Category Archives: Łukasz Stefaniak

Absurdalny aspekt papierowego pieniądza

Historia monetarna XX wieku pokazuje nam wyraźnie, że to co było oczywiste przez całe tysiąclecia, a już na pewno przez wieki, na przestrzeni kilku dekad całkowicie się wypaczyło. Chodzi o rozumienie jednej z podstawowych funkcji metali szlachetnych.

Redystrybucja państwowa niszczy charytatywność

Ubóstwo ma różne przyczyny. Często u jego źródła leży bezrobocie, niski poziom szkolnictwa, niepełnosprawność, alkoholizm, narkomania czy po prostu niefortunny zbieg okoliczności. Cechą charakterystyczną współczesnych czasów jest to, że niektórzy przyczyn biedy zaczęli dopatrywać się w zbyt niskiej pomocy socjalnej państwa. Po chwili zastanowienia nad tym argumentem, można dojść do wniosku, że źródło ubóstwa leży w państwie. Na tym jednak kończy się trafność tej diagnozy.
Naturalną formą odpowiedzi na problem biedy, jest udzielenie pomocy. Często prowadzi to do tworzenia tzw. organizacji trzeciego sektora. Pojęcie to obejmuje różnego rodzaju stowarzyszenia pozarządowe o zróżnicowanych celach. Jednym z ich rodzajów są organizacje charytatywne, których sztandarem jest udzielanie pomocy potrzebującym. Trzeci sektor ma znacznie głębsze korzenie w Stanach Zjednoczonych niż w Europie. Feudalna spuścizna Starego Kontynentu była istotną barierą przy rozwoju tego typu działalności. Społeczeństwo amerykańskie zaś od początku opierało się na dobrowolnej samoorganizacji. Nowo przybyli do Ameryki Północnej koloniści, często bywali pozostawieni sami sobie. Wymusiło to na nich rozwinięcie cech niezbędnych do poradzenia sobie z napotkanymi trudnościami. Nieunikniona okazywała się współpraca z innymi kolonistami. To właśnie ona za pośrednictwem umowy społecznej stała się fundamentem przyszłego państwa amerykańskiego. Była także ścieżką prowadzącą do rozkwitu organizacji trzeciego sektora, w tym organizacji charytatywnych. Podstawą organizacji charytatywnych jest wspólnotowość i dobrowolność. Bez tych dwóch elementów charytatywność nie istnieje. Wzajemna pomoc brytyjskich kolonistów wynikała z poczucia wspólnotowości. Ludzie ci mieli te same korzenie, wyznawali wspólne wartości, mieli podobne nastawienie do życia, wreszcie znajdowali się w analogicznej sytuacji po przybyciu do Nowego Świata. Utworzyły się dzięki temu bardzo silne społeczności lokalne, dobrowolnie narzucające sobie surowe zasady moralne. Ich członkowie nieśli wzajemną pomoc ludziom żyjącym w ich społecznościach lokalnych. Należy zaznaczyć, że czymś zupełnie naturalnym jest to, że człowiek ma większą skłonność do pomocy tym, którzy znajdują się w jego bliskim otoczeniu lub co najmniej pozostają z nim w bliskich relacjach. Dana osoba zawsze chętniej pomoże członkowi swojej rodziny, z którym mieszka pod jednym dachem niż nieznajomej osobie z drugiego końca kraju. Stąd to rodzina jest fundamentem kształtującym wspólnotowość. Jej niezakłócony rozwój prowadzi do kształtowania właściwych postaw. Jeżeli w pewnym momencie instytucja rodziny, której funkcjonowanie opiera się na zasadzie pełnej dobrowolności, zostaje zastąpiona przez instytucję państwa, którego funkcjonowanie zwykle opiera się na przemocy, możemy obserwować zjawisko dezintegracji więzi społecznych, a nie ich pogłębianie, jak zdają się sugerować zwolennicy propaństwowych koncepcji. Ingerencje państwa w instytucję rodziny mogą przybierać rozmaite formy. Jedną z nich jest osłabienie ekonomiczne wywołane wysokimi podatkami. Jeżeli redystrybucji państwowej podlega 70-80% dochodów wypracowywanych przez członków rodziny (a w tych granicach oscyluje łączne opodatkowanie we współczesnych państwach), to możemy mówić o zaniku suwerenności ekonomicznej podstawowej komórki społecznej. Innym przykładem ingerencji jest powiększanie władzy urzędników, których decyzje mogą prowadzić do wielu rodzinnych dramatów. W Skandynawii było już wiele przypadków, kiedy to arbitralnie błędnie uznawano, że dziecku dzieje się krzywda, co skutkowało jego odebraniem rodzicom. Przymus edukacji szkolnej w placówkach oświatowych z centralnie narzuconym programem nauczania także prowadzi do osłabienia instytucji rodziny. Sprawia, że dzieci stają się własnością państwa. Przeczy to całkowicie zasadzie jakoby państwo służyło społeczeństwu. Im więcej takich ingerencji, tym więcej pęknięć na jednym z dwóch głównych filarów pomocy charytatywnej, ponieważ socjalizacja, która dokonuje się w młodym wieku, oddziałuje później na dalszą część życia. Czy filantropem można nazwać kogoś, kto jest siłą zmuszany do pomocy? Z samej definicji można wywnioskować, że takie stanowisko jest absurdalne. Filantropia jest przez słowniki określana jako działalność polegająca na bezinteresownym udzielaniu pomocy innym. Pomińmy w tej chwili rozważania, czy istnieje coś takiego jak bezinteresowna pomoc (zawsze celem ostatecznym działania człowieka jest korzyść psychiczna, tzn. jeżeli człowiek pomaga, to ma nadzieję, że co najmniej poprawi mu to samopoczucie lub pozwoli uniknąć przykrości; czy można więc mówić o całkowitej bezinteresowności?). Zauważmy za to, że dobrowolność jest drugim filarem charytatywności. Ważnym fundamentem założycielskim Stanów Zjednoczonych była dobrowolność w różnych aspektach życia (można ją nazwać po prostu wolnością). Nie jest przypadkiem, że XIX w. i początek XX w. były okresem, kiedy prywatna pomoc charytatywna zaczęła rozkwitać. Uczestnictwo w organizacjach trzeciego sektora nie jest czymś obowiązkowym. Do każdego z nas należy decyzja, czy chcemy się w zaangażować. Zwolennicy państwowej redystrybucji dóbr w celu niesienia pomocy innym (mówiąc wprost - socjaliści i im pokrewni), argumentują czasami, że państwo ma do spełnienia funkcje analogiczne do organizacji charytatywnych. Jest to karykaturalne wypaczenie całego pojęcia. Jak można prowadzić działalność charytatywną za pomocą przymusu? Instytucja państwa stara się od pewnego czasu brać na swoje barki to, co powinno być wykonywane na szczeblu prywatnym. Efektem jest gigantyczne marnotrawstwo potencjału, które prowadzi w istocie do poszerzania ubóstwa, ponieważ biedni zaczynają składać się wspólnie na pomoc dla innych biednych (redystrybucja biedy). Państwo nigdy i w żadnym przypadku nie będzie efektywniej dysponować pieniędzmi od sektora prywatnego choćby dlatego, że państwo jest strukturą dużo bardziej oddaloną od zwykłych ludzi i słabiej zna ich potrzeby. Wiąże się też z nim zagrożenie uzależnienia od pomocy. Osoby, które otrzymują regularny zasiłek, mają mniejszą motywację do podjęcia działań, które poprawią ich sytuację. Dobrowolna pomoc jednorazowa pozwala tego uniknąć. Niektórzy twierdzą, że jest ona poniżająca dla biednych. Osobiście nie widzę powodu, dla którego pomoc państwowa miałaby być mniej poniżająca. Wręcz przeciwnie. Czyż nie jest bardziej poniżający fakt, że pieniądze, które biedni otrzymują, pochodzą z kradzieży dokonywanej przez państwo (podatki) i prowadzą do podporządkowania swojej niezależności urzędnikom? Ważną kwestią jest to, że zmuszanie ludzi do pomocy zwykle daje odwrotny efekt do zamierzonego. Prowadzi do frustracji i nerwów, co owocuje wrogim nastawieniem do osób znajdujących się w złej sytuacji materialnej. Konsekwencją jest też to, że państwowe wydatki socjalne prowadzą do nieuniknionego wykształcenia w umysłach wielu ludzi schematu "skoro państwo mnie wyręcza, to ja już nie muszę i nie chcę pomagać". To rzeczywista prawidłowość utrwalana dodatkowo poprzez fakt, że pieniądze zabrane przez państwo, mogłyby w innej sytuacji zostać przeznaczone na dużo efektywniejszą pomoc dla jakiejś osoby. W każdym razie, przymus państwowy z pewnością nie skutkuje budową więzi międzyludzkich, jak chcieliby niektórzy. Więzi nie da się wytworzyć za pomocą przemocy. Tego zdają się nie rozumieć zwolennicy koncepcji państwa opiekuńczego. Prawdziwa i szczera pomoc może być ofiarowana tylko na drodze dobrowolnych porozumień. Właściwą drogą jest siła argumentu i perswazji, a nie argument siły. Warto przyjrzeć się bardziej egoistycznemu aspektowi pomocy innym. Ważną rolę odgrywa tu hierarchia potrzeb człowieka. Jest bardzo mało prawdopodobne, że człowiek, który nie jest w stanie zaspokoić swoich podstawowych potrzeb fizjologicznych, zdecyduje się na udzielenie pomomy innym. Życie jest na tyle nieprzewidywalne, że nie można całkowicie wykluczyć takiej sytuacji. Jest ona jednak bardzo mało prawdopodobna. Istota ludzka będzie bardziej skłonna otworzyć się na potrzeby innych, jeśli zaspokoi swoje własne potrzeby (nie tylko fizjologiczne!). Jest to fakt prawdziwy, niezależnie od tego, czy się komuś podoba, czy też nie. W interesie wszystkich powinno więc być stworzenie i utrzymanie takiego systemu ekonomicznego, który prowadzi do dobrobytu człowieka i jak najlepiej zaspokaja jego potrzeby. Nie od dziś wiadomo, że umożliwia to wyłącznie system oparty na dobrowolnej współpracy, opierającej się na poszanowaniu własności prywatnej, czyli kapitalizm. Tylko poszerzanie sfery wolnego rynku i zmniejszanie poziomu interwencjonizmu państwowego prowadzi do poprawy sytuacji gospodarczej społeczeństwa. Jeżeli potrzeby materialne zostaną zaspokojone w odpowiednim stopniu (który może być różny dla różnych ludzi), to człowiek automatycznie zwróci się ku potrzebom duchowym. Do takich potrzeb możemy zaliczyć np. chęć niesienia pomocy innym. Warto zaznaczyć, że celowo pomijamy tutaj fakt, że kapitalizm jest systemem, który pozwala nieporównywalnie łatwiej niż obecny system zwalczyć biednym samodzielnie swoje ubóstwo. Przedmiotem tego tekstu jest bowiem działalność charytatywna. Motywacje ludzi angażujących się w filantropię mogą być różne. U ich podstaw leży jednak motywacja najbardziej bazowa i wspólna dla wszystkich przypadków. Jak już zostało wspomniane wcześniej, człowiek podejmując działanie, dąży do poprawy swojej sytuacji, rozumianej jako uzyskanie korzyści psychicznej lub uniknięcie przykrości. Dla jednego człowieka to zbicie niebotycznej fortuny sprawi, że poczuje się lepiej. Dla innego z kolei szczęściem będzie radość innych uzyskiwana poprzez niesienie im pomocy. Działalność charytatywna może być oczywiście przykrywką dla uzyskania korzyści materialnych lub poprawy wizerunku. Fakty te jednak w połączeniu z hierarchią potrzeb potwierdzają jedynie tezę, że jeżeli chcemy pomóc innym, to powinniśmy dążyć do skonstruowania systemu, który będzie w stanie w sposób optymalny zaspokajać potrzeby ludzi. Rozpoznać je w pełni są zaś w stanie jedynie ci, którzy znajdują się najbliżej tych ludzi i którzy realnie kierują się ich głosem, czyli podmioty prywatne. Powracając na chwilę do początkowego fragmentu tekstu, ubóstwo jest generowane przez redystrybucję państwową, a nie poprzez jej zbyt niski poziom. Redystrybucja niszczy więzi społeczne, przez co uniemożliwia rozwój skutecznej pomocy opartej na działalności prywatnych organizacji, zastępując ją bezduszną i niewydajną machiną biurokratyczną, która bardzo często jest wykorzystywana dla podtrzymywania prywatnych korzyści przez zainteresowane podmioty. Jeżeli chcemy ujrzeć prawdziwą, szczerą i skuteczną pomoc społeczną, to nie mamy innego wyjścia, jak zając się nią sami, eliminując po drodze wszechwładne macki państwa. Jest to tym istotniejsze, że zbliża się koniec ery państw opiekuńczych. Łukasz Stefaniak foto: www.rzeszowmilosierdzie.parafia.info.pl

