Category Archives: Mateusz Teska

Nasi sojusznicy czyli umiesz liczyć, licz na siebie

W związku z tym, że obchodzimy 75. rocznicę wybuchu II wojny światowej, warto przeanalizować postawę Polski i innych państw w kontekście tamtych wydarzeń. Taka krótka analiza może pomóc nam w lepszym zrozumieniu tego, co obecnie dzieje się w Europie środkowo-wschodniej.

Sytuacja na Ukrainie z polskiego punktu widzenia

Od kilku miesięcy media informują nas o wielkim ruchu społecznym, jaki narodził się na Ukrainie, który w najbliższym czasie może doprowadzić do upadku rządu Mykoły Azarowa i odejścia prezydenta Wiktora Janukowycza.

Integracja europejska i wieczne interesy

Kiedy jakieś 5 lat temu rozmawiałem z kilkoma moimi znajomymi na temat sytuacji finansowej Polski i jej pozycji na świecie, dowiedziałem się m. in. tego, że w dzisiejszych czasach nie da się zrezygnować z polityki socjalnej, nie ma też miejsca we współczesnej Europie na dyskryminację kogokolwiek ze względu na narodowość. Przekonywano mnie również, że Unia Europejska, a konkretnie pieniądze z Brukseli, wynegocjowane przez naszych polityków są ogromną szansą dla Polski.

