Category Archives: Jan Przybył

Fortyfikacje Kamieńca Podolskiego

Dr Jan Przybył oprowadza szlakiem fortyfikacji Kamieńca Podolskiego - "orlego gniazda" Rzeczpospolitej, które przez wieki strzegło Kresów Południowych przed agresją wojującego islamu.

Stefan Oleszczuk i dr Jan Przybył: Człowiek człowiekowi Chrystusem

Dr Jan Przybył rozmawia ze Stefanem Oleszczukiem - byłym burmistrzem, który kierując gminą osiągnął gospodarczy sukces i przeszedł do historii polskiej samorządności.

Jak Zachód zrobił Polskę w konia

Dr Jan Przybył, Marcin Janowski i Józef Białek - szef Wydawnictwa WEKTORY przedstawiają rezultaty transformacji gospodarczej w Polsce po 1989 roku a także wyjaśniają:

Grzegorz Braun i dr Jan Przybył: Po pierwsze nie przynudzać!

Grzegorz Braun i dr Jan Przybył rozprawiają się z popularnymi mitami historycznymi, propagandą ideologiczną i politycznymi zabobonami. Przekonują również, że historii można uczyć w sposób ciekawy i fascynujący. Materiał przygotowany przez kolegów z redakcji "Na argumenty".

Dr Jan Przybył: Ukraina bez mitów

Dr Jan Przybył, wieloletni wykładowca historii kultury polskiej, autor książek o Ukrainie i pilot wycieczek na Kresy, opowiada o tożsamości kulturowej Ukrainy i narodu ukraińskiego oraz o narodzinach i ewolucji ukraińskiego ruchu narodowego.

Dr Jan Przybył: Unia wykończy Ukrainę w 5 lat!

Dr Jan Przybył, autor książek o Ukrainie i pilot wycieczek na Kresy, opowiada o realiach życia w tym kraju. Rozmowę prowadzi Marcin Janowski

Chrześcijanin nie może nie być monarchistą

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie obserwowane od lat zjawisko bezmyślnego powtarzania pewnych formułek i tekstów. W tym wypadku nie chodzi jednak o powtarzanie tego, co podaje do myślenia pewna gazeta, którą Grzegorz Braun nazywa „Gwiazdą śmierci”, lecz o bezrefleksyjne powtarzanie tekstów będących dla chrześcijan chlebem codziennym.
Podczas spotkań z Grzegorzem Braunem częstokroć pada pytanie o monarchistyczne przekonania znanego reżysera, przy czym pytający zazwyczaj sprawiają wrażenie ludzi szczerze zdziwionych faktem, że ktoś może nie być demokratą. Dlaczego mnie to intryguje? Ano dlatego, że często są to ludzie, którzy właśnie wyszli z wieczornej Mszy św., gdzie powtarzali „Przyjdź KRÓLESTWO Twoje” albo śpiewali „My chcemy Boga, my PODDANI” czy „Maryjo, KRÓLOWO Polski”. Odmawiali, śpiewali, a potem wracali do swoich demokratycznych czy niekiedy nawet socjalistycznych postaw i poglądów. Istne (jak by powiedział Nikodem Dyzma) „fiksum dyrdum”. Jeszcze bardziej dziwię się niektórym księżom, którzy w kazaniach mówią coś o „obywatelach Królestwa Bożego”.... Chrześcijanin powinien pamiętać, że Bóg JEST KRÓLEM, że Jego Syn, Jezus Chrystus JEST KRÓLEM i dlatego też nie ma co walczyć o Jego intronizację. Bóg NIE JEST królem elekcyjnym i NIKT nie ustanowił Go królem. Tak samo Jego Syn. Przy okazji warto zauważyć, że jeśli ktoś ma prawo „intronizować” to ma też prawo „detronizować” i nikt mi nie zagwarantuje, że kiedyś jakaś „demokratycznie wybrana większość” nie pokusi się o akt detronizacji. Sprawa jest prosta: albo to uznajemy, albo nie mówmy, że jesteśmy chrześcijanami i nie powtarzajmy tekstów, z którymi nie współgrają nasze postawy i poglądy. Nie można być jednocześnie monarchistą i (co nie daj Boże!) socjalistą. Żadne gremium z Kolegium Kardynalskim i Soborem Powszechnym włącznie nie jest władne obalić MONARCHII Bożej. Bóg nie da się zmienić w „obywatela Boga” jak nieszczęsny król Ludwik XVI w „obywatela Capet”. Chrześcijanin NIE MOŻE nie być monarchistą i tyle. Oczywiście, Królestwo Boże jest przykładem monarchii idealnej, której nie dorównuje żadna ludzka instytucja o tej nazwie. Ale Pan Bóg pokazuje ludziom, że to ON ustanawia warunki i nikt nie znajdzie się w Jego Królestwie inaczej, niż je spełniając. Z Panem Bogiem nie ma dyskusji. W Królestwie Bożym nie ma parlamentu, debat, głosowań ani wyborów powszechnych. I chrześcijanie powinni MYŚLEĆ nad treścią, tego, co mówią i śpiewają. Cóż, nie każdy jest chrześcijaninem i nie każdy być nim musi. Bóg nikogo do niczego nie przymusza. Nie każdy musi być chrześcijaninem, ale skoro nim już jest, niech wie, że nie do niego należy ustalanie reguł gry. Jan Przybył Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl

Oświecenie, liberalizm i pomieszanie z poplątaniem

Studiując uważnie tak zwaną „prawicową prasę” nie trudno oprzeć się wrażeniu, że pomimo rozlicznych dzielących poszczególne ugrupowania „prawicowe” różnic, jest kilka takich obszarów, w których przemawia ona jednym głosem. Najczęściej wówczas, gdy chodzi o „wspólnego wroga”. Takowy oczywiście istnieje, jednakże rzecz w tym, żeby go prawidłowo identyfikować.
Ujmując słowo „prawicowa” w cudzysłów chcę przez to zaznaczyć, że mam poważne wątpliwości co do „prawicowości” takiego czy innego podmiotu politycznego Jeśli bowiem zapytamy, co jest wyznacznikiem owej „prawicowości”, otrzymamy odpowiedzi wzajemnie się wykluczające, przy czym każda ze stron będzie twierdzić, że jej interpretacja jest „jedynie słuszna”. Czy wyznacznikiem owej prawicowości miałby być patriotyzm, stosunek do katolicyzmu i tradycyjnej moralności przy jednoczesnym na wskroś lewicowym podejściu do kwestii gospodarczych czy też stosunek do kwestii własności, wolności i wolnego rynku jakże często pozostawiający na uboczu kwestie religijne, patriotyczne czy moralne ? Sądzę, że najwyższy już czas precyzyjnie ustalić pojęcia i umożliwić tak zwanemu prostemu człowiekowi zorientowanie się w całej sytuacji. W licznych felietonach zamieszczanych na łamach co niektórych uważanych (i określających się jako takie) za „prawicowe” czasopism raz po raz pojawia się wróg identyfikowany jako „liberalizm”, przy czym zupełnie miesza się pojęcia, wprowadzając tym samym zamęt w umysły ludzi, którzy tak wytresowani już na samo hasło „liberalizm” reagują agresją, kojarząc je z tym wszystkim, co wiąże się z wrogim stosunkiem do religii, zwłaszcza chrześcijaństwa, ateizmem, wyuzdaniem obyczajowym czy polityczną poprawnością. Jakby i tego było jeszcze mało, hasło „liberalizm” raz po raz pojawia się w sąsiedztwie takich haseł, jak „postmodernizm” i „ideologia oświeceniowa”. Istne materii pomieszanie. Zamęt dodatkowo powiększa określanie liberałów mianem prawicy oraz samookreślanie się tychże mianem prawicy. Najzabawniejsze jednak jest to, że podział lewica-prawica jest podziałem czysto technicznym, określonym przez miejsce zajmowane przez poszczególne frakcje podczas posiedzeń francuskiej izby rewolucyjnej mającej rozstrzygnąć los monarchii i biednego króla Ludwika XVI. Tymczasem - jak wkrótce się przekonamy - ludzie zwani w wiekach XVIII i XIX liberałami byli jak najdalsi od wielu spraw i zjawisk, do których przylepia się dziś etykietkę liberalizmu. Aby całą kwestię dokładnie wyjaśnić, zobaczmy wpierw, skąd się ów (prawdziwy, oryginalny) liberalizm wziął. Od razu przy tym zaznaczam, że mam na myśli LIBERALIZM FILOZOFICZNY, nie GOSPODARCZY, bo to inna bajka. W swych początkach był on nieodłącznie kojarzony ze światopoglądem oświeceniowym, wiec warto by zaraz na wstępie wyjaśnić, na czym tak naprawdę opierał się ów światopogląd, zwłaszcza że wiele z obecnych dziś idei (na przykład antyklerykalizm, ateizm, deizm, agnostycyzm czy wrogość wobec chrześcijaństwa) w nim właśnie ma swoje korzenie. Zaraz na wstępie należy wyjaśnić, że w wieku XVIII i XIX mianem liberałów określano głosicieli idei wolnościowych, a więc głównie: 1. Przeciwników reżimów autorytarnych (wszelkie formy absolutyzmu) 2. Zwolenników monarchii konstytucyjnej (parlamentarnej). 3. Przeciwników monarchii, zwolenników ustroju republikańskiego. 4. Ludzi opowiadających się za zniesieniem przywilejów stanowych (Byli wśród nich także przedstawiciele stanów uprzywilejowanych, czyli szlachta, arystokraci czy duchowni!) 