Category Archives: Partie polityczne

Wydudkany ciamajdan

To, co od paru dni oglądamy w mediach, rozpierducha w Sejmie i pod Sejmem, zyskało w internecie osobliwą, acz trafną nazwę – ciamajdan. Niektórzy piszą ją „CIA – majdan”, sugerując inspirację wiodącej siły demokracji. Nie wiem, ale skojarzenia z "ciamajdą" są tak czy siak tutaj jak najbardziej na miejscu.

Natalia Wiślińska: W polityce najważniejsza jest realizacja idei, a nie to, żeby się komuś przypodobać

Portal Prokapitalizm.pl rozmawia z p. Natalią Wiślińską*, kandydatką Kongresu Nowej Prawicy do Sejmiku województwa lubelskiego w okręgu nr 2 (powiaty: janowski, kraśnicki, lubartowski, lubelski, opolski, puławski, rycki).

Suweren na folwarku

W słusznym oburzeniu wywołanym publikacją taśm „WPROST” politycy jak i dziennikarze niczym dyabeł święconej wody unikają sedna sprawy. To, że urzędnicy państwowi traktują Polskę i instytucje publiczne jak prywatny folwark tylko w części wynika z przymiotów ich osobowości.

Rozbrat z rzeczywistością

Jeśli kiedykolwiek pomysł bądź wypowiedź polityka wywołały u Państwa refleksję typu „z choinki się urwał czy spadł z księżyca (na główkę)?” to donoszę, że najprawdopodobniej mieliście rację. Eksperci przeprowadzili bowiem analizy i wyszło im ni mniej, ni więcej, że „problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości po ustąpieniu ze stanowiska ma średnio co drugi burmistrz i starosta”. W dodatku czym dłużej sprawowali urząd, tym jest im trudniej. Trudności te przejawiają się zwłaszcza w znalezieniu pracy – ani urzędy ani sektor prywatny nie chcą zatrudniać byłych urzędników. O tym, czy jest to zwykła ludzka niewdzięczność, czy może uznanie dla kwalifikacji eks – urzędników eksperci milczą.