Współczesny dolar nie jest bezpieczną alternatywą dla euro

Zbliża się okres, który nadwyręży zaufanie do europejskiej waluty. Naturalnym stanem rzeczy w takiej sytuacji jest poszukiwanie alternatyw. Duża grupa osób nie może wyrwać się z pewnej klatki myślowej, znajdując pozorne bezpieczeństwo w innych papierowych walutach. Dostrzegalny jest tok myślenia, polegający na niemalże automatycznym odruchu, że skoro euro jest w poważnych tarapatach, to warto uciekać w stronę dolara. Nic bardziej błędnego.
Klucz do zrozumienia jak niewłaściwe jest to postępowanie, leży u podstaw samej natury pieniądza. Fundamentalna jest kwestia, skąd pieniądz bierze swoją wartość. O wartości normalnego, tradycyjnego pieniądza, decyduje rynek, podobnie jak w przypadku każdego dobra, którym się handluje. Kiedy społeczeństwo uświadamia sobie, że wymiana bezpośrednia (barter) jest nieefektywna, tzn. nie jest w stanie sprostać wymaganiom poszczególnych podmiotów funkcjonujących na rynku, w sposób naturalny rozpoczyna się poszukiwanie środków na tyle powszechnych i jednocześnie bezpiecznych, żeby mogły się stać szeroko akceptowanymi środkami wymiany. Pieniądz papierowy, którym jest zarówno euro, dolar, jak i polska złotówka, nie ma żadnej realnej wartości rynkowej (powiedzmy, że ma wartość zadrukowanych kartek papieru, ewentualnie wartość numizmatyczną po wielu latach). Całość opiera się na tym, że rządzący wmówili społeczeństwu rzekomą wartości gotówki, którą obracają. Sytuacja ta nabiera doniosłości w przypadku jej odwrócenia. Czy ktoś uwierzyłby rządzącym, gdyby nagle oznajmili, że złoto jest nic nie warte i jedyne, co można z nim zrobić, to pozbyć się go wyrzucając na śmietnik? Naturalnie takie stwierdzenie wywołałoby u wszystkich uśmiech politowania, a ceny złota nadal byłby kształtowane w wyniku normalnych procesów rynkowych. Dlaczego więc sytuacja odwrotna nie wywołuje uśmiechu politowania? Dlaczego każdy z przytakiwaniem przyjmuje frazesy polityków, że kartka papieru, nie będąca poświadczeniem praw własności, ma normalną rynkową wartość? Czasami zabawne bywa obserwowanie zjawiska, kiedy to w jakimś kantorze 10 zadrukowanych karteczek wymieniane jest na 5 zadrukowanych w inny sposób karteczek. Czy ktoś w trakcie tego procesu zastanawia się nad absurdalnością całej sytuacji? Owszem, miałaby ona swoje logiczne usprawiedliwienie, gdyby karteczki te były dokumentem poświadczającym prawo do zmagazynowanych w jakimś miejscu dóbr realnych (np. złota, srebra, platyny czy nawet ropy naftowej). W omawianym przypadku jednak nic takiego nie ma miejsca. Szkodliwość monopolu państwa na emisję jedynego słusznego "prawnego środka płatniczego", objawia się z pełną siłą w sytuacjach kryzysowych. Wystarczy sięgnąć do historii Polski. Osoby mające zgromadzone w latach 70. XX w. oszczędności pozwalające na kupno nieśmiertelnego "Malucha", w latach 90. mogły sobie nabyć co najwyżej suszarkę do włosów. Przeszłość pokazuje, że zabawa polityków z fiducjarną walutą bardzo często prowadzi do hiperinflacji cen. Pod koniec listopada siła nabywcza rubla białoruskiego była o ponad 50% mniejsza niż przed rokiem. Aleksandr Łukaszenka jest najwyraźniej wielkim miłośnikiem Keynesa i za bardzo uwierzył w stymulowanie popytu i zmniejszanie bezrobocia poprzez druk pieniędzy. Wprowadzenie pieniądza fiducjarnego, to prawdziwy majstersztyk ze strony władz państwowych. Niezwykłe jest to, że społeczeństwo przyjęło do świadomości bajkę, jakoby papier miał realną wartość. Było to możliwe jedynie dzięki zastosowaniu metody małych kroków na przestrzeni tysięcy lat. Rząd (mówimy tu o rządzie w znaczeniu ogólnym) w dążeniu do przejęcia kontroli nad pieniądzem, a co za tym idzie zwiększania swoich wpływów budżetowych, przebył wiele etapów. Początkowo objął monopolem państwowym usługę bicia monet. Do tego momentu pieniądz był zwykłym towarem, podlegającym normalnym procesom rynkowym. W celu przesłonienia całej sytuacji, rządzący poczynili kroki mające na celu zastąpienia jednostek wagowych nazwami narodowymi (dolar, funt itp. zamiast gram czy uncja). Zmonopolizowanie pieniądza przez państwo, otworzyło drogę do jego psucia. Często dochodziło do sytuacji, w której do złota były dodawane inne metale, co pozwoliło wyemitować większą ilość monet. Kolejnym krokiem, który miał poszerzyć państwową kontrolę nad pieniądzem, było ustanowienie przepisów o prawnym środku płatniczym. Rządzący za pomocą dekretu arbitralnie ustanowili, co jest pieniądzem, a co nie jest. Jednocześnie zabroniono dokonywania transakcji w monetach emitowanych przez inne państwa pomimo tego, że były one wykonane z identycznego metalu. Te dwa rozwiązania całkowicie uniemożliwiły społeczeństwu legalny odwrót od psutych przez państwo pieniędzy. Kolejnym krokiem było ustanowienie banków centralnych. Znaczenie tego etapu jest o tyle istotne, że bank centralny jest niejako podmiotem centralizującym cały sektor bankowy w danym kraju. To on ma monopol na emisję pieniędzy i to on przetrzymywał zapasy złota w czasach, kiedy obowiązywał jeszcze jego parytet. Poprzez system rezerw cząstkowych, bank centralny otwiera bankom prywatnym drogę do kreowania pieniędzy bez pokrycia. Parytet złota ograniczał jednak ciągle ten proceder. Jego usunięcie było ostatnim znaczącym etapem. Została jednocześnie złamana obietnica, którą banki centralne dawały ludziom, aby wzmocnić tym samym swoją pozycję i zaufanie do prowadzonych przez siebie działań. Kiedy banki centralne były ustanawiane, dawały gwarancję, że papierki zawsze będzie można wymienić na realne dobra. Teraz pozostał jedynie papier bez żadnego pokrycia i, co szokujące, zaufanie do banków centralnych wcale drastycznie nie zmalało. Ucieczka z euro do dolara nie jest właściwą drogą. Przypomina ona sytuację opisaną na początku tekstu. To wymiana papieru na papier, która nie daje gwarancji zabezpieczenia wartości zgromadzonych oszczędności. Osoby sugerujące taką ścieżkę lub same nią podążające, najwyraźniej zapomniały już o poczynaniach FED. W pierwszej połowie roku na światło dzienne wypłynęły informacje o gigantycznych kwotach, jakie amerykański bank centralny przekazywał w trakcie obecnego kryzysu rozmaitym instytucjom finansowym na całym świecie. Łącznie było to 16 bilionów dolarów wykreowane dosłownie z powietrza. Skala tego procederu zaskoczyła nawet samego Rona Paula. Dodatkowo dzięki procesowi sądowemu złożonemu i wygranemu wiosną bieżącego roku przez stację Fox Business i agencję prasową Bloomberg, ujawnione zostało, do kogo dokładnie trafiły środki z Rezerwy Federalnej. Warto w tym momencie przypomnieć, że mamy także za sobą wielokrotnie wspominane przeze mnie w rozmaitych tekstach dwie tury tzw. "luzowania ilościowego" (QE - Quantitative Easing), polegającego na skupowaniu amerykańskich obligacji skarbowych, za nowo wydrukowane pieniądze, a raczej za zmianę paru cyfr w komputerach. Gospodarkę czeka recesja, więc trzecia tura "luzowania ilościowego" w końcu nastąpi. Skala osłabienia siły nabywczej dolara na skutek QE (a więc także skala wzrostu cen różnych dóbr) zależy w dużej mierze od tego, co ze środkami otrzymanymi z FED zrobią banki prywatne. Dopóki przetrzymują u siebie wykreowane pieniądze, ceny nie rosną. W momencie, kiedy zaczynają za ich pomocą dokonywać ekspansji kredytowej lub spekulować na rynku jakichś dóbr, ceny zgodnie z podstawowymi prawami ekonomii zaczynają piąć się w górę, a wartość dolara spada. W praktyce trudno sobie wyobrazić, że banki nie wykorzystują środków z FED. Powyższe fakty każą zastanowić się, czy dolar faktycznie może stanowić bezpieczną alternatywę dla euro. W uproszczeniu można stwierdzić, że od czasu utworzenia FED w 1913 roku, amerykańska waluta straciła ponad 94% swojej pierwotnej wartości. Oznacza to, że 6 dolarów było warte przed 1913 roku tyle, ile teraz jest warte 100 dolarów. Ten szokujący fakt najlepiej przedstawia poniższy wykres:   [caption id="attachment_15129" align="aligncenter" width="300" caption="Źródło: http://zerohedge.blogspot.com/"][/caption] Widzimy wyraźnie, że do czasu, kiedy obowiązywał standard złota (do 1933 roku), FED miał stosunkowo mocno związane ręce i nie był w stanie drastycznie osłabiać wartości dolara. Decyzja Franklina Delano Roosevelta zabraniająca Amerykanom posiadania złota i prowadząca do zastąpienia "złotego" dolara dolarem papierowym, jest końcem tego okresu. Dostrzec można, że od tego momentu siła nabywcza amerykańskiej waluty zaczęła spadać bardzo dynamicznie. W 1945 roku miała miejsce konferencja w Bretton Woods. System monetarny, który został wtedy wypracowany, miał pewne zabezpieczenie w złocie. Nie było to jednak rozwiązanie wystarczające. Jego porażka była przesądzona od samego początku. Na przestrzeni kolejnych 26 lat, siła nabywcza dolara spadła o kolejne 56% jej ówczesnej wartości. Upadek systemu z Bretton Woods w 1971 roku, był początkiem narodzin dzisiejszych walut papierowych, które nie mają nawet minimalnego zabezpieczenia w realnych dobrach. Zaowocowało to największym spadkiem wartości dolara w historii. W przeciągu 28 lat, stracił on aż 81% swojej siły nabywczej. Przykład amerykańskiego dolara pokazuje, jak solidna waluta może zostać sprowadzona do poziomu śmieciowego przez nierozważną i beztroską politykę prowadzoną przez bank centralny do spółki z rządem. Pieniądz papierowy to wybryk natury, który święci swoje triumfy od kilkudziesięciu lat. Ma na celu ukryte opodatkowanie całego społeczeństwa. Otwiera też drogę do niepohamowanego interwencjonizmu państwowego i umożliwia sprawne finansowanie konfliktów zbrojnych. Nie bez znaczenia jest również fakt, że pozwala on na wspieranie określonych grup interesów. Taki stan rzeczy nie potrwa jednak długo. XXI wieku z pewnością położy kres pieniądzu papierowemu. Sytuacja zmusi polityków do przywrócenia solidnego pieniądza. Trudno wyobrazić sobie ostatecznie inne rozwiązanie, chyba że chcemy mieć powtórkę z historii. Zasadnicze jest wyciąganie wniosków z przeszłych wydarzeń. Ucieczka z jednej papierowej waluty do drugiej nie jest rozwiązaniem, które może pomóc utrzymać wartość posiadanych oszczędności. Na krótką metę sytuacja dolara może się polepszyć w związku z kryzysem walutowym w strefie euro. Docelowo kryzys walutowy dotknie także papierowego dolara, który będzie musiał zostać czymś zastąpiony. Prawdziwym zabezpieczeniem mogą być jedynie realne dobra. Warto wyjść ze wspomnianej na początku klatki myślowej i uświadomić sobie, że papier jest po prostu papierem. Łukasz Stefaniak