Polska polityka zagraniczna – dylematy państwa słabego

Od wielu już lat znani politycy, ideolodzy zastanawiali się, jaki Polska powinna obrać kierunek w polityce zagranicznej, by stać się państwem poważnym i odgrywać znaczącą rolę na arenie międzynarodowej. Jaki by to nie był kierunek, musi on być oczywiście realnie przemyślany, dostosowany do wymogów współczesnego świata.
Nie zamierzam tutaj rozpisywać się na temat tego, co by było, gdybyśmy w 1939 r. poparli politykę Adolfa Hitlera, ponieważ tego typu analizy przypominają trochę wróżenie z fusów. Warto za to przeanalizować polską politykę zagraniczną ostatnich 300 lat, by wyciągnąć właściwe wnioski, po to, abyśmy teraz w XXI wieku nie popełniali tych wszystkich błędów sprzed lat. Dlaczego Polska jest słabym państwem? Aby dobrze zrozumieć, dlaczego Polska nie odgrywa dzisiaj znaczącej roli na arenie międzynarodowej, musimy cofnąć się do czasów, kiedy byliśmy potęgą. Dzięki skutecznej polityce władców piastowskich, a później jagiellońskich Rzeczypospolita stała się potężnym państwem i odgrywała znaczącą rolę w Europie środkowo-wschodniej. Unia lubelska, jaka powstała w 1569 r. z połączenia Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego była ukoronowaniem tego wielkiego imperium. Konsekwencją powstania państwa o tak znaczącym obszarze terytorialnym było m. in. administrowanie i zarządzanie tym wielkim obszarem, sięgającym „od morza do morza”. Władze Rzeczypospolitej musiały radzić sobie z napadami Tatarów, wojnami z Rosją, Szwecją. Tymczasem polityka królów skierowana była w stronę udzielenia przywilejów szlacheckich co nie zachęcało do udziału w obronie Rzeczypospolitej. Proces ten stopniowo doprowadzał do utraty znaczenia polityczno-militarnego państwa, co wykorzystały państwa zaborcze. Nie ma co się łudzić. Prusy, Austria i Rosja nie dokonały rozbioru Polski, by zrobić nam na złość. Państwa te po prostu wykorzystały słabnącą pozycję Rzeczypospolitej, doprowadzając państwo do całkowitej likwidacji. Upadek Rzeczypospolitej, jaki dokonał się w drugiej połowie XVIII wieku był bardzo ważnym momentem w naszej historii, ponieważ od tamtego momentu Polska w żaden sposób nie była w stanie dorównać wielkim potęgom europejskim. Mimo odzyskania niepodległości w 1918 r. państwo polskie było za słabe, by móc konkurować z III Rzeszą i Związkiem Radzieckim. O prowadzeniu własnej polityki zagranicznej w czasach komunizmu nie mogło być mowy. Obecnie nasze elity polityczne nie mają pomysłu na to, co zrobić, by w przyszłości państwo polskie mogło odgrywać znaczącą rolę na świecie. To, co stało się z państwem polskim w XVIII wieku jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego dziś Polska nie odgrywa żadnej znaczącej roli na arenie międzynarodowej i jest jedynie wykorzystywana przez silniejsze od niej mocarstwa. Aktualna sytuacja polityczna Skoro już wiadomo, że Polska jest słabym państwem (jedyne, co potrafi skutecznie robić, to ściągać od swoich obywateli podatki), wypada zastanowić się, co zrobić, aby stała się znaczącym państwem na świecie. Nie trudno zgadnąć, że Polska musiałaby zawrzeć odpowiednie sojusze, które byłyby dla nas korzystne. Rzecz w tym, aby dobrze zdefiniować nasze możliwości i porównać je z interesami największych światowych potęg. Na chwilę obecną Polska znajduje się pod wpływami sojuszu niemiecko-rosyjskiego. Symbolem tego sojuszu jest Unia Europejska, do której Polska weszła 1 maja 2004 r. Ktoś oczywiście może powiedzieć, że przecież Rosja nie jest członkiem UE, więc jak można mówić o sojuszu niemiecko-rosyjskim? Okazuje się bowiem, że wywierające największy wpływ na politykę Unii Europejskiej Niemcy, jak i Rosja toczą ze sobą ostre spory jeśli chodzi o sprawy obyczajowe tj. przestrzeganie praw człowieka, praw homoseksualistów. Media głównego nurtu oczywiście z uwagą przyglądają się temu sporowi. Nie zmienia to jednak faktu, że w sprawie polskiej, Niemcy i Rosja są zgodne, że III Rzeczpospolita w żaden sposób nie może stać się znaczącym państwem na arenie międzynarodowej, ponieważ wówczas to oni straciliby swoją silną pozycję. Fakt, iż RFN i Federacja Rosyjska w sprawie polskiej są zgodne, nie oznacza, że w niedalekiej przyszłości nie dojdzie między nimi do większych konfliktów, które państwo polskie mogłoby wykorzystać. Jednak na chwilę obecną Rosja i Niemcy grają w tej samej drużynie i nie zamierzają pozwolić Polsce na włączenie się do gry o najwyższe cele. Z kim zawrzeć sojusze? Polska już dawno straciła szansę, aby móc w pełni prowadzić swoją politykę zagraniczną. Aby odwrócić tę sytuację, musi zawrzeć sojusz z którymś z wielkich mocarstw. Do wyboru jest kilka możliwości: Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Rosja, Chiny. Wybierając sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, trzeba mieć na uwadze to, że oba kraje, to znaczy Polskę i USA dzieli dość znacząca