Category Archives: Węgry

Gospodarcze aspekty wizyty Putina w Budapeszcie

Idea konsolidacji Europy Środkowej w opozycji wobec rosyjskich wpływów jest utopią. W doskonałych stosunkach z Rosją są Węgry, a to oznacza, że Polska nie miałaby po swojej stronie niezbędnego, silnego regionalnego partnera.

Nad Dunajem Orban planuje drastyczne obniżenie VAT w budownictwie! A nad Wisłą?

Rząd Prawa i Sprawiedliwości często nawiązuje do stylu rządów Victora Orbana na Węgrzech. Orban stał się wręcz swoistym punktem odniesienia w kwestii stanowczości i oporu wobec Unii Europejskiej.

Węgry do międzynarodowych lichwiarzy: Dziękujemy za pomoc, więcej nie skorzystamy!

Prezes węgierskiego banku centralnego Gyorgy Matolcsy poinformował, że Węgry planują szybszą, niż zakładano, spłatę pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale to nie wszystko... Po tej spłacie zamierzają zamknąć przedstawicielstwo MFW w Budapeszcie.
Jak podaje portal forbes.pl, w liście do szefowej MFW, Christine Lagarde, Matolcsy podziękował za pomoc przekazaną Węgrom, gdy kraj znajdował się na skraju bankructwa. Poinformował także, że Węgry spłacą MFW ostatnią ratę (ok. 2,2 mld euro) przed końcem tego roku - zatem przed terminem, który upływa 31 marca 2014 roku. Szef banku centralnego zauważył przy tym, że po tej spłacie dalsze utrzymywanie przedstawicielstwa MFW w stolicy Węgier nie będzie konieczne. Największe pożyczki Węgry otrzymały od MFW za czasów rządów socjalistów. Przyznano im wówczas 20 mld euro. Gdy władzę przejął Victor Orban, zmieniło się nastawienie co do konieczności zaciągania dalszych zobowiązań. Orban nie odnowił umowy z MFW na kolejne pożyczki, natomiast wielokrotnie krytykował Fundusz za sposób w jaki podchodzi on do walki z kryzysem oraz za listę żądań stawianych potencjalnym dłużnikom. We wrześniu 2012 roku Orban mówił: "Lista żądań MFW jest długa i nie jest zgodna z interesami naszego narodu. Nie zamierzamy przeprowadzać głębokich cięć budżetowych, zwłaszcza w szkolnictwie, opiece zdrowotnej i transporcie publicznym. Nie będziemy zmniejszać zasiłków rodzinnych, podwyższać podatku dochodowego i podatku od nieruchomości, zmniejszać emerytur, zwiększać wieku emerytalnego. Nikt nie będzie nam dyktował, co i kiedy mamy prywatyzować". Orban dodał wówczas, że przyjęcie kolejnych pożyczek od MFW "uderzałoby w węgierskie społeczeństwo". P

