Category Archives: Konrad Osmycki

Bezpieczeństwo naszych pieniędzy

Co jakiś czas w mediach pojawia się informacja o kolejnych oszustach podszywających się pod internetowe strony banku, bądź o nowych sposobach sczytywania kart bankomatowych i podkradania kodów PIN przez urządzenia elektroniczne zamontowane na bankomatach. Oczywiście podawane jest ostrzeżenie, żeby klienci uważali i na tym się kończy przekaz.

Wandalowie nie uczynili takich szkód jak Ministerstwo Edukacji!

Nigdy się nie spodziewałem, że kiedykolwiek wystąpię w takiej roli. Uczniem byłem raczej średnim i jedyne co mi się udawało, to rozbijanie lekcji nagminnym pajacowaniem. I pewnie moi znajomi z podstawówki, technikum budowlanego oraz ci co wiedzą ile razy startowałem na studia, rykną teraz potężnym śmiechem. Będę bronił systemu edukacji. I to na dwa fronty.
Z jednej strony ministerstwo chcące… właściwie nie wiadomo co chcące. Reformować? I chyba tylko tyle, byleby coś robić. Bez logiki, bez sensu i celu, jedynie z własnego urzędniczego widzimisię rozbudowanego do horrendalnych rozmiarów. Z drugiej przed ideowcami krzyczącymi, że tylko prywatyzacja uzdrowi sytuację w szkolnictwie. Swoją drogą zauważyliście, że od pewnego czasu nie słychać już nic o reformowaniu służby zdrowia? Czyżby rząd osiągną już zaplanowany przez siebie stan? Teraz się bierze za kończenie następnych reformowanych sfer państwa. Reformy w edukacji ciągną się już od wielu lat. Mają służyć jak już wspomniałem nie wiadomo czemu i poparte są licznymi kłamstwami, półprawdami, przekłamaniami, oszustwami i innymi ważkimi argumentami. Zacznijmy od środka, czyli od przesunięcia sześciolatków do szkół. Urzędnicy zarówno samorządowi jak i rządowi tłumaczyli, że tak trzeba, bo cała Europa i wszystkie cywilizowane kraje… Zapomnieli tylko dodać, że nie wszędzie tak jest, a na przykład w takiej Wielkiej Brytanii, gdzie do szkół idą pięciolatki, pierwsze dwa lata to istne przedszkole. Podobnie w USA. Jeżeli ktoś ma wątpliwości jak to wygląda niech obejrzy film ze Schwarzeneggerem pod polskim tytułem „Gliniarz w przedszkolu”. W rzeczywistości on był w szkole, właśnie w takiej grupie maluszków. Wyglądała zupełnie jak nasze przedszkole, a nie klasa zerowa w polskiej szkole. W Polsce oczywiście wszystko trzeba pokiełbasić od tytułu filmu do idei klas dla maluchów. Po co ma być normalnie? Drugim argumentem był niż demograficzny. Teraz słyszymy, że za rok będzie strasznie tłoczno w szkołach, bo zbiegają się dwa wyżowe roczniki. Dziś zwalnia się kilka tysięcy nauczycieli. Ktoś robi kogoś w konia. Zresztą to samo było z przedszkolami. Parę lat temu zamykano na potęgę przedszkola, bo niż i oszczędności. Potem przyszedł wyż, a oszczędności pozostały. Skutkiem tego wiele dzieci nie dostało się w ogóle do przedszkola. Ale kto by się tym przejmował? Jak było przed maczaniem brudnych reformatorsko ministerialnych paluchów w edukację najmłodszych? Dzieci w wieku pięciu lat (trzeci rok w przedszkolu) rozpoczynały naukę pierwszych literek, ale w formie zabawy. Nic na siłę. Zapatrzone w starszaków, chętnie podejmowały wyzwania. Sześciolatki były w przedszkolu nie byle kim i uczyły się pilnie, wiedząc że za rok pójdą do szkoły i będą musiały się wykazać. Jako starszaki były traktowane wyjątkowo i więcej się od nich wymagało. Jednocześnie dorastały emocjonalnie do roli ucznia. Teraz często już pięcioletnie dzieci trafiają do szkoły i zupełnie nie są do tego przystosowane. Nauczanie w przedszkolach zostało zupełnie rozbite i zredukowane do zera. Dlaczego? Bo będą się w szkole uczyć. Przedszkole stało się przechowalnią dzieci. Poziom nauczania w klasach 1 – 3 też został zaniżony i teraz dziecko kończące trzecią klasę wie tyle co kiedyś pierwszoklasista. W tym wszystkim zadziwiająca jest postawa niektórych rodziców pilnie śledzących aby nauczyciel nie uczył ich pociech niczego ponad program. Zupełnie jakby miało to ich dzieciom zaszkodzić. W zerówkach dzieci uczą się niby bez dzwonków na lekcję i przerwę, ale dzwonki przecież słyszą. Potem prze trzy lata dzieci uczą się niby bez ocen (te są urzędowo zakazane) ale oceniać trzeba. W związku z tym stosowane są symbole lub oceny opisowe, ale nie wolno pisać nic złego o dziecku. Są specjalne formy wypowiedzi służące opisywaniu dziecka tak aby nie wyszło, że czegoś po prostu nie umie czy nie pojmuje. O szkodliwości gimnazjów chyba nie muszę pisać. Każdy wie jak wyrwane ze swego środowiska młode osoby albo są przytłaczane przez nowe środowisko, albo