Herezje polskiej demokracji

W Polsce ponad połowa uprawnionych do głosowania regularnie nie bierze udziału w wyborach. Dlaczego? Czyżby nie byli zainteresowani tym, kto w ich imieniu będzie rządzić; kto będzie nakładać podatki, zaciągać długi i wydawać pieniądze podatników? Czyżby nie było na polskiej scenie politycznej ugrupowania, którego program choć w części odpowiadałby Polakom?
A może zwyczajnie nie wierzą politykom, nie wierzą w obietnice i programy wyborcze zwłaszcza, gdy okazuje się, że politycy nie znają programów własnej partii, jak to ostatnio udowodniła posłanka PO Ligia Krajewska. Wbrew pozorom taka sytuacja jest wyjątkowo wygodna dla polityków i tych, którzy nimi kręcą. Żelaznego elektoratu nie trzeba przekonywać, wystarczy utwierdzać w słuszności poglądów. Dzięki temu to nie wyborcy przy urnach, ale prezesi partii układając listy wyborcze decydują, kto będzie nas reprezentować. Dzięki temu w miarę łatwo jest przewidzieć wyniki wyborów. Dzięki temu wreszcie można składać obietnice bez pokrycia. Nietrudno wyobrazić sobie popłoch w sytuacji, gdyby do urn wyborczych poszło dwa razy tylu głosujących, co zazwyczaj. Stąd też zaciekłe zwalczanie wszelkich „oddolnych” ruchów politycznych, które mogą namieszać w ciepłym grajdołku polskiej polityki. I ostentacyjne ignorowanie wszelkich inicjatyw społecznych, np. sprzeciwu rodziców wobec planów posyłania sześciolatków do szkół. Wbrew tak szeroko deklarowanemu postulatowi budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. W tak sielankowych warunkach polskiej demokracji dwa postulaty traktowane są niczym herezje: żądanie jednomandatowych okręgów wyborczych oraz zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu. Co ciekawe, w obu przypadkach argumentacja jest jedna – że doprowadzi to do wzrostu korupcji. Tyle, że poziom korupcji jest przede wszystkim pochodną zakresu władzy urzędników państwowych nad obywatelami. A i system finansowania partii politycznych, wśród których są również darowizny, nie zabezpiecza przed korupcją. Wystarczy przypomnieć niejasności związane z finansowaniem kampanii wyborczej Janusza Palikota, które niezawisły sąd rozwiał „filozoficznym stosunkiem do pieniędzy” szefa ruchu poparcia samego siebie. Wreszcie, kampanie wyborcze finansowane są z udzielanych przez banki pożyczek, co ma swoje konsekwencje. Tym samym likwidacja budżetowego finansowania partii politycznych niczego nie zmieni. Rzecz jasna o ile zostanie wprowadzony zapis o jawności darczyńców. W połączeniu z wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych dałoby to realny wpływ na politykę kraju jego obywatelom. Żaden polityk obiecujący „cuda gospodarcze” nie byłby pewny reelekcji w sytuacji niedotrzymania obietnic wyborczych, a urząd posła / senatora to dobra fucha. I żaden „pierdylion” wydany na kampanię wyborczą by mu nie pomógł – ludzie nie lubią być oszukiwani, przez polityków zwłaszcza. Mało tego – jawność darczyńców polityków i partii politycznych w sytuacji likwidacji finansowania budżetowego znacznie ograniczyłaby korupcję. Który polityk zdecyduje się na aktywny lobbing w sytuacji, gdy każdy może sprawdzić kto łożył na jego kampanię wyborczą? Rzecz jasna o ile znajdzie się ktoś, kto będzie patrzeć „władzy” na ręce. Michał Nawrocki Foto.: fragment okładki książki "Fałsz politycznych frazesów".