Środkowoeuropejskie znaki zapytania

Wraz z rozwiązaniem Układu Warszawskiego w 1991 roku NATO uznało, że w Europie nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa Sojuszu i zaniechano opracowywania tzw. planów ewentualnościowych niezbędnych przy odpieraniu agresji. Federacja Rosyjska, prawny spadkobierca ZSRR, była traktowana jako partner, nieomal sojusznik NATO.
Rosja znalazła się w gronie państw objętych programem Partnerstwo dla Pokoju określającym szczególny rodzaj stosunków łączących państwa NATO z krajami aspirującymi do tego statusu, a także mechanizm współpracy tychże państw w zapewnieniu ładu, bezpieczeństwa oraz stabilizacji w Europie. Stworzono nawet specjalną płaszczyznę współpracy Radę NATO – Rosja dla konsultacji w kwestiach związanych z bezpieczeństwem i współpracą pomiędzy Sojuszem a Federacją Rosyjską. Stosunkowo dobre relacje NATO z Rosją zaczęły się pogarszać od objęcia władzy przez Władimira Putina (pierwszy raz na prezydenta został wybrany w 2000 roku). Niedźwiedź ostrzy pazury W kwietniu 2000 roku prezydent Putin zatwierdził nową doktrynę wojenną. Zabrakło w niej zapisanego w poprzedniej doktrynie stwierdzenia, że Rosja nie postrzega żadnego państwa jako wroga i nie zamierza wykorzystywać środków militarnych w relacjach z innymi państwami. W październiku 2003 roku ministerstwo obrony Rosji ogłosiło nową strategię rozwoju sił zbrojnych wskazując jako priorytet rozwój broni jądrowej z jednoczesnym przekształceniem sił konwencjonalnych w mobilną armię ekspedycyjną. Otwarcie poinformowano, że Rosja będzie w stanie użyć tej armii przeciwko sąsiadom. Osłonę działaniom własnych sił konwencjonalnych w strategicznym wymiarze miałaby wówczas zapewnić broń jądrowa. W 2006 roku w Rosji ustanowiono państwowy program zakupów uzbrojenia, w ramach którego zaplanowano wydanie do 2015 roku ogromnej kwoty 182 mld dolarów. Ten program mimo ujawniającego się w 2009 roku kryzysu w gospodarce jest realizowany, a produkcja uzbrojenia ustawicznie rośnie. W 2010 roku w eksporcie uzbrojenia Rosja zajęła drugie miejsce w świecie – po USA, przed Niemcami. W 2007 roku Rosja zawiesiła wykonywanie Traktatu o konwencjonalnych siłach w Europie (np. nie zaprasza przedstawicieli obcych armii na przeprowadzane ćwiczenia wojskowe). W sierpniu 2008 roku wybuchła wojna gruzińsko-rosyjska. Okazało się, że władze Rosji są w stanie użyć wojska do napaści na kraj będący w bardzo dobrych relacjach z USA i aspirujący do członkostwa w NATO. Politycy na Kremlu twierdzili, że interweniowali zbrojnie ponieważ obywatele gruzińskiej Osetii mają rosyjskie paszporty. W maju 2009 roku ówczesny prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew zaakceptował nową strategię bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku. Wśród zagrożeń dla bezpieczeństwa Rosji na pierwszym miejscu wymieniono Sojuszu Północnoatlantycki. W lutym 2010 roku Miedwiediew podpisał nową doktrynę wojenną, która przewiduje prawo do użycia broni jądrowej przez Rosję w odpowiedzi na atak nuklearny na jej terytorium lub terytorium jej sojuszników, a także w przypadku wykorzystania broni konwencjonalnej w sposób „zagrażający istnieniu państwa”. Wraz z doktryną Miedwiediew podpisał „Podstawy polityki państwowej w sferze odstraszania nuklearnego do 2020 roku”. Jest to dokument precyzujący zasady użycia broni nuklearnej, ale niestety – niejawny We wrześniu 2012 roku minister obrony Rosji zapowiedział uruchomienie nowego programu zbrojeń opiewającego wydanie do 2020 r. nie mniej niż 710 mld dolarów. Porównując parytet siły nabywczej należy stwierdzić, że kwota ta odpowiada ponad 2 bilionom dolarów wydanych na Zachodzie. Planowane nakłady mają zagwarantować armii rosyjskiej drugą – po amerykańskiej – pozycję w świecie. Takie ambicje militarne wykazuje mocarstwo zajmujące w świecie pod względem wielkości PKB dopiero 10 pozycję. Zgodnie z zaleceniami prezydenta Putina  w ciągu najbliższych dziesięciu lat armia rosyjska ma otrzymać 400 rakiet międzykontynentalnych i 8 strategicznych okrętów podwodnych z rakietami dalekiego zasięgu. Siły konwencjonalne będą zasilone czołgami (2,3 tys.) i  działami samobieżnymi (około 2 tys.). Lotnictwo otrzyma ponad 600 samolotów i 1000 śmigłowców, a flota 50 okrętów uderzeniowych i 20 wielozadaniowych okrętów podwodnych. Na uzbrojenie armii wejdą nowe systemy obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej oraz różnorodne środki transportu. W wojskach lądowych ma być 85 w pełni skompletowanych brygad zdolnych do prowadzenia ofensywnych akcji bojowych poza granicami Rosji. Według Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod względem wydatków na wojsko Rosja z 61 mld USD w 2009 roku plasowała się na czwartym miejscu w świecie, za USA, Chinami, Wielką Brytanią i Francją. Rosja wydawała 3,5 proc PKB; gdy Chińczycy, Anglicy i Francuzi po 2 proc. PKB (Polska – 1,95 proc. PKB Uwaga: Rosja wydaje więcej od Polski na wojsko nie tylko kwotowo, ale także procentowo!). Kryzys w gospodarce światowej sprawia, że państwa poszukują oszczędności i zmniejszają wydatki na obronność. W dziesiątce państw wydających najwięcej na wojsko  zmniejszone budżety obronne wykazują USA, Wielka Brytania, Francja, natomiast tendencje odwrotną – wzrostową ujawnia Rosja, awansująca dzięki temu ostatnio w zbrojeniowym rankingu na trzecie miejsce w świecie. Udawana słabość? Mimo forsownych zbrojeń i głębokiej reformy armii co pewien czas na łamy gazet, do przekazu medialnego trafiają opinie o słabości rosyjskiej armii. „Rosji nie stać na silną armię” – uspokajała Polaków „Gazeta Wyborcza”. „Rosyjska armia nie pokonałaby nawet Polski” – no proszę, nawet Polski nie pokonałaby – to znowu GW. To nie są opinie polskie. Wygłaszają je na potrzeby polskich mediów rosyjscy „niezależni” podobno eksperci wojskowi. Nikogo przy tym nie dziwi, że w państwie będącym na bakier z demokracją, w którym rządzą byli oficerowie, z płk KGB Putinem na czele, a resorty siłowe są poza wszelką krytyką rosyjscy eksperci mogą do woli ganić kierownictwo resortu obrony i bez żadnych konsekwencji ujawniać katastrofalny rzekomo stan rosyjskiej armii. Żyjący około V wieku p.n.e. chiński  myśliciel i dowódca wojskowy  Sun Tzu napisał zwięzły traktat „Sztuka wojny”. Pisał w nim: „Sprawiam, że przeciwnik postrzega moją silę jako słabość, a moją słabość traktuje jako potencjał mojej siły. Ja zaś powoduję, że jego siła przechodzi w słabość i oczekuję na odpowiedni moment do ataku.” Rosyjscy politycy i wojskowi znają pracę Sun Tzu. Czy rozsiewane opinie o słabości rosyjskiej armii to działanie celowe? Ma ono przekonać Europę i Polskę, że Rosji nie powinno się bać? Znawca rosyjskiej armii Andrzej Wilk ocenia: „W latach 2009–2010 pod szyldem nowego oblicza armii rosyjskiej nastąpiła kardynalna przebudowa struktur organizacyjnych Sił Zbrojnych FR. Rosja zrezygnowała z sowieckiego modelu armii, adaptując rozwiązania przyjęte po zakończeniu zimnej wojny w państwach zachodnich. Od początku priorytetowo traktowane były przez Moskwę zmiany w europejskiej części FR, w pierwszym rzędzie na zachodnim – z rosyjskiego punktu widzenia – kierunku strategicznym. Zachodni Okręg Wojskowy nie stanowi prostej sumy jednostek, które weszły w jego skład po likwidacji Leningradzkiego i Moskiewskiego okręgów wojskowych. Zmiany strukturalno-organizacyjne w połączeniu z postępami modernizacji technicznej sprawiły, że jego potencjał znacząco się zwiększył. Szczególnemu wzmocnieniu pod względem ilościowym i jakościowym uległy flankowe rejony północno-zachodniej części FR, graniczące z państwami UE. Potwierdza to, że Rosja dąży do zniwelowania przewagi ilościowej i technologicznej państw NATO na zachodnim kierunku strategicznym, a także do utrzymania militarnej dominacji w Europie Wschodniej.” Co na to NATO? W październiku 2008 r. wywiadzie dla agencji Reuters dowódca sił NATO w Europie gen. John Craddock mówił: „Przez lata zakładaliśmy, że