Category Archives: Polityka polska

Wydudkany ciamajdan

To, co od paru dni oglądamy w mediach, rozpierducha w Sejmie i pod Sejmem, zyskało w internecie osobliwą, acz trafną nazwę – ciamajdan. Niektórzy piszą ją „CIA – majdan”, sugerując inspirację wiodącej siły demokracji. Nie wiem, ale skojarzenia z "ciamajdą" są tak czy siak tutaj jak najbardziej na miejscu.

Krótki komentarz do sondaży

W mediach właśnie pojawiły się pierwsze sondaże dające zwycięstwo Andrzejowi Dudzie. Wysłuchałem przemówienia zarówno Bronisława Komorowskiego jak i prawdopodobnego prezydenta – elekta Andrzeja Dudy.

Kukiz triumfuje… a Sułtani grają Creole!

Oczywiście Paweł Kukiz wyborów prezydenckich nie wygrał i nie wygra, bo druga tura należeć będzie do jednej z dwóch marionetek: marionetki Jarosława Kaczyńskiego lub – o czym można dowiedzieć się śledząc m.in. wątek fundacji Pro Civili – marionetki ex-WSI; nie zmienia to jednak faktu, iż to właśnie Kukiz jest największym triumfatorem wyborów głowy państwa. Ponad dwudziestoprocentowe poparcie stawia go tym samym w roli rozgrywającego, który jesienią będzie siłą budującą, bądź też niszczącą, potencjalne koalicje – swoistym języczkiem u wagi.

Jak przekupić wyborców – poradnik

Wybory za pasem. Prezydenckie, parlamentarne... A że demokracja w wersji współczesnej sprowadza się do przekupywania wyborców, tedy podsuwam pomysł jak przekupić największą możliwą grupę, a tym samym – wygrać wybory.

Natalia Wiślińska: W polityce najważniejsza jest realizacja idei, a nie to, żeby się komuś przypodobać

Portal Prokapitalizm.pl rozmawia z p. Natalią Wiślińską*, kandydatką Kongresu Nowej Prawicy do Sejmiku województwa lubelskiego w okręgu nr 2 (powiaty: janowski, kraśnicki, lubartowski, lubelski, opolski, puławski, rycki).

Suweren na folwarku

W słusznym oburzeniu wywołanym publikacją taśm „WPROST” politycy jak i dziennikarze niczym dyabeł święconej wody unikają sedna sprawy. To, że urzędnicy państwowi traktują Polskę i instytucje publiczne jak prywatny folwark tylko w części wynika z przymiotów ich osobowości.

Rozbrat z rzeczywistością

Jeśli kiedykolwiek pomysł bądź wypowiedź polityka wywołały u Państwa refleksję typu „z choinki się urwał czy spadł z księżyca (na główkę)?” to donoszę, że najprawdopodobniej mieliście rację. Eksperci przeprowadzili bowiem analizy i wyszło im ni mniej, ni więcej, że „problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości po ustąpieniu ze stanowiska ma średnio co drugi burmistrz i starosta”. W dodatku czym dłużej sprawowali urząd, tym jest im trudniej. Trudności te przejawiają się zwłaszcza w znalezieniu pracy – ani urzędy ani sektor prywatny nie chcą zatrudniać byłych urzędników. O tym, czy jest to zwykła ludzka niewdzięczność, czy może uznanie dla kwalifikacji eks – urzędników eksperci milczą.