Pod płonącym niebem…

Upadek strefy euro staje się na naszych oczach faktem. Daily Telegraph donosi, że rząd Wielkiej Brytanii jest już przekonany o czekającym nas końcu wspólnej waluty. Zalecił też przygotowania do wielkiego wstrząsu, jaki będzie się z tym wiązał. Rozesłane zostały m.in. ostrzeżenia do ambasad brytyjskich w krajach objętych unią monetarną, przed zbliżającymi się zamieszkami oraz przed możliwym upadkiem sytemu bankowego. Tak właśnie kończy się podkopywanie solidnych fundamentów, opartych na prawach ekonomicznych i zastępowanie ich drewnianymi podporami politycznymi.
Strefa euro dobiegnie końca w 2012 roku. Chaotyczne procesy, których będziemy świadkami, nie pozwalają przewidzieć, w którym dokładnie momencie to nastąpi. Najbardziej dramatycznym faktem jest to, że jakieś 90% Europejczyków będzie kompletnie zaskoczone tymi wydarzeniami. Większość polityków odgrywa przed naszymi oczami teatrzyk, udając, że wszystko jest pod kontrolą. Na szczęście coraz więcej sygnałów o zbliżającym się wstrząsie trafia na czołówki portali internetowych. W telewizji jednak informacje te rzadko przebijają się przez sterty politycznych majaków. Nawet jeśli wspomina się o nich, to nie mówi się o ostatecznych konsekwencjach tych wydarzeń. W praktyce koszty upadku strefy euro w takiej formie, jaką ją znamy, poniesiemy my wszyscy, a ci, co nie przygotowali społeczeństwa na ten wielki upadek, będą musieli przyjąć całą winę na siebie. Establishmenty bankowe nawołują do masowej akcji skupowania przez Europejski Bank Centralny obligacji zadłużonych krajów. EBC nie ma pieniędzy na taką operację. Teoretycznie pozostaje więc tylko jedno wyjście - masowy dodruk papierowych euro wzorem amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwiają się aktualnie Niemcy. Najwyraźniej potrafią wyciągać wnioski z przeszłości. Angela Merkel wie, czym zakończyły się takie działania w XX wieku. Rząd niemiecki finansował wtedy wydatki budżetowe poprzez dodruk pieniędzy. W przeciągu nieco ponad dziewięciu lat marki niemieckie zostały tak mocno wyprane z wartości, że stały się zwykłymi, zadrukowanymi karteczkami papieru. Inflacja cen osiągnęła pod koniec 1923 roku astronomiczną wartość 50% dziennie. Starając się jakoś funkcjonować, społeczeństwo zaczęło domagać się codziennych wypłat. Efektem hiperinflacji cen było to, że pensja wypłacona jednego dnia robotnikowi, była przez niego natychmiast wydawana w najbliższym sklepie na cokolwiek. Ludzie zdawali sobie sprawę, że jeżeli przetrzymają papierki choćby przez kilka godzin, to nie będą w stanie praktycznie nic za nie kupic. Ot, taki "raj" keynesistowski napędzający konsumpcję. Stan taki nie trwał długo. Koszmar zakończył się po kilku dniach, wraz z wprowadzeniem nowej waluty. Niemcy pamiętając o tamtych tragicznych wydarzeniach, prawdopodobnie nie zgodzą się na wielki dodruk euro, mający na celu skupowanie obligacji. Niezależnie jednak od podjętej decyzji, strefa euro jest skazana na upadek. W przypadku braku dodruku, dojdzie do rychłego rozpadu strefy euro, co spowoduje kryzys zaufania do tej i tak dosyć mało wiarygodnej waluty. Dodruk oznacza nic innego, jak kryzys zaufania do euro na skutek wystąpienia wysokiej inflacji cen, bo pakiet musiałby być gigantyczny. Do tego do drzwi puka poważna recesja, przed którą przestają już chronić nawet rozbudowane wydatki publiczne. Warto wspomnieć, że Grecy nie czekają z założonymi rękoma. Nie wierzą już politykom. Wielu z nich zdecydowało się przejść na handel wymienny, który, podtrzymywany wystarczająco długo, spowoduje wyłonienie się nowej, rynkowej waluty. Oczywiście w praktyce jest to koszmar dla państwowego monopolisty, bo papierowa waluta ma tylko jeden fundament - fikcyjną gwarancję wartości ze strony państwa. Jak już wspomniałem, brak dodruku oznacza całkowitą katastrofę finansową wielu krajów członkowskich strefy euro. Oprocentowanie obligacji poszczególnych krajów stale rośnie. Rządy muszą obiecywać coraz więcej, żeby zaciągnąć kolejne pożyczki. Chwieje się jeden z głównych fundamentów strefy euro - Francja. Już wkrótce z całą pewnością doczekamy się obniżenia ratingu kredytowego tego kraju. Ostatnio było też głośno o problemach ze sprzedażą obligacji przez Niemcy. Jedyne, co mogłoby uratować ten system przed zapaścią, to dobrowolne masowe cięcia budżetowe. Nie jakieś kosmetyczne poprawki, a praktycznie całkowita zmiana modelu gospodarczego poszczególnych krajów europejskich, prowadząca do zrównoważenia budżetu. Na to jednak nie zanosi się przed wielką katastrofą z kilku powodów. Po pierwsze, rządzący politycy nie są w stanie podjąć takich decyzji z uwagi na partykularne interesy. W warunkach współczesnej, zdegenerowanej demokracji, cięcia na taką skalę oznaczałyby koniec kariery politycznej ludzi, którzy ich dokonali. Po drugie, masowe cięcia budżetowe oznaczają koniec sztucznego nakręcania gospodarki wydatkami publicznymi. Doprowadziłoby to do błyskawicznego załamania statystyk gospodarczych (które, tak na marginesie mówiąc, czeka nas wcześniej czy później). Uratować mogłaby je jedynie obniżka podatków, a to oznacza kolejne cięcia budżetowe (przypominam, że zadłużać dalej się nie da!). Po trzecie, takie cięcia wywołałyby masowe protesty, zamieszki i bunty, bo nie ma co liczyć na zrozumienie w sytuacji, gdy odbiera się komuś przywileje. Mamy więc pat? Powyższe zmiany, tak czy inaczej, będą musiały zostać dokonane. Nie ma innego wyjścia. Spirala gospodarczej śmierci jest procesem, którego w obecnej chwili nie da się uniknąć. Z pewnością nie zrobią tego jednak obecne elity polityczne, których wiarygodność wisi na włosku. Jak w świetle dzisiejszych doniesień Daily Telegraph, wyglądają wypowiedzi polskich polityków, o tym, że ciągle powinniśmy dążyć do członkostwa w strefie euro? To są pomysły kompletnie oderwane od rzeczywistości. Całkowicie kompromitują tych ludzi. Warto je zapamiętać, przytoczyć za kilkanaście miesięcy i wyciągnąć wnioski. Załamanie systemu to nie jest nic przyjemnego. Doskonale odczuły to osoby, które pamiętają upadek ZSRR. Być może dlatego niektórzy polscy politycy nie chcą dopuścić do siebie myśli, że może stać się to faktem. Chciałbym, żeby można było uniknąć tego chaosu, który nadciąga. Konsekwencje społeczne takich wstrząsów będą tragiczne. W tej chwili możemy jednak tylko czekać i mieć nadzieję, że wszystkie te wydarzenia skończą się w nieco mniej pesymistyczny sposób, niż się na to zanosi. Gospodarki nie da się naprawić inaczej niż poprzez cięcie wydatków publicznych, obniżkę podatków, powrót do solidnej waluty opartej na trwałych dobrach i zmniejszanie przepisów biurokratycznych, tłumiących przedsiębiorczość. Podtrzymywanie innych rozwiązań, to dokładanie kolejnych cegiełek do budowy antyutopii skazanej docelowo na upadek. Po wielkim kolapsie przyjdzie otrzeźwienie. Być może będzie to okupione zamieszkami, niepokojami i cierpieniem, ale w pogoni za szczęściem dotrzemy w końcu do wyspy spokoju, znajdującej się gdzieś na burzliwym oceanie naszej egzystencji. Mocno wierzę, że przyszłość rozbłyśnie ogniem wolności. Można było tej tragedii uniknąć, gdybyśmy słuchali właściwych osób i wyciągali wnioski. Nikt nie chciał tego robić, kiedy wprost mówiono o tym, że przez pomysły oderwane od ekonomicznej rzeczywistości, poleje się krew na ulicach. Teraz na wnioski jest już za późno. Gra skończona... Łukasz Stefaniak