żaden kraj – członek sojuszu czy Partnerstwa dla Pokoju – nie ma powodu do obaw o suwerenność własnego terytorium. Myślę, że w obliczu wydarzeń sierpniowych nastąpiła tu zmiana.” Przypomniał, że Sojusz nie ma planów ewentualnościowych, a po rosyjskiej inwazji na Gruzję należy rozważyć przygotowanie planów postępowania w razie ataku na kraje bałtyckie lub Polskę. Kiedy w grudniu 2010 r. portal internetowy Wikileaks ujawnił informację o przygotowanych przez NATO planach obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przedstawiciel Rosji w NATO Dymitryj Rogozin domagał się, aby plan ten został anulowany bowiem jest wyraźnie wymierzony przeciwko jego krajowi i dodawał: „Przeciwko komu innemu taka obrona miałaby być wymierzona? Przeciwko Szwecji, Finlandii, Grenlandii, Islandii, przeciwko niedźwiedziom polarnym, czy przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi?” Rosjanin protestował w związku z porozumieniem zawartym podczas szczytu NATO w Lizbonie w 2010 r., gdzie państwa członkowskie formalnie zaakceptowały opracowane plany ewentualnej obrony w razie agresji na członka NATO. W 2011 roku prasa informowała, że natowski plan obrony Europy Środkowej ma wykonać dziewięć dywizji, w tym cztery polskie oraz brytyjskie, niemieckie i amerykańskie.  Port w Świnoujściu przebudowany zgodnie z natowskim standardami miałyby przyjmować duże jednostki desantowe z wojskiem i transportowce przypływające z zaopatrzeniem dla natowskiej armii. Oczywiście jeśli rosyjska rura gazowa Nordstrim położona na podejściu do polskiego portu wojennego nie zablokowałaby dostępu wielkim okrętom transportowym. Tak czy inaczej wydawało się, że można odetchnąć – NATO będzie Polski bronić. Żywot tej informacji okazał się bardzo krótki. Dziś bowiem trudno byłoby znaleźć w w Europie potrzebne dziewięć natowskich dywizji. MON dokładnie 1 września 2011 r. rozformował znajdującą się w Legionowie pod Warszawą 1. dywizję. Pozostałe trzy też czeka podobny los. Nie wydaje się, aby przy obecnym stanie uzbrojenia i rezerw udało się stworzyć z obecnej armii „zawodowej” pełnowartościowy ekwiwalent bojowy czterech dywizji. Trudno też będzie uzyskać wsparcie ze strony niemieckiej; Bundeswehra ma być zredukowana do 185 tys. żołnierzy, z czego w wojskach lądowych będzie około 60 tys. żołnierzy więc trudno liczyć na wsparcie kilku niemieckich dywizji. Brytyjczycy mają dwie dywizje i kilka samodzielnych brygad więc mogą nałożone zadanie wykonać, ale Amerykanie w razie potrzeby musieliby swoje dywizje sprowadzać zza oceanu. Zapewne dlatego George Friedman ostrzega, że Polska chcąc liczyć na pomoc Amerykanów będzie musiała samotnie wytrwać w obronie przez 3 miesiące. Bezsilni sąsiedzi Fatalnie przedstawia się stan sił zbrojnych sąsiadów Polski, którzy wraz z Polakami powinni uczestniczyć w obronie regionu. W ramach grupy wyszehradzkiej Polska współpracuje z Czechami, Słowacją i Węgrami. Wszystkie te kraje dysponują małymi potencjałami obronnymi, a ich siły zbrojne są zdolne tylko przy wsparciu sojuszników do krótkotrwałej obrony swoich krajów – armia słowacka nie ma nawet takiej zdolności. Armie wspomnianych państw dysponują uzbrojeniem pochodzącym z lat 80. ubiegłego wieku (wyjątek stanowi wypożyczone w Szwecji przez Czechów i Węgrów 28 samolotów JAS39 Gripen).  Do tego sprzęt jest w fatalnym stanie, np. Węgrzy mają zaledwie 14 czołgów T-72, a Słowacy tylko cztery sprawne Migi 29. Poważna modernizacja uzbrojenia jest niemożliwa bowiem państwa te przeznaczają zaledwie po jednym procencie PKB na obronę, z czego ponad 80 proc. środków pochłaniają wydatki bieżące. Żołnierze nie odbywają szkoleń, a piloci ćwiczą na trenażerach na ziemi. We wszystkich tych państwach, podobnie jak w Polsce, zrezygnowano z poboru i utworzono armie zawodowe. Szef sztabu generalnego armii austriackiej sprzeciwił się planom utworzenia zawodowej armii podkreślając, że rozwiązanie to doprowadzi do znacznego ograniczenia jej liczebności, ale także obniży jakość wojska. Generał powoływał się na przykłady z Węgier i Słowacji. Zapewne dlatego w przeprowadzonym w końcu stycznia 2013 r. referendum, w sprawie przekształcenia austriackich sił zbrojnych w wojsko zawodowe wygrali zwolennicy utrzymania zasadniczej służby wojskowej. Stanowili prawie 60 proc. głosujących. Nie lepiej wygląda północne skrzydło potencjalnej obrony. Nie tylko dlatego, że państwa nadbałtyckie są dużo słabsze od południowych sąsiadów Polski. Litwa na obronę wydaje około 0,8 proc PKB (350 mln dolarów w 2011 r.). Posiada malutką armię zawodową bez zdolności mobilizowania większych sił. Wojsko jest słabo wyposażone. Trzon wojsk lądowych stanowi jedna brygada piechoty. Siły zbrojne Litwy nie mają możliwości samodzielnej obrony kraju. Potrzebne będzie wsparcie sojusznicze, zdaje się Polski. Litwa ma natomiast formacje ochotnicze przygotowane do działań partyzanckich w razie okupowania kraju przez najeźdźcę. Podobnie wyglądają siły zbrojne Łotwy. Wojsko zawodowe słabo wyposażone i budżet obronny wynoszący 1 proc. PKB. Trzonem armii jest jedna brygada piechoty bez ciężkiego uzbrojenia. Także na Łotwie istnieją siły zdolne do prowadzenia działań partyzanckich w obronie kraju. Litwa, Łotwa i Estonia nie mają lotnictwa bojowego. Mimo to na tle Litwy i Łotwy Estonia wyróżnia się korzystnie. Estończycy wydają więcej na obronę – 1,8 proc. PKB. Mimo przekształcenia armii w wojsko zawodowe zachowali pobór i dbają o szkolenie rezerw, co zapewnia stosunkowo duże możliwości mobilizacyjne. Położono nacisk na przygotowanie terytorium kraju do obrony i zaplanowano uzbrojenie armii, także w sprzęt ciężki (czołgi) z możliwością wystawienia w razie wojny czterech brygad piechoty. Rozwijane są formacje ochotnicze przeznaczone do działań partyzanckich. Estonia poza członkostwem w NATO podpisała też sojusz wojskowy ze Szwecją. Jednak Estonia jest w gronie trzech państw nadbałtyckich najmniejsza (1,3 mln ludności, PKB 22,2 mld USD) więc nie może zrównoważyć niedomagań obronnych Litwy i Łotwy. Będzie „Pribałtyka”? Położenie geostrategiczne Litwy, Łotwy i Estonii wskazuje, że mają one nikłe szanse skutecznego przeciwstawienia się ewentualnym naciskom militarnym Rosji. Prezydent Putin przedstawiając plany modernizacji sił zbrojnych odniósł się do państw nadbałtyckich właśnie. Powiedział: „Będziemy bardzo stanowczo dążyć do tego, aby władze Łotwy i Estonii zrealizowały liczne zalecenia prestiżowych organizacji międzynarodowych dotyczące przestrzegania powszechnie uznanych praw przysługujących mniejszościom narodowym”.  Stanowisko Rosji wyłożył otwarcie ściśle związany z Kremlem ideolog rosyjskiego neoimperializmu i profesor Moskiewskiego Uniwersytetu Aleksander Dugin w wywiadzie dla litewskiego – nomen omen  – portalu (listopad 2010 r.). Dugin wyjaśniał: „Rosja uważa je (Łotwę, Estonie – RSz.) za swoich wrogów, nie czyniąc między nimi znaczącej różnicy. Jest to ogólne podejście establishmentu rządzącego, nawet liberalnego… Rosja już czeka na globalne zmiany w układzie geopolitycznym. Na przykład jeśli coś stanie się z USA, to ponownie będziemy okupować te kraje. W ten czy inny sposób, łagodniejszy czy bardziej surowy… A instrument do wywołania jakiejś poważnej sytuacji w Łotwie czy Estonii mamy, zresztą już kilka razy stosowany”. Portal „Głos Rosji” w końcu grudnia 2012 roku cytowała premiera Miedwiediewa: „Rosja nie zamierza z nikim walczyć mimo wzrostu wydatków na wojsko. Wzrosły one w związku z koniecznością zapewnienia krajowi bezpieczeństwa, a nie dlatego, że kraj przygotowuje się do wojny.” Przy tym przyznał, że skala wydatków na wojsko może być porównywana tylko z tą, jaka miała miejsce w trakcie II wojny światowej. Uważa się, że jedną z oznak przygotowań do wojny jest skokowy wzrost wydatków na zbrojenia. Agencja RIA Nowosti ostatnio informowała, że w latach 2013-2015 budżet resortu obrony Federacji Rosyjskiej wzrośnie o 60 procent! Romuald Szeremietiew