odległość i z punktu widzenia geograficznego administrację w Waszyngtonie mało obchodzi to, czy Warszawa jest jeszcze w Europie, czy już może w Azji. Przy wyborze Ameryki trzeba również pamiętać, że w przeciągu czterech lat może zmienić się polityka USA co do sprawy polskiej. Nasz kraj jest tego dobrym przykładem. Wszyscy pamiętamy, jak to USA miały rozmieścić na terenie Polski i Czech tarcze antyrakietowe. Wszystko szło w dobrym kierunku, gdy nagle 17 września 2009 r. nowa administracja w Białym Domu zdecydowała się zawiesić ten program. Nie należało się temu specjalnie dziwić, ponieważ Demokraci znani są z prowadzenia ugodowej polityki w stosunku do Kremla. Trzeba także pamiętać, że dla Ameryki, nawet tej rządzonej przez Republikanów, Polska jest tylko narzędziem do walki z Rosją, co oznacza, że Stany Zjednoczone będą w stanie poświęcić los III Rzeczpospolitej, by realizować swoje prywatne cele i Polsce wcale nie musi się to opłacić. Zdecydowana większość naszych polityków opowiada się za ścisłą współpracą z Unią Europejską. Pod względem geograficznym jest nam zdecydowanie bliżej do niej, niż w przypadku USA. Poza przyznawaniem sobie przez znajomych polityków pieniędzy unijnych na „szlachetne cele” dla rozwoju Polski, jest to chyba jedyny atut współpracy naszego kraju w ramach Unii Europejskiej. Unijni politycy chcieliby stworzyć z UE jedno wielkie państwo, które mogłoby konkurować z innymi mocarstwami. Okazuje się jednak, że ta integracja istnieje tylko na papierze w Traktacie Lizbońskim. W rzeczywistości Unia boryka się z coraz większym kryzysem finansowym, a spotykający się na kolejnych szczytach UE politycy nie mają pojęcia co zrobić, aby wyjść z tego kryzysu. Ich jedyną receptą na sukces jest odwlekanie bankructwa w czasie. Pytanie, czy Polska jako państwo członkowskie Unii Europejskiej powinno towarzyszyć w upadku tego wielkiego europejskiego imperium? Z reguły, jeśli ktoś jest bliski ogłoszenia bankructwa, odwracają się od niego wszyscy dotychczasowi współpracownicy. Dlatego nie ma najmniejszego powodu, dla którego Polska miałaby wchodzić w ścisłe sojusze z Unią Europejską. Ewentualny rozpad UE mógłby w znaczący sposób naruszyć sojusz niemiecko-rosyjski w kwestii polskiej. Wówczas być może dobrym rozwiązaniem byłaby współpraca z Rosją. O tym państwie można powiedzieć jedno, że jeśli nie dojdzie tam do żadnej rewolucji, to rządy będzie sprawował Władimir Putin, lub jakiś inny agent KGB. Za współpracą Warszawy z Kremlem przemawia fakt, iż strona rosyjska nie promuje, a wręcz sprzeciwia się legalizacji związków tej samej płci, co jest dość rzadkim okazem w dzisiejszym świecie. Ścisły sojusz Polski z Rosją mógłby być dobrą okazją do zamanifestowania obrony wartości europejskich, w tym chrześcijańskich, co już zostało uczynione przez Kościół katolicki w Polsce i Cerkiew prawosławną w Rosji. Oczywiście tego typu współpraca mogłaby przynieść Polsce również pewne straty. Znając zapatrywania Rosji, trzeba mieć świadomość tego, że nie zawiera sojuszy bezinteresownie i z pewnością chciałaby wywierać znaczący wpływ na naszą politykę zarówno krajową, jak i zagraniczną. Wielu ekonomistów przekonuje, że wiek XXI będzie należeć do Chin. To właśnie oni mają stać się prawdziwym mocarstwem, które zawojuje świat. W związku z tym być może najrozsądniejszym rozwiązaniem dla Polski byłaby współpraca z Państwem Środka. Ktoś oczywiście może powiedzieć, że to niemożliwe, bo nawet, jeśli Chiny miałyby się stać światową potęgą gospodarczą, to i tak dzieliłaby nas ogromna przepaść kulturowa i w związku z tym nie powinniśmy wchodzić w ścisłe sojusze z kimś, kto nie zna naszych, polskich realiów. Pozostaje ponadto pytanie, co takiego Polska mogłaby Chinom zaoferować, byśmy stali się prawdziwymi sprzymierzeńcami? Tutaj już mądrością powinni wykazać się nasi przywódcy, którzy musieliby przekonać stronę chińską, że taki sojusz miałby sens. Oczywiście podstawowym problemem w realizacji tego planu jest to, że właściwie nikt z polskiej elity politycznej nie postuluje tego typu rozwiązań. Nasi przywódcy ograniczają się do sojuszy z Unią Europejską, ewentualnie ze Stanami Zjednoczonymi. Niestety nie zauważają tego, że oba te mocarstwa borykają się z problemami finansowymi i za kilka lat ich rola w polityce międzynarodowej straci na znaczeniu. Polityka zagraniczna każdego poważnego państwa nie może opierać się na sympatiach, czy antypatiach, ale na realizacji własnych interesów. Polska oczywiście w chwili obecnej nie może sobie pozwolić na prowadzenie takiej polityki, ponieważ jest słabym państwem. Na chwilę obecną Polsce pozostaje cierpliwe czekanie, aż dojdzie do poważnego spięcia na linii Berlin-Moskwa i ewentualnie dopiero wtedy będzie można próbować wybić się na pełną niezależność, bo jak na razie nasi „przyjaciele” ze wschodu i zachodu nam na to nie pozwolą. Mateusz Teska Foto.: Jan Bodakowski