Było 17, jest 18 – czyli „tanie państwo” według Platformy

Kolejny rząd, kolejna dusząca Polaków machina biurokratyczna. Administracja puchnie, zmuszając rząd do zwiększania poziomu państwowej redystrybucji majątku wypracowywanego bardzo ciężko przez Polaków. Dobrym wyznacznikiem stanu państwa, jest liczba ministerstw, których pracownicy zarządzają życiem gospodarczym i społecznym obywateli. Warszawskiemu lewiatanowi, decydującemu o tym, co jemy, co oglądamy w telewizji, czego się uczymy w szkołach, co budujemy na swojej prywatnej działce, wyrosła nowa macka.
Michał Boni, do tej pory bezrobotny minister, otrzymał w glorii i chwale nowy twór. Sprawa jest wagi najwyższej, bo dotyczy 600 tys. armii. Co prawda armia ta nie posiada karabinów, ale za to jest sześć razy liczniejsza od zawodowych żołnierzy! Biedny Jacek Cichocki nie byłby w stanie zapanować nad taką wielką grupą ludzi. Niezbędne stało się więc wydzielenie spod Ministerstwa Spraw Wewnętrznych odrębnego tworu - Ministerstwa Administracji. Potrzebny jeszcze jakiś patetyczny slogan. Co by tu wymyślić? Eureka! Cyfryzacja! Tak nowocześnie brzmi! Patriotycznie! Szkoda, że nie można było dołączyć takiego ministerstwa do Straży Praw z Konstytucji 3-maja. Grunt, że teraz można mówić o walce z biurokracją, poprzez tworzenie nowego ministerstwa zajmującego się cyfryzacją. Gigantyczny rząd centralny ma w Polsce długą tradycję. Ze świecą szukać po 1989 roku gabinetu, który obsadziłby mniej niż piętnaście stanowisk ministerialnych. Niezależnie od rządzącej ekipy, ministerstw nie ubywa, co więcej często tworzone są zupełnie absurdalne stanowiska, wyłącznie mające na celu dostarczyć nieco stołków partyjnych. Przykładem jest z pewnością wspomniane już Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Podobnie jednak było w trakcie rządów PiS. Wystarczy wymienić niesławne Ministerstwo Gospodarki Morskiej. Paradoksalnie najlepiej w tym zestawieniu wypada socjaldemokratyczny rząd Leszka Millera, składający się z piętnastu ministerstw. Charakteryzował się on też brakiem bezrobotnych ministrów, zwanych w nowomowie "ministrami bez teki". Piętnaście ministerstw to jednak nie jest powód do jakiejkolwiek dumy. W II Rzeczpospolitej było nieco lepiej. Co prawda pierwszy, socjalistyczny rząd Jędrzeja Moraczewskiego, składał się z piętnastu ministerstw (czyli Platforma jest bardziej socjalistyczna niż Polska Partia Socjalistyczna!). W dodatku liczył aż czterech "ministrów bez teki". Później jednak liczba ministerstw została znacząco ograniczona. Rząd "endeka" - Władysława Grabskiego, liczył w 1923 roku 12 ministerstw. Patrząc na składy kolejnych gabinetów (a tych w II RP zdecydowanie nie brakowało), nie znajdziemy jednak żadnego, który zadowoliłby się liczbą ministerstw mniejszą niż dziesięć. Do tylu stanowisk ograniczył swój rząd Felicjan Sławoj Składkowski w 1936 roku. Jednym ministerstwem zajął się osobiście, więc w napadzie dobrego humoru można uznać, że ministerstw było dziewięć. W tym zestawieniu nic nie przebije okresu I Rzeczpospolitej. O formalizacji rządu, możemy mówić dopiero w 1791 r., wraz z uchwaleniem Konstytucji 3-maja. Przyjął on formę Straży Praw. Ministerstw było pięć (sześć, jeśli doliczymy Komisję Edukacji Narodowej). Był to więc rząd minimum w pełnej krasie. Twórcy Konstytucji 3-maja uznali, że niezbędne było powołanie jedynie ministra spraw wewnętrznych, ministra spraw zagranicznych, ministra skarbu, ministra wojny i ministra policji. Nie było dane nam sprawdzić, jak taki rząd spisałby się w polskich warunkach. Patrząc na przykłady innych krajów z tego okresu (a także doświadczenia z poprzednich wieków), zaowocowałoby to zapewne rozkwitem Polski i uczyniłoby podwaliny pod odnowienie potęgi I RP. Widać idealnie, jaka przepaść dzieli III RP od jej protoplastki. Polscy politycy najwyraźniej biorą za wzór niechlubny przykład Komisji Europejskiej, która swoje centralne sterowanie gospodarcze i społeczne opiera na 25 komisjach oraz dodatkowym stanowisku poświęconym polityce zagranicznej. Pomijając już samą kwestię sensowności istnienia takiego organu, jak Komisja Europejska, znajdziemy tam potworki biurokratyczne pokroju komisarza ds. agendy cyfrowej, oddzielenie komisarza ds. podatków od komisarza ds. budżetu, czy powołanie komisarza ds. klimatu niezależnie od komisarza ds. ochrony środowiska. Wymieniać można bez końca, tzn. do momentu wymienienia wszystkich komisarzy. Donald Tusk musi więc utworzyć jeszcze co najmniej sześć stołków, żeby wyrównać średnią organu centralnego UE. Jak to często bywa w przypadku Polski, przykłady bierzemy nie od tych, co trzeba. Cud gospodarczy osiąga się dzięki państwu minimum, a nie państwu maksimum. "Ale to niemożliwie w dzisiejszych czasach!" - może wykrzyknąć niejeden. Zapewne w takim razie to, co stało się w Hongkongu jest czymś nierealnym? Jest fikcją? Mitem? Bajką? Bo jak inaczej można wytłumaczyć, że leseferystyczni brytyjscy gubernatorzy Hongkongu z zacofanej wioski stworzyli światową potęgę gospodarczą? Nie potrzebowali wcale rozległych terenów i dziesiątek milionów mieszkańców. Miało to w drugiej połowie XX-wieku, czyli bardzo niedawno! Brytyjczycy zdecydowali się przeprowadzić eksperyment, jak państwo minimum sprawdzi się we współczesnym świecie. Efekty okazały się oszałamiające. Szkoda tylko, że pod rządami chińskimi Hongkong ulega stopniowej degradacji. Nadal jest jednak swojego rodzaju wyspą, zajmującą pierwsze miejsca w niektórych rankingach wolności gospodarczej (np. tym prowadzonym przez Heritage Foundation). Zostawmy jednak Hongkong, bo przyprawia on zapewne większość polskich polityków o ból głowy. Wróćmy na nasze własne podwórko. Każdy z nas musi wziąć pod rozwagę, czy potrzebna nam tak rozbudowana biurokracja. Przecież funkcje większości ministerstw mogą z dużo lepszym skutkiem przejąć samorządy i sektor prywatny. Oba te podmioty znajdują się blisko społeczności lokalnych i znacznie lepiej znają ich potrzeby. Warto podkreślić, że sektor prywatny jest w stanie zaspokoić praktycznie każde potrzeby klientów. W dodatku robi to zawsze w dużo korzystniejszej relacji cena/jakość, niż odbywa się to w przypadku sektora publicznego (edukacja i służba zdrowia nie są tutaj wyjątkiem). Docelowo możliwe jest stworzenie rządu składającego się wyłącznie z pięciu, może sześciu ministerstw: spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych, obrony narodowej, sprawiedliwości, finansów i połączonego ministerstwa infrastruktury oraz ochrony środowiska. Nie skończy się to anarchią. Wręcz przeciwnie, zapanuje większy i, co ważne, spontaniczny porządek. Liczba ministerstw jest zawsze pewnym wyznacznikiem, w którą stronę zmierzamy. Ta, w porównaniu z poprzednią kadencją Donalda Tuska, wzrosła. Oznacza to, że kierujemy statek w złą stronę. W obliczu kompromitacji i upadku obecnego modelu państwowości w różnych częściach świata, należy zwrócić się ku innym rozwiązaniom. Dorobek wielu wybitnych myślicieli czeka na wykorzystanie. Pozwolimy, żeby świat nam ponownie odskoczył o lata świetlne? Łukasz Stefaniak Foto. MN/Prokapitalizm.pl

Plan odnowienia Ameryki Rona Paula

Społeczeństwo w Stanach Zjednoczonych powoli przygotowuje się do kolejnej prezydenckiej kampanii wyborczej. Przed właściwym starciem o najważniejszy fotel w kraju, odbędą się jak zawsze prawybory. Kandydatem Partii Demokratycznej będzie z pewnością Barack Obama. Uwaga wszystkich skupia się zatem na starciu wewnątrz Partii Republikańskiej. Trudno pozbyć się wrażenia, że Stany Zjednoczone stoją przed jednymi z najważniejszych wyborów od czasów Wielkiego Kryzysu w latach 30. ubiegłego wieku.

Zbliżają się czasy wielkich idei

Stolice różnych państw zaczynają tonąć w protestach. Obserwowane aktualnie wydarzenia są naturalną konsekwencją błędów popełnionych przez obecnych polityków, którzy działając wyłącznie w swoim interesie, zabiegają wyłącznie o kolejną kadencję sprawowania władzy. Zasięg protestów tzw. "oburzonych" jest obecnie bardzo ograniczony. Widać jednak wyraźnie, że zaczyna pękać balon frustracji, który może w przyszłości przerodzić się w bardzo groźne zjawisko, za które odpowiedzialność będą musieli wziąć aktualnie rządzący.
Podłoża ostatnich wydarzeń należy upatrywać w swoistej anihilacji klasy średniej, dokonywanej (zwykle nieświadomie) przez polityków w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej od lat 30. i 40. ubiegłego wieku. Początkiem tego procesu był bez wątpienia Wielki Kryzys w Ameryce, zrodzony nie jak powszechnie się uważa w wyniku ułomności mechanizmów rynkowych, a w wyniku dążenia polityków do stworzenia nierealnego systemu idealnego, w którym nie zdarzają się żadne spowolnienia gospodarcze. Recesja została poprzedzona olbrzymim boomem gospodarczym, wygenerowanym za pomocą inflacyjnej polityki pieniężnej przez amerykańską Rezerwę Federalną. Efektem takich działań jest zawsze docelowo przynajmniej łagodna recesja. Kryzys z lat 30. został dodatkowo pogłębiony przez błędną politykę nazwaną "New Deal". Obejmowała ona szerokie spektrum interwencji gospodarczych, spośród których można wymienić m.in. dalszą inflacyjną politykę pieniężną, mającą na celu ratowanie upadających firm, czy też dofinansowanie robót publicznych, będące niczym innym, jak odgórnym sterowaniem przemysłem, uniemożliwiającym optymalną alokację środków finansowych.  Zablokowało to likwidację słabych podmiotów i przedłużyło ich gospodarczą agonię. Konsekwencją stosowania tak rozbudowanego mechanizmu interwencjonistycznego musiał być znaczący wzrost deficytu budżetowego. Administracja amerykańska postanowiła skompensować ten problem poprzez katastrofalną dla klasy średniej, a przez to także dla gospodarki, olbrzymią podwyżkę podatków. Wszystkie te czynniki zaowocowały pogłębieniem i przedłużeniem i tak już fatalnego w skutkach kryzysu, na którym stracili wszyscy, ale najwięcej klasa średnia. Wielu jej przedstawicieli zostało dosłownie wpędzonych w nędzę. Praktyki stosowane przez administracje amerykańskie w okresie Wielkiego Kryzysu, stały się w powojennym świecie czymś powszechnym. Mechanizm powstania obecnego kryzysu jest analogiczny. Ostateczne skutki będą jednak bardziej katastrofalne z uwagi na fakt, że pogłębieniu uległy powiązania między gospodarkami oraz dokonuje się ingerencji gospodarczych na znacznie szerszą skalę niż w trakcie Wielkiego Kryzysu. Ciągła ekspansja praktyk interwencjonistycznych nie zna granic. Nawet głównemu autorowi "New Deal" - prezydentowi Herbertowi Hooverowi, nie śniła się skala ingerencji gospodarczych stosowanych przez obecnych polityków i to niezależnie od tego, na którym etapie cyklu koniunkturalnego znajdujemy się w danym momencie. W efekcie ilość nagromadzonych błędów przewyższa wszelkie szacunki. Mamy także całkowicie papierowy pieniądz, umożliwiający bankom centralnym do spółki z bankami komercyjnymi wytwarzanie olbrzymiej inflacji pieniężnej. Są to instrumenty niezwykle wygodne dla demokratycznych polityków, bo umożliwiają zwiększanie wydatków i osiągnięcie mirażu pobudzenia gospodarczego, przy utrzymaniu opodatkowania na tym samym poziomie. Prowadzi to jednak do wystąpienia zjawiska inflacji cen, która zawsze jest najbardziej odczuwalna przez najbiedniejszych. Nawet jeśli stosowany mechanizm pozwala osiągnąć względną stabilność cen, to praktyki te skutkują zapoczątkowaniem kolejnego cyklu koniunkturalnego prowadzącego do wystąpienia recesji. Warto zauważyć, że zrównoważony budżet to we współczesnym świecie jedynie mrzonka. Politycy nie zważając na nic, zadłużają przyszłe pokolenia. Koszty tych długów poniosą głównie przedstawiciele współczesnej klasy średniej, która już obecnie jest bombardowana obciążeniami podatkowymi w skali nie mającej precedensu historycznego (z wyjątkiem krajów komunistycznych).  Wystarczy spojrzeć na jeden z najbardziej dotkliwych podatków dla tej grupy społecznej, jakim jest podatek zawarty w cenie benzyny. Wszyscy zapewne zgodzą się, że patologiczna jest sytuacja, gdy większość ostatecznej ceny produktu stanowią podatki, a nie jego realna cena rynkowa. To właśnie ma przecież miejsce w przypadku benzyny, której ceny wpływają na ceny praktycznie wszystkich innych produktów! Paliwo za 2,50 zł to nie jest żadne populistyczne hasło, a realia, w których żylibyśmy, gdyby nie rozwój programów interwencjonistycznych w czasach powojennych (w przypadku Europy Zachodniej) oraz wcześniej w okresie Wielkiego Kryzysu (w przypadku Stanów Zjednoczonych). Należy wspomnieć także o olbrzymiej liczbie koncesji i pozwoleń, które zostały ustanowione pod pretekstem ochrony konsumenta. W rzeczywistości rolę strażnika pełni rynek, eliminując ze swojego grona nieuczciwych przedsiębiorców. Regulacje zamknęły dostęp do rozmaitych zawodów, co nie tylko podwyższyło ceny usług, ale zamknęło drogę zarobkową dla wielu osób. Bogatego zawsze będzie stać nawet na najbardziej ekskluzywne usługi. Zawsze też wynajmie sobie kogoś, kto zajmie się biurokratycznymi bzdurami generowanymi przez państwo. Co mają jednak zrobić biedniejsi? Absurdalne jest twierdzenie, że problemy można rozwiązać przez opodatkowanie najbogatszych. Podatki takie nie przyniosą dużych wpływów z dwóch powodów. Po pierwsze, bogaci z pewnością znajdą sposoby, żeby uniknąć płacenia nowych obciążeń. Tym bogatym, którzy nawołują do nałożenia na nich wyższych podatków, sugeruję oddać dobrowolnie część dochodów biedniejszym. Co stoi na przeszkodzie? Czyżby byli masochistami, że chcą być zmuszani do płacenia wyższych podatków? Po drugie, bogatych jest niewielu, co samo w sobie znacząco ograniczy wpływy budżetowe. W dodatku najbogatszych w przyszłości będzie jeszcze mniej, bo im słabsza i mniej liczna klasa średnia, tym mniej osób dopracuje się dużego majątku. Ludzie protestujący obecnie na ulicach miast wiedzą, że sytuacja jest zła. Nie potrafią jednak właściwie zidentyfikować wszystkich przyczyn takiego stanu rzeczy, przez co cała ich złość koncentruje się przeważnie na systemie kapitalistycznym. Nie wiedzą oni jednak, że współczesna rzeczywistość ma niewiele wspólnego z prawdziwym kapitalizmem. Warto jednak zaznaczyć, że względnie trafnie adresują swoje problemy. Ich zdaniem winę za obecny stan rzeczy ponoszą politycy. Tak jest w rzeczywistości. Nie mają jednak żadnej recepty, jak rozwiązać obecne problemy. Nie mają żadnej idei. Desperacja będzie się pogłębiała. Należy zauważyć, że z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia wielokrotnie na przestrzeni wieków. Po niepokojach zawsze pojawiają się idee, które znacząco lub całkowicie zmieniają status quo. Po okresie rewolucji francuskiej, idee odnalazł Napoleon, który zjednoczył skłóconych Francuzów pod swoim sztandarem. W okresie Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych na ówczesne problemy została zapisana błędna recepta nazwana "New Deal". Niemcom z kolei receptę na kryzys zaproponował Adolf Hitler. Podatność na rozmaite ideologie jest aktualnie większa, bo mieliśmy ostatnio do czynienia z wyjątkowo długim okresem wyprania polityki z wszelkiej ideowości. Unosząc się ponad współczesne bezproduktywne spory, dostrzeżemy pustkę ideową i pustkę moralną. Musimy odnaleźć rozwiązania, które wypełnią tę pustkę i zapobiegną krwawemu chaosowi, póki jeszcze nie jest za późno. Niezbędne jest przywrócenie równowagi nie tylko gospodarczej, ale także politycznej. Nie stać nas jako ludzkość na kolejny wiek niepokojów. Rzeczywisty problem osłabienia klasy średniej sprowadza się do związku pomiędzy sferą polityki i sferą gospodarki. Te dwie kwestie powinny zostać od siebie rozdzielone. Amerykanie mają ułatwione zadanie, ponieważ ich Konstytucja de facto zakłada taki rozdział. Muszą tylko wrócić do jej ścisłego przestrzegania, literalnej interpretacji i zlikwidować aktywizm sędziowski. Polska i pozostała część Europy jest w dużo trudniejszej sytuacji. Musimy nawoływać do cięcia wydatków i obniżki podatków. Musimy domagać się znoszenia regulacji krępujących przedsiębiorczość. Musimy wreszcie stanowczo domagać się przywrócenia stabilnego pieniądza opartego na kruszcu. To są jedyne skuteczne recepty na kryzys. Wzmacniają klasę średnią i przez to prowadzą w długofalowej perspektywie do uspokojenia nastrojów społecznych. Wszelkie działania interwencjonistyczne organów państwowych doprowadzą do pogorszenia i tak już fatalnego położenia, w jakim znajdujemy się w obecnej chwili. Uniknąć chaosu już nie zdołamy. Jest za późno. Możemy jedynie starać się minimalizować straty i ominąć najbardziej krwawą fazę. Czas ucieka, pewne jest jedno. Przed nami czasy wielkich idei... Łukasz Stefaniak