Czy Viktor Orbán gra na wyrzucenie z Unii?

Warto obserwować rozwój sytuacji na Węgrzech. To co ostatnio zrobił tam premier Viktor Orbán w dużej mierze zasługuje na uznanie. Tym bardziej, że - póki co - nic nie wskazuje na to, by - mimo silnej międzynarodowej presji - miał się ze swoich decyzji wycofać.
Warto przyglądać się rozwojowi sytuacji w Budapeszcie jeszcze z innego powodu. Kto wie, czy nie jest to test na to, na ile można być suwerennym w obszarze Unii Europejskiej. Dokonana kilka dni temu nowelizacja węgierskiej konstytucji spowodowała ostre protesty ze strony unijnych kacyków oraz - jak podawano - administracji USA. Zmiany uderzają ponoć w demokrację. Jeśli zamachem na demokrację ma być jednoznaczne sprecyzowanie w konstytucji, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety, to znak, że taką demokrację trzeba kopnąć w d...pę. I im szybciej się to stanie tym lepiej. 13 marca 2013 roku szefowie grup politycznych Parlamentu Europejskiego zapowiedzieli wszczęcie dochodzenia w sprawie zmian wprowadzonych do konstytucji węgierskiej. Zwrócili się w tej sprawie do przedstawicieli Rady i Komisji Europejskiej. Zdaniem tych śmiesznych gremiów zmiany jakie mają miejsce na Węgrzech "są jawnym zamachem na zasady i pryncypia, którymi kieruje się Unia Europejska". Według tych pajaców, Węgry muszą ponieść za swoje decyzje surowe konsekwencje. Warto zatem obserwować, co się będzie działo. Czy gremia unijne rzeczywiście będą zdolne do podjęcia działań, które zmuszą Orbána do wycofania się ze zmian? Czy zapadnie decyzja o zakręceniu kurka z forsą? Czy może wyślą na Węgry "bratnią pomoc", wcielając w życie unijną "doktrynę Breżniewa"? I na koniec jeszcze jedna kwestia... Czy Victor Orbán nie robi aby tego, co robi z pełną premedytacją, chcąc doprowadzić unijnych kacyków do ostateczności po to, by pokazać, że są to tak naprawde impotenci niezdolni do rzeczywistych działań? A może Orbán świadomie stawia sprawę na ostrzu noża po to, by doprowadzić do wyrzucenia Węgier z Unii Europejskiej? No bo jak lewactwo będzie mogło tolerować w swoich szeregach "faszystę"? Być może jedyną decyzją na jaką będzie tych impotentów stać będzie właśnie wyrzucenie naszych bratanków z Unii... Paweł Sztąberek

Ruszył marsz bezrobotnych na Budapeszt

Na Węgrzech wrze. Na Budapeszt ruszył marsz bezrobotnych. Przed laty, w Rumunii miał miejsce marsz górników na Bukareszt, jednak nie przyniósł on jakichś większych wstrząsów. Jak będzie z węgierskim marszem?
Jak informuje serwis Money.pl, marsz wyruszył w sobotę z miasta Nyiregyhaza na północnym wschodzie Węgier. Dołączają do niego ludzie z miast przez które prowadzi droga marszu na Budapeszt. Protestujący zamierzają domagać się w stolicy kraju, by rząd wypowiedział bardziej zdecydowaną walkę z bezrobociem oraz zwiększył wysokość zasiłków. Organizatorem marszu są związki zawodowe. Politycy rządu Viktora Orbana oskarżają lewicę, że manipuluje nastrojami społecznymi zarzucając jej jednocześnie, że ubóstwo występowało na Węgrzech już w czasach jej rządów. Protestujący bezrobotni zamierzają dotrzeć do Budapesztu na 11 lutego, na inaugurację wiosennej sesji parlamentu. Sytuacja pokazuje kolejny idiotyzm demokracji... Nieważne, że obecna sytuacja to konsekwencja wieloletnich zaniedbań w reformowaniu kraju i to w okresie, kiedy Viktora Orbana nie było u władzy. Wystarczy podkręcenie nastrojów, odpowiednia manipulacja i nagle okazuje się, że to jego rząd jest wszystkim winien. Brukselskie kacyki pewnie zacierają ręce, gdyż Orban nie należy do ich ulubieńców. Pytanie, kiedy ruszy marsz na Brukselę, by przepędzić stamtąd te biurokratyczną hołotę? P.

Viktor Orban – opowieść o człowieku, który nie ma nic wspólnego z Kaczyńskim

W najnowszej książce Igora Janke „ Napastnik. Opowieść o Viktorze Orbánie” większość recenzentów zainteresowało się tym czy sukces Fideszu na Węgrzech uda się PiS powtórzyć w Polsce. Z bardzo sprawnie napisanej pracy Jankego wynika że nie. PiS nie robi nic z tego co pozwoliło Fideszowi na sukces.
Fidesz jest partią z 20 letnim dorobkiem. Powołała go do życia młoda węgierska inteligencja. Jego matecznikiem było środowisko studentów. PiS powstał dekadę później. Powołali go do życia przegrani starsi politycy wyciągnięci z niebytu politycznego przez Buzka. Zdecydowanie matecznikiem PiS nie była młoda inteligencja. Viktor Orban przywódca Fideszu urodził się w bardzo biednej wiejskiej rodzinie. Sam musiał zdobyć swoją pozycje. Życie braci Kaczyńskich jak na warunki PRL było dostatnie. Kaczyńscy zajmowali wysoką pozycje społeczną, mieszkali w prestiżowej dzielnicy stolicy, przyjaźnili się z osobami wpływowymi. Pomimo sukcesu Orban nie wyobcował się ze społeczeństwa. Ma żonę, pięcioro dzieci, mieszka w swojej rodzinnej miejscowości, przyjaźni się i spędza czas z kolegami z podwórka, podziela masową fascynację piłką nożną. Zupełnie innym, pozbawionym zwyczajnych relacji społecznych, człowiekiem zdaje się być przywódca PiS. Kiedy sypał się komunizm na Węgrzech, Orban robił wiele by integrować grupy opozycyjne w walce z postkomunizmem. W Polsce w latach dziewięćdziesiątych Kaczyńscy wraz z innymi politykami pełniącymi obowiązki prawicowców skupiali się na walce o dominacje w swoim środowisku. Skutkiem braku porozumienia był powrót do władzy w Polsce postkomunistów. Klęska doprowadziła też do likwidacji ówczesnej partii Kaczyńskich. W tym samym 1993 roku kiedy wyborcy wyrzucili Kaczyńskich na śmietnik polityczny, i Fidesz poniósł spektakularną klęskę. Partia Orbana pozostała w parlamentarnej opozycji. Fidesz zrobił coś co było i jest obce środowisku PIS, rozpoczął integracje opozycji. Orban chętnie korzystał z wiedzy ekspertów, stworzył opozycyjny ośrodek analityczny który przez kilka lat tworzył program dla Fideszu. Wszystko to pozwoliło Fideszowi na przejecie władzy. Partia Orbana była doskonale przygotowana do realizacji swojego programu. Fidesz stworzył rząd koalicyjny z dwoma innymi partiami. Inaczej niż PIS Fideszowi nie znudziło się rządzenie, partia Orbana nie oddała władzy przed terminem swoim przeciwnikom, nie traktowała z pogardą swoich koalicjantów. Niestety w 2002 roku Fidesz nie zdobył poparcia by kontynuować swoje rządy. Władzę przejęła koalicja postkomunistów i liberałów – często Żydów, którzy chcieli zdominować opozycję. W III RP po przegranych wyborach Kaczyński zamknął się w oblężonej twierdzy, nie robił nic by powiększyć poparcie PIS. PIS nie wykorzystał nawet fermentu społecznego po katastrofie smoleńskiej. Liczni Polacy wstrząśnięci katastrofą zastali zamknięte drzwi do PIS. Wszelką niezależną aktywność pacyfikowali działacze PIS widzący w nowych ludziach nie sojuszników ale konkurentów do ograniczonych zasobów wiążących się posadami. Zwolennikom PiS partia Kaczyńskiego przewidziała role mięsa armatniego, a nie towarzyszy broni. Natomiast klęska Fidesz w 2002 zmobilizowała Orbana do zmiany Fideszu, z partii kadrowej w partię masową, zakorzeniona społecznie partii. Orban wezwał Węgrów do tworzenia organizacji społecznych, i zapewnił tym niezależnym organizacjom wsparcie logistyczne. Na wezwanie Orbana odpowiedziały setki tysięcy Węgrów. Eksplodowała energia społeczna. Po dwu latach działalności Orban zaprosił działaczy tych organizacji do swojej partii. Dotychczasowi działacze Fideszu stali się w partii nieliczną mniejszością. Fidesz nieustannie angażował wyborców w swoje działania. Był w nieustannym kontakcie z elektoratem. Partia rozrosła się z 5.000 do 40.000. Osiem lat ciężkiej pracy przyniosło w 2010 pełne zwycięstwo Fideszowi. Fidesz przeprowadził natychmiastowe i radykalne reformy. Obniżył podatki, PIT do 16%, CIT dla węgierskich przedsiębiorstw do 10%, ograniczył biurokrację. W Polsce PiS nie poszedł drogą Fideszu. Partia Kaczyńskiego całkowicie odcięła się od ludzi. W Warszawie gdzie PIS ma posłów i pewnie kilkuset radnych, nikt nie słyszał by politycy PIS utrzymywali kontakt z wyborcami. Normą jest to, że nikt z wyborców PiS nie ma pojęcia, kto jest jego reprezentantem. Tematem, który zdominował narrację PiS jest kwestia katastrofy smoleńskiej. Nic innego się dla PiS nie liczy. W tym i realne problemy Polaków. Program realizowany przez Fidesz, obniżki podatków i likwidacja biurokracji, nie znalazły uznania partii Kaczyńskiego. Jan Bodakowski