Kolejna szansa komunistów

5 marca 1940 r. sowieckie politbiuro podjęło decyzję w następstwie której w lesie katyńskim i wielu innych miejscach rozległy się strzały. Ginęli Polacy, którzy w opinii władz sowieckich dochowując wierności złożonym przysięgom stali się wrogami ludu. Równo trzynaście lat później zszedł główny „zleceniodawca” tej i wielu innych zbrodni – Józef Stalin. Wiele wskazuje na to, że nie obeszło się bez pomocy osób trzecich.
Wszędzie tam, gdzie władzę przejmowali komuniści pojawiały się grabież, terror, mordy, obozy koncentracyjne, tortury. Niezależnie od długości i szerokości geograficznej, więc to chyba nie przypadek. Podobno głupota to robienie czegoś wciąż tak samo w nadziei, że osiągnie się inny efekt. W III RP komuniści otrzymali więc kolejną szansę. Od 2002 r. na mocy postanowienia sądu działalność partii komunistycznych w Polsce jest legalna. Uzasadnienie wydaje się cokolwiek kuriozalne – mogą działać dopóki odnoszą się do ideologii ustroju komunistycznego pomijając totalitarne praktyki i metody. Trochę to nielogiczne – wyznawanie ideologii na ogół wiąże się z konkretnymi praktykami i metodami. Dlatego ekolodzy nie wycinają drzew w Dolinie Rospudy, pacyfiści nie zgłaszają się na ochotnika do wojska, a komuniści jako ateiści nie chodzą do spowiedzi i nie przystępują do komunii świętej. Sąd jednak uznał (ciekawe na jakiej podstawie?), że wyznawana ideologia nie wpływa na postępowanie. Historia XX wieku dostarcza aż nadto przykładów, że komunizm zawsze prowadzi do totalitaryzmu. Potwierdzają to sami komuniści, zrzeszeni w Komunistycznej Partii Polski czy Komunistycznej Młodzieży Polski. Już nie chodzi nawet o odpowiedź na banalne pytanie co komuniści mają zamiar zrobić z tymi, którzy nie zgodzą się na życie w „społeczeństwie bezklasowym”, które chcą zbudować? Wystarczy się chwilę zastanowić nad ulubionym hasłem komunistycznej propagandy: od każdego wedle możliwości, każdemu wedle potrzeb. Logiczne jest, że w takiej sytuacji ktoś musi na bieżąco kontrolować możliwości i potrzeby społeczeństwa. To, że w imieniu ludu pracującego miast i wsi ową kontrolę sprawować będą właśnie komuniści, którzy jako jedyni przecież wiedzą co jest dobre a co jest złe dla proletariatu, to oczywista oczywistość. W materiałach zamieszczonych na stronach KPP i KMP nie znajdziemy odpowiedzi na powyższe wątpliwości. Komuniści opowiadają się za patriotyzmem, demokracją, deklarują pracę organiczną nad „budzeniem świadomości własnych potrzeb proletariatu” (czy jakoś tak – czytaj komunistyczną propagandą), odkłamywaniem historii (sic!) i rozbudowywaniem struktur organizacyjnych. Co prawda głoszenie komunistycznej, a więc totalitarnej, propagandy wydaje się sprzeczne z artykułem 256 Kodeksu Karnego, ale jakoś obrońcom demokracji i praw człowieka najwyraźniej nie spędza to snu z powiek. A właśnie – demokracja. Komuniści głośno deklarują poszanowanie demokracji. Znacznie ciszej jednak mówią o jej zniesieniu. W swym Programie KPP oględnie mówi o możliwości koalicji rządzącej z innymi ugrupowaniami politycznymi, wszelako stawia warunek przyjęcia „kierowniczej roli partii” komunistycznej. Komsomolcy nie bawiąc się w wyszukaną semantykę mówią wprost w Deklaracji Ideowo – Programowej o wprowadzeniu „dyktatury proletariatu”. Logiczne jest twierdzenie, że na drodze do budowy komunistycznego „bezklasowego społeczeństwa” demokracja w pewnym momencie stanie się przeszkodą, gdyż lud demokratycznie może odebrać władzę komunistom i wtedy nici z budowania „raju na ziemi”. Wszelako działalność partii komunistycznych nie przeszkadza w niczym salonowym obrońcom demokracji i „praw człowieka” rzekomo zagrożonych przez „faszystowską prawicę”. Tym samym autorytetom medialnym i presstytutkom, którzy z takim zachwytem przyjęli „orędzie”, jakie sędzia Igor Tuleya wygłosił na okoliczność stalinowskich metod CBA. Inna rzecz, że najwyraźniej nie zauważyli, iż sędzia Tuleya jednoznacznie potępił tym samym komunizm i metody ówczesnych utrwalaczy władzy ludowej, od których to „człowieków honoru” ten sam salon nakazuje się „odpieprzyć”. Komuniści dostali kolejną szansę. Bo chcą dobrze. Jak zawsze. Michał Nawrocki Fot.: internet

