówiąc, wykopani. Możemy być jednak pewni, że pewnie nie raz będą jeszcze wracać. W końcu nie na darmo wymyślono kiedyś określenie "syndrom sztokholmski"...

W Szwecji kompletnie już głupieją

W serwisie KAI możemy przeczytać taką oto informację: "W tegorocznych katalogach szwedzkiej sieci sklepów z zabawkami, będąca franczyzowym oddziałem międzynarodowego giganta Toys “R” Us, po raz pierwszy wdrożono w życie politycznie poprawne koncepcje nt. płci.
Aby uniknąć oskarżeń o narzucanie uprzedzeń i stereotypów, dziewczynka na zdjęciach mierzy z plastikowej broni, a chłopiec czesze lalkę. W sąsiedniej Norwegii czy Danii katalogi pokazują dzieci w tradycyjnych rolach: chłopcy bawią się samochodzikami i pistoletami, a dziewczynki lalkami. Zmiany w szwedzkich katalogach to konsekwencja upomnienia, jakie otrzymała sieć Top Toy kilka lat temu od krajowej agencji stojącej na straży przestrzegania praw chroniących przed stereotypizacją płci. Tym razem firma postanowiła „unowocześnić” swój wizerunek i przedstawić zabawki nie jako chłopięce czy dziewczęce, lecz jako zabawki dla dzieci – tłumaczy Jan Nyberg, dyrektor sprzedaży spółki. Szwedzka publikacja, w odróżnieniu od świątecznych katalogów reklamujących te same produkty na terenie Skandynawii czy Niemiec, oprócz dziewczynek bawiących się typowo chłopięcymi zabawki i chłopców bawiących się dziewczęcymi akcesoriami, zawiera też zdjęcie dziewczynki, która zamiast różowej koszulki nosi koszulkę błękitną. Zmiany tej dokonano zgodnie z instrukcjami, jakich dostarczyła sieci organizacja zajmująca się przestrzeganiem obowiązujących w Szwecji norm dotyczących ról płciowych. Na początku tego roku do oficjalnego języka w Szwecji wprowadzono zaimek „hen”, który ma oznaczać neutralność płciową. Nie znaczy on bowiem ani „on”(szwedz. han) ani „ona” (szwedz. hon). Przedstawiciele Kościoła katolickiego oraz liczni naukowcy wielokrotnie już podkreślali, że tzw. ideologia gender, według której płeć jest kwestią kulturową i można ją sobie wybierać lub zmieniać, oddziela osobę ludzką od jej ciała i od jej struktury antropologicznej. Jest to też coraz bardziej skuteczny sposób walki z rodziną na arenie międzynarodowej". Za KAI

W Szwecji obniżają podatki

Czy w dobie kryzysu można obniżać podatki? Okazuje się, że tak. Podczas gdy większość państw w podwyżkach podatków widzi ratunek dla własnych gospodarek Szwecja planuje je obniżyć. Ta decyzja, zdaniem rządu, zmniejszy wprawdzie wpływy do budżetu ale będzie zachętą dla inwestorów. Jak podaje portal Forsal.pl, Centroprawicowy rząd Fredrika Reinfeldta już po raz drugi obniża podatek CIT. Takie działania muszą budzić zdumienie wśród pozostałych państw europejskich, które myślą raczej o tym, co mogłyby jeszcze opodatkować. Tymczasem szwedzki minister finansów Anders Borg tłumaczył na niedawnej konferencji prasowej, podczas której przedstawiono projekt budżetu na 2013 rok, że gospodarka kraju ma się świetnie i rozwija się dynamicznie. Ponieważ finanse państwa są w bardzo dobrej kondycji i Szwecja może sobie pozwolić na „inwestowanie w przyszłość”. Podjęte kroki to reakcja na kryzys w strefie euro, którego skutki dały się odczuć w gospodarce. Wynika to stąd, że aż 70% eksportu trafia właśnie do krajów unii walutowej.
Podatek CIT zostanie obniżony z 26,5 do 22% i uplasuje się poniżej średniej unijnej i zdecydowanie niżej niż w takich państwach jak Niemcy czy Francja, gdzie wynosi on ponad 30%. To sprawi, że do budżetu trafi 16 mld. koron mniej, ale władze liczą, że dzięki temu wzrośnie liczba inwestycji. Być może CIT będzie w przyszłości jeszcze niższy, gdyż według Andersa Borga ten podatek niszczy gospodarkę jak żaden inny, zapowiada więc, że nie będzie to ostatnie słowo w tej sprawie. W związku z obniżką podatku w przyszłym roku deficyt wyniesie 0,6% PKB zamiast 0,3%. Dwa lata później ma się już jednak pojawić nadwyżka w wysokości 0,3%. Według rządowych prognoz w tym roku wzrost gospodarczy wyniesie 1,6% PKB, w przyszłym – 2,7% a w 2014 – 3,7%. To więcej niż prognozowała Komisja Europejska, według której tegoroczny wzrost szwedzkiej gospodarki wyniesie 0,3% a przyszłoroczny – 2,1%. W strefie euro wskaźniki w 2012 wyniosą natomiast -0,3% a w 2013 zaledwie 1%. Obniżka CIT to nie jedyny ukłon w stronę obywateli. Parę lat wcześniej obniżono najwyższą stawkę podatkową dla osób fizycznych do 55% a w 2007 roku zlikwidowano podatek od bogactwa dla osób posiadających majątek powyżej 1,5 mln. koron. Wprawdzie podatki nadal należą do jednych z najwyższych na świecie, ale to pokazuje, że władza doskonale rozumie, że obniżanie podatków to nie katastrofa dla budżetu ale świetny bodziec pobudzający gospodarkę. ISz

Klęska wpisana w koncepcję?