Stanisław Michalkiewicz: Czy można pokonać bezpieczniackie watahy?

21 września 2012 roku Stanisław Michalkiewicz gościł w Piotrkowie Trybunalskim, w auli I Liceum Ogólnokształcącego im. Bolesława Chrobrego. Tematyka spotkania była różnorodna, nie zabrakło m.in. odniesień do aktualnej sytuacji w Polsce i na świecie. Będziemy Państwu sukcesywnie prezentować fragmenty zapisu wideo z tego spotkania. Dziś o tym, czy można pokonać bezpieczniackie watahy i dlaczego na Węgrzech bezpieka stanęła przy narodzie? Wkrótce m.in. o sporze Balcerowicz - Rostowski.

Unia Europejska – banda rozbójników?

Ile razy słyszeliśmy, że demokracja jest wartością nadrzędną i że nie istnieją żadne zasady ważniejsze niż konstytucja i prawo państwowe? We Włoszech słyszeliśmy to wielokrotnie 29 stycznia 2012 roku, w związku ze śmiercią byłego prezydenta republiki Oscara Luigiego Scalfaro, o którym mówiono, że był zawsze wierny prymatowi konstytucji. W wywiadzie udzielonym Vittorio Messoriemu Scalfaro bronił podpisów złożonych w 1978 roku pod ustawą dopuszczającą aborcję. Podpisał się pod nią przewodniczący Izby Deputowanych Giovanni Leone, premier Giulio Andreotti i odpowiedni ministrowie - wszyscy należący do Chrześcijańskiej Demokracji. Utrzymywali oni, że "nie mogli zrobić nic innego, jak podpisać tę ustawę", ponieważ w demokracji przestrzeganie prawa jest "powinnością" ("Śledztwo na temat chrześcijaństwa", SEI, Turyn, 1987, s. 218).
Takie pojmowanie prawa, którego najwybitniejszym teoretykiem był w XX wieku austriacki prawnik Hans Kelsen (1881-1973), legitymizuje porządek legislacyjny jedynie "wydajnością prawną" danej normy bądź praktyką jego stosowania. Koncepcja ta neguje istnienie metafizycznego porządku wartości, który przekracza prawo pozytywne stanowione przez ludzi. Benedykt XVI jednak w swoim orędziu wygłoszonym w niemieckim parlamencie 22 września 2011 roku skrytykował wprost pozytywizm prawny Kelsena, wskazując, że z tej właśnie koncepcji wyrósł narodowy socjalizm. Nadrzędne wobec systemu prawnego stworzonego przez człowieka jest prawdziwe prawo będące prawem naturalnym, zapisane - jak mówi święty Paweł (Rz 2, 14) - w ludzkim sercu i sumieniu. "Tam, gdzie panuje wyłącznie rozum pozytywistyczny - a tak jest w znacznym stopniu w przypadku naszej świadomości publicznej - stwierdził Ojciec Święty - klasyczne źródła poznania etosu i prawa są wyłączone "z gry". Jest to sytuacja dramatyczna, która interesuje wszystkich i która wymaga dyskusji publicznej". Benedykt XVI przypomniał zatem zdanie św. Augustyna: "Czymże są więc wyzute ze sprawiedliwości państwa, jeśli nie wielkimi bandami rozbójników?". Tak się zdarza i taka tragiczna sytuacja miała miejsce w XX wieku, kiedy oddzielono, a następnie przeciwstawiono siłę normy prawnej prawu Boskiemu i naturalnemu. W tym wypadku państwo stało się instrumentem destrukcji prawa. W Unii Europejskiej, podobnie jak w innych wielkich instytucjach międzynarodowych, nadrzędnym źródłem prawa jest norma produkowana przez prawodawcę. Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, w oparciu o tę zasadę, prawodawcy ustanawiają subiektywne "nowe prawa", takie jak legalizacja aborcji czy układów homoseksualnych, zastępując nimi tradycyjne prawa człowieka zakorzenione w niezmiennym i obiektywnym prawie naturalnym. Co się jednak dzieje, kiedy suwerenny naród poprzez swoich prawodawców ustanawia normy stojące w sprzeczności nie z prawem naturalnym, ale z wolą innych osób wytwarzających normy? Taka sytuacja miała miejsce 1 stycznia 2012 roku, kiedy to weszła w życie nowa konstytucja węgierska, zatwierdzona większością 2/3 głosów przez Zgromadzenie Narodowe 18 kwietnia 2011 roku i podpisana 25. dnia tego samego miesiąca przez prezydenta republiki Pala Schmitta. Logika wskazywałaby na to, że Unia Europejska powinna podejść z szacunkiem do norm ustanowionych i chcianych przez przeważającą większość narodu węgierskiego. Tymczasem jednak Unia ogłosiła wszczęcie procedury karnej wobec władz w Budapeszcie z powodu "autorytarnych" kroków, jakie podjął rząd Viktora Orbána przy wprowadzaniu w życie nowej konstytucji. "Nie chcemy - zadeklarował przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso - żeby cień wątpliwości naruszył szacunek dla wartości i demokratycznych praw w jakimkolwiek kraju Unii Europejskiej". Oficjalnie punktami zapalnymi nowej konstytucji węgierskiej stały się następujące sprawy: ograniczenie autonomii banku centralnego, obniżenie wieku emerytalnego sędziów oraz ograniczenie niezależności urzędu ds. ochrony danych osobowych. Inne zagadnienia były w rzeczywistości zwykłymi oskarżeniami. Ksiądz biskup János Székely, biskup pomocniczy diecezji Esztergom-Budapeszt, w wywiadzie dla Radia Watykańskiego 14 stycznia br. powiedział, że ataki Brukseli i sporej części europejskiej opinii publicznej były spowodowane tym, że rząd węgierski postanowił zagwarantować w nowej ustawie zasadniczej kraju zasadę obrony życia, małżeństwa i rodziny. Rzeczywiście, nowa konstytucja uznaje rodzinę za "bazę konieczną do przetrwania narodu", deklarując, że "Węgry będą chronić instytucję małżeństwa rozumianego jako związek małżeński mężczyzny i kobiety", oraz obiecuje, że "życie ludzkie będzie chronione od momentu poczęcia". Ten ostatni zapis, mimo iż nie odnosi się bezpośrednio do problemu legalizacji aborcji, otwiera możliwości do wymuszenia dyscypliny odnośnie do tego zagadnienia poprzez odwołanie się do prawa zapisanego w ustawie zasadniczej. Ponadto konstytucję otwiera wezwanie do Boga, a węgierski herb narodowy przywołuje Świętą Koronę i Świętego Stefana, historyczne symbole węgierskiego dziedzictwa chrześcijańskiego. W Węgry wymierzono środki wielorakiego rodzaju. Po pierwsze - są to sankcje ekonomiczne, egzekwowane poprzez dyktat Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz poprzez presję agencji ratingowych. Na Węgrzech dług publiczny pozostał na poziomie 75 proc. produktu krajowego brutto, a wskaźnik bezrobocia nie przekracza 11 procent. Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmawiają udzielania Węgrom pożyczek, a agencje takie jak Fitch, Standard & Poor´s czy Moody´s Investors Service obniżyły Węgrom rating z kategorii "poziomu inwestycyjnego" do kategorii "junk", czyli - inaczej mówiąc - "śmieciowej". W konsekwencji w styczniu różnica w rentowności obligacji węgierskich i niemieckich wyniosła aż 8,5 proc., wartość forinta spadła, a próby rządu, aby wprowadzić na rynek europejski obligacje państwowe, nie powiodły się. Do szantażu ekonomicznego doszły także groźby prawne. Parlament Europejski, na czele którego stoi obecnie socjalista Martin Schulz, słynny ze swojego nieumiarkowania, zdecydował wystąpić do Komisji Europejskiej o ukaranie przed sądem europejskim konstytucji i praw wprowadzonych przez rząd Orbána jako sprzecznych z traktatami europejskimi - aż do uruchomienia procedury przewidzianej w artykule 7 traktatu lizbońskiego, odbierającej prawo głosu rządom nierespektującym fundamentalnych zasad UE. Wszystkim tym działaniom towarzyszy także agresywna kampania medialna oczerniająca Węgry na arenie międzynarodowej i manifestacje organizowane przez partie lewicowe i wspierane przez międzynarodowe organizacje pozarządowe, przez Instytut Eötvös oraz przez spekulanta finansowego węgierskiego pochodzenia - George´a Sorosa. Parafrazując świętego Augustyna i Benedykta XVI, można zapytać: Jeśli naruszy się prawo naturalne, co będzie odróżniać Unię Europejską od wielkiej bandy rozbójników? Roberto de Mattei tłum. Agnieszka Żurek Artykuł ukazał się w Naszym Dzienniku z 18-19 lutego 2012