„Anatomia upadku” kontra „Śmierć prezydenta”

Sprawa katastrofy w Smoleńsku ciągle jest aktualna. W Polsce jest to tak drażliwy temat, że wielu Polaków zapomina już o coraz trudniejszej sytuacji gospodarczej naszego kraju, o kolejnych pomysłach z fotoradarami, o przyznawaniu wysokich premii dla najważniejszych osób w państwie.
W starciu z kwestią katastrofy smoleńskiej sprawy te są coraz częściej przemilczane. Zostaną one pominięte także w tym artykule, który poświęcony będzie analizie dwóch filmów na temat katastrofy smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 r. Chodzi oczywiście o filmy: Anity Gargas „Anatomia upadku” i „Śmierć prezydenta” wyemitowany przez National Geographic. Mimo, że oba filmy opowiadają o jednej i tej samej katastrofie lotniczej, to jednak przedstawiają zupełnie odmienne poglądy dotyczące przyczyn tego wypadku. Według „Anatomii upadku” na pokładzie Tu-154M miał miejsce wybuch, co w efekcie doprowadziło do katastrofy. Z kolei film „Śmierć prezydenta” opierał się przede wszystkim na raportach Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego i Jerzego Millera. W filmie Anity Gargas wypowiadali się świadkowie tamtego zdarzenia, którzy nie zostali przesłuchani przez rosyjską, ani polską prokuraturę. Przedstawiono także niezależne badania przeprowadzone przez ekspertów, zajmujących się katastrofami lotniczymi. Z „Anatomii upadku” możemy dowiedzieć się, że Tupolew nie mógł ulec wypadkowi w wyniku uderzenia w słynną brzozę, ponieważ kilka metrów dalej do dnia dzisiejszego rosną drzewa. Eksperci przekonywali, że skoro samolot „skosił” jedną brzozę, to kilka metrów dalej powinien ściąć kolejne drzewa, a te stoją do dnia dzisiejszego. Rozmawiano także ze świadkami tragedii z 10 kwietnia. Jeden z nich stwierdził, że słyszał wybuch, inny z kolei widział kilkumetrową smugę ognia. Niezależni eksperci przekonywali, że przeprowadzili wiele badań, symulacji i okazało się, że tego typu zniszczenia samolotu, z jakimi mieliśmy do czynienia zaraz po katastrofie mogły powstać tylko za sprawą wybuchu. Są to najważniejsze dowody świadczące o tym, że 10 kwietnia 2010 r. doszło do zamachu. Nikt w filmie oczywiście nie powiedział wprost, kto mógłby tego dokonać, ale sugestia jednego z anonimowych świadków była chyba puentą całego filmu. „Anatomia upadku” to bardzo emocjonalny film, który daje odbiorcy wiele do myślenia. Film ten pokazał inny punkt widzenia na temat katastrofy smoleńskiej i trzeba za to pochwalić Anitę Gargas. Nie oznacza to jednak, że film ten jest idealny. Ma on kilka dość istotnych wad. Z tego filmu wynika, że niezależni eksperci, którzy mówią o wybuchu w Tupolewie nie badali tego wraku „na żywo”. W takiej sytuacji musieli korzystać jedynie ze zdjęć, a nie prawdziwych szczątków samolotu, a to oznacza, że ciężko w tym przypadku mówić o poważnych badaniach naukowych i wysuwać tak daleko idące wnioski. Podobno ci niezależni eksperci (niepotwierdzone na 100%) nie byli nawet w Smoleńsku i nie badali tego terenu, co też świadczyłoby o pewnej niekompetencji. Poza tym warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden ważny aspekt – zbyt niskiego lądowania Tupolewa. W „Anatomii upadku” nie obwinia się pilotów za spowodowanie katastrofy, choć nawet wypowiadający się w tym filmie świadkowie przyznawali, że polski samolot leciał wyjątkowo nisko, co zresztą wzbudziło ciekawość mieszkańców, ale oczywiście tego wątku w filmie Anity Gargas już nie poruszono. Zupełnie do innych wniosków doszli twórcy filmu „Śmierć prezydenta”, który miał swoją światową premierę 