Zagłada Żydów bez dotacji?

Mają swoją stronę w internecie. Reklamują najnowszy numer. Jakie m.in. teksty można tam znaleźć? Czytaj więcej »

 

Category Archives: Kamil Kisiel

Debata wyborcza TVP – komentarze na gorąco

13 czerwca 2010 r. o godzinie 20:15 TVP wyemitowała „Wielką debatę kandydatów” na urząd prezydenta RP. Prowadzący debatę Diana Rudzik i Krzysztof Ziemiec odpytywali Bronisława Komorowskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Grzegorza Napieralskiego i Waldemara Pawlaka na okoliczność różnych sfer życia i polityki. Prezentujemy Czytelnikom pierwsze wrażenia Autorów portalu Prokapitalizm.pl w kolejności alfabetycznej nazwisk.

Konserwatyści w konserwie, czyli nie dla demokracji

Coś musi być w sentencji Marksa, że „aby zbudować socjalizm, wystarczy wprowadzić demokrację”. Ciężko jednak mieć o to pretensje do socjalistów – koń, jaki jest, każdy widzi  i wątpliwą przyjemnością byłoby zaglądać czerwonym szkapom w gardziel. Salwy puściłbym tam, gdzie przeciwko >>postępowi<< powinien być postawiony najmocniejszy opór. Powinien, ale w polityce z powinnościami jak z bananami za PRL-u – tylko od święta (od wyborów).

Orędzie Prezydenta RP

Rzecz dzieje się w wyimaginowanej Polsce, w roku 2030, kiedy kandydaci "Wolności" zdobyli fotel prezydencki oraz sejmową większość. O to fikcyjne, zapewne nigdy niewygłoszone orędzie z tej okazji, dedykowane panom: Januszowi Korwin-Mikke i Markowi Jurkowi....

Złote jaja – to Hellada

Biada naiwnym pesymistom! Uwierzyłem, że Grecja będzie wystawiona na pastwę dziennikarzom oraz ekonomistom z powodu unijnej waluty i unijnych „dyrektyw rozwoju”. Chwilowo nawet Grekom współczułem, ponieważ ganili ją ci, którzy przygarniali garnkowi. Szlag mnie trafił i cholera wzięła, kiedy Grecy zaczęli protestować przeciwko planom oszczędnościowym, ale kolapsu doświadczyłem, kiedy dowiedziałem się o 110 mld € zapomogi. Od tej pory szklanka zawsze będzie do połowy pełna, bo oto zamiast sępów do Grecji przybędą kury znoszące złote jaja. Przecież pani Kanclerz, Anioł Europy, jeszcze niedawno groził palcem państwom członkowskim, że Panowie, ale bajzel w swoim pokoju sprzątamy sami. Najwidoczniej jednak jakiś element soceuropejskiej układanki zazgrzytał przeraźliwie. Albo pojawiły się tak zwane „nowe możliwości polityczne”. Cholera wie. Stanęło na tym, że jednak niemiecka kroplówka popłynie do Hellady, i to w wysokości 22 miliardów €. Niesamowite, że Niemcy nie wyszli na ulicę. Jednorazowe zrabowanie ok. 600-700 € każdemu pracującemu Niemcowi nie wywołało żadnej reakcji społecznej! Co prawda, zanotowano trochę kapci odbijających się od telewizora, ale i tyle samo oklasków lewych rąk. Mimo wszystko, odrętwienie totalne. W Niemczech do chodzenia na ulicę służą: 1 maj, Love Parade i Manify Antify. 110 miliardów €., ale za co? Za niegospodarność? Za nieuczciwość? Za życie ponad stan? Za „kreatywną księgowość”? Może za protektorat niemieckich banków. O to toto, o to toto – zaświeciły mi się lampki w głowie, z trudem wytrzymującej kolejne pomysły SocEuropki. Panowie, jakieś kryteria, może chociaż warunkowe transze! I jaki będzie koszt obsługi transferu takiej kwoty – przecież nikt nie wyśle transporterów z pieniędzmi przez Bałkany. No i kto będzie rozdzielał te środki? Czy kasa pójdzie na łatanie szwajcarskiego sera?  Co z inflacją, gdy w greckim systemie pojawi się tyle „płynu” naraz? „Mamy swoje standardy i procedury” – odpowie jakiś oficjel z cynamonowym uśmiechem. Dzisiaj nie mam już powodów, by żałować Greków. Co prawda, nie stworzyłem żadnej listy „krajów-szumowin” jak Dżordż Dablju Busz, ale jakaś kartka się znajdzie. Należy się – za wybór lewaków, za protesty w imię tego, co ich zrujnowało. Emerytura od 53-ego roku życia – eureka! W Polsat News jakiś młody, całkiem rozsądny ekonomista z PPKP Lewiatan wraz z ofic… prezenterem prowadzącym, rozmarzyli się, co Polska mogłaby zrobić ze 110 mld €. Cóż – wszystko i trochę więcej. Problemem może byłoby, jak dostać takie pieniądze, ale ja już mam pomysł, ja już mam plan. Wedle obecnego kursu polski dług zagraniczny wynosi ok. 160 mld €. Proporcjonalnie do ludności kraju trzeba podwoić deficyt (wystarczy dodrukować pieniądze, w końcu NBP jest już we „właściwych” rękach), wprowadzić euro, ogłosić krach i recesję. Młodzież mamy krewką, więc chętnie wyjdzie na ulicę. Następnie żałosnym skowytem zacząć żebrać i prosić o pomoc. Europejska prasa na pewno będzie przychylna. I jakieś 300 miliardów € popłynie. Donaldowi Tuskowi udało się wiele pierwszorzędnych kłamstw i sztuczek, takie zadanie to dla niego kaszka z mleczkiem. Na koniec podchwytliwe pytanie? Który bank będzie transferował zapomogę dla Grecji i dlaczego akurat Deutsche Bank? Wiem, że odpowiedź śmieje się tuż przede mną, ale jestem obecnie jak ktoś, kto zobaczył różowego słonia i prosi, aby go uszczypnąć. Kamil Kisiel