W oczekiwaniu na Budapeszt w Warszawie

Mimo kolejnych porażek wyborczych Prawa i Sprawiedliwości, partią tą nadal dowodzi Jarosław Kaczyński. Mimo wielu przeciwności nadal są najważniejszym ugrupowaniem opozycyjnym w polskim parlamencie. PiS od dłuższego czasu próbuje odzyskać utraconą w 2007 r. władzę. Próbuje iść śladem obecnie urzędujących przywódców europejskich. Partia Jarosława Kaczyńskiego doceniała zaangażowanie premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona na szczycie w Brukseli, który odbył się w grudniu 2011 r. PiS popiera węgierskiego premiera Viktora Orbana i broni go przed różnego rodzaju atakami ze strony szeroko rozumianego lewactwa. Czy Prawo i Sprawiedliwość jest jeszcze w stanie wygrać wybory i przeprowadzić podobne reformy, jakie dokonali już Węgrzy?
Zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości uważają, że w czasach kryzysu obecny rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego nie spełnia oczekiwań zwykłych Polaków, którzy mają już dość tego bałaganu, dość korupcji, dość wysokich podatków, dość samego Tuska. Niewątpliwie PiS chce się dopchać do władzy za sprawą kryzysu finansowego, który szaleje w Europie. Jarosław Kaczyński robi co może, by przekonać Polaków, że warto jeszcze raz pozwolić mu dojść do władzy, by mógł zrealizować swoje obietnice. Czy jednak prezes Kaczyński zasłużył na to? Potęga mediów Nie ulega wątpliwości, że w demokracji media, zwłaszcza te elektroniczne odgrywają ogromną rolę jeśli chodzi o kształtowanie i wywieranie wpływu na opinię publiczną. Media potrafią wypromować polityka, ale równie dobrze mogą go zniszczyć. Warto mieć swoich ludzi we wpływowych stacjach telewizyjnych, bo dzięki temu można zostać premierem, co pokazał David Cameron, który był i nadal jest popierany przez koncern medialny Ruperta Murdocha. Wróćmy jednak do Jarosława Kaczyńskiego i jego partii. Nie wiem, czy zwolennicy tego ugrupowania zdają sobie sprawę, że do końca 2005 r. Prawo i Sprawiedliwość było z mniejszym lub większym efektem wspierane przez popularną polską stację telewizyjną o nazwie…TVN. Dziś oczywiście trudno jest w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Swego czasu istniał taki program rozrywkowy „Chwila prawdy”, prowadzony przez Zygmunta Chajzera. W jednym ze świątecznych wydań uczestnikami tej telewizyjnej zabawy byli Lech Kaczyński (jako prezydent Warszawy) i Michał Kamiński (PiS), a w czasie przerw reklamowych puszczano bardzo interesujące reklamówki, promujące Prawo i Sprawiedliwość w wyborach do Parlamentu Europejskiego z 2004 r. Takich przykładów współpracy PiS-u z TVN-em było bez wątpienia więcej. Co więc się stało, że ich wspaniała przyjaźń nagle w 2005 r. dobiegła końca? Dlaczego między największą partią opozycyjną a jednym z największych koncernów medialnych w Polsce nie ma już praktycznie żadnej współpracy? Przecież kiedyś Kaczyńscy byli przedstawiani w TVN-ie jako mądrzy i uczciwi politycy, a dziś we wspomnianej stacji ciężko znaleźć dobre zdanie o PiS-ie. Na tym polega potęga mediów, które potrafią najpierw kogoś wypromować, a później, kiedy ktoś już im nie odpowiada, potrafią go zniszczyć. TVN zrywa z PiS-em W 2005 r. Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło podwójny sukces polityczny. Wygrali oni wybory parlamentarne, a ich kandydat został prezydentem RP. Czy można chcieć więcej? Nic tylko rządzić. Jednak jak wiadomo to właśnie wtedy doszło do pierwszych starć partii Jarosława Kaczyńskiego z Platformą Obywatelską, która nie mogła pogodzić się z porażką wyborczą. Kiedy słuchamy wystąpień znanego publicysty Stanisława Michalkiewicza, możemy dojść do wniosku, że tak naprawdę Polską nie rządzą premierzy, prezydenci, ale służby specjalne, a politycy są tylko marionetkami w ich rękach. Gdybyśmy mieli uwierzyć w tę wersję Michalkiewicza, doszlibyśmy do wniosku, że Polską rządzą Wojskowe Służby Informacyjne. Ich agenci pracują m.in. we wpływowych mediach, kształtując opinię publiczną. Idąc tym tropem można zrozumieć, dlaczego do 2005 r. wpływowe medium wspierało partię Jarosława Kaczyńskiego, a później się od nich odwróciło. W momencie, kiedy prezes Kaczyński wypowiedział wojnę WSI, ci mając do dyspozycji swoich agentów w różnych mediach, w tym w TVN-ie rozpoczęli kampanię zohydzania braci Kaczyńskich. Rządy PiS-u doprowadziły do likwidacji WSI. Opublikowano raport, który został wyśmiany przez wpływowe media. Po za tym partia Jarosława Kaczyńskiego w żadnym razie nie zlikwidowała starego ustroju III Rzeczpospolitej. 21 października 2007 r. PiS stracił władzę, a 10 kwietnia 2010 r. w tragicznych okolicznościach partia Jarosława Kaczyńskiego straciła swoich ludzi, którzy pełnili jeszcze dość ważne funkcje w instytucjach państwowych. Kilka miesięcy później przestali mieć wpływy w mediach publicznych. W tym momencie Prawo i Sprawiedliwość nie ma praktycznie żadnych asów w rękawie. Teraz partia ta może liczyć już tylko na kryzys i na nic innego. Kiedyś mieli bardzo wiele, dziś nie mają już prawie nic. Zabezpieczenie na wypadek utraty władzy Wielu dziennikarzy, sympatyzujących z PiS-em mocno lamentowała, kiedy wyrzucano ich z mediów publicznych. Dziś krytykują obecne władze za to, że nie ma dla nich miejsca w przekazie medialnym. Zwolennicy PiS-u nie mogą uwierzyć w to, że z Telewizji Polskiej i Polskiego Radia znikły ich ulubione programy. Ale