Herezje polskiej demokracji

W Polsce ponad połowa uprawnionych do głosowania regularnie nie bierze udziału w wyborach. Dlaczego? Czyżby nie byli zainteresowani tym, kto w ich imieniu będzie rządzić; kto będzie nakładać podatki, zaciągać długi i wydawać pieniądze podatników? Czyżby nie było na polskiej scenie politycznej ugrupowania, którego program choć w części odpowiadałby Polakom?
A może zwyczajnie nie wierzą politykom, nie wierzą w obietnice i programy wyborcze zwłaszcza, gdy okazuje się, że politycy nie znają programów własnej partii, jak to ostatnio udowodniła posłanka PO Ligia Krajewska. Wbrew pozorom taka sytuacja jest wyjątkowo wygodna dla polityków i tych, którzy nimi kręcą. Żelaznego elektoratu nie trzeba przekonywać, wystarczy utwierdzać w słuszności poglądów. Dzięki temu to nie wyborcy przy urnach, ale prezesi partii układając listy wyborcze decydują, kto będzie nas reprezentować. Dzięki temu w miarę łatwo jest przewidzieć wyniki wyborów. Dzięki temu wreszcie można składać obietnice bez pokrycia. Nietrudno wyobrazić sobie popłoch w sytuacji, gdyby do urn wyborczych poszło dwa razy tylu głosujących, co zazwyczaj. Stąd też zaciekłe zwalczanie wszelkich „oddolnych” ruchów politycznych, które mogą namieszać w ciepłym grajdołku polskiej polityki. I ostentacyjne ignorowanie wszelkich inicjatyw społecznych, np. sprzeciwu rodziców wobec planów posyłania sześciolatków do szkół. Wbrew tak szeroko deklarowanemu postulatowi budowania „społeczeństwa obywatelskiego”. W tak sielankowych warunkach polskiej demokracji dwa postulaty traktowane są niczym herezje: żądanie jednomandatowych okręgów wyborczych oraz zniesienia finansowania partii politycznych z budżetu. Co ciekawe, w obu przypadkach argumentacja jest jedna – że doprowadzi to do wzrostu korupcji. Tyle, że poziom korupcji jest przede wszystkim pochodną zakresu władzy urzędników państwowych nad obywatelami. A i system finansowania partii politycznych, wśród których są również darowizny, nie zabezpiecza przed korupcją. Wystarczy przypomnieć niejasności związane z finansowaniem kampanii wyborczej Janusza Palikota, które niezawisły sąd rozwiał „filozoficznym stosunkiem do pieniędzy” szefa ruchu poparcia samego siebie. Wreszcie, kampanie wyborcze finansowane są z udzielanych przez banki pożyczek, co ma swoje konsekwencje. Tym samym likwidacja budżetowego finansowania partii politycznych niczego nie zmieni. Rzecz jasna o ile zostanie wprowadzony zapis o jawności darczyńców. W połączeniu z wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych dałoby to realny wpływ na politykę kraju jego obywatelom. Żaden polityk obiecujący „cuda gospodarcze” nie byłby pewny reelekcji w sytuacji niedotrzymania obietnic wyborczych, a urząd posła / senatora to dobra fucha. I żaden „pierdylion” wydany na kampanię wyborczą by mu nie pomógł – ludzie nie lubią być oszukiwani, przez polityków zwłaszcza. Mało tego – jawność darczyńców polityków i partii politycznych w sytuacji likwidacji finansowania budżetowego znacznie ograniczyłaby korupcję. Który polityk zdecyduje się na aktywny lobbing w sytuacji, gdy każdy może sprawdzić kto łożył na jego kampanię wyborczą? Rzecz jasna o ile znajdzie się ktoś, kto będzie patrzeć „władzy” na ręce. Michał Nawrocki Foto.: fragment okładki książki "Fałsz politycznych frazesów".