27 stycznia 2013 roku na kanale National Geographic. Opierał się przede wszystkim o oficjalne raporty MAK-u i komisji Millera. A to oznacza, że w tym filmie dawano do zrozumienia, że polski samolot rozbił się w wyniku zderzenia z drzewami, w tym ze słynną brzozą, co doprowadziło do oderwania części skrzydła Tupolewa i tym samym do katastrofy. W filmie „Śmierć prezydenta” również badano różne warianty, które doprowadziły do tej tragedii, ale nie podjętą analizy ewentualnego zamachu, choć dano do zrozumienia, że w Polsce zaraz po katastrofie, jak i do dnia dzisiejszego wiele osób snuje teorie spiskowe na ten temat. Zastanawiano się nad tym, jak to było możliwe, że brzoza została ścięta na 11 metrach, a z zapisu czarnych skrzynek wynikało, że do tego zderzenia doszło na wysokości 20 metrów. Sugerowano, że piloci zmieniali wskaźniki wysokości, niekoniecznie w złej wierze. Zwrócono jednak uwagę na to, że teren w okolicach lotniska w Smoleńsku był nierówny i wskaźniki wysokości w Tupolewie mogły wprowadzić pilotów w błąd. Poruszono kwestię gęstej mgły, która w znaczący sposób utrudniała lodowanie, czy ogromnej presji, jaka spoczywała na pilotach, którzy w trudnych warunkach musieli sprostać ogromnemu zadaniu, by dowieść najważniejsze osoby w państwie na uroczystości do Katynia. Film „Śmierć prezydenta” był dobrze wyreżyserowany. Grający tam aktorzy byli dopasowani do swojej roli, może poza prezydentem Polski, który w filmie wcale nie przypominał Lecha Kaczyńskiego. Są to jednak mało istotne kwestie, ale nawet one dają widzowi sporo do myślenia. Oglądając ten film ma się wrażenie, że współpraca pomiędzy polskimi, a rosyjskimi śledczymi układała się dość dobrze, że jeżeli polski śledczy zadawał pytania, to Rosjanin od razu wyczerpująco mu odpowiadał. Z „Anatomii upadku” wynikało, że ta współpraca nie układała się najlepiej, co poniekąd potwierdził płk. Zbigniew Rzepa z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Z filmu „Śmierć prezydenta” nie można było się dowiedzieć o tym, że wrak Tupolewa wciąż znajduje się w Rosji, ani tego, że pomylono ciała ofiar tej katastrofy. Na koniec ogólne wrażenia. Trzeba uczciwie powiedzieć, że oba filmy wniosły do sprawy katastrofy smoleńskiej wiele ciekawych informacji. Mimo, że w niektórych momentach tezy w nich zawarte wykluczały się, to jednak w znaczący sposób przybliżyły tą tematykę. Warto byłoby, gdyby przeciwnicy teorii o zamachu w Smoleńsku obejrzeli film „Anatomia upadku”, a już na pewno ci, którzy głęboko wierzą w to, że wszystko, co powie i zrobi obecny polski rząd jest słuszne. Z kolei zwolennicy teorii o zamachu powinni obejrzeć film „Śmierć prezydenta”, by jednak mogli spojrzeć na tą katastrofę z innego punktu widzenia, nie jako zamach, ale splot złych decyzji zarówno po stronie rosyjskiej, jak i polskiej. Trzeba pochwalić film Anity Gargas szczególnie za końcówkę jej filmu, gdzie pokazała, że wbrew oficjalnym władzom RP, państwo polskie nie zdało egzaminu z katastrofy w Smoleńsku. Afera z ciałami ofiar katastrofy pokazała, jak bardzo polscy śledczy zaniedbali tę sprawę, a politycy rządzącej partii kłamali w żywe oczy. Z kolei film „Śmierć prezydenta” wbrew pozorom pokazał w dobrym świetle Lecha Kaczyńskiego, co jest o tyle ważne, że ten film mogli obejrzeć widzowie w wielu krajach świata i dowiedzieli się, że ówczesny prezydent Polski był prawdziwym mężem stanu, kochającym swój kraj i w piękny sposób chciał uczcić pamięć pomordowanych w Katyniu Polaków. I skąd te zarzuty, że film „Śmierć prezydenta” powstał na zamówienie Rosji? Mateusz Teska