Tuskobusy z tuskopopulistami

W odpowiedzi na słabnące sondaże Platformy Obywatelskiej Donald Tusk postanowił ruszyć w podróż po Polsce. Cel, jaki postawili sobie spin doktorzy, to wzmocnienie wizerunku Premiera poprzez bezpośrednie spotkania z wyborcami. Wydarzenie przybrało formę tzw. tuskobusów. W efekcie serwowana nam jest niespotykana wcześniej w polskiej polityce dawka populizmu.
Tukobusy są witane przez stosunkowo duże grupy ludzi. Przyjazd Premiera do mniejszych miasteczek nie zdarza się często. Tłumaczy to spore zainteresowanie tego typu wizytami. Mechanizm tej zagrywki jest jednak czysto populistyczny. Spotkania z zapłakanymi obywatelami są czynnikiem, który ma pokazać, jak bardzo premier interesuje się losem zwykłych ludzi. Podobne techniki stosowane są przez Władymira Putina w Rosji. Te drugie są jednak dużo bardziej strawne. Można zaryzykować nawet stwierdzenie, że do pewnego stopnia sympatyczne i dobrze ocieplają wizerunek byłego twardego oficera KGB. Spotkania, które odbywa Tusk są zaś zwyczajnie żenujące i w perfidny sposób wykorzystują naiwność ludzi, w dodatku za publiczne pieniądze (chyba nikt nie ma wątpliwości, że tuskobusy jeżdżą za pieniądze przekazywane z budżetu partiom politycznym?). Premier wsiadając do tuskobusu, wprowadził polską politykę na nowy szczebel populizmu. Zdecydowanie przebił nawet "kosmiczne" obietnice SLD. Można zacząć mówić o nowym zjawisku w postaci "tuskopopulizmu". Motywacja ludzi, którzy wychodzą na spotkanie z Tuskiem i osobiście skarżą się mu na swój los, jest dosyć klarowna. Mają oni nadzieję, że na spotkaniu z Premierem zdołają uszczknąć coś z budżetu państwa dla siebie lub swojego najbliższego otoczenia. Blask reflektorów w tym zdecydowanie pomaga. Potencjalne obietnice złożone przez Tuska w takich okolicznościach będą rozliczane podwójne: przez media i opozycję. Media niejako z samej definicji często popadają w nastroje populistyczne. Kryterium oglądalności jest przecież pewną formą populizmu. Efektowna medialnie krzywda ludzka przyciągnie uwagę wielu, więc niespełniona obietnica złożona przez premiera wobec płaczącej kobiety, to coś, czym wiele ośrodków masowego przekazu z chęcią się zainteresuje. Opozycja z kolei zawsze czai się za plecami rządzących i z wielką ochotą weźmie na sztandary tych, którzy zostali "poszkodowani" przez niespełnioną obietnicę. Tak było przecież w przypadku sławnego już plantatora papryki spod Radomia. Niewątpliwie dwa opisane powyżej czynniki, skutecznie motywują ludzi do pojawienia się na spotkaniach z tuskopopulistami. Nie są oni jednak w większości świadomi tego, że padają ofiarą manipulacji politycznej. Niczym kukiełki dają się wepchnąć w mechanizm polityczny, który wcale nie poprawi, ani nie ma nawet na celu poprawić ich losu. Tusk zaś do własnych, partykularnych i czysto egoistycznych celów wykorzystuje ludzi obecnych na spotkaniach. Przy czym moich rozważań nie należy odbierać jako zarzut do tych ludzi. Ich motywacja często jest na o wiele niższym poziomie niż ten, który umożliwia przeciwstawienie się, albo nawet dostrzeżenie tej manipulacji. Pomijamy tutaj oczywiście tych, którzy na spotkania przychodzą, żeby zaprotestować przeciwko działaniom rządu. Oni nie są pacynkami w tym cyrku. Ich działania jest znacznie trudniej włączyć do sprawnej machiny propagandowej. Do tego celu potrzebna jest już współdziałanie z ośrodkami medialnymi, które takie protesty mogą zmarginalizować w swoich relacjach. W przeciwnym wypadku pojawi się rysa na pięknym wizerunku. Popadanie w tuskopopulizm, to wchodzenie do zaklętego koła. Na drodze racjonalnego przekazu można wygrać z tuskopopulistami tylko jeśli społeczeństwo posiada odpowiedni poziom wiedzy. W przeciwnym wypadku wszystkie opcje polityczne wcześniej czy później będą zmuszone  dostosować się do tego poziomu. Utopizmem jest myślenie, że można doprowadzić do sytuacji, w której całe społeczeństwo będzie odporne na działanie przekazu w stylu tego serwowanego nam obecnie przez Tuska. Może więc warto zastanowić się nad rozwiązaniami ustrojowymi, które sprawią, że przynajmniej ci głosujący w wyborach będą na takie techniki w miarę odporni? Mimo wszystko mam jednak nadzieję, że wystarczająco duża grupa osób patrzy z niesmakiem na to, co się dzieje i wyciągnie z tego odpowiednie wnioski. Łukasz Stefaniak Foto. Michał Nawrocki/Prokapitalizm.pl