Głucha złota rybka

Niczym grom z jasnego nieba na mieszkańców zielonej jak szczaw wyspy, oczekujących  niecierpliwie aż mirabelki dojrzeją, spadła informacja – ziściły się wyborcze opowieści Donalda Tuska o Unii Europejskiej i 300 milionach. Ba, do jej ziszczenia przyczynił się nie kto inny, lecz sam komisarz UE ds. budżetu, Janusz Lewandowski, który swego czasu występował w stosownym spocie reklamowym.
Co prawda i tym razem wyszło jak zawsze – jest UE, jest 300 „baniek”, tylko kierunek się nie zgadza. To nie Polska dostanie kasę, tylko będzie musiała ją wpłacić. Cóż, wygląda na to, że złota rybka, która spełnia życzenia premiera jest przygłucha. Doprawdy, logika konieczności dorzucenia się do unijnego budżetu zwala z nóg. Janusz Lewandowski oznajmił, że w budżecie unijnym brakuje pieniędzy na rok 2013, więc Polska musi dopłacić, żeby UE miała na dopłaty zwane funduszami. Także dla Polski. A minister finansów Jacek Vincent Rostowski przekonuje, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, bo Polska i tak jest „beneficjentem netto” i „polskie podmioty zyskują dużo więcej niż będziemy wpłacali". Hm, dziewięć lat polskiego członkostwa w UE minęło, a jakoś bilansu zysków i strat, tego, co wpłaciliśmy, co dostaliśmy, a przede wszystkim – ile kosztowało Polskę wprowadzanie unijnych dyrektyw  nie widać. A właściwie – jeden taki dokument powstał – Fundacja Gospodarki i Administracji Publicznej opublikowała „Kurs na innowacje. Jak wyprowadzić Polskę z rozwojowego dryfu?”, znany lepiej pod nazwą Raportu Hausnera. Jest on ogólnie dostępny w internecie. Nic dziwnego, że politycy i przywiązane do władzy media pomijają ten dokument milczeniem – po co babcię denerwować mówiąc, że z tych unijnych funduszy to więcej problemów niż pożytku? Że polska gospodarka dzięki unijnej redystrybucji zwija się miast rozwijać i w końcu zostaniemy z kosztami i długami, których nie będzie jak spłacić? Tak czy owak skądś trzeba ściągnąć pieniądze na potrzeby UE. A tu w kasie coraz bardziej pusto – Polska w pierwszym kwartale wyrobiła 70% normy deficytu budżetowego. Czyli trzeba sięgnąć do kieszeni podatników, najlepiej pod pozorem walki z oszustami. Na tej podstawie powstają dwa projekty. Pierwszy zakłada wprowadzenie w ordynacji podatkowej przepisów o klauzuli obejścia prawa podatkowego. Dzięki temu fiskus będzie interpretować działania podatników, czy aby nie próbują oni obchodzić prawa by obniżyć podatki, a jeśli uzna, że tak – wlepi urzędowy domiar i urzędową karę. Ponieważ w 2012 r. skarbówka wydała 36,8 tysiąca indywidualnych interpretacji prawa podatkowego, więc ściągalność powinna być duża. Drugi projekt zakłada powstanie dwu instytucji, w tym Rady ds. Unikania Opodatkowania, której członkowie za 700 tysięcy pln rocznie będą wyszukiwać luki w prawie i jednocześnie pełnić rolę biegłych w postępowaniach podatkowych. W tym kontekście nie ma się co cieszyć z pomysłu, by to urzędy skarbowe rozliczały nasze podatki. Przedsiębiorcy dostaną dodatkowe obowiązki, ale jeśli ktoś liczy, że w ten sposób to skarbówka będzie ponosić odpowiedzialność za źle rozliczone PIT – y, to jest w błędzie. Jak zwykle po kieszeni dostaną podatnicy. Michał Nawrocki Fot.: internet / MN

Ułatwienie przez utrudnienie

Tym razem za ułatwianie życia społeczeństwu wziął się Narodowy Bank Polski przedstawiając „projekt zmian ustawowych, który umożliwiłby zaokrąglanie płatności do pięciu groszy”. Ogólnie idea jest następująca – przy płatnościach gotówką ceny w sklepach będą zaokrąglane w górę lub w dół: „Rachunki kończące się na 1 i 2 grosze oraz 6 i 7 groszy byłby zaokrąglane w dół, końcówki 3 i 4 grosze oraz 8 i 9 groszy – w górę”. Przy czym zmiany te nie będą dotyczyć transakcji bezgotówkowych.
Ponieważ w Polsce opodatkowane jest już praktycznie wszystko, wypada więc zapytać, jak będą wyglądać rozliczenia VAT – u przy takim zaokrąglaniu? W końcu, w odróżnieniu od przywoływanych w ramach przykładu Czech, mamy aż trzy stawki tego podatku. Robiąc zakupy płacimy kilka stawek podatku, więc jeżeli zaokrąglenie będzie w górę, to według jakiej stawki kwota zaokrąglona zostanie opodatkowana? Bo że zostanie, to pewne. A znowuż jeżeli będzie w dół – to samo pytanie, jak zostanie rozliczony VAT? Warto też przypomnieć, że ceny w sklepach nie biorą się z powietrza, w odróżnieniu od np. rządowych prognoz budżetowych. To wypadkowa kosztów, podatków i zysku przedsiębiorcy. Jeżeli więc sklep będzie mieć więcej zaokrągleń w dół, to przedsiębiorca będzie mieć mniejsze obroty, a tym samym – mniejszy zysk, który mógłby normalnie zainwestować w rozwój firmy. Wreszcie – dlaczego klient płacący gotówką ma być dyskryminowany / uprzywilejowany względem płacącego „kartą”? No i wreszcie – jak to będą wykazywać kasy fiskalne? Czy spece z NBP od gospodarki też o tym pomyśleli? Michał Nawrocki