właściwie do kogo oni mają mieć pretensje? Zarzucają obecnej ekipie rządowej, że promuje w mediach publicznych siebie samych, a nie opozycję. A niby kogo mieliby promować, jeśli nie siebie? Za rządów PiS-u w TVP i PR mieliśmy aż za dużo programów promujących Prawo i Sprawiedliwość, szczególnie wtedy, gdy prezesem Telewizji Polskiej został Andrzej Urbański, a szefem Polskiego Radia był Krzysztof Czabański. Jarosław Kaczyński nie zabezpieczył się na wypadek utraty władzy w mediach publicznych i dziś właściwie nie ma żadnego wpływowego medium elektronicznego (poza Radiem Maryja i Telewizją Trwam), które realnie wspierałoby jego partię. Co prawda swego czasu przejęta przez Ruperta Murdocha TV Puls mogła z czasem zaistnieć na polskim rynku medialnym. Zastanawiające jednak było to, że nowa ramówka, w której pojawiły się programy informacyjne i publicystyczne wystartowała dokładnie tydzień po przegranych przez PiS wyborach parlamentarnych. Z punktu widzenia PiS-u co najmniej o tydzień za późno. TV Puls coraz bardziej się rozwijała, w planach było nawet uruchomienie kolejnego kanału informacyjnego. Szybko jednak okazało się, że konkurencja na polskim rynku medialnym była za duża i Murdoch wycofał się z Polski, a TV Puls przestała nadawanie programów informacyjnych i publicystycznych. Każda szanująca się partia, która chce zdobyć władzę w demokracji musi mieć swoich ludzi w mediach. Tylko w ten sposób można osiągnąć sukces wyborczy. Jarosław Kaczyński jak widać tego nie pojął. Czyżby myślał, że już zawsze będzie miał wpływy w mediach publicznych? Niezależnie od tego, co myślał prezes Kaczyński, zdaje on sobie sprawę z tego, że media o. Tadeusza Rydzyka i Gazeta Polska nie wystarczą, by wygrać wybory. PiS vs WSI Jarosław Kaczyński nie zabezpieczył się na wypadek utraty władzy, zwłaszcza w mediach publicznych. Jednak gorszą rzecz zrobił ws. likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. On zlikwidował WSI, ale jak widać nie do końca. Nie wprowadził też żadnych zmian do konstytucji, które gwarantowałyby mu bezpieczeństwo. Jarosław Kaczyński chciał się pozbyć ludzi z Wojskowych Służb Informacyjnych i sam przejąć kontrolę nad państwem, jak to zrobił Viktor Orban na Węgrzech. Problem w tym, że w sprawie WSI odwalił on tzw. fuszerkę. Nie rozprawił się z nimi do końca. Co więcej pozwolił im rozwinąć skrzydła w mediach nie kontrolowanych przez PiS, i w ten sposób rozpoczęto wielką kampanię zohydzania partii Jarosława Kaczyńskiego, która trwa do dnia dzisiejszego. PiS to romantyczni patrioci Prawo i Sprawiedliwość jest specyficznym ugrupowaniem, które lubi mówić o ważnych wydarzeniach z historii Polski. PiS dość często rozpamiętuje o polskiej martyrologii, lubi mówić o wielkich powstaniach narodowo-wyzwoleńczych, które wpłynęły na losy naszej ojczyzny. Partia ta w szczególny sposób rozpamiętuje powstanie warszawskie. Oczywiście nie ma niczego złego w przypominaniu tych wydarzeń, problem polega na tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego rozpamiętuje właściwie tylko te tragiczne wydarzenia z dziejów historii Polski. Inicjator Muzeum Powstania Warszawskiego śp. Lech Kaczyński udowadniał, że zryw powstańczy mieszkańców stolicy z 1944 r. był wielkim bohaterskim wyczynem, mimo że skończył się tragicznie. Może to głupie porównanie, ale podobną mentalność mają obecni politycy PiS. Zdecydowali się wypowiedzieć wojnę wielkiemu przeciwnikowi – WSI. Jest rzeczą oczywistą, że instytucja ta była szkodliwa dla państwa polskiego i trzeba było ją zniszczyć. Problem polega na tym, że ówczesny rząd PiS-u chyba nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, z kim szedł na wojnę. Dziś zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości szczycą się tym, że zlikwidowali Wojskowe Służby Informacyjne, mimo że tak naprawdę przegrali z nimi wojnę. Mimo, że WSI formalnie nie istnieją, tak naprawdę pokazały swoją siłę na tyle skuteczną, że zabrały im władzę i nie pozwalają im już jej oddać. Tacy są właśnie romantyczni patrioci. Podejmują się wielkiego działania, oczywiście bardzo często szlachetnego, ale z realnego punktu widzenia niemożliwego do wykonania. Tak oto za sprawą dowódców powstania warszawskiego doprowadzono do niemal całkowitego zniszczenia stolicy państwa polskiego. To także dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu PiS stracił władzę i już jej najprawdopodobniej nie odzyska. Jeśli kiedyś Jarosław Kaczyński sięgnie jeszcze po władzę, to raczej tylko za sprawą jakiegoś ważnego zdarzenia, np. kryzysu finansowego. W demokracji Kaczyński jest już właściwie skończony. Zbyt wielu go znienawidziło, popadł on w konflikt ze zbyt wieloma grupami interesów, które teraz zrobią wszystko, by ten człowiek już nigdy nie zasiadł na żadnym wpływowym urzędzie państwowym. Muszę zmartwić zwolenników PiS-u, którzy wierzą w to, że jeszcze kiedyś będziemy mieli Budapeszt w Warszawie. Nic na to nie wskazuje. Dotychczasowe postępowania prezesa PiS dobitnie pokazują, że potrafi on jedynie pięknie przemawiać, wielu ludzi na jego widok wykrzykuje „Jarosław Polskę zbaw”, ale tak naprawdę nic przez to nie osiągnął. Jaki z tego morał? Kiedy się zabierasz za jakąś robotę, rób ją dobrze, a nawet bardzo dobrze, albo wcale jej się nie podejmuj, bowiem w przeciwnym razie twoi wrogowie wykorzystają twoje słabości, by ciebie zniszczyć. Mateusz Teska

Pikieta – solidarni z Węgrami

W sobotę, 21 stycznia 2012 r. w Budapeszcie odbędzie się demonstracja pod hasłem „Pokojowy marsz na rzecz Węgier”. Na ten dzień również w Polsce zaplanowane zostały pikiety solidarności z Narodem Węgierskim i premierem Victorem Orbanem. Pikiety rozpoczną się o godzinie 12:00 przed placówkami węgierskimi: Warszawa: Ambasada Republiki Węgierskiej Adres: 00-559 Warszawa, ul. Chopina 2 Łódź Honorowy Konsulat Generalny Republiki Węgierskiej Adres: 91-214 Łódź, ul. Kaczeńcowa 10. Poznań Honorowy Konsulat Republiki Węgierskiej Adres: 60-195 Poznań, ul. Gniewska 97 Gdańsk (godzina 13:00) zbiórka przy Fontannie Neptuna na Długim Targu. O akcji można też przeczytać na Facebooku: Pikieta - Solidarni z Węgrami: http://www.facebook.com/events/166309970139277/ Solidarni z Węgrami: http://www.facebook.com/pages/Solidarni-z-W%C4%99grami/170095659763095 MN Fot: Kossobor, Nowy Ekran – akcja blogerska

Burdello bum – bum?

Jacques Delors komentując kryzys w strefie euro stwierdził, że „euro od początku było naznaczone konstrukcyjnymi wadami; złe wykonanie nie dyskwalifikuje jednak pomysłu jako takiego”, gdyż wady konstrukcyjne wadami, ale „kryzys zadłużenia nie świadczy o tym, że idea wspólnej waluty jako taka była zła, lecz o tym, że została niewłaściwie zrealizowana przez polityków nadzorujących jej wprowadzenie".
Ciekawe, czy p. Delors miał kiedyś okazję jeździć samochodem z wadami konstrukcyjnymi? Kontynuując zaś motoryzacyjną paralelę trzeba dodać, że w przypadku auta z wadami konstrukcyjnymi nawet najlepszy kierowca wcześniej czy później się rozbije. A że „kierowcy”, czyli politycy, ostatnio są wyjątkowo odporni na rzeczywistość, więc i zapewne z tym całym ratowaniem eruolandu wyjdzie jak zawsze. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę, iż wedle oficjalnych  danych korupcja w UE to koszt około 120 miliardów euro rocznie. Korupcja zaś, jak wiadomo, pojawia się wszędzie tam, gdzie politycy i urzędnicy mają za dużo do powiedzenia. Wszystko to nie przeszkadza polskiemu rządowi, wbrew wcześniejszym wyrokom polskiego Trybunału Konstytucyjnego, sięgać do rezerw walutowych NBP by wyłożyć 6 miliardów 270 milionów euro pożyczki dla MFW. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na demagogię ministra Rostowskiego J. V., który tak argumentuje „honorową” konieczność wyłożenia kasy dla międzynarodowych banksterów: „proszę pamiętać, że gdyby sytuacja była trudna w Polsce, i my byśmy pociągnęli tą dużo większą kwotę, 30 mld dolarów, do których mam prawo w MFW”. Urocze, prawda? O tym, że chodzi tutaj o tzw. elastyczną linię kredytową MFW (FCL IMF), za dostęp do której polski rząd (czytaj: podatnik”) płaci, to już p. minister nie wspomniał. Warto przypomnieć, że gdy FCL IMF dla Polski wynosiła 20 mld USD, to koszty dostępu oscylowały w okolicach 60 milionów USD rocznie. Czy zatem, skoro p. Rostowski zestawia te dwie formy pożyczek jako równoważne, to należy przez to rozumieć, że teraz MFW będzie płacić Polsce za samą możliwość pożyczenia pieniędzy z NBP? No i wreszcie – jak w kontekście równoważności tych pożyczek rozumieć słowa p. Rostowskiego, że „jeżeli jakaś część tych pieniędzy była pociągnięta, mielibyśmy prawo zwrócić się z prośbą o to, żeby tamte pieniądze zwrócić do Narodowego Banku Polskiego”? Czy oznacza to, iż warunki spłaty takie jak termin i odsetki w przypadku pożyczki z NBP do MFW nie zostały ustalone? I tak zamiast obiecywanych we wrześniu i październiku 300 miliardów euro mających trafić do Polski jak w starym dowcipie okazuje się, że miliardy – owszem, tylko popłyną w drugą stronę. Do tego jeszcze trzeba doliczyć skutki „przedsiębiorczości” polskich urzędników, którzy w godzinach pracy dodatkowo angażowali się w różne projekty unijne, dzięki czemu za pracę wykonywaną w ramach służbowych obowiązków pobierali dodatkowo wynagrodzenie ze środków unijnych. Rekordzista w ten sposób zarobił 109 tysięcy PLN, a w przypadku stwierdzenia podwójnego finansowania UE żąda zwrotu kasy. Rzecz jasna struktury unijne nie będą się bawić ze ściganiem poszczególnych cwaniaków, tylko zwrócą się z roszczeniami do rządu. Tym samym zapłacą podatnicy. Można by rzec, iż Drodzy Przywódcy Taniego Państwa III RP Ludowej „udają Greka”. Tyle czasu wmawiali nam, iż kryzys to nam „może skoczyć” i w ogóle – „żyjemy na zielonej wyspie”, czyli takiej Irlandii na miarę naszych możliwości. Swoją drogą warto zauważyć, że już w 2003 r. wiadome było, iż Grecy dążąc do wstąpienia do strefy euro podawali dane „z kapelusza”, zaś sam Joseph Stiglitz jeszcze na początku 2010 r. przekonywał, że Grecja ma się dobrze i żaden kryzys zadłużenia jej nie grozi. Podobnie w Polsce – niby „zielona wyspa” i wszystko cacy, a tu od 1 stycznia 2012 czekają nas podwyżki. Niestety cen. Zdrożeją między innymi prąd, olej napędowy, gaz... Ponieważ cały przemysł chemiczny, a zwłaszcza produkcja nawozów sztucznych, opiera się właśnie na gazie, zaś olej napędowy dotychczas był tańszy i wydajniejszy, więc większość transportu kołowego, czyli najpowszechniejszego w Polsce, opierała się właśnie na dieslach. Dla większości Polaków oznacza to wzrost kosztów utrzymania; dla przedsiębiorców – spadek konsumpcji. W rezultacie zaś dalszą pauperyzację społeczeństwa. Aby jednak nie kończyć 2011 roku i nie zaczynać 2012 nazbyt pesymistycznie warto wskazać na pewne pozytywne wydarzenie – na Węgrzech rządzący Fidesz przeprowadził nowelizację Konstytucji uznającą Węgierską Partię Socjalistyczną, następczynię Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej, ergo spadkobierczynię „zbrodniczego reżimu komunistycznego”, za organizację przestępczą. Na uwagę zasługuje treść zapisu, w myśl którego „ustrój państwowy nie może zostać oparty na zbrodniach reżimu komunistycznego" a „organizacja przestępcza powinna ponieść odpowiedzialność za eliminację demokratycznej opozycji i eksterminację narodu węgierskiego". W przypadku naszej PZPR i „sierotek” po niej lista grzechów do odpokutowania niewątpliwie też jest obszerna. Parlament też mamy. Mówicie, że to nie możliwe, że taki kawał nie przejdzie? A gdzie ten Pan, który w październiku zapowiadał drugi Budapeszt w Warszawie? Bo inicjatywę ustawodawczą on sam jak i jego ugrupowanie mają. Michał Nawrocki