PKW stworzyła niebezpieczny precedens

20 września 2011 roku Sąd Najwyższy podjął decyzję w sprawie Nowej Prawicy. Komitet Wyborczy domagał się rejestracji list we wszystkich okręgach wyborczych. Sprawa została pozostawiona bez dalszego biegu. Stanowisko takie uzasadniono faktem, że protesty wyborcze można składać dopiero po przeprowadzeniu właściwych wyborów. Choć decyzja Sąd Najwyższego wydaje się zgodna z literą obowiązującego prawa i trudno było spodziewać się innego rezultatu, to do samej decyzji PKW można mieć sporo zastrzeżeń.
Trzeba podkreślić z całą stanowczością fakt, że Nowa Prawica złożyła wymaganą liczbę podpisów w 21 okręgach wyborczych na czas (tzn. 30 sierpnia). Teoretycznie nie powinno więc być żadnych przeszkód, aby zarejestrowano listy w pozostałych. Problem w tym, że w ostatnim złożonym do rejestracji okręgu liczono podpisy prawie tydzień! Efektem jest to, że zablokowano Nowej Prawicy możliwość startu w 20 okręgach. PKW stworzyła sobie niespotykany nigdzie na świecie przywilej bycia najwyższą władzą zwierzchnią wobec władzy ustawodawczej. Nastąpiło niebezpieczne naruszenie i tak mocno fikcyjnego w Polsce trójpodziału władz. PKW jako organ władzy wykonawczej zaczęła mieć decydujący wpływ na to, kogo dopuścić do startu w wyborach władzy ustawodawczej. Kompetencje PKW w tej sytuacji mocno wykraczają poza typowe "checks and balances" obecne np. w ustroju amerykańskim. Precedens, który sama stworzyła, pozwala w niemalże aksamitny sposób wyeliminować dowolne ugrupowanie z elekcji. Wystarczy, że PKW będzie przedłużała liczenie podpisów pod odpowiednio dużą liczbą list okręgowych do czasu aż minie ostateczny termin rejestracji. Rzeczywistość jest taka, że Nowa Prawica została odcięta od możliwości wystawienia list w niemalże połowie okręgów. Niezależnie od uzyskanego ostatecznie wyniku w 21 zarejestrowanych okręgach, fakt ten będzie miał znaczący wpływ na uzyskane poparcie w skali całego kraju. Może być czynnikiem decydującym o tym, czy partia ta wejdzie do parlamentu, nie mówiąc już o uniemożliwieniu prowadzenia kampanii wyborczej w 20 okręgach. W takiej sytuacji jest pewne, że Nowa Prawica wniesie do Sądu Najwyższego wniosek o unieważnienie wyborów. Tego typu luka prawna jest niedopuszczalna w żadnym państwie, które chce być nazywane praworządnym. Od decyzji Sądu Najwyższego zależy teraz, czy zostanie ona usunięta. Z pewnością nie można liczyć na to, że największe partie zdecydują się wyeliminować ją z własnej woli. Jest to przecież dla nich bardzo wygodne narzędzie, którym można posługiwać się bezkarnie, powołując się na świętość prawa stanowionego. Bez pomocy Sądu Najwyższego sprawa bardzo szybko się rozmyje. Większość konstytucjonalistów przyznaje w tym sporze rację Nowej Prawicy. Pozostaje pytanie, co stanie się, gdy zapadnie decyzja o unieważnieniu wyborów i rozpisaniu ich od nowa. Na pewno oznaczało to będzie stratę przez budżet państwa milionów złotych, które pójdą na ponowne przeprowadzenie wyborów. W ten sposób błędne przepisy prawne pociągną za sobą w sposób absurdalny marnotrawstwo publicznych pieniędzy. To jednak te łagodniejsze konsekwencje. Decyzja o powtórzeniu wyborów w najbardziej pesymistycznym wariancie, może doprowadzić do prawdziwego kryzysu politycznego w kraju. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, że pierwsze wybory wygra PiS, co jest prawdopodobne na obecną chwilę. Wątpię, żeby kierownictwo tej partii spokojnie przyjęło do wiadomości unieważnienie wygranych wyborów. W przeddzień wielkich wstrząsów w gospodarce światowej będziemy mieli więc poważny kryzys polityczny w kraju. Na szali przed wyrokiem Sądu Najwyższego znajdzie się w takiej sytuacji z jednej strony krok w kierunku totalitaryzmu, a z drugiej ryzyko kryzysu politycznego. Nowa Prawica jest partią, która chce walczyć z dławiącą nasz kraj biurokracją. Sama przy tym padła jej ofiarą. Nie chcę osądzać, czy było to celowe działanie, czy wyłącznie efekt marnego poziomu legislacyjnego w naszym kraju. Każdy powinien odpowiedzieć sobie na to pytanie samodzielnie. Odkryta luka w kodeksie wyborczym jest na pewno czymś bardzo szkodliwym i to jest przyczyna wystarczająca, żeby Sąd Najwyższy zajął się tą kwestią po wyborach. W praktyce wyrok, który wyda może być bardzo znamienny dla polskiego systemu politycznego. Póki co Nowa Prawica startuje w 21 okręgach wyborczych i warto na nią zagłosować choćby w ramach protestu przeciwko bezprawiu (bo takie prawo jest de facto bezprawiem), które zagnieździło się w naszym kraju. Łukasz Stefaniak Foto. PSz/Prokapitalizm.pl

Debata PROKAPA: Czy stoimy w obliczu kryzysu? – odpowiada Łukasz Stefaniak, Prokapitalizm.pl

W ramach Debaty PROKAPA „Czy stoimy w obliczu kryzysu gospodarczego?” publikujemy opinię p. Łukasza Stefaniaka z portalu Prokapitalizm.pl.
1. Co czeka światową gospodarkę w najbliższych miesiącach? Wkroczyliśmy w okres długotrwałych niepokojów gospodarczych. Wieloletnie zaniedbania w sferze finansów publicznych, inflacyjna polityka banków centralnych, a co za tym idzie nadmierna ekspansja kredytowa i programy rządowe mające pobudzać określony sektor gospodarki, musiały w końcu objawić swoje negatywne efekty. Nie należy spodziewać się uspokojenia sytuacji. Wzrost gospodarczy, jaki obserwujemy w Stanach Zjednoczonych oraz części Europy Zachodniej, składa się w dużej mierze ze sztucznie napompowanych statystyk, generowanych poprzez rozbudowane wydatki publiczne i inflacyjną emisję pieniędzy. Sytuacja na rynkach finansowych pokazuje, że inwestorzy w niedługim czasie spodziewają się powrotu recesji. Kryzys z roku 2008 był efektem interwencji w mechanizmy gospodarcze, a konkretnie wynikał ze zniekształcenia struktury produkcji (błędne inwestycje) na skutek inflacyjnego kredytu generowanego przez banki. Depresja jest środkiem, który usuwa błędne inwestycje i przywraca gospodarkę do jej prawidłowego stanu. W rzeczywistości kryzys zapoczątkowany w 2008 roku nigdy się nie skończył. Został przykryty w sposób sztuczny przez jeszcze większe interwencje. Gospodarka nie zdołała się oczyścić. Wkrótce jednak maska zostanie zdjęta i doświadczymy prawdziwego załamania. Brak jest jednak tym razem instrumentów, które pozwolą przysłonić ten fakt w podobny sposób, jak w ostatnich trzech latach. Z racji olbrzymiego rozrostu deficytu finansów publicznych, niemożliwe okaże się dalsze stymulowanie gospodarki poprzez odgórne procesy. Jedynym rozsądnym wyjściem będzie jej uzdrowienie poprzez zaakceptowanie recesji. Alternatywa to pogrążenie gospodarki w jeszcze większych tarapatach, poprzez dalszy dodruk fiducjarnych pieniędzy. Scenariusz ten jest prawdopodobny z uwagi na krótkowzroczność elit wyłanianych w wyniku coraz bardziej nieograniczonych procesów demokratycznych. To jednak także nie może trwać wiecznie. Za rogiem czai się bowiem inflacja cen, która zawsze bardzo silnie oddziałuje na nastroje społeczne. Trudno jest oszacować, czy recesja w statystykach objawi się już w przeciągu najbliższych kilku miesięcy, jednak niezależnie od tego z pewnością nie ujrzymy w tym czasie stabilizacji. 2. Jak potoczy się sytuacja gospodarcza w Stanach Zjednoczonych, w krajach strefy euro (czy wspólna waluta przetrwa?), w Polsce, w Azji? Stany Zjednoczone Jedyną receptą na kryzys gospodarczy, stosowaną przez obecną administrację amerykańską do spółki z Rezerwą Federalną, jest skup przez tę drugą obligacji rządowych za nowo wydrukowane bez żadnego pokrycia pieniądze. Do tej pory mieliśmy do czynienia z dwoma dużymi pakietami takich działań zwanymi „luzowaniem ilościowym” (QE1 i QE2). Pogarszające się wskaźniki gospodarcze, jak też zbliżające się wybory prezydenckie, skłonią do przeprowadzenia trzeciej tury „luzowania ilościowego” (QE3) lub czegoś bardzo zbliżonego do niej w swoich założeniach. Podobnie jak w przypadku QE1 i QE2, nie da to odpowiednich efektów we wskaźnikach gospodarczych, za to znacząco zwiększy ryzyko wystąpienia poważnej inflacji cen. Warto odnotować, że w obecnej chwili obserwujemy efekty inflacyjne QE1. Przy obliczaniu indeksu inflacji cen w Stanach Zjednoczonych pomija się indeksy cen żywności i energii. W rzeczywistości więc inflacja cen jest znacząco wyższa, niż podają to źródła oficjalne. QE2 przełoży się na ceny dopiero w roku 2012 i są mocne podstawy by sądzić, że wzrosty cen produktów używanych na co dzień odnotują gwałtowne przyspieszenie. Efekty QE3 ujrzymy dopiero po ok. dwóch latach od momentu jego rozpoczęcia (przypuszczalnie będzie to rok 2013). W zależności od wielkości trzeciego „luzowania ilościowego”, inflacja cen może dobić nawet do kilkudziesięciu procent. Strefa euro Głównym problemem strefy euro jest kryzys finansów publicznych. Można z pewnością powiedzieć, że przynajmniej dwa kraje zostaną dotknięte bankructwem: Grecja i Irlandia. W wielkim zagrożeniu znajdują się także inne (m.in. Portugalia, Hiszpania, Włochy, Belgia). Strefa euro nie przetrwa w takiej formie, w jakiej jest obecnie. Nawet jeśli Europejski Bank Centralny zastosuje podobne środki, co jego amerykański odpowiednik, to w dłuższej perspektywie pogorszy to jedynie sytuację. Strefa euro rozpadnie się, ale niewykluczone jest, że część krajów będzie chciała pogłębić integrację. Należy pamiętać, że recesja gospodarcza, która nadejdzie, z pewnością pogrąży jeszcze bardziej finanse publiczne wielu europejskich krajów, co może wywołać efekt domina. Jeśli waluta euro nie zostanie porzucona przez rynki, to prawdopodobnie utrzyma się co najmniej w Niemczech i Francji. Ostatecznie jednak euro okaże się błędnym eksperymentem, na którym najwięcej stracą zwykli ludzie. Polska Polska posiada w swojej Konstytucji limit zadłużenia. Wynosi on 60% PKB. Poziom 55% PKB to próg ostrożnościowy, który zostanie przekroczony w tym lub kolejnym roku. Nie pomoże tutaj nawet kreatywna księgowość stosowana przez ministra finansów Jacka Rostowskiego. Jest to sytuacja nie do uniknięcia biorąc pod uwagę koniunkturę światową. Odpowiedzią na ten stan rzeczy będą musiały być cięcia budżetowe. Nie będą one jednak na tyle duże, żeby uniknąć podwyżek podatków. Zobaczymy festiwal nowych pomysłów na to, jak wydusić kolejne gorsze z sakiewek obywateli. Równolegle do tego, zakręcany będzie stopniowo kurek z dotacjami unijnymi, które mają duży udział w podbijaniu statystyk naszego PKB. W oddali widać także problemy wywołane sytuacją demograficzną naszego kraju. To prosta droga do załamania się systemu emerytalnego, a co za tym idzie pogrążenia starszych ludzi w nędzy, z której nie będą w stanie wyjść samodzielnie. Doraźnie stosowana polityka przeczekania problemów do następnych wyborów w końcu odbije się na sytuacji gospodarczej Polski. Jedyne koło ratunkowe (prywatni przedsiębiorcy) jest duszone przez kwestie biurokratyczne oraz koszty pracy. Nie widać żadnych zdecydowanych kroków w kierunku umożliwienia im swobodnej działalności. Tłumi to potencjał całego kraju i spowolni to powrót gospodarki na ścieżkę rozwoju w momencie wystąpienia recesji. Azja Wielu obserwatorów zdaje się zapominać, że Chiny nie są wcale odporne na cykle koniunkturalne, generowane przez interwencje gospodarcze instytucji państwowych. Boom gospodarczy, który obecnie tam obserwujemy jest oczywiście w dużej mierze efektem niskich kosztów pracy oraz mniej rozbudowanego niż w UE aparatu socjalnego. Z drugiej jednak strony, mocno przyczynia się do niego także ekspansja kredytowa realizowana przez tamtejszy rząd. Niewielu wspomina o tym, że Chiny również kreują pieniądze z niczego. Sektor bankowy pompował swoje kredyty głównie w inwestycje infrastrukturalne. Prym wiodły naturalnie nieruchomości. Wszystko wskazuje na to, że została tam wykreowana bańka spekulacyjna, która musi w końcu pęknąć i pociągnąć za sobą całą gospodarkę, podobnie jak stało się to w Stanach Zjednoczonych. Nie pozostanie to oczywiście bez wpływu na pozostałą część świata. 3. Czy świat istotnie stoi w obliczu kryzysu gospodarczego a jeśli tak, to jaki przyjmie on charakter, jak długo może trwać, jakie mogą być jego konsekwencje i jak zmieni się świat po jego zakończeniu? Świat stoi w obliczu najpoważniejszego kryzysu gospodarczego od zakończenia II wojny światowej. Nigdy wcześniej w tak wielu krajach naraz, nie skumulowała się tak duża liczba błędów w polityce gospodarczej. Co istotne, żyjemy obecnie w czasach, kiedy perturbacje w jednym kraju, mają wpływ na całą gospodarkę światową. Zbliżający się kryzys może przyjąć trzy wymiary niemal jednocześnie: kryzys gospodarczy (recesja), kryzys finansów publicznych (zadłużenie), kryzys walutowy. Wszystkie te wymiary są ze sobą ściśle powiązane. Odpowiedzią wielu krajów na kryzys gospodarczy z 2008 roku było zwiększenie wydatków publicznych, co spowodowało duży wzrost deficytu budżetowego. Teraz jedynym ratunkiem przed kryzysem finansów publicznych, jest według rządzących dalsze drukowanie pieniędzy z powietrza, co w perfidny sposób pozwala spłacić mniejszą rzeczywistą wartość zadłużenia, ale prowadzi do spadku wartości pieniędzy używanych na co dzień przez zwykłych ludzi. Ma to swoje odbicie w inflacji cen. Obecnie dwie znaczące waluty stoją w obliczu kryzysu: dolar i euro. Obie jednak z nieco innych powodów. QE3 może wywołać masowy brak zaufania do dolara, co spowoduje odwrót od tej waluty na korzyść jakiejś innej. Wśród administracji amerykańskiej i Kongresu nie widać woli zaprzestania masowego psucia dolara. Nawet gdyby QE3 nie było, to inflacyjna polityka FED doprowadzi do stopniowej degradacji tej waluty. Nagły kryzys walutowy w przypadku dolara może pojawić się w 2013 roku. Jeżeli bliższy prawdy okaże się stopniowy jego rozwój, to doświadczymy go w pełni około roku 2020. Warto pamiętać, że dolar jest główną światową walutą rezerwową, więc konsekwencje tych perturbacji odczuje znaczna część świata. W przypadku waluty euro, sam fakt rozpadu strefy euro może wywołać kryzys walutowy. Nie jest potrzebne w tym przypadku masowe psucie pieniądza. Brak zaufania inwestorów do waluty pojawi się nawet w sytuacji wyjścia ze strefy euro jednego lub dwóch krajów. Trzeba jednak nadmienić, że trudno jest przewidzieć reakcje na kryzys walutowy, w sytuacji gdy występuje on w przypadku dwóch znaczących walut. Pewne jest jednak to, że czekają nas dalsze wzrosty cen metali szlachetnych takich jak złoto i srebro. Spadająca wartość walut oraz fakt, że złoto uważane jest za bezpieczną przystań, doprowadzi do dalszego wzrostu jego cen. Możliwy jest pewien spadek w momencie pojawienia się recesji gospodarczej (w stosunku do papierowych walut, a nie spadek rzeczywistej wartości), ale w dłuższej perspektywie trend będzie zachowany. Wobec kryzysu dolara i euro, nie można wykluczyć prób stworzenia jednej waluty używanej w rozliczeniach międzynarodowych w większej części świata. Jeżeli byłaby to waluta papierowa, to otworzyłaby drogę do nieograniczonej liczby nadużyć. Oparcie jej na parytecie złota mogłoby jednak być korzystne, ale zależy to od konkretnie przyjętych rozwiązań. Należy nadmienić, że przed wiekami złoto było używane jako waluta w znaczącej części świata. Kryzys tej skali pociągnie za sobą konsekwencje polityczne. Jednym z najbardziej spektakularnych może być wojna, ale nie w jej tradycyjnym rozumieniu. Chodzi tutaj raczej o wojnę pomiędzy rządzącymi, a rządzonymi. Już teraz możemy obserwować olbrzymie niepokoje społeczne. W skrajnym przypadku może dojść do załamania się systemu demokratycznego w niektórych krajach Europy. W praktyce oznaczałoby to jednak zwiększenie, a nie zmniejszenie socjalizmu, który jest źródłem problemów. Możliwe są także różne napięcia na arenie międzynarodowej. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to przewiduję w dłuższej perspektywie zwrot w kierunku mechanizmów wolnorynkowych. 4. A może kryzys nam nie grozi i gospodarki poszczególnych krajów zaczną już wkrótce odnotowywać wzrosty? Minimalne wzrosty gospodarcze będą się utrzymywać dopóty, dopóki poszczególne państwa będą masowo pompować wykreowane pieniądze w gospodarkę. Recesja jest jednak nie do uniknięcia i z pewnością wystąpi. Jest to cecha charakterystyczna cykli koniunkturalnych, generowanych przez interwencje gospodarcze. 5. Jak przeciętny Kowalski powinien przygotować się na ewentualny kryzys? Jak powinien ulokować swoje oszczędności, jeśli oczywiście takie posiada? Przede wszystkim należy uciekać od papierowych pieniędzy. Rzeczy, które będą się z nimi działy, są w dużej mierze nieprzewidywalne. Mowa tutaj głównie o dolarze i euro, choć kurs franka szwajcarskiego pokazuje, że perturbacje mogą dotknąć także inne waluty. Złotówka wydaje się być na razie w miarę stabilna (na tyle, na ile może być stabilny pieniądz fiducjarny) i raczej nie należy spodziewać się kryzysu walutowego w jej przypadku. Recesja gospodarcza z pewnością odbije się także na notowaniach giełdowych. Warto sprzedać akcje, dopóki ich notowania są jeszcze na przyzwoitym poziomie. Metale szlachetne nigdy nie stracą swojej rzeczywistej wartości. Nawet w przypadku załamania się walut papierowych, zachowają potencjał. Dodatkowo ceny złota może podbić ewentualna decyzja o powrocie w Stanach Zjednoczonych do waluty na nim opartej, która w dłuższej perspektywie (do kilkunastu lat) wydaje się prawdopodobna z uwagi na degradację papierowego dolara. Alternatywą pozostają zawsze inwestycje w inne stosunkowo pewne dobra, takie jak np. markowe wina. 6. Jak potoczą się losy polskiej gospodarki i czy jest ona w stanie uniknąć kryzysu? Wszystko zależy od perspektywy czasowej, na jaką patrzymy. Polska nie jest w centrum wydarzeń, więc główny impakt sytuacji światowej może ją ominąć. Siedzimy jednak na bombie z opóźnionym zapłonem, którą nieświadomie sami skonstruowaliśmy (mam tu na myśli głównie demografię). Bez gruntownych reform wolnorynkowych, Polska nie uniknie poważnych problemów w przyszłości. Łukasz Stefaniak Przygotował Paweł Sztąberek