Gangrena w świadomości

Dlaczego tak trudno przekonać ludzi do wolnego rynku? Alarm! Ratuj się kto żyw i kto choć trochę wierzy w przebrzydły kapitalizm, w którym wszyscy kierują się chęcią zysku i skoczą sobie do gardeł, albo jak powiedział Pierwszy Przywódca Proletariatu (PPP), sprzedadzą sznur, na którym się ich powiesi. To nie jest degrengolada społeczna, albo coś innego z terminologii psychologicznej. To raczej gangrena, która infekuje coraz większe obszary ciała. To trucizna, która doprowadza do chorób psychicznych, majaków, paranoi. Wyzyskiwana klasa robotnicza co prawda sama nie pogardzi dodatkowym groszem. Niektórzy grają w lotto, inni marzą o podwyżce. Oczywiście to nie czyni ich chętnymi zysku. Woli raczej stawiać się w roli ofiary, jako kompleksu poddańczego, który płynie w krwi  i genach feudalnych. Zresztą, technicznie byłoby niemożliwe utworzenie z proletariatu warstwy wyzyskującej – to jest statystycznie nie do wykonania. Siłą rzeczy więc szara masa patrzy tylko na siebie, znajduje identyfikację w roli poszkodowanego i zyskuje tym samym przychylną opinię rozmaitych kurtyzan tworzących opinię publiczną, od pisarzy do dziennikarzy. Wiadomo, że ofiara, czy to wyzyskiwany robotnik, biedny emeryt, zniewolona kobieta czy gnębiony homoseksualista, zdobędą  sympatię większości (Nawiasem mówiąc, jak większość jest przeciwko gnębieniu, to kto ich tak naprawdę gnębi? Znowu jakaś niezidentyfikowana siła). Miałem jednak rozwinąć wątek gangreny. Rozmawiałem z Niemcem, typowy socjaldemokrata, wierzący w redystrybucję dóbr oraz inne cuda wianki i kochanki. Mówił mi, że bogatemu można zabrać milion euro, bo to dla niego nie zrobi różnicy, najwyżej będzie swój statek (jacht) do tyłu, a zresztą, po co komu jachty? Musiałem przegryźć wargi, by nie wypalić „aksamitny bolszewizm”, określenie, którym nazywam tego typu myślenie. Bastiat uczył jednak, by z sofizmatami rozprawiać się mimo wszystko, niezależnie od ideologicznego zabarwienia. Otóż, moi drodzy socjaldemokraci, socjaliści, komuniści itp. Itd. Milioner nie kupuje samego statku. To jest wytwór dopiero wyższego rzędu. Żeby zbudować ten jacht, ktoś musiał go najpierw zaprojektować. Miesiące spędzone nad kartkami papieru technicznego, bądź też programu obróbki 3D, zrobionego przez firmę zatrudniającą 5 osób. Potem prefabrykaty – blachy, żagle i maszty lub silniki i systemy elektroniczne, w zależności o jakim jachcie mówimy. W jednym i drugim już profituje klasa średnia, zanim w ogóle jacht trafi na linię produkcyjną. Blachy musi ktoś pospawać, nawet śrubki, wkręty trzeba dostarczyć, żagiel trzeba uszyć, ktoś musi dostarczyć wymiarów, płótna, nici i igły lub maszyny. Ten statek lub jacht trzeba złożyć później, zamontować podzespoły, na koniec oblatać. Potem ten niezidentyfikowany milioner musi wykupić ubezpieczenie na tak drogą rzecz, zadokować gdzieś swój nabytek, płacić za paliwo, serwis, konserwację, za opłatę tytułem prawa do żeglugi. Nie będę nawet próbował liczyć, ile osób profituje dzięki temu, że „jakiś-tam-milioner” ma kaprys chcąc kupić sobie statek. Wielu wyzyskiwanych robotników z pewnością, bo stal muszą przygotować hutnicy przy wsparciu górników i elektryków. Co prawda, pieniądze redystrybuowane nie giną od razu. Tylko, że całkowicie zostaje zachwiana racjonalność obiegu pieniądza. Naturalny ład znakomicie lokuje kapitał tam, gdzie jest zapotrzebowanie na usługę i dobre jej wykonanie. Tymczasem urząd socjalny jeden z drugim dadzą pijaczkowi pieniądze z tytułu zasiłku, które racjonalne wydane nie będą. To zresztą najlżejszy przykład. Najcięższym przykładem jest np. jez. Aralskie. Niestety, wyjaśnienie stało się za długie dla mojego rozmówcy. I chyba zbyt skomplikowane. W odbiorze zdecydowanie lepszy jest wrzask demonstracji w stylu :„Żądamy płacy minimalnej! Żądamy godziwej płacy! Zasiłki dla każdego biednego!. Gdy naszła mnie ta myśl, mój rozmówca zaczął prawić elaborat na temat menedżerów, kierowników i dyrektorów, którzy przyznają sobie we własnym gronie wysokie pensje i  premie. Szybką kontrą odpowiedziałem, że prywatny kapitalista zasłużył sobie na to swoim dobrym pomysłem na biznes i że ten problem występuje tylko w państwowych „firmach”. Nawet nie chce się przypominać słynnych słów śp. Stefana Kiesielowskiego. Wychodzi na to, że socjalizm, etatyzm, interwencjonizm i keynesizm walczą same ze sobą. No bo dajmy na to te związki zawodowe, wspierane przez czerwonych, a obok postawmy lewackie parole – płaca minimalna oraz walka z bezrobociem. Jak walczyć z bezrobociem, gdy sytuacja na rynku pracy jest do tego stopnia spaczona? Henry Nietzsche, były poseł CDU, skwitował krótko: „Związki zawodowe mają w nosie bezrobotnych, ponieważ bronią własnych miejsc pracy przez Neukommenden (ang. newcomers – przyp. autor)”. Tak samo płaca minimalna kasuje możliwość pracy młodym i imigrantom, którzy poprzez brak doświadczenia, rozeznania i wiedzy są w stanie konkurować zazwyczaj tylko poprzez niższą cenę usług. Taka karma. Usuwając lub granicząc ten czynnik wymienione przeze mnie ideologie znowu wpadają w sprzeczność. Żeby legalnie działać z firmą budowlaną w Niemczech, trzeba zapłacić rozmaitym urzędom i izbom do 300 €. Trzeba ubezpieczyć od wypadku siebie i swoich pracowników (całe szczęście można przyjąć ich do pracy za pomocą wytrychu i zatrudnić ich jako „podwykonawców”). Ubezpieczenie zdrowotne też obowiązkowo. No i warto mieć pieczątkę od doradcy podatkowego, bo inaczej urząd finansowy ciągle będzie miał jakieś obiekcje. Już na starcie ponosi się ciężkie koszta i marnuje cenny czas, siedząc po urzędach (inna sprawa, że w Niemczech nie trzeba się użerać i ogólnie jest miło). Wyobrażam sobie teraz świat, w którym to nie istnieje. Nagle jest prościej. Nagle mam własne pieniądze w kieszeni. Nagle mam czas na więcej pracy i/lub więcej czasu wolnego (nie muszę walczyć o 48- czy o 40-godzinny tydzień pracy). Nagle nie ściga mnie urząd finansowy i nie muszę płacić kar. Nagle zamiast brać kredyt , odkładam sumki i kupuję laptopa, pralkę czy dobrą gitarę za odłożone pieniądze. Może z samochodem byłoby ciężej – ale kto wie – czy dzięki zwolnieniu z przepisów, kontroli, inspekcji i innych ciężarów i wzmocnieniu konkurencji  poprzez nieblokowanie rynku samochody kosztowałyby tyle, co 5 komputerów? Nagle odkrywam, że mogę wybrać operatora wody, oczyszczalni, służby komunalnej, prądu i wskutek konkurencji oraz małych podatków mam jeszcze więcej pieniędzy w kieszeni. Nagle jadąc autobusem patrzę, a bilet autobusowy do centrum nie kosztuje 2 €, tylko 50 centów. Nagle odkrywam, że aby robić tanie stoły, nie muszę mieć papierka zaświadczającego, że jestem „zdolny do przybijania gwoździ”, że mogę wozić pasażerów na trasie Berlin-Szczecin bez wykupywania linii i ubezpieczeń, a benzyna jest na tyle tania, że i moi klienci płacą taniej. I może wreszcie za pieniądze podatników, zamiast na socjał, wreszcie wypłacono by GODZIWE pieniądze dla policjantów i żołnierzy, a młodym jurystom nie odmawiałoby się zawodu bez korporacyjnego obowiązku aplikacji? No i koronny argument: Że kapitalizm wywołuje wojny. Np. Kolumbia, gdzie obecnie przy medialnej ciszy rozgrywa się drugi Wietnam. W walce z przemysłem narkotykowym zrzuca się chemiczne substancje na pola uprawne, które rykoszetem zgładziły kolumbijskie rolnictwo. I że USA broni zbrojnie kolumbijskiego rządu, bo różne jankeskie firmy, np. Coca-Cola outsource’owały się do Kolumbii. Jak dla mnie, to idealny przykład faszystowskiego korporacjonizmu, ale jak wytłumaczyć, że nie zawiódł tu wolny rynek=kapitalizm, gdy pewne symbole i powiązania siedzą aż tak głęboko w ludzkiej świadomości? Aż ciężko wyobrazić sobie sprzężenia zwrotne, które działałyby na korzyść gospodarki, gdyby biurokracja i podatki nie ciążyły na gospodarce. Niestety, dzisiaj musimy słuchać o przebrzydłych kapitalistach, menedżerach, dyrektorach…. Mój znajomy cieszy się, że Polska będzie miała dużo większe dopłaty do rolnictwa, niż zakładano. Ponieważ mam krewki charakter, prawie wpadłem w furię. Krzycząc, zapytałem: „Czyli jak Niemiec nas okradał, to było źle, ale jak my Niemca okradniemy, to będzie cacy?! Dlaczego Niemiec nie mógłby sam kupić naszego produktu, jeśli będzie dobry i tani?! Dlaczego pieniądz nie mógłby uczciwie krążyć w Europie?!”. Rozmówca widział tylko kasę daną w łapę potomkom Jakuba Szeli. Kamil Kisiel