Myślenie polityczne, czyli będzie jeszcze nieźlej

Jak głosi mądrość ludowa, pesymista to też optymista, tylko dobrze poinformowany. O tym, że coś musi być na rzeczy można przekonać się czytając wpis prof. Krzysztofa Rybińskiego podsumowujący radosne wydarzenie, jakim było spłacenie długów dekady Gierka. Profesor leje zimną wodę na głowy uszczęśliwionego ludu pracującego i bezrobotnego miast i wsi, że długi epoki Gierka poszły na przemysł, a Tuska, rosnące w identycznym tempie – na infrastrukturę i stadiony; że połowę długu epoki Gierka nam darowano, a długi epoki Tuska trzeba będzie spłacić w całości; że dynamika demograficzna spowoduje, iż długi Tuska będzie spłacić znacznie trudniej. Wreszcie, że do oficjalnego zadłużenia nie wlicza się gigantycznego długu w ZUS.
Długi te spłacać będą przyszłe pokolenia, również jeszcze nienarodzone, a ponieważ  najjaskrawiej ochrona życia poczętego zapisana jest w prawie spadkowym, które głosi, iż „dziecko poczęte uważa się za już narodzone, o ile chodzi o jego korzyści” (a skoro korzyści, to dlaczego nie zobowiązania?), więc strach pomyśleć, co to będzie, gdy z czarnowidztwem prof. Rybińskiego zapozna się Rzecznik Praw Dziecka. Jeszcze urząd ów gotów dojść do wniosku, że takie zadłużanie obecnych i przyszłych nieletnich jest sprzeczne z art. 72 ust. 1 Konstytucji RP głoszącym, iż Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę praw dziecka. Każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją. I co wtedy? Zasadniczym błędem popełnianym przez prof. Rybińskiego i wielu innych komentatorów polskiej polityki jest to, że nie dość, iż myślą, to jeszcze myślą logicznie, często odwołując się do wiedzy. O tym, że ani logika ani wiedza nie mają żadnego znaczenia w polskiej polityce przekonują nas chociażby kolejne błyskotliwe kariery: polonistka Pitera walcząca z korupcją, geodeta Grad nadzorujący polski program nuklearny czy ministra sporta doktora Mucha. Analizując polską politykę należy się przestawić na myślenie polityczne. Czyli wyzwolone od wszelkiej logiki, o wiedzy już nie wspominając. Weźmy dla przykładu Basen Narodowy Morskie Oko. Malkontenci, nie wyłączając niżej podpisanego, marudzili, że poza organizowaniem imprez piłkarskich i różnych dożynek kultury, do niczego innego się on nie nadaje. Tymczasem okazuje się, że może być wykorzystywany bardziej wszechstronnie, niż to się komuś mogło marzyć. Dzięki innowacyjnym rozwiązaniom technicznym nasze orły błotne mogą na nim trenować nie tylko piłkę nożną, krykieta czy badmintona, ale również, zależnie od aury: piłkę wodną, pływanie, pływanie synchroniczne, kajakarstwo górskie (na schodach i trybunach), windsurfing, łyżwiarstwo figurowe, hokej, bojery, saneczkarstwo (schody i trybuny), i diabli wiedzą co jeszcze. W odwodzie, na wypadek gdyby jakiś sabotażysta naoliwił zębatkę i znalazł korbkę do zamykania dachu, mamy jeszcze podziemny obiekt „Metro Powiśle”, który normalnie może służyć do krioterapii, zaś po zastosowaniu grzałek – jako pływalnia. Dzięki takiej wszechstronności sportowców możliwe będzie zlikwidowanie tych wszystkich PZPN – ów, MKOl – i i innych „polskich związków” oraz zastąpienie jednym – Polskim Związkiem Sportu Specjalnej Troski. I już pierwsze korzyści dla budżetu, w postaci sprzedaży nieruchomości i nieodzownego podatku od czynności cywilno – prawnych, czyli 2% wartości transakcji. Dla kibiców też wygoda – cały bardak w jednym miejscu. W dodatku nie trzeba będzie szkolić sportowców odrębnych specjalności – nasza wszechstronna kadra pokona każdego przeciwnika, nie wyłączając samej siebie. Wypuszczona na zagraniczne tourné wróci z worem nieamberowych medali. Wtedy wystarczy twórczo rozwinąć ustawę o opodatkowaniu wydobycia państwowych kopalin o zapis o opodatkowaniu zdobywania medali z kopalin, i znów kaska leci. A po pewnym czasie nacjonalizacja wyrobów z kopalin, należących wszak do państwa. Skoro kopaliny należą, to czemu  nie wyroby? Walnie to co prawda we wszystkich, ale za to będzie dość money na spłatę długów, ratowanie strefy euro, a i zostanie za co wypić i zakąsić przy okazji wręczania medali i okolicznościowych dyplomów uznania za drania. Że to niemożliwe? Cieć Anioł z kultowego serialu „Alternatywy 4” (epoka gierkowska) mówił, że u nas, w Pułtusku, nie takie numery żeśmy robili. A nikt nie zaprzeczy, że przy Tusku, to cieć Anioł cienki Bolek jest. Michał Nawrocki Fot.: internet