szaleją w poczuciu wolności i dorosłości . Niewielu dzieciom udaje się zachować normalne dzieciństwo. Choć trzeba jasno powiedzieć, że są i takie przypadki. I na podsumowanie zostały nam matury. O poziomie pytań lepiej nie wspominać, choć okazało się, że pracownicy ministerstwa mieli wyraźny kłopot z niektórymi odpowiedziami. Ciekawe po co utrzymywać całe ministerstwo skoro nie potrafi ono ułożyć poprawnie kilku pytań raz na rok? Do tego dochodzi system ocen według klucza. Czemu ma to służyć? Nikomu już nie chodzi o to aby dziecko wypracowało własne zdanie. Rozwijało swoje horyzonty. Chodzi o to aby z góry wiedziało jakiej odpowiedzi się od niego oczekuje. Wyprzedzanie oczekiwań przełożonego, bezrefleksyjność i posłuszeństwo to idealne cechy lansowane przez program nauczania. Ciekawe co knuje Ministerstwo Edukacji, jeżeli jest prawdą, że takie Rzeczypospolite będą jakie ich młodzieży chowanie? Czy nie chodzi właśnie o wyhodowanie bandy niedouczonych, zakompleksionych, niezaradnych, posłusznie wykonujących polecenia, tanich pracowników? Teraz przejdziemy do tych, którzy na wszystkie problemy mają tylko jeden przepis : Prywatyzować. Otóż szanowni liberałowie, prywatyzacja szkolnictwa nie jest żadnym lekarstwem na obecne kłopoty. Najlepszym przykładem są prywatne uczelnie o beznadziejnie niskim poziomie nauczania. Stworzone tylko dla kasy i sprzedające papierki świadczące o ukończeniu parodii studiów. Właśnie tak działa wolny rynek. Skoro jest zapotrzebowanie na papierki a nie wiedzę, to sprzedaje się to na co jest zapotrzebowanie. Oczywiście są i uczelnie o ogromnych osiągnięciach, ale wśród tych państwowych też się takie znajdzie. Można dyskutować i porównywać, ale od razu widać, że problem nie leży w formie własności. Oczywiście przy założeniu prywatyzacji całego szkolnictwa, rynek po jakimś czasie wytworzył by szkoły elitarne i te o niskim standardzie, ale czy ogólny poziom podniósłby się? Jeżeli nadal będzie popyt na świstki a nie wiedzę, te kiepskie uczelnie będą prosperowały całkiem nieźle. A co z tymi uczniami, którzy mieli by niefart trafić na okres przejściowy, zanim rynek wykształcił by te elitarne szkoły? Kozły ofiarne? Koszty ludzkie? Czyżbym już to kiedyś słyszał? Prywatne szkoły i uczelnie i tak będą musiały realizować programy nauczania narzucane przez urzędników. Jeżeli program kreowany przez niezmienionego urzędnika będzie taki sam jak dotychczas to zabawa w prywatyzację szkół, dla kraju wcale nie będzie korzystna. Skutek będzie taki sam. Klapa. Nie znaczy to, że jestem przeciw prywatnym szkołom i uczelniom. Mogą i powinny być. Powinny powstawać nowe. Państwo zmniejszając swą wszechwładzę powinno tworzyć warunki do ich powstawania i rozwoju. Nie zgadzam się jedynie na mechaniczne i ideologiczne prywatyzowanie wszystkiego jak leci, z urzędu. Doktrynalność i nadgorliwość może spowodować tylko straty. Czym innym jest uspołecznienie i oddawanie wpływu na szkoły rodzicom. W małych społecznościach ludzie najlepiej wiedzą czego im trzeba. Prywatyzacja sama w sobie nie zmieni przecież niczego prócz formy własności. Zmiany powinny następować zupełnie gdzie indziej. Błędna recepta na szkolnictwo bierze się z niezrozumienia funkcji szkolnictwa w strukturze państwa oraz, i co najważniejsze, niezrozumienia podstawowej cechy procesu nauczania: Edukacja jest inwestycją w człowieka, a nie całkowitym (zamkniętym) procesem biznesowym. Jest tylko częścią szerszego procesu. Ze strony wykładowcy czy właściciela uczelni może to wyglądać, na biznes sam w sobie, ale nie o to w edukacji chodzi. Wiedzieli o tym średniowieczni fundatorzy, którzy zakładali uczelnie nie dla bezpośredniego zysku przecież (prócz prestiżu). Myśleli o przyszłości państwa a nie o zysku czerpanym z opłat za nauczanie. Wartość dodana w nauczaniu nie powstaje ani w księgowości, ani na biurku urzędnika tylko w głowach uczących się ludzi. Zyski dla inwestora być może pojawią się dopiero za parę lat i to też pod warunkiem, że inwestycji nie zmarnujemy wypychając absolwentów za granicę. Warto o tym pamiętać podejmując decyzje o losie nie tylko szkół, ale całego kraju i jego przyszłości. Póki co najważniejsze jest powstrzymanie postępującej degrengolady i odkręcenie tego co się da odkręcić. Na pohybel obecnym reformatorom. Niech ich ze złości pokręci. Obecnie rządzący muszą mieć już dziś świadomość, że ich reformy edukacji będą wcześniej czy później przez nas likwidowane. Konrad Osmycki Ruch Wolności Foto.: globtroter.pl