Polska Walcząca – na darmo

Zadaję sobie po raz wtóry to same pytanie, odkąd zacząłem poznawać historię Polski. To pytanie ciąży nade mną coraz bardziej i bardziej, odkąd poznałem odrobinę historię innych krajów. Odpowiedź jest okrutna z jednej strony, z drugiej wyjaśnia wiele z naszego charakteru jako narodu. Kraje i nacje można podzielić na trzy grupy: Te, które żyć będą chwałą (przerzucaną to z historii na ekonomię lub odwrotnie), te, które cierpliwie i w milczeniu czekały na samodzielną egzystencję  (milczenie jest ich udziałem i dzisiaj) oraz kraje, które świadomość utrzymują poprzez niegasnący płomień cierpienia. W trakcie żałoby ostatecznie dowiedliśmy, do której grupy należy Polska. Moje pytanie brzmi: Czy tak zostanie już na zawsze? Czy bycie Chrystusem Narodów to najlepszy los, jaki może nas spotkać? Historia, los, Bóg, Wielki Trójkąt czy Weltgeist – jakakolwiek siła nie kierowałaby światem, Polska zawsze ma pod górę. Górę wyższą niż Himalaje. Nie było absolutnie okresu w nowożytnej historii, w którym Polska przeżyłaby 30 lat pełnej suwerenności, a nawet względnego spokoju. Jak rozwinąć może się nacja, której losy plotły się w wojnie, intrygach, grach mocarstw, a obecnie wielkiego projektu centralnego planowania – Unii Europejskiej. Niemcy mogą sobie na taki eksperyment pozwolić, w końcu 20 lat rządził i dzielił Erhard. Na innych kontynentach to samo. Dziesięć lat wolnego rynku wystarczyło, by z suchej, spalonej i mało żyznej ziemi do pierwszego świata awansowały Tajwan, Japonia, północne Włochy, Korea czy Chile. Nieraz nawet za cenę potężnego protekcjonizmu. Kiedy Polska miała wolny rynek i spokój na granicach (UE traktuję jako najgorsze zagrożenie zewnętrzne)? Rewolucję przemysłową Polska przeżyła pod zaborami, w większości pod totalną gospodarką carską. Uratował się Śląsk, z drugiej strony – upadł Gdańsk. W II RP rządziła socjalistyczna sanacja, w dodatku wojna celna i Wielki Kryzys długo nie pozwalały polskiej gospodarce rozwinąć skrzydeł. Gdy Kwiatkowski kończył port gdyński i COP, nadszedł Uncle Joe, a może po prostu wiecznie Polsce nieprzychylny Wind of History. Było po herbacie. Rewolucje technologiczną i informatyczną Polska spędziła na strajkach i dla mnie – walce czerwonych i różowych z czerwonymi. Wreszcie ustawa Wilczka i III RP. Polska w przeciągu roku zamienia się w wielki bazar, zjawisko zaobserwowane we wszystkich początkujących gospodarkach rynkowych. Idziemy ku świetlanej przyszłości Zdradziecki plan Sachsa, a następnie dostosowanie prawa handlowego do wymogów niemieckich i już żadna demokracja nie pomoże podnieść się polskiej gospodarce. Po wejściu do Unii Europejskiej KAŻDY ROZSĄDNY EKONOMISTA nie ma dla Polski nawet złudzeń. Gospodarka NIE MOŻE rozwijać się przy tak skomplikowanym jak unijne prawodawstwie. Sam Traktat Lizboński liczy od 500 do 3000 stron (zależnie od wersji i sposobu, w jakim należy go czytać). Raporty podkomisji pracujących przy TL liczą ponad 50 tys. stron i zawierają takie detale, jak opis krzywizn gatunków owoców i warzyw. Różnorodność zabijana jest na każdym kroku. Dostosowanie polskiego przemysłu przetwórczego do wymogów unijnych kosztowało, wedle różnych szacunków, od pół do trzech miliardów złotych. Bajońskie sumy – kosztem ok. 100 tys. miejsc pracy. Wierzchołek góry lodowej. Nie mogąc rozwinąć się gospodarczo, Polska zwinęła się w kokon i żyje chwalebną historią, bo fakt, jak mało która nacja, Polacy mogą poszczycić się historią pełną honoru, poświecenia i krwi. Krwi, która wsiąkła w ziemię i łączy Polaków niezależnie od granic i administracyjnej przynależności. Ale dlaczego to martyrologia musi być naszym narodowym spoiwem? Dzisiaj znam już odpowiedź: Polska nigdy nie zaistniała ekonomicznie (jak np. Tajwan) lub chociaż politycznie (jak Rosja, pełna dzisiaj faszyzmu i imperialnej dumy). Brak jakichkolwiek spoiw (poza historycznymi) implikuje brak zaufania do siebie w życiu codziennym i zdolność jednoczenia się tylko w obliczu wydarzeń historycznych. NIESTETY znowu to obserwujemy. Kamil Kisiel Foto...