Jakoś wcale mnie nie dziwi, że orędownicy wspólnej waluty UE w propagandzie pomijają milczeniem fakt, że nie są pierwsi z pomysłem unii walutowej. A nie dziwi mnie to z prostej przyczyny – poprzednie projekty tego typu poniosły klęskę. Z wyjątkiem jednego, ale o tym na koniec.
Jednym z głównych argumentów zwolenników wprowadzenia wspólnej waluty było to, że zlikwiduje ona straty związane z różnicami kursowymi narodowych walut. Straty zarówno dla producentów, importerów, eksporterów jak i turystów. Logicznie rzecz biorąc w jednym przypadku można odnotować straty, w drugim zyski, co wynika z różnego stopnia rozwoju gospodarczego, systemu podatkowego itd. Ten zresztą argument podnoszony był przez eurosceptyków i znalazł potwierdzenie w rewelacjach polskiego rządu o świetnych wynikach naszej gospodarki w starciu z międzynarodowym kryzysem finansowym. W historii Europy XIX wieku, stuleciu rozumu i wykuwania nowych koncepcji ekonomicznych, trzykrotnie podjęte zostały próby stworzenia unii walutowej. W 1873 r. próbę stworzenia jednolitego systemu walutowego podjęły Dania i Szwecja, zaś w 1875 r. dołączyła do nich Norwegia, ciesząca się pełną autonomią wewnętrzną szwedzka prowincja. Będące w obiegu duńskie, szwedzkie i norweskie talary zastąpiła korona oparta o parytet złota (0,403g / koronę). Po dziesięciu latach od przystąpienia Norwegii do unii monetarnej Skandynawowie zaakceptowali również emitowane przez banki państw członkowskich banknoty. Nadmierna podaż duńskiego i norweskiego pieniądza kruszcowego po 1905 r. (odzyskanie niepodległości przez Danię i Norwegię), którego siła nabywcza siłą rzeczy spadała, wywołała popyt na szwedzkie banknoty wymieniane po kursie 1:1, które dzięki mniej „elastyczniej” polityce Królewskiego Banku Szwecji zachowywały swoją wartość. Tym samym Szwecja de facto łożyła na rozwój gospodarek Danii i Norwegii. Po wybuchu I wojny światowej Szwedzi zdecydowali o odejściu od parytetu kruszcowego i wymienialności koron na złoto, co równało się końcowi unii walutowej. Pierwowzorem dla skandynawskiego eksperymentu był pomysł, skądinąd Francuzów, z grudnia 1865 r. Zawiązana początkowo przez Francję, Belgię, Szwajcarię i Włochy unia, do których później dołączyła Grecja, opierała się na systemie bimetalicznym, tzn. srebra i złota. Państwa członkowskie zachowywały swoje waluty, które dzięki jednolitej zawartości kruszcu na ogół były wymieniane po kursie 1:1. Ustalenia zarazem wprowadzały kurs srebra do złota. Umowa nie dotyczyła banknotów. Z czasem parytet z frankiem francuskim ustanowiony został dla wenezuelskiego boliwara i dolara Duńskich Indii Wschodnich. Pierwsze problemy pojawiły się w czasie konfliktu pomiędzy Państwem Papieskim a Włochami, dążącymi do podporządkowania Watykanu. Za zgodą Francji papieski sekretarz stanu zaczął wybijać srebrne monety o zaniżonej próbie. W ślady papiestwa poszła Grecja, która jednak wzięła się za fałszowanie złotych monet, za co w 1908 r. została usunięta z unii. Formalnie tzw. unia łacińska przetrwała do 1927 r., ale zawieszenie parytetu kruszcowego (i masowy dodruk „makulatury”) po wybuchu I wojny światowej zmienił unię w papierową (nomen omen) fikcję. Niestety, historia pokazuje, że jedyną skuteczną formą unii walutowej w XIX – wiecznej Europie okazał się Zollverein, niemiecki związek celny. Na utworzony w 1815 r. Związek Niemiecki składało się 39 księstw, mających równe prawa. Dążące do dominacji Prusy początkowo forsowały unifikację gospodarczą poprzez ujednolicenie systemu miar i wag, stopniowo włączając w proces systemy monetarne. Powstały w 1834 r. związek celny spowodował, że w krótkim czasie większość mniejszych księstw elektorskich zrezygnowała z własnych walut i już w 1847 r. pruski Bank stał się bankiem centralnym przyszłej II Rzeszy. Jednocześnie proces politycznego zjednoczenia Niemiec, którego istotnym elementem była unifikacja systemu monetarnego, doprowadził do prusko – austriackiego konfliktu o hegemonię w związku, zakończonego bitwą pod Sadową w 1866 r. W rezultacie nastąpiła dominacja Prus pod wodzą kanclerza Otto von Bismarcka i utworzeno w 1871 r. Cesarstwo. Polacy z tamtych lat wspominają między innymi Hakatę, germanizację, Dzieci Wrześni i wóz Drzymały. Ciekawe, czy o tym myślał mieszkaniec „strefy zdekomunizowanej” przemawiając podczas pamiętnej konferencji w Berlinie? Michał Nawrocki