Amerykanie zaczynają wyciągać wnioski

Stopniowo, krok po kroku społeczeństwo amerykańskie zaczyna wyciągać wnioski z kłopotów, w jakie wpędziły ich kraj poszczególne administracje. Daje się to niewątpliwie odczuć po rosnącej popularności jednego z kandydatów do prezydentury w przyszłym roku - Rona Paula. Kongresmen z Teksasu w wielkim sondażu przeprowadzonym 13 sierpnia w stanie Iowa przegrał o niecały jeden procent z Michelle Bachmann, która to zresztą jest ściśle związana z ruchem Tea Party. Nastroje Amerykanów mają też przełożenie na wyniki sondaży w konkretnych kwestiach.
Wyniki badań opinii społecznej przeprowadzone przez Washington Post, pokazują radykalne załamanie się wiary w to, że gospodarkę da się naprawiać poprzez odgórne regulacje. Po ostatnim załamaniu na rynkach finansowych, 73% ankietowanych nie jest przekonana, że problem może rozwiązać waszyngtońska administracja centralna. Zaufanie do takich metod deklaruje jedynie 26%. Jeszcze w marcu 2010 roku proporcje były inne. Przekonanie w skuteczność rozwiązywania problemów gospodarczych przez rząd centralny deklarowało wtedy 47% badanych. Przeciwnego zdania było 52% respondentów. To pokazuje, że coraz bardziej upada mit o skuteczności interwencjonizmu gospodarczego państwa. Można też tutaj zaobserwować różnicę pomiędzy społeczeństwem polskim i amerykańskim. U nas rząd centralny wciąż traktowany jest jako "zbawiciel", mogący w cudowny sposób rozwiązać problem bezrobocia, kryzysu gospodarczego i biedy. Żeby postawić taką diagnozę nie są potrzebne badania opinii społecznej. Wystarczy spojrzeć na kampanię wyborczą, gdzie partie licytują się na pomysły zwiększenia wydatków budżetowych. Dominuje wciąż u nas przekonanie, że właściwą drogą jest jeden, scentralizowany planista gospodarczy w postaci państwa, niż miliony zdecentralizowanych planistów w postaci przedsiębiorców. Inny sondaż pokazuje, że w społeczeństwie amerykańskim jest bardzo dużo zwolenników poprawki konstytucyjnej, wprowadzającej nakaz tworzenia zrównoważonego budżetu federalnego. Przychylne takiemu rozwiązaniu jest 74% respondentów. Sprzeciwia się mu 24% przebadanych. Warto zauważyć też, że 60% ankietowanych twierdzi, że taka poprawka jest wręcz niezbędna, aby utrzymać w ryzach budżet państwa. Istotne jest także to, że rozwiązanie popiera to większość zwolenników obu największych partii, jak też większość osób określających się jako "niezależni". Co ciekawe takie nastroje utrzymują się od naprawdę wielu lat, co można zobaczyć na wykresie załączonym do sondażu. Czy politycy amerykańscy odpowiedzą na żądania społeczeństwa? Szanse są większe niż jeszcze kilka lat temu, natomiast szanse wprowadzenia takich zapisów w polskiej Konstytucji, są aktualnie równe zeru. Inicjatywa Stowarzyszenia KoLiber zatytułowana "Polska Bez Długu", ma wciąż zwolenników jak na lekarstwo. Popiera ją tylko jeden polityk znajdujący się aktualnie w parlamencie. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że nasza Konstytucja posiada limit długu wynoszący 60% PKB. Kreatywną księgowość można stosować tylko do pewnego momentu. Przy utrzymaniu obecnej polityki, bardzo szybko dobijemy do limitu zadłużenia, a wtedy pojawi się przymus zrównoważenia budżetu. Szkoda, że wymuszą to bezosobowe przepisy prawne, a nie społeczeństwo i szkoda, że zakończy się to wstrząsającym wzrostem podatków, co nakręci spiralę prowadzącą do kolejnych wstrząsów gospodarczych, nie zaś masowym cięciem wydatków budżetowych. Pod koniec maja przeprowadzono w USA także sondaż na temat emerytur. Respondentów zapytano, czy popierają obniżenie podatków socjalnych (nie ukrywając ich pod nazwą "ubezpieczenia społeczne") i umożliwienie w ten sposób samodzielnego oszczędzania na swoją emeryturę. Wyniki może nie są zaskakujące, ale warto przyjrzeć się im bliżej. Silne lub umiarkowane poparcie wyraziło łącznie 41% ankietowanych. Zdecydowany lub umiarkowany sprzeciw zgłosiło 45% osób biorących udział w ankiecie. Stosunkowo duży odsetek (10%) nie miał w tej kwestii zdania. Jest tutaj więc dosyć duży podział wśród Amerykanów. Zgodnie z przewidywaniami, najwięcej zwolenników samodzielnego oszczędzania można znaleźć wśród osób młodych. W przedziale wiekowym 18-19 zdobyli oni zdecydowaną przewagę nad przeciwnikami (52% do 31%). Przeciwnicy zaś wygrywają znacząco wśród osób zbliżających się do wieku emerytalnego, bądź już w nim będących (58% w dwóch najstarszych grupach wiekowych). W przypadku podziału na ideologie, zwolennicy samodzielnego oszczędzania na emeryturę dominują wśród osób określających się jako konserwatyści (czyli nasi rodzimi konserwatywni liberałowie, a także klasyczni liberałowie) i libertarianie (czyli osoby opowiadające się za rozszerzoną wersją klasycznego liberalizmu). Stanowią oni odpowiednio 50% i 57% przebadanych. W przypadku osób określających się jako libertarianie mocno dziwi, że aż 31% z nich jest przeciwnikami samodzielnego oszczędzania. Może to jednak wynikać z tego, że niektórzy respondenci pomylili z libertarian z amerykańskimi liberałami (czyli naszymi socjaldemokratami). Przeciwnicy dominują bowiem zdecydowanie wśród tamtejszych socjaldemokratów i progresywistów (czyli niemalże naszych socjalistów), gdzie stanowią oni odpowiednio 52% i 58%. W podziale na partie polityczne, zwolennicy "emerytury we własnym zakresie" stanowią 64% zwolenników Tea Party i 50% zwolenników tej części Partii Republikańskiej, która nie jest powiązana z ruchem "herbacianym". Przeciwnicy wśród nich to odpowiednio 29% i 33%. Pomimo tego, że w ogólnym rozrachunku zwolenników oszczędzania samodzielnego jest nieco mniej niż przeciwników, to stanowią oni olbrzymi elektorat, o głosy którego można i trzeba walczyć. Nie jest to tak wielkie dziwactwo, jak u nas, gdzie osoby domagające się likwidacji ZUS są traktowane w kategoriach oszołomów nie tylko przez media, ale także znaczącą część społeczeństwa. Nastroje wolnorynkowe będą z pewnością podlegać wzmocnieniu w Stanach Zjednoczonych. Klęska obecnej polityki gospodarczej nie pozostawia zbyt wielkiego pola manewru. Olbrzymia część tamtejszego społeczeństwa ma gdzieś głęboko w sobie ukryte dawne tradycje, które politycy wolnorynkowi będą chcieli z pewnością wydobyć. Choć na obecną chwilę nastroje te jeszcze nie dominują, to już możemy pozazdrościć Amerykanom ruchu pokroju Tea Party, który aktualnie w Polsce nie ma większej racji bytu. Podobnie zresztą, jak powyższe sondaże. Może któryś z ośrodków badania opinii społecznej pokusiłby się o ich wykonanie, zamiast realizować kolejny, nudny, nic nie wnoszący, sondaż poparcia dla partii politycznych? Łukasz Stefaniak