Biało-Czerwona siła pod kirem

W śmierci Lech Kaczyński zjednał się z Polską. Tragedia w Smoleńsku odwróciła, za pomocą ludzkiego współczucia, medal, który do tej pory zawsze był po ciemnej stronie. Polskie media powiedziały wszystko, sfilmowały i nagrały każdą sekundę od pierwszych informacji o katastrofie. Zewsząd słychać pojednawcze głosy. Z pierwszego rzędu polityków PO padło, że dzisiaj „nie ma prawicy, nie ma lewicy, nie ma podziałów politycznych”. Pojednanie w ciszy i blasku zniczy stało się jednym z motywów. Media i politycy zapomnieli o jednym: ponad połowa Polaków nie chodziła na wybory parlamentarne. Połowie Polaków polityka przechodziła obok, prawie niezauważona. Myślę, że na ulicach właśnie można zobaczyć tę połowę – ideologicznie zupełnie neutralną, po prostu – a może aż – poruszoną aż do głębi. Podobne tłumy żegnały Marszałka J.Piłsudskiego i podtrzymujący tradycje „niepodległościowej lewicy” Ś.P. Prezydent otrzymał takie same honory. My, komentatorzy życia politycznego, bardzo często nieświadomie ograniczamy swój horyzont. Z kolei jako komentarzy życia ekonomicznego zapominamy o tym, że życie to nie tylko czysta mechanika. Sobota, 10 kwietnia i niedziala, 11 kwietnia 2010 roku, pokazały siłę wspólnoty, siłę uczuć, siły często przeciwstawne do polityki i ekonomii. Możemy się pogodzić w tej pierwszej kwestii, ale co to zmieni dla przeciętnego obywatela w dłuższej perspektywie? Nie, nadal będzie czekał rok na lekarza-specjalistę, miesiącami na załatwienie spraw w urzędach, godzinami w rozmaitych instytucjach i żył od pierwszego do pierwszego. To właśnie ten neutralny politycznie, nierozumiejący nic z ekonomii, szary człowiek pokazał wczoraj i dziś wielkie serce i dlatego powinniśmy przychylić właśnie jemu serce. Zasłużył. Elektorat prezydenta Kaczyńskiego był najbliżej tego wizerunku, zohydzonego przez wpadające obecnie w krokodyle łzy Gazetę Wyborczą i TVN, lecz także np. przez R. Ziemkiewicza, niegdyś w TV4 mówiącego o tym, że „dobrze, że pan Michalkiewicz naucza ten niewykształcony lud”. To ludzie, którzy na antenie Radia Maryja wielokrotnie poprzez osobiste historie dawali wyraz swojemu niezadowoleniu, wynikającego z obecności patologicznie zniekształconych wzorów, które sami, jako liberałowie podajemy. W niedzielę, 11 kwietnia, kanclerz Niemiec Angela Merkel ze wzrokiem zwątpienia spojrzała na leżące na stopniach prowadzących do Ambasady RP w Berlinie znicze i kwiaty, godzinę po słowach (przez wielu Niemców uznanych za kuriozalne), iż „Kaczyńskiego będzie nam w Niemczech brakować”. Ona, tak jak premier Rosji, wyrachowany szachista, Władimir Putin, mieli okazję się przekonać, jaką siłę może pokazać polski szary człowiek, gdy jednoczy się pod kirem i biało-czerwoną flagą. Ogrom i rozgłos medialny tej tragedii nie pozwoli zapomnieć o Katyniu, a w połączeniu z pierwszy raz tak obiektywnym spojrzeniem na wartości wyznawane przez zmarłego prezydenta Polski, także pamięć o niemieckich i rosyjskich zbrodniach wojennych na całym świecie będzie żywa jakiś czas. Makabry dopełnia fakt, że 10 kwietnia rozpoczęła się budowa gazociągu NordStream, co niemieckie, amerykańskie i włoskie dzienniki od razu wychwyciły. Makabra polskiej elity konserwatywnej (m.in. także Piotra Nurowskiego i Janusza Kurtyki) daje polskiej dyplomacji last chance, zwłaszcza, jeśli kandydat PiSu poprzez współczucie i autentyczną rezurekcję konserwatyzmu wygra wybory prezydenckie. Tak, sądzę, że ofiara lasu smoleńskiego miała swój sens i dała nam ostatnią szansę na uratowanie się przed ekonomicznym i kto wie, czy nie politycznym rozbiorem Polski. Kamil Kisiel Fotoreportaż korespondenta Prokapitalizm.pl w Berlinie, Kamila Kisiela, wykonany przed Ambasadą RP w stolicy Niemiec. berlin_01berlin_02berlin_03berlin_04berlin_05berlin_061berlin_07berlin_08berlin_09berlin_10berlin_11berlin_12