5. Przeciwników niewolnictwa 6. Ludzi walczących o wolność słowa, stowarzyszeń i druku, przeciwników cenzury (królewskiej i kościelnej) 7. Zwolenników wolności religijnej Warto przy tym zauważyć, że wyznawca światopoglądu oświeceniowego nie musiał wcale być liberałem na polu polityki. Przykładem są choćby tacy „oświeceni despoci” jak caryca Katarzyna II, król Prus Fryderyk II czy cesarz Józef II, natomiast tym, co z reguły łączyło wyznawców światopoglądu oświeceniowego była niechęć, czy wręcz nienawiść do katolicyzmu i Kościoła rzymskokatolickiego oraz przynależność do lóż wolnomularskich. Światopogląd oświeceniowy Religia Bóg (wbrew temu, co sądzi wielu ludzi, myśliciele Oświecenia w znakomitej większości przyjmowali istnienie Boga!), jako Najwyższa Inteligencja, stworzył świat niczym genialny architekt (stąd też nazywany bywa -zwłaszcza w kręgach wolnomularskich - „Wielkim Architektem” czy „Wielkim Budownikiem”) bądź zegarmistrz. Stworzony przez Niego świat został zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach, wprawiony w ruch i...pozostawiony samemu sobie. Tak właśnie w skrócie przedstawia się światopogląd deistyczny. Jako Absolut, czyli Byt Najdoskonalszy, Bóg stworzył świat doskonałym, który to świat od momentu wprawienia go w ruch funkcjonuje samodzielnie w oparciu o prawa nadane mu przez Stwórcę,. Owe prawa są zaś tak doskonałe, że sam Stwórca nie może już niczego zmienić. Z tego rodzaju postawy wynikają następujące konsekwencje: 1. Świat, jako twór Najwyższego Rozumu jest na wskroś racjonalny i aby go poznać wystarczy znać prawa rządzące występującymi w nim procesami. To, czego nie wiemy dziś ze względu na niedostatek wiedzy bądź niedoskonałość narzędzi badawczych, będziemy wiedzieli jutro, a zatem jest to tylko kwestia czasu (optymizm poznawczy). Nie dysponując odpowiednią wiedzą oraz/bądź odpowiednimi instrumentami badawczymi, ludzie próbowali „wyjaśniać” świat za pomocą mitów bądź religii, odwołując się przy tym do „sił nadprzyrodzonych”, którym przypisywali możliwość bezpośredniej ingerencji w zachodzące w przyrodzie zjawiska, nie wiedząc, że wszystko, co dokonuje się w świecie, kierowane jest prawami ustanowionymi przez Stwórcę i Pierwszego Poruszyciela, które to prawa (zwane „prawami natury”) są wieczne i niezmienne. Prawda, że brzmi to zupełnie współcześnie? 2. Bóg – Stwórca (Genialny Architekt, Zegarmistrz, Budownik) nie ingeruje w to, co dzieje się w stworzonym przez Niego świecie (deizm) . Nie ingeruje w „prawa natury”, dzieje ludzkości czy losy jednostek, czyli nie istnieje coś, co ludzie nazywają Opatrznością. Z tego wynikają kolejne konsekwencje: a/ Skoro Bóg nie ingeruje w sprawy stworzonego przez siebie świata, nie ma najmniejszego sensu o cokolwiek Go prosić, a zatem modlitwa do Niego skierowana jest aktem bezsensownym. Immanuel Kant powiedział, że człowiek wykształcony przyłapany na modlitwie powinien się wstydzić, ponieważ dokonał „aktu autoalienacji”. Stąd też wszelkie kościelne ceremonie pozbawione są jakiegokolwiek sensu i stanowią, jak to później określił Karol Marks, „opium dla ludu”. b/ Religia to nic innego jak przednaukowy stosunek człowieka do świata natury. Tak zwane „święte księgi” to nic innego jak zapis doświadczeń człowieka bądź zbiorowości w zetknięciu z NIEZNANYM. Ponieważ „prawa natury” są niewzruszalne, wszelkie wzmianki o tak zwanych cudach, występujące w literaturze religijnej (wskrzeszenia zmarłych, chodzenie po wodzie, rozmnażanie chleba, zamiana wody w wino itp.) są mitami. A zatem należy przeprowadzić badania tekstów świętych (lingwistyczne, literackie, historyczne itp.) w celu oczyszczenia tychże tekstów z mitów (tak zwana „demitologizacja” Pisma św.) Tak „oczyszczone” Pismo św. stanie się zasadniczo kodeksem etycznym ( Dekalog i inne teksty odnoszące się do postępowania człowieka, jak choćby Kazanie na Górze) a sama religia zredukowana do moralności. Ponieważ nie istnieje nic takiego jak sfera nadprzyrodzona, zasadniczym zadaniem religii jest podtrzymywanie – jak to wówczas nazywano- „moralności publicznej”, z tym, że ludzie wykształceni nie potrzebują. religii by prowadzić porządne życie. Wyraźnie formułuje to mieszkający w Badenii polski filozof okresu Romantyzmu Bronisław Trentowski (mason najwyższych stopni) w swym olbrzymim traktacie zatytułowanym Chowanna, czyli system pedagogiki narodowej, gdzie pisze, że religia „katechizmowa” jest dla kobiet, służby i prostego ludu, zaś chłopcom wystarczy filozofia religii. Instytucje religijne (Kościoły, zgromadzenia zakonne) Radykalni myśliciele oświeceniowi uważali instytucje kościelne za główną podporę monarchii, gdzie kapłani ze swej strony utwierdzali lud w przekonaniu o boskim pochodzeniu władzy i za pomocą strachu przed karami wiecznymi utrzymywali ludy w posłuszeństwie władzy, a ta ze swej strony odwdzięczała się służąc tak zwanym „świeckim ramieniem”. Ów „sojusz tronu i ołtarza” był zatem ich zdaniem główną przeszkodą stojącą na drodze wolności ludów i pełnego szczęścia. Powstawało całe mnóstwo traktatów ów spisek książąt i kapłanów „demaskujących”. W Polsce takim traktatem był Ród ludzki autorstwa... księdza (deisty) Stanisława Staszica, który umierając nie życzył sobie kapłana i miał ponoć oświadczyć, że skoro za chwilę stanie przed Panem, to nie ma potrzeby teraz rozmawiać z Jego sługą. Odrzucając religię objawioną, istnienie Opatrzności Bożej, sfery nadprzyrodzonej i sakramentów, „oświeceni” ze szczególnym zacięciem walczyli o likwidacje zakonów kontemplacyjnych, widząc w nich „gniazda zabobonu” a samych mnichów i mniszki uważając za zgraję darmozjadów. W całej Europie krążyły zjadliwe satyry i ordynarne paszkwile wyszydzające życie zakonne i oskarżające zakonników o wszelkie możliwe bezeceństwa. Cesarz-mason Józef II przeprowadził zakrojoną na szeroką skalę (także na ziemiach polskich, które Austria zagarnęła w I rozbiorze) akcję likwidacji zakonów, zwaną „reformami józefińskimi”. Sporą część budynków poklasztornych zamieniono na wiezienia. Na razie pozostawiono zgromadzenia zajmujące się prowadzeniem szpitali, przytułków, sierocińców czy szkół. Moralność Odrzucając religię objawioną, „oświeceni” nie odrzucali bynajmniej zawartych w niej treści moralnych, powszechnie uznając Dekalog i Kazanie na Górze. za podstawę wszelakich kodeksów etycznych. Wyraźne odniesienia do Biblii zawierają dokumenty założycielskie Stanów Zjednoczonych Ameryki, choć jak wiadomo, „Ojcowie Założyciele” byli w znakomitej większości masonami. Wbrew temu, co często słyszy się w kręgach tzw. „prawicy”, myśliciele oświeceniowi propagowali surową moralność. Jakiekolwiek dewiacje czy zboczenia oceniane były tak, jak na to zasługują a ich propagatorów i zwolenników traktowano jak osobniki niespełna rozumu i częstokroć umieszczano w więzieniach (jak na przykład słynnego markiza de Sade). Propagowanie rozwiązłości NIE MA NIC WSPÓLNEGO z liberalizmem, bowiem tego typu postawy określano mianem LIBERTYNIZMU. Niby podobnie brzmi, ale zupełnie co innego znaczy. Powtórzmy raz jeszcze: kojarzenie LIBERTYNIZMU z liberalizmem wynika z niedouczenia, bowiem ten pierwszy, choć często się do niego odwoływał, nie ma nic wspólnego ze światopoglądem oświeceniowym. Fałszywa antropologia i społeczne utopie „Oświeceni” twierdzili, że człowiek rodzi się jako istota doskonała, nie obarczona żadnym mrocznym dziedzictwem w postaci takich czy innych skłonności. Rodzi się jako tabula rasa i będzie takim, na jakiego zostanie wychowany. Przyczyną zła w człowieku nie jest naturalna skłonność będąca rezultatem jakiegoś grzechu pierworodnego, lecz zły wpływ otoczenia (rodziny, społeczeństwa). W tym miejscu warto zauważyć stały element wszystkich utopii społecznych: skoro społeczeństwo czy rodzina nie pasują do wydumanego przez „oświeconych” ideału, należy STWORZYĆ NOWE SPOŁECZEŃSTWO czy NOWĄ RODZINĘ. Czyż z takimi właśnie próbami nie mamy do czynienia od czasów niesławnej „Rewolucji Francuskiej” ? Czyż na przykładzie rozlicznych prób tworzenia nowego człowieka i nowego społeczeństwa nie widzimy wyraźnie, że dla wszystkich tych „dobroczyńców i miłośników ludzkości” (wszelakich Robespierrów, Leninów, Trockich, Stalinów, Mao, Pol Potów, Castro, „CHE” Ho i innych) nie liczą się ani setki milionów ofiar ani morze cierpień poddanych ich eksperymentowi (bynajmniej nie dobrowolnie!) ludzkich „królików doświadczalnych”? Warto o tym wszystkim pamiętać, bo oświeceniowa utopia społeczna bynajmniej nie umarła: ona nieustannie przepoczwarza się, przyjmując postać na przykład Unii Europejskiej, koncepcji „rządu światowego”. „wspólnej waluty” czy „europejczyka” zamiast Polaka, Niemca czy Francuza. Pod wpływem Woltera i Rousseau mnożą się opowiastki o „dobrym dzikusie”, który dopiero w kontakcie z zepsutym otoczeniem pozbywa się „wrodzonej moralności” i uczy rzeczy złych. Ową naiwną wiarę w „dobroć natury” zburzył dopiero Karol Darwin, pokazując, że natura wcale nie jest taka niewinna; że w naturze toczy się nieustanna i okrutna walka o przeżycie. Wolterowskie „powiastki filozoficzne” stały się wzorem dla wielu innych literatów, jak chociażby nasz książę biskup Ignacy Krasicki, którego Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki to charakterystyczny dla literatury tego kręgu przykład „smrodku dydaktycznego”. Gdybyśmy uważnie przestudiowali treść artykułów publikowanych w czasopiśmie Monitor, od razu odkrylibyśmy źródła inspiracji ich autorów. Skoro człowiek jest takim, jakim kształtuje go otoczenie, należy stworzyć warunki, w których możliwym będzie takie wychowanie przyszłych pokoleń, które zaowocuje wcieleniem zasad oświeceniowych w życie narodów i państw. Ponieważ oświeceniowa utopia zakładała, że człowiek zły = człowiek pozbawiony oświaty, zaczęły powstawać różnorakie instytucje, mające za zadanie UJEDNOLICENIE metod i programów nauczania oraz poddanie oświaty pod ścisły nadzór państwa, a tak naprawdę elity inicjowanej w lożach wolnomularskich. Aby móc zrealizować swe szaleńcze (a jak pokazują dzieje – w praktyce zbrodnicze) koncepcje, „oświeceni” dążą do zapewnienia sobie monopolu na wychowanie młodzieży. Komisja Edukacji Narodowej była dziełem wolnomularzy, którzy też zajmowali w niej główne stanowiska. Stąd też nieustające działania mające na celu zdyskredytowanie szkolnictwa niepaństwowego, zwłaszcza szkół prowadzonych przez duchowieństwo. Tylko człowiek złej woli, naiwny bądź niedouczony może twierdzić, że jest rzeczą przypadku, iż na czele Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego w utworzonym po Kongresie Wiedeńskim Królestwie Polskim stał Stanisław Kostka Potocki - mason najwyższych stopni, autor antyklerykalnej książki Podróż do Ciemnogrodu. W czasach nam współczesnych, gdy szkolnictwo niemalże w całości znalazło się pod kontrolą państwa, dochodzi do tego dążenie do opanowania wszelkich nośników informacji i zamienienie ich w propagandowe tuby „postępu” i narzędzia służące praniu mózgów. Zapędy w kierunku tworzenia „nowego człowieka” i „nowego społeczeństwa” bynajmniej nie ustały. Co istotne, przybrały na intensywności i wykorzystują coraz to subtelniejsze metody. Jedną z nich jest nieustanna manipulacja słowami i pojęciami, które co rusz zmieniają znaczenie, powodując zapaść semantyczną. Ponieważ człowiek myśli SŁOWAMI, zmiana ich znaczenia automatycznie owocuje zmianą świadomości.. I słysząc słowa takie, jak „tolerancja”, „faszyzm” czy „skrajna prawica” nie wolno nam o tym zapominać. W czasach nam współczesnych „podpieranie się” światopoglądem oświeceniowym to domena nielicznych. Tak zwani „ludzie oświecenia” byli z reguły ludźmi doskonale wykształconymi klasycznie, znającymi języki obce światowcami. Język oraz argumenty przez nich wykorzystywane byłyby dziś dla miażdżącej większości ludzi niezrozumiałe. Dlatego też nie ma co dziś mówić o jakimś „światopoglądzie oświeceniowym”, którym kieruje się garstka ludzi naprawdę wykształconych. Dla całej reszty spreparowano „wersję dla ubogich” złożoną z myśli i cytatów wyrwanych z oryginalnych kontekstów, wymieszanych z psychoanalizą, marksizmem, przewrotnie interpretowanym darwinizmem i ateizmem MARGINESU myśli oświeceniowej. Widzimy więc, jak ważną rzeczą jest rzetelna informacja i precyzyjne ustalanie pojęć. Dlatego tez właśnie rządzącym zależy na tym, by ludzie pozbawieni byli jednego i drugiego. W mętnej wodzie łatwiej łowić ryby. Jan Przybył

Otwartym tekstem o III RP

Zapraszamy do obejrzenia nowego internetowego programu publicystycznego pt.: "Otwartym tekstem". W premierowym odcinku Grzegorz Braun i dr Jan Przybył mówią o problemach związanych z podejmowaniem debat na trudne i politycznie niepoprawne tematy w III RP.  
  Foto.: Marcin Janowski

Cóż za cholerne stulecie

„Od skromnych kreacji edwardiańskich po bomby atomowe i mini spódniczki Twiggie – Królowa Matka obserwowała, w jak niewiarygodny sposób zmienia się nasz styl życia”- Paul Johnson w artykule pisanym z okazji stulecia urodzin brytyjskiej Królowej –Matki, Elżbiety, małżonki JKM Jerzego VI, matki JKM Elżbiety II.
Ponieważ cokolwiek się pisze, trzeba to jakoś zacząć, zacznę więc od tego, że nienawidzę tak zwanych porządków. Od razu zaznaczam, że jestem bałaganiarzem z natury, to znaczy, tak właśnie postrzega mnie otoczenie, a zwłaszcza najbliższa rodzina. Mój wypełniony książkami i notatkami gabinet dla osób postronnych przedstawia śmietnik, jednakże ja czuję się w nim doskonale i w zasadzie dobrze się w nim rozeznaję. To znaczy, wiem, co mam i „mniej-więcej” wiem, gdzie to mam. Oprócz kilku tysięcy książek mam też poupychane po wszystkich możliwych kątach pudła z notatkami i co ciekawsze wycinki z prasy, także zagranicznej. Leżą sobie spokojnie całymi latami i czekają na swoją chwilę. Przymuszony przez najbliższych, od czasu do czasu porządkuję ten mój (pozorny!) bałagan, przy okazji wyciągając to i owo na światło dzienne. Tak się akurat składa, że znalazłem egzemplarz Daily Mail poświęcony setnej rocznicy urodzin Królowej-Matki Elżbiety, więc uznałem, że warto przypomnieć, jakie refleksje nasunęły się jednemu z najwybitniejszych historyków i felietonistów brytyjskich przy okazji wielkich uroczystości, jakie miały wówczas miejsce w Londynie Byłem wówczas pod Pałacem Buckingham i z tym uroczystym dniem wiążą się również i moje osobiste wspomnienia. Nie trzeba chyba mówić, że dostanie się w pobliże Pałacu graniczyło wówczas z cudem. Szeroka aleja odgrodzona była od reszty parku barierkami, przed którymi co kilka metrów stał policjant bądź agent służb specjalnych, a za którymi przepychało się 40.000 ludzi, w dużej mierze amerykańskich turystów. Obrotni handlarze robili interes, sprzedając po funcie dziesiątki tysięcy małych chorągiewek. Nie wiem jak, ale udało mi się dostać pod sam Pałac. Od członków ochrony dowiedziałem się, że za chwilę wyjadą Książę Karol i Królowa Matka, więc postanowiłem zrobić zdjęcie. Rzecz w tym, że na to samo czekały dziesiątki tysięcy innych ludzi, w tym setki agresywnych fotoreporterów. Niewiele myśląc, podszedłem do stojącego przed barierką „smutnego pana”, przedstawiłem się i zacząłem narzekać, że „ci okropni amerykańscy turyści tak wymachują chorągiewkami, że nie pozwolą mi zrobić zdjęcia (Anglicy nie znoszą Amerykanów, zwłaszcza amerykańskich turystów, więc wiedziałem, co robię). Ochroniarz przyjrzał mi się uważnie, wziął do ręki mój aparat, dokładnie go obejrzał, po czym...kazał mi stanąć obok siebie przed barierkami, zastrzegając, że mogę zrobić tylko jedno zdjęcie. Następnego dnia, w weekendowym wydaniu Daily Mail ukazało się mnóstwo fotografii i artykułów, z których za najciekawszy uznałem dwustronicowy felieton Paula Johnsona, noszący jakże znamienny tytuł "What a hell of the century". Jak zwykle znakomity, Paul Johnson dokonał swoistego przeglądu epoki, w jakiej przyszło żyć wiekowej Królowej-Matce, zwracając uwagę na to, jak olbrzymie zmiany zaszły w świecie od chwili Jej narodzin. Czytając jego felieton, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że żyjemy dziś w zupełnie innym świecie niż ten, który nasi dziadkowie uważali za normalny. A zaczął od tego, że jego ojciec uciekł z domu w wieku lat dwunastu (podkreślenie moje-J.P), po czym zaciągnął się na żaglowiec, którym opłynął świat. Wszystko zupełnie legalnie. Dziś byłoby to nie do pomyślenia. Wspomina też, jak jego matka, mając szesnaście lat uczyła w szkółce ludowej pisania, czytania i arytmetyki młodzieńców starszych od niej o pięć-sześć lat i o połowę wyższych. Nic nie wspomina o stresie związanym z pracą nauczyciela w publicznej szkole, a tym bardziej o jakichkolwiek ekscesach podczas lekcji. Nie zadając pytań, Johnson zdaje się jednak pytać: co się stało przez ostatnie kilkadziesiąt lat ? Pisząc o czasach Wielkiej Recesji lat dwudziestych i trzydziestych, powtarza to, co sam wielokrotnie słyszałem z ust wiekowych, a nieżyjących już londyńczyków, a co zadaje kłam bełkotowi przeróżnych pracowników socjalnych i psychologów, bredzących że nieuczciwość, złodziejstwo i tym podobne plagi rodzą się z biedy. O biedakach lat dwudziestych i trzydziestych Johnson pisze: „W tamtych czasach biedacy odziewali się w łachmany. Śmierdzieli...jednakże ci niedożywieni ludzie byli mili, częstokroć pogodnie usposobieni, niezwykle cierpliwi, uczęszczający do kościoła, w większości metodyści. Nigdy nie myśleli nawet o kradzieży. Jeśli natknęli się na niewidomego, często dawali mu pensa...nie było przestępstw. Nigdy nie zamykaliśmy drzwi na klucz, chyba że na noc czy w święta”. Zaraz po tym stwierdza: „Najważniejszą zmianą społeczną, jaką zaobserwowałem w czasie mego życia był postępujący, powszechny wzrost nieuczciwości i przestępczości”, a wracając wspomnieniami do czasów Wielkiej Recesji, konkluduje: „lata 30-te były to czasy takiej biedy, jakiej sobie nie wyobrażamy. Jednakże był to świat bezpieczny - nikt nie słyszał o napadach rabunkowych-świat pełen był miłosierdzia, hojny, pełen Bożej bojaźni. Nigdy nie słyszało się przekleństw- a już na pewno nie w miejscach publicznych - gdyż osobnik taki byłby natychmiast aresztowany przez policjantów, nie przemykających w swych samochodach, lecz spacerujących ulicami”. Żyjąc w świecie, w którym króluje wrzask rozpuszczonych i całkowicie bezkarnych nieletnich, aż trudno uwierzyć w kolejne wynurzenia Johnsona, który pisze, że „dzieci nie widziało się ani nie słyszało” a powszechnie obowiązująca je zasada brzmiała: „nie mów, jeśli do ciebie nie przemówiono”. Dziś, w świecie terroru pajdokracji i wspomagających ją zastępów psychologów, pedagogów i pracowników socjalnych –kolejna rzecz nie do pomyślenia Następnie Johnson wspomina czasy II Wojny Światowej, upadek Imperium Brytyjskiego i trwający do późnych lat pięćdziesiątych okres niedostatków, uważając, że właśnie koniec lat pięćdziesiątych był prawdziwym „łabędzim śpiewem” „starej Anglii”. Ów koniec przejawiał się na wiele sposobów, a jednym z nich była postępująca demokratyzacja życia codziennego. Wraz z nią nastąpił koniec tradycyjnego, brytyjskiego stylu życia. Johnson pisze: „Torysi ubierali się bogato, Labourzyści biednie[...] dziś nie da się ich rozróżnić”. Ów "koniec starego świata" i to, co miało nadejść, najlepiej ilustruje przytoczona przez niego rozmowa pomiędzy córką premiera, Lady Violet Bonham Carter, a przywódcą ówczesnej bohemy, parlamentarzystą Bobem Boothby. Ten ostatni, kpiąc z damy, oświadczył: "Przyznaj, Violet, że wasz czas się skończył. Jesteś już starym rupieciem, la comedia e finita! Teraz rządzą masy, teraz głos mają młodzi". Dama odparła na to z godnością: „Jeśli to, co mówisz, stary draniu , jest prawdą, to biada nam wszystkim!” Czyż nie miała racji? Jan Przybył Tekst powstał kilka lat temu i został wysłany do jednego z "prawicowych" czasopism, gdzie przepadł bez śladu.

ORMO czuwa

Gdy tylko sejm przegłosował ustawę o tzw. „zapobieganiu przemocy w rodzinie”, cała reszta była już tylko kwestią czasu. To była bardzo starannie przygotowana akcja. Od lat na polskich (?) wyższych uczelniach tworzono przeróżne Wydziały/Instytuty (jak je zwał, tak zwał) pracy socjalnej. W ten sposób przygotowywano tysiące przyszłych kontrolerów życia społecznego a uczelnie nabijały sobie kabzę i mogły zatrudniać „swoich” w charakterze wykładowców.
ONI od lat przygotowywali się na chwilę, gdy Sejm (cloaca maxima - określenie Józefa Piłsudskiego) przegłosuje odpowiedni akt prawny. Dziś, gdy sprawa odebrania dzieci Państwu Bajkowskim stała się głośna, widzimy wyraźnie, że państwowi kidnaperzy ośmieleni postawą sądów nie poprzestaną na tym przypadku. Jeśli nie wygramy tej sprawy, w przyszłości może to wyglądać następująco: 1.Opieprzeni przez rodzica (np. za kiepskie wyniki w nauce, zbyt późny powrót do domu itp.) syn lub córka oskarżą go przed sądem o ...przemoc psychiczną. 2.Rodzic będzie miał wyłącznie obowiązki (utrzymywać, dawać „kieszonkowe” itp.), dzieci („młodzi ludzie”) wyłącznie prawa. Niech taki rodzic na przykład odmówi kupna komputera ! Sąd już czeka. Co będzie dalej ? Pracownicy socjalni" będą mogli na przykład wnioskować o odebranie rodzicom dziecka bo: 1. Rodzice palą w domu papierosy. 2.Rodzice nie gwarantują odpowiedniego wychowania (na przykład nie wyrażają się pozytywnie o homoseksualizmie, używają określeń w rodzaju „zboczeniec” czy „pedał”) 3. Mają „:niewłaściwe" poglądy polityczne (np. należą do PiS, UPR, Nowej Prawicy, są narodowcami) 3. Są wierzący i „narzucają” swym dzieciom światopogląd religijny. 4.Są nietolerancyjni 5. ”Źle” wyrażają się o „mniejszościach seksualnych” 6. Są antysemitami Dalej można sobie dopisywać... Wiele krajów zachodnich już zna ten koszmar. Mamy nadzieję, że Polacy otrząsną się wreszcie i położą kres antypolskiej, antynarodowej, antyrodzinnej „radosnej twórczości” naszych rzekomych przedstawicieli. Nazwiska znamy. Przyjdą wybory-przyjdzie czas rozliczeń. Kidnaperzy nie mogą czuć się bezkarni. Choć twierdzą, że działają zgodnie z prawem, my wiemy, że to, co nazywają prawem żadnym prawem nie jest. Jest (określenie Janusza Korwin-Mikkego) LEWEM. UWAGA !!! Na razie działa ORMO – bis, później przyjdzie czas na POLICJĘ MYŚLI. Jan Przybył Foto.: kontrowersje.net

Zielone światło dla złodzieja

Propozycja, by kradzież przedmiotu, którego wartość nie przekracza jednego tysiąca złotych traktować nie jak przestępstwo, tylko wykroczenie i jako takie karać łagodniej, godna jest uwagi z kilku powodów.
Po pierwsze, już Lenin powiedział, że „element kryminalny jest bliski klasowo bolszewikom”. Czyżby był on równie bliski klasowo rządzącym nami „elytom” ? Po drugie: Wklepuje się ludziom do głów, że kwalifikacja czynu zależy od „stopnia szkodliwości społecznej”. Tymczasem złodziej jest złodziejem NIEZALEŻNIE OD TEGO, ile ukradł. Jest złodziejem, ponieważ wyciągnął łapę po coś, CO DO NIEGO NIE NALEŻAŁO. Tu chodzi o zasadę: NIE RUSZAJ TEGO, CO NIE TWOJE. Niezależnie od tego, czy ukradł 2 złote czy 2 miliony, JEST ZŁODZIEJEM i tyle. SZKODLIWOŚĆ SPOŁECZNA kradzieży polega na tym, że takowa W OGÓLE MA MIEJSCE ! Nie można być pobłażliwym dla ZŁODZIEJA tylko dlatego, że wartość skradzionej przez niego rzeczy nie przekroczyła jakiejś tam sumy. Karać powinno się ZA CZYN. Statystyki w sposób jasny wykazują, że znakomita większość kradzieży, to kradzieże tzw. „drobne”. Są one zarazem najbardziej uciążliwe dla tych, którzy są okradani. I choćby dlatego właśnie należy zwalczać je ze szczególną surowością. Ale może komuś chodzi o „oswojenie” nas z myślą, że złodziej też człowiek i trzeba dać mu zarobić ? Warto przy okazji wspomnieć, że w przypadku kradzieży powinna być bezwzględnie stosowana ewangeliczna zasada: nie wyjdziesz aż oddasz ostatni grosz. Co komu z tego, że złodziej, który ukradł mu 10 tys. zł. dostał tyle a tyle odsiadki. Warunkiem zwolnienia powinno być ZADOŚĆUCZYNIENIE za wyrządzoną szkodę. Osadzony w wiezieniu złodziej powinien PRACOWAĆ nie tylko na swoje utrzymanie, ale też na poczet zasądzonych roszczeń strony pokrzywdzonej. Kryminalista odmawiający pracy powinien być traktowany na zasadach wyznaczonych przez św. Pawła” „Kto nie chce pracować, niech też i nie je”. Dlaczegóż to uczciwi obywatele mieliby fundować wikt i opierunek (o siłowni i innych rzeczach nie wspominając) komuś, kto im szkodzi ? Wydaje się, że posunięcia podobne do tego mają na celu ostateczne przemodelowanie tkanki społecznej tak, by raz na zawsze utrwalić w świadomości ludzi to, że wszystko jest kwestią umowy. Że wystarczy „demokratyczna większość” by zadekretować iż czarne jest białe. Skoro w „demokratycznym głosowaniu” większością głosów można „ustalić”, że coś jest lub nie jest chorobą, równie dobrze można „ustalić”, że wszystko inne również podlega demokratycznemu głosowaniu. Ludziom wklepuje się do głów, że prawdę można ustalić poprzez „demokratyczne głosowanie” albo że „prawda leży pośrodku”, gdy tymczasem leży ona tam, gdzie leży, niezależnie od chciejstwa „demokratycznej większości”. Jan Przybył