Politycy i mainstreamowi ekonomiści stracili wiarygodność

Informacje z giełdy zwykle poprzedzają dane z gospodarki. W ostatnich dniach jesteśmy świadkami znaczącego załamania się kursów akcji i nerwowych ruchów na rynkach walutowych. Decyzja agencji ratingowej S&P o odebraniu najwyższego poziomu wiarygodności kredytowej USA, była nie do uniknięcia. Musiała nastąpić, jeśli agencja chciała zachować przynajmniej bazową wiarygodność. Wielu niedopuszczanych do mediów obserwatorów podkreśla, że błędem było nie to, że do obniżenia ratingu doszło, a to, że doszło do niego tak późno. W dodatku nadal jest on zawyżony. Ostatnie porozumienie w sprawie podniesienia limitu zadłużenia USA pogłębia problem, a nie go rozwiązuje. Nie podjęto decyzji o żadnych poważnych cięciach budżetowych. Postanowiono za to nadal zadłużać dzieci i wnuki zwykłych Amerykanów. Mimo wszystko obniżenie ratingu jest kubłem zimnej wody na rozgrzane do czerwoności głowy polityków, których wiarygodność zbliża się do "poziomu śmieciowego".
Politycy próbują zaklinać rzeczywistość. Twierdzą, że sytuacja nie jest tak zła, jakby się mogło wydawać. Taka postawa nie może dziwić. Wszak gra idzie o stołki, których mogą zostać pozbawieni. Wczorajszy uspokajający apel prezydenta USA Baracka Obamy niewiele pomógł. Wręcz pogłębił i tak już olbrzymie spadki na amerykańskiej giełdzie. Inwestorzy zaczęli dostrzegać, że sytuacja gospodarcza nie jest tak różowa, jak było to do tej pory malowane. Wydarzenia te pokazują, że skończył się limit zaufania do polityków nieustannie fałszujących prawdziwy stan gospodarki. Nie tak dawno temu słyszeliśmy, że kryzys się zakończył, że nic nam już nie grozi, że wkroczyliśmy na powolną, ale stabilną ścieżkę wzrostu gospodarczego. Powoli zaczynamy sobie uświadamiać, że były to zwykłe kłamstwa obliczone wyłącznie na najbliższe wybory. Dopiero jednak przyszłość pokaże, jak wielkie były to mrzonki. Politycy nie są sami. Wtórują im mainstreamowi ekonomiści, których baza teoretyczna została skrojona w latach 30. XX wieku na potrzeby tychże polityków. Wielu z nich już w 2009 roku zakrzyknęło, że recesja dobiegła końca. Trafność ich prognoz jest dużo mniejsza niż trafność uzyskiwana w wyniku rzutu monetą. W mediach polskich ostatnio bryluje pan Ryszard Petru, który chyba stawia tezy na zasadzie "entliczek pentliczek". W lipcu mieliśmy kojące wręcz przewidywania, że kurs franka szwajcarskiego będzie się osłabiał. Dzisiaj widzimy, jaka jest rzeczywistość. Ale na tym nie koniec. 5 sierpnia we wpisie na swoim blogu pan Ryszard Petru napisał: "(...)Wciąż za absurdalne uważam prognozy przewidujące obniżenie ratingu USA. Jest to największa, najbardziej elastyczna i najbardziej prężna gospodarka na świecie(...)". Już dzień później agencja S&P ogłosiła obniżenie ratingu. Wiara w te przewidywania, to jak gra w ruletkę. Uda się, albo się nie uda, przy czym zwykle się nie udaje. Pora powiedzieć wprost Panowie! Ponieśliście porażkę! Najczęstszą próbą polepszenia swojej wiarygodności, stosowaną przez skompromitowane elity polityczne i tuzów keynesistowskich jest to, że nikt nie mógł przewidzieć i nie przewidział nadciągającego kryzysu, że był to szok, coś nagłego. Jest to kolejne kłamstwo pogłębiające jedynie kompromitację tych osób. Są politycy i ekonomiści, którzy trafnie przewidzieli to, co się będzie działo. Jest odnoga ekonomii, która zawsze stawiała sobie za cel dążenie do sprawiedliwości i prawdy. Wydała na świat takich ekonomistów jak Peter Schiff i polityków pokroju Rona Paula. Pierwszy narażając się na śmieszność i całkowitą marginalizację, próbował w 2006 roku ostrzec o nadciągającym załamaniu gospodarczym, które ostatecznie nastąpiło w 2007 roku. Kto się ostatecznie skompromitował mogliśmy, możemy i będziemy mogli nadal obserwować. O bańce na rynku nieruchomości Ron Paul ostrzegał już na cztery lata przed wybuchem kryzysu. Na posiedzeniu Komisji Bankowej 10 września 2003 roku powiedział: "(...)specjalne przywileje nadane Fannie i Freddie zniekształciły rynek nieruchomości, umożliwiając przyciąganie kapitału, którego nie mogłyby przyciągnąć w warunkach wolnorynkowych. Jak każde sztucznie stworzone bańki, boom cen nieruchomości nie może trwać wiecznie. Kiedy ceny nieruchomości spadną, właściciele domów doświadczą trudności z powodu załamania się wartości ich kapitału. Ponadto posiadacze kredytów hipotecznych także poniosą stratę. Te straty będą większe niż mogłyby być, gdyby polityka rządowa aktywnie nie zachęcała do przeinwestowania w rynek nieruchomości". Jak widzimy, kryzys dało się przewidzieć. Wystarczyło tylko słuchać odpowiednich osób. W Polsce niestety problem jest tym większy, że do debaty publicznej nie dopuszcza się nawet osób z Centrum im. Adama Smitha, o Instytucie Misesa nawet nie wspominając, bo jest jeszcze mniej wygodny dla establishmentu. Co nas czeka w przyszłości? Scenariusz nie będzie znacząco odbiegał od tego, co opisałem kilka miesięcy temu. Rządzący mają tylko jedną receptę na krach finansów publicznych kolejnych krajów. Kolejna dawka trujących, dodrukowanych z powietrza pieniędzy. Zapewne każdy będąc już małym dzieckiem słyszał, co spowoduje takie beztroskie zachowanie. Teraz wystarczy sobie to przypomnieć, bo politycy oszaleli kompletnie i postawili całą gospodarkę do góry nogami. Zgodnie z przewidywaniami Instytutu Misesa już wkrótce FED ruszy z trzecią turą "luzowania ilościowego". Sytuacja gospodarcza nie pozostawia złudzeń, że może być inaczej. Już teraz Ben Bernanke w niektórych kręgach doczekał się miana największego fałszerza pieniędzy na świecie. Efektem jego działań może być załamanie się dolara. Obserwując kursy walutowe, warto patrzeć na stosunek ceny złota do danej waluty. To jest tak naprawdę wyznacznik tego, jak bardzo dana waluta osłabia się. Wartość dolara w stosunku do złota w ostatnim czasie była rekordowo niska. Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zbliża się trzecia tura dodruku dolara. W stosunku euro do dolara nie widać takich zjawisk, bo obie waluty są w bardzo poważnych tarapatach. Ostatnio usłyszeliśmy, że EBC także przygotowuje się do podobnych co FED działań w strefie euro, żeby skupować obligacje europejskich bankrutów. To nic innego, jak dodruk euro z powietrza. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja franka szwajcarskiego. Zarówno dolar jak i euro znacząco się w stosunku do niego osłabiają. Podobnie ma się sprawa w stosunku do innych zaufanych walut. Niszczenie dolara i euro przez bankierów centralnych trwa w najlepsze. Duża część inwestorów jest tego świadoma. Kryzys walutowy nadciąga. Może nadejść nagle lub stopniowo. Akompaniamentem będzie bez wątpienia recesja gospodarcza, której przedsmak obserwujemy właśnie na giełdach oraz dalszy kryzys finansów publicznych wynikający z załamania się wzrostu gospodarczego. Obecny model gospodarczy bankrutuje. Nie sprawdził się. Establishmentowi politycy śmieją się społeczeństwu prosto w twarz, oszukując je przy każdej nadarzającej się okazji. Ekonomiści głównego nurtu kompromitują się jeden po drugim w swoich absurdalnych przewidywaniach. Powoli wyczerpują się wszelkie alternatywy. Pozostaje austriacka szkoła ekonomii, która zna recepty na problemy trawiące świat. Prawdą jest, że recepty te są bardzo niewygodne dla polityków, ale też wymagają wyrozumiałości ze strony społeczeństwa. Problemem Polaków jest to, że nieustannie są proszeni o wyrozumiałość przez zwykłych tchórzy, czego efektem jest brak znaczącej poprawy. XXI wiek będzie przełomem. Wielu z żyjących współcześnie z pewnością dożyje czasów, w których ujrzymy upadek walut papierowych i zastąpienie ich prawdziwym pieniądzem (a przynajmniej papierkami mającymi pokrycie w prawdziwych dobrach materialnych). Upadek fiducjarnych banknotów ekonomiści "austriaccy" prognozowali już w latach 70. XX wieku. Nastąpi też załamanie modelu państwa opiekuńczego. Alternatywą jest tylko totalitaryzm. W USA już widać siłę, która stara się przynajmniej skierować dyskurs w kierunku wolnorynkowym (choć droga naznaczona jest wieloma porażkami i problemami z lojalnością). W Polsce (ale i w niemal całej Europie!) takiej znaczącej siły niestety nie mamy. Politycy zamiast zająć się prawdziwymi problemami, przejmują funkcje celebrytów. To nie może się dobrze skończyć. Łukasz Stefaniak