Niemcy 2010 – czyli jak się zakłada firmę u naszych sąsiadów

W odpowiedzi na tekst Pana Wojciecha Popieli kreślę sprawozdanie z otwarcia własnej działalności gospodarczej w Niemczech. Po pierwsze wypadałoby się zameldować, ba, wynająć mieszkanie i ten adres wpisać w miłym dla oka arkuszu A4 "zameldowanie firmy". Przed wynajęciem mieszkania trzeba za 5 € pobrać poświadczenie o niezaleganiu z kredytami. W Niemczech za otwarcie firmy płaci się haracz w wysokości 26 €. Czeka się od 15 minut do paru godzin, zależnie od ludności rejonu, w którym jest Urząd Porządkowy (co za faszystowska nazwa). Potem w Urzędzie Skarbowym trzeba złożyć zeznanie podatkowe (nie zarabiając nawet € trzeba zameldować, ile przypuszczalnie się zarobi!). Druk ma sześć stron i jest pisany urzędniczą łaciną, ale i tak łatwo jest, jeśli prowadzi się samą działalność. Jeśli ma się inne dochody - np. najem mieszkania, spadek, zyski kapitałowe, lub przekracza progi podatkowe, lub jakiekolwiek zmiany w życiu - od przeprowadzek po ożenek - to nie sposób wypełnić tych 6 stron bez doradcy podatkowego. Doradca podatkowy to jakieś 100 €, ale że my skorzystamy z pomocy znajomego - 20 €. Dodam, że w łaskawości swojej Urząd Skarbowy przyjmuje dokumenty bez czekania, ale że prawie na pewno czegoś się zapomni - można spodziewać się poczty. Mając zameldowaną firmę i numer podatkowy można (po jakimś tygodniu) pojechać do Urzędu Dzielnicowego i prosić o pozwolenie na pobyt - 10 €. Urzędy Dzielnicowe są zawalone jak cholera, więc siłą rzeczy warto zarezerwować sobie dzień. Pozwolenie na pobyt wysyłamy do Urzędu Porządkowego (lub Urzędu Porządku). Darmo, nie licząc kolejnej koperty i kolejnego znaczka. Na tym nie koniec. Trzeba zarejestrować się w cechu... godzina na dojazd, godzina wypełniania papierów i .... 80 do 185 € do zapłacenia. Nie mając dochodu, zanim się w pełni legalnie wystartuje, trzeba zapłacić obecnie w Niemczech min. 250 €. Po pewnym czasie zatroskane związki zawodowe przysyłają kolejne dokumenty i listę pytań do odpowiedzi. Chcą wiedzieć, czy troszczymy się o pracownika i czy ubezpieczamy go należycie... W zamian za to przysyłają czasopisemka o propagandzie sukcesu w branży i inne bibeloty... Pamiętaj, że Ty też musisz się ubezpieczyć. 80 € prywatnie (bez profilaktyki i dodatkowych kosztów) i 200 € "gesetzlich" (ustawowo), za co ma się w zasadzie pełną opiekę (nie licząc 10 € haraczu w przychodniach). Wszystko powyższe zaczyna się komplikować, jeśli:
  • jesteśmy w związku cywilnym
  • mamy dzieci
  • pobieramy lub pobraliśmy świadczenia socjalne
  • na dzieci pobierane są świadczenia socjalne
  • mamy kapitał w postaci gotówki, konta lub nieruchomości
  • mamy remont...
  • przekraczamy progi podatkowe
  • przejmujemy cudzy kapitał
  • zmieniamy jakiekolwiek dane osobiste - trzeba "niezwłocznie" powiadomić wszelkie urzędy.
I na koniec: Urzędy to zazwyczaj największy betonowy prostokąt w okolicy, a rozmiary tych największych (np. Pośredniaki+Agencje Pracy) to molochy, o jakich nie śnił nawet Orwell, gdy pisał o Ministerstwach Prawdy i Miłości... Kamil Kisiel

Ludwig Erhard i „społeczna gospodarka rynkowa”

Z dotychczasowych dyskusji na temat gospodarki moją uwagę przykuło betonowe przywiązywanie pewnych kontekstów do pewnych pojęć i vice versa. Weźmy bowiem takie Stany Zjednoczone, uznane, zresztą nie bezpodstawnie, za winowajcę kryzysu. Ponieważ kiedyś (dawno, dawno temu…) przylepiono Stanom etykietkę kapitalizmu, tak zostało, i o to, na zasadzie logicznej dedukcji – winnym kryzysu stał się amerykański kapitalista.