Polska naszych marzeń

Wielu Polaków zatroskanych o losy naszej ojczyzny z łezką w oku wspomina dawne czasy, kiedy to z pewnością żyło się znacznie lepiej, niż teraz. Jedni wspominają piękne momenty, kiedy to Rzeczypospolita była prawdziwą potęgą europejską, która potrafiła nawet pokonać „Ruskich” w 1610 r., inni przypominają o prawdziwym patriotyzmie z czasów II Rzeczpospolitej, jeszcze inni z sentymentem wspominają dekadę Edwarda Gierka, kiedy "Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej".
„W życiu piękne są tylko chwile” – śpiewał Rysiek Riedel, ale te piękne chwile mają swoje konsekwencje, często tragiczne w skutkach. Niezależnie jednak od poglądów, każdy z nas marzy o tym, by żyć w kraju wolnym od nieszczęść, w którym ludzie są zadowoleni z siebie i nikt nikomu nie przeszkadza. A skoro już urodziliśmy się Polakami i co więcej żyjemy w państwie polskim, to życzymy sobie, by ta Polska była jak najlepsza, byśmy byli z niej dumni. Pytanie jest zasadnicze, – jaka ta Polska ma być? To oczywiście jest pytanie zbyt ogólne, dlatego trzeba określić, o co w Polsce od lat toczy się zasadniczy spór. W Stanach Zjednoczonych od lat toczy się spór pomiędzy republikanami a demokratami. Ci pierwsi opowiadają się z reguły za konserwatywnym podejściem w sprawach obyczajowych i liberalnym podejściem do gospodarki. Z kolei demokraci zazwyczaj są otwarci na zmiany jeśli chodzi o sprawy obyczajowe i z większym zaangażowaniem wchodziliby w sfery gospodarcze państwa. W Polsce oczywiście nikt takiego sporu nie prowadził i nie prowadzi, co nie oznacza oczywiście, że nie debatuje się na temat przyszłości Polski. U nas nie ma sporu pomiędzy republikanami a demokratami. U nas od lat istnieje spór pomiędzy dwoma wizjami Polski – Piastowską i Jagiellońską. Ktoś pewnie może powiedzieć, że to są jakieś bzdury. Przecież dynastia Jagiellonów panowała w Polsce „sto lat temu”, a Piastowie jeszcze dawniej. Istniały jednak pewne mechanizmy, jakimi z reguły kierowali się władcy piastowscy i jagiellońscy, które do dnia dzisiejszego nie straciły