Kwestia mentalności

Doprawdy, obserwując kierunek rozwoju polskiej gospodarki trudno powstrzymać się od refleksji, znanej z PRL – u. Że chcieli dobrze, ale wyszło im jak zawsze. Normalnie człowiek czegoś się uczy na błędach, ale nie politycy. Dlaczego? Moim zdaniem to kwestia mentalności. Dziś na pierwszym planie mamy tzw. aferę taśmową. Co z niej wynika? Nic nowego. Sektor publiczny traktowany jest jak prywatny folwark polityków, i podkreślić trzeba – wszystkich, bez względu na barwy klubowe. Z kolei sektor prywatny jest „uspołeczniany” mnożącymi się jak króliki przepisami i „kompetencjami” urzędników. W rezultacie polska gospodarka nie jest, jak zapisano w Konstytucji RP ani „społeczna” ani „rynkowa”.
Sama afera potwierdza doskonale znane zwolennikom wolnego rynku twierdzenie, że tylko na styku polityki i biznesu dochodzi do korupcji i nepotyzmu. Ten drugi niewątpliwie pojawia się również w prywatnych przedsiębiorstwach, ale jego kosztami nie jest obarczane całe społeczeństwo, jak to się ma w przypadku urzędów i tzw. spółek skarbu państwa, a to zasadnicza różnica. Wróćmy jednak do tytułowej kwestii mentalności. Oto wyszło na jaw, że były minister skarbu w rządzie Donalda Tuska, Aleksander Grad, ma zostać prezesem państwowych spółek PGE Energia Jądrowa oraz PGE EJ 1, z uposażeniem w wysokości „tylko” 110 tysięcy zł miesięcznie. Na metr w głąb wbija tłumaczenie komentującej doniesienia Ewy Kopacz, że „zarobki powinny odzwierciedlać pracowitość, kompetencje i zakres odpowiedzialności”. Nie wiem, jak się mają kompetencje inżyniera geodety do energii atomowej, ale już to, co pokazał podczas „prywatyzacji” polskiego przemysłu stoczniowego raczej powinno dyskredytować p. Grada do zajmowania jakichkolwiek państwowych stanowisk kierowniczych. Tak w ramach odpowiedzialności. O p. Kopacz już nie wspominając. Ważne jest tutaj jednak coś innego – w prywatnym przedsiębiorstwie wynagrodzenie kierownictwa powinno zależeć od osiąganych wyników, co stosunkowo łatwo osiągnąć wykorzystując system premiowy. Ale nie w sektorze publicznym! Tutaj wszystko po staremu – czy się stoi, czy się leży to wypłata się należy. Cóż, po pięciu latach rządów Tusk & Co nie wiem, kim trzeba być, by łudzić się, że ta ekipa przeprowadzi prorynkowe reformy. Jednak po drugiej strony barykady też jest ciekawie. I nie chodzi tu o SLD czy Ruch Poparcia Palikota. Solidarna Polska założona została przez osoby wcześniej związane z PiS – em. W ostatnim numerze „Uważam Rze” (nr 30 (77) 2012) można przeczytać wywiad z Jackiem Kurskim, europosłem SP. W wywiadzie padają ważkie słowa tyczące obniżenia składki rentowej przez minister Zytę Gilowską: „Jaki sens miało obniżenie składki rentowej? […] Przyszła do Kaczyńskiego Gilowska i wymusiła na nim sprzeczne z programem zwinięcie 25 mld, które leżały na stole i które można było wydać, by polepszyć sytuację Polaków”. Z cytowanej wypowiedzi wynikają jasno dwie rzeczy. Po pierwsze, że zdaniem J. Kurskiego (a pewnie i jego klubowych kolegów) tzw, składka rentowa to nie żadne „zabezpieczenie na wypadek niezdolności do pracy”, tylko zwykły podatek, którym politycy chcą dysponować wedle własnego widzimisię. Po drugie – że p. Kurski najwyraźniej uważa, że Polacy sami nie potrafią sensownie zagospodarować 25 mld zł i muszą to za nich zrobić urzędnicy. Ciekawe, że przez tyle lat urzędnicy wydają pieniądze podatników na „polepszenie sytuacji Polaków”, a ona się wciąż pogarsza. Być może dlatego, że politycy zgodnie z Elżbietą Jakubiak (PiS, PJN, PO) uważają, iż to urzędnicy pozwalają ludziom pracować. Niestety, spójrzmy prawdzie w oczy – z takim rządem i taką opozycją jedyne, co czeka polską gospodarkę, a tym samym Polaków, to katastrofa. Tylko co potem? Michał Nawrocki Fot.: internet