New Orwell Story 2

W poprzednim odcinku mogliśmy zobaczyć, jak wygląda życie szeregowego człowieka pod batutą Globalnego Rządu. Dzisiaj będzie więcej o wewnętrznych strukturach społecznego systemu, który z sukcesem rozlał się do każdego zakątku ziemi. Największe środki GR wydawał na inżynierię genetyczną i mechaniczną technologię, aby wyeliminować wszelkie zjawiska losowe z życia. Okazało się bowiem, że choć z ludzi można zrobić marionetki na sznurach, to są pewne rzeczy i zjawiska niezależne od ludzi. Pierwszymi z nich były choroby. Co prawda programy zdrowego odżywiania były kolportowane w każdej gazecie i w każdym piśmie, a obowiązek obejrzenia godzinnego programu fitness był obowiązkiem każdego obywatela (kamery sprawdzały, czy obywatel przećwiczył „dostosowane do każdego praktyki jogi i stretchingu), i choć otyłość zniknęła, to choroby nadal nękały, można powiedzieć, w pewnym momencie nasiliły się. I z tym RG poradził sobie, choć zajęło mu to ogrom czasu i wymagało radykalnych środków, budzących początkowo niechęć nawet najwyższemu kierownictwu. Najradykalniejszym był wszelki zakaz „samowolnych porodów”. Żadna kobieta nie mogła urodzić dziecka. Żeby temu zapobiec, sterylizowano ludność. Akcję reklamowano z niebywałym rozmachem: „Pozbądź się popędu, bądź wolnym!” - śpiewała taka czy inna feministka. Metodą inżynierii genetycznej opracowano zestaw genów najwyższej jakości – zarówno pod względem intelektualnym, jak i fizycznym i zdrowotnym. Ten zestaw genów, innymi słowy mówiąc, zestawienie dwóch gamet gotowych w każdej chwili do zapłodnienia, modyfikowano co pół roku, wprowadzając zmiany adekwatne do przewidywanych zagrożeń, między innymi nowych mutacji grypy (Końska Grypa, której objawem był parskający śmiech, była ostatnią wyeliminowaną epidemią) oraz przewidywanego nieustannie wzrostu temperatury. Prowadziło to do wielu załamań, ponieważ klimatolodzy stale okłamywali Kierownictwo, które w stanie dysonansu poznawczego ogłosiły z pompą zakończenie walki z ociepleniem po ponad 200 latach heroicznych wysiłków. Koszta – dodatkowa godzina pracy dziennie dla wszystkich. Następnym krokiem, wydawałoby się łatwiejszym, było okiełznanie technologii. Jeden spóźniający się autobus, mający przewieźć 100 osób do miejsc pracy, mógł spowodować chaos na skalę globalną. Nawet niezawodność sprzętu szacowana na 99,666% przy comiesięcznym przeglądzie technicznym nie była wystarczająca. Opracowano zatem system „rezerw lotnych”, w przypadku autobusów była to liczba pojazdów krążąca po mieście i zastępująca ewentualne defekty, w wypadku defektów np. w mieszkaniach pogotowie monterów z zapasowymi częściami. „Rezerwy lotne” oraz dalsze zagęszczenie monitoringów znacznie nadszarpnęły system, a wyrównanie bilansu nastąpiło dopiero po obarczeniu szeregowych ludzi dodatkową godziną/dniem  pracy. Technokracja znalazła się w fazie walki z pogodą. Nie chodziło oczywiście o ocieplenie, a o regulację dni deszczowych i suchych, jak i rejonizację zjawisk pogodowych. Po raz kolejny nastąpiło tąpnięcie w systemie. „Przesuwanie” deszczy z jednego miejsca na drugie i opóźnianie ich spowodowały, że wiele rejonów zostało dosłownie zatopionych, a wiele miejsc w rekordowym czasie zmieniło się w pustynie. Panika w Kierownictwie sięgała zenitu. W końcu, zamiast kontrolować pogodę, zaczęto dostosowywać miasta i rejony gospodarcze do deszczu i śniegu. W ten sposób dołożono kolejną godzinę i z idyllicznego, 5-godzinnego dnia pracy wrócił stary, ohydny 8-godzinny. Cel był szczytny, a żadnej opozycji nie było, więc przyjęto to bez protestów. RG wydał zresztą fortunę na kampanię reklamową pt. „Praca uszlachetnia”. I tak doszliśmy do miejsca opisywanego w pierwszym odcinku. Zjawiska losowe nadal były jednak utrapieniem dla systemu, ich skutki jednak zminimalizowano. Z ostatniej chwili: Kierownictwo zakazało budowy domów nad zbiornikami wodnymi. Uznano, że domek z widokiem na akwen wodny, chociaż by miał te same parametry co każdy inny, może być źródłem burżujstwa. Zdarzył się przypadek, gdzie za zrobione z przemycanej folii sukienki próbowano dokonać zamiany mieszkań! Problemem pozostały domy i domki w górach... Kierownictwo zarekomendowało akcje przesiedleńcze, jednocześnie zlecając Aktywowi Technokratycznemu opracowanie „Standardów Otoczeniowych” dla szeregowych bloków. Chaos na obradach Kierownictwa zasiał najmłodszy, 55-letni Alex K., sugerując, że widok z ostatniego piętra może być lepszy od widoku z partneru i przez to może być powodem różnic klasowych. Alex K. zmarł tydzień później na zator płucny. W telewizji pożegnano go z czcią, za to RG z poddanymi sobie organami rozpoczął akcję ankieterską, mającą sprawdzić, czy można równomiernie rozlokować na piętrach rodziny - zależnie od życzenia zawartego w odpowiedzi w ankiecie. Po ankieterach ślad zaginął... Wykaz z posiedzenia Kierownictwa. Mówi przyjaciel Alexa K., 66-letni Siegried K.: Wygraliśmy z genetyką i ewolucją, wygraliśmy z technologią, wygraliśmy nawet z pogodą a nie wygramy z głupimi 10-piętrowymi blokami? Czy sąsiedztwo budynków Urzędowych i Gospodarczych, a także pól uprawnych, może także „rozproszyć równowagę”? - zastanawiał się sam Alex. Można obtoczyć bloki lub poszczególne dzielnie wielką nieprzepuszczalną płachtą lub ścianami. - Wykazał się rutyną przewodniczący, 75-letni Alan K. I wprowadzić 9-godzinny dzień pracy? - protestował Siegfried. - Po co tyle lat walki klasowej? Już nie ma klas, to nie trzeba walczyć. - zauważył radośnie Alex. Jeden z młodych (54 lata) urzędników, Jarek K., zaproponował zalepienie na ciemno wszystkich okien i zastosowanie specjalnych googli, kierujących ludzi we wskazane miejsce. Kierownictwo dokoptowało do swojego organu Jarka na miejsce Alexa K. Ogłoszono kolejne zwycięstwo RG, a ludzie wiwatowali na ulicach, dając wyraz poparcia Kierownictwu, jak i uwielbienia dla Jarka K. Bo wszędzie musi być tak samo... Nawet widok z okna. Kamil Kisiel PS Jarek K., dzięki swojej inteligencji i kreatywności po dekadzie stał się Przewodniczącym Kierownictwa, a po następnej dostał się do Rady Zwierzchniej RG, tajemniczego i najpotężniejszego organu, skupiającego byłych Przewodniczących Kierownictwa PS 2 Tym razem antyreklamę otrzymało google. Sorry, boys.

New Orwell Story 1: Socjalizm futurologiczny

Wyobraźmy sobie, że jest rok 2100. Na Ziemi globalny rząd zaczyna wprowadzać totalną równość, ponieważ za miarę sprawiedliwości rozmaici kierownicy życia uznają równość. Każdy ma swój dom. Co prawda nikt nie może posiadać willi z basenem, apartamentu czy chociażby domku z ogródkiem, ale za to nie ma bezdomnych. Ludzie gnieżdżą się w mieszkaniowych aneksach po 25 metrów kwadratowych na głowę. W każdym z tych identycznych mieszkań jest jedna toaleta, zmywak i prysznic, ponieważ instytuty mądrości słusznie wyliczyły, że kąpiel w wannie jest trzy razy droższa niż prysznic. Także zamiast piekarnika na wyposażeniu mieszkania jest wyłącznie duża mikrofalówka, dzięki której można odgrzać starannie wyliczoną przez Ministerstwo Opieki rację żywnością. Każdy dorosły człowiek chodzi w dni parzyste do budynków Ministerstwa Opieki, gdzie wydawane są racje żywnościowe dla niego i dla jego dziecka. Raz na tydzień może także złożyć zgłoszenie o potrzeby naprawy lub wymiany czegoś w mieszkaniu. Stosowny urzędnik odnotowuje potrzeby i przekazuje je dalej. Nadużycie potrzeby jest traktowane podobnie jak żart-zgłoszenie na policję – mandatem. O karach będzie jednak później. Raz na miesiąc każdy dorosły obywatel odbiera bilet uprawniający na podróżowanie komunikacją miejską i umożliwiający udział w rozmaitych festynach (np. Ekologiczny Tydzień, Dzień Ziemi, Fest Wegetarian) i wydarzeniach kulturalnych (np. teatr na wolnym powietrzu ze sztuką „Człowiek bez mięsa” i „Ohydny zysk”). Osobną sprawą są dzieci. Dorośli co kwartał odbierają sowity bon przeznaczony dla dzieci i studentów. Otóż dzieci i studenci mogą ubierać się jak chcą – sprzyja to kontrolowaniu ich buntowniczości. Rozmaite firmy zmuszone są fundować dzieciom swoich pracowników darmowe komórki i iPody. Urzędnicy głupi nie są i wiedzą, że „bunt” należy katalizować, albo przynajmniej kierować na właściwe tory. Status dorosłego otrzymują osoby, które ukończyły studia lub kształcenie zawodowe. Wtedy otrzymują na rok cztery komplety ubrań roboczych (stosowanie do rodzaju zawodu, najczęściej są to garnitury i schludny komplet dla Pań) i cztery komplety ubrań nieroboczych (jeansy+koszula dla panów i jeansy+... koszula dla pań – unisex jest religią dominującą w zrównoważonym społeczeństwie). Nie ma samochodów, są tylko środki komunikacji publicznej, których plan zostaje stworzony na podstawie symulacji komputerowych kompilujących dane na podstawie: stała – człowiek, zmienna – cel podróży. Owa perfekcja sprawia, że nikt, kto przychodzi punktualnie, a punktualność ceniona jest niezależnie od ustroju, a w ustroju globalnym jest wręcz fundamentem funkcjonowania społeczeństwa, nie spóźni się do pracy i szkoły. Ostatnim bastionem antysystemowego oporu, jaki pokonał Rząd Globalny, był nieformalny ruch „Spóźniaczy” - grupka nonkonformistów, przychodząca godzinę później, w razie czego stojąca przed drzwiami. Z uwagi na rozbudowany system monitoringów i podsłuchów, grupa ta została szybko wyłapana i obecnie przebywa w klitkach gdzieś na wyspach. Życie w więzieniach bardzo przypomina to normalne. Właściwie jedynymi różnicami jest praca na cele społeczne (np. produkcja darmowych iPodów) i nadzór strażników z psami. Metodą przetargu wybrano, że jedynym psem towarzyskim będzie yorkshire a psem wielozadaniowym – owczarek niemiecki. Jeden z dysydentów, który wpadł dopiero po porażce „Spóźniaczy”, oznajmił, że w kraju nie brakuje autobusów, folii od racji żywnościowych (którą ludność potrafiła przerobić nawet na wazony i ubrania) i owczarków niemieckich. Władza dogląda wszystkiego. Następną rebelię wiązano z ruchem „Kwiatów”. Otóż kobiety rozpoczęły przechowywanie polnych kwiatów w foliowych wazonach. Urzędnicy od razu rozpoczęli ekspertyzy, które były miażdżące. Pyłki mogły powodować w sterylnym świecie masowe alergie. Rozpoczęto program „Rządowe Róże”, jednak wstrzymano go, ponieważ nie było wystarczających środków na produkcję wazonów dla każdego. Te z folii były skrupulatnie rekwirowane, a kobiety popełniające ten straszliwy czyn wysyłano na Wyspy, aby produkowały iPody dla młodych. Władza nakazała zwracać folię przy każdorazowym wydawaniu porcji żywnościowych. Kara oznaczała pobyt na Wyspach, a każda z Wysp miała swój status, oznaczony numerem rzymskim. Im wyższy numer, tym cięższa (dłuższa) kara i większe wyizolowanie, przy większej liczbie strażników i ciaśniejszym trybie życia (więcej iPodów do wyprodukowania). Wszystko dla wszystkich, albo dla nikogo – tak brzmiała dewiza i wszyscy musieli jej bezwzględnie przestrzegać. Inaczej znowu panowałyby egoizm, chciwość i niszczenie środowiska. Nikt nie może mieć więcej od drugiego. Wszystko jest starannie wyliczone, zmierzone i rozparcelowane. Indywidualizm, coś, czym odróżniali się rozmaici Globaliści od mitycznych potworów socjalistycznych, przepadł – doktryna osiągnęła punkt krytyczny. W gospodarce zwyciężył neoklasycystyczny pogląd, że skoro wszystko da się obliczyć, to można obliczyć stałe potrzeby każdego człowieka. Postępująca konieczność racjonalizacji środków wymusiła na politykach uniformizm i staranne liczenie kosztów. Indywidualizm nie był kompatybilny z socjalizmem. CDN... Kamil Kisiel PS Firmę Apple przepraszam za niefortunną (anty)reklamę. PS 2 Autor może nie jest ekonomistą, politologiem ani nawet futurologiem, ale lubi pisać prozą. Mówić nie, pisać.

Europolityka, czyli teatr

Wielkim pochlebstwem dla polityków jest porównywanie demokratycznego spektrum do sceny. „Scena polityczna” w istocie jest bardzo podobna do sceny teatralnej i na końcu tego felietonu pozostaje tylko refleksja: kto jest scenarzystą, kto jest reżyserem i czy nie są to te same osoby. Na europejskiej scenie politycznej dominują dwie aktorki, których wdzięków tylko z dżentelmeńskich nawyków wolałbym nie porównywać do pań lekkiego prowadzenia. Pierwszą z tych aktorek jest bojowa siostrzyczka demokracji, coś, co właściwie narodziło się razem z nią i obok niej. Dzika, żądna krwi, działająca często pod przykrywką, dzisiaj z ulicznej kurtyzany awansowała na salonową damę (szminkę ma jeszcze czerwoną), a jej głos wabi swoje ofia... przepraszam, swoich wyborców głosem rozsądnego humanitaryzmu. Ona zawiera w sobie wszelkie cechy takich bohaterów jak Robin Hood czy Janosik. Bogatym zabiera, wszystkim daje, kochana jest i od czasów barykad dokształciła się i strasznie nam spoważniała. Czasami, zwłaszcza na terenie tzw. byłego bloku wschodniego, jest to któraś generacja sierot po Ojcu Narodów, co usta słodsze ma od malin. Oczywiście chodzi o socjaldemokrację. Zaraz obok znajduje się kolejna salonowa dama, która z socjaldemokracją rywalizuje o głosy elektoratu tzw. „umiarkowanego” bądź  „niezdecydowanego” (innymi słowy: elektorat nie mający ani własnego zdania, ani odwagi). Owa dama na czarno ubrana, uważa się za konserwatywną, ale każdy średnio rozgarnięty politolog zauważy, że ów konserwatyzm ogranicza się do nie robienia literalnie niczego z zastanym porządkiem. W skrócie: po socjaldemokracji nie posprząta, jeśli ta coś ubrudzi, czego dowodzi bijący coraz to nowe rekordy dług zagraniczny Niemiec, gdzie rządzi ponoć konserwatywna partia CDU na czele z domniemanie konserwatywną kanclerz. Trochę na zachód konserwatywna partia forsuje parytety w biznesie (dobrze, że póki co tylko Francja będzie musiała przez ten genetyczny eksperyment przechodzić), a trochę na wschód konserwatyści ładują w liberalizm jak w burą sukę. Generalnie jedyne, co z niezdecydowania i bełkotu tej trochę starszej już damy daje się wywnioskować, to coś jakby „polityka prorodzinna”. Przed państwem otwarta na wszystkich chadecja! Socjaldemokracja i chadecja to takie salonowe wersje komunistów i faszystów, rzekł swego czasu  Janusz Korwin-Mikke i patrząc na europejską scenę polityczną, stety czy niestety znowu ma rację. Nie skończyliśmy jednak przeglądu naszych aktorów, zwłaszcza, że zaczynają się role drugoplanowe. Mój faworyt to tętniący życiem, otwartością i optymizmem yuppie. Dobrze wyuczony, przedstawiciel tzw. trzeciego sektora gospodarki, otwarty jest na każde moralne odchylenie, czy to chodzi o aborcję, czy o związki homoseksualne. Jest przyjacielem każdego, od biznesu, łaskawie obniżając mu podatki o parę procent przy nienaruszonym systemie koncesji i inspekcji, aż do rozwydrzonej młodzieży, fundując im możliwość jeszcze większego rozwydrzenia. Pomyśleć, że kiedyś był wszechstronnie wykształconym dżentelmenem z piórem w ręku, ale ewolucji ulegają nawet ideologie polityczne i ich przedstawiciele. Przedstawiam państwu (demo)liberała! Zazwyczaj liberał gra męża chadecji (jeśli to starszy liberał) bądź najlepszego przyjaciela zielonego (ta sama generacja) bądź socjaldemokraty (bo przeciwieństwa się wiadomo, co). Następny aktor jest młody i jak sama nazwa wskazuje – niedoświadczony. Wychowany w środowisku studenckim, nierzadko blokował drogi leżąc na asfalcie bądź przywiązywał się do drzewa, mając nadzieję, że ten nadjeżdżający buldożer jednak się zatrzyma. Co prawda odmawia roślinom CO2 i ciepła, biznesowi – inwestycji, liberałom – „wolnej amerykanki”, za to ludziom generalnie nie odmawia żadnej dewiacji, wobec czego w efekcie staje się czerwonym narybkiem i tubą rozmaitych ekoterrorystów, dusząc dodatkowe peniądze od podatników na handel powietrzem. Dla formalności powiem, choć zdradziłem go na początku, że jest to Zielony, aktor w Polsce jeszcze nieznany, ale do czasu. Przechodzimy do aktora niebezpiecznego. W zasadzie jest to młodszy brat damy z drugiego akapitu, ale wchodząc w jego umysł mamy wrażenie,  jakbyśmy właśnie wyszli z pracowni Karola Marksa. Razem z rodzeństwem rywalizuje o względy związków zawodowych, samemu obiecując czysty raj na ziemi, przy czym w swojej pyskatości nie maskuje swoich poglądów „neutralnością światopoglądową”. Taką Unię Europejską młodszy brat Komunista (a powinien być starszym!) traktuje jako burżuazyjny wymysł, co Korwin-Mikke nazwał „perwersją”. Jaka jest zatem rola młodego Komunisty? Otóż jest nią sprawianie wrażenia, że socjaldemokracja jest osobą umiarkowaną, spolegliwą i rozsądną, w porównaniu do bojującego na ulicznych demonstracjach rodzeństwa. Tych pięcioro aktorów posiada fanów zaskakująco skonsolidowanych i zmieniających idoli tylko wedle klucza, jakim jest ideologiczne sąsiedztwo: Komunizm (albo „totalna lewica”) - socjaldemokracja – zieloni – liberałowie – chadecy. Jaką grupę stanowią konserwatywni liberałowie? Na tym tle bardzo rozproszoną i niespójną. Z jednej strony anarchokapitaliści i libertarianie, pośrodku ordoliberałowie i konstytucjonaliści, a z drugiej umiarkowani interwencjonaliści z konserwatywnym światopoglądem. Właściwie każdy z nas mógłby zaszufladkować się w osobnej półeczce. Nasz aktor jest chwiejny, niestabilny, częstokroć niekonsekwentny, często odstraszający ludzi cynizmem, czarnowidztwem, choć nie odmawia mu się dobrego smaku i poczucia humoru. Trzeba sobie jednak postawić pytanie, czy aktor o mowie Kasandry jest w stanie zdobyć rzesze fanów? Nic nam nie przyjdzie po tym, że Troja upadnie, skoro i tak umrzemy niezrozumiani i nielubiani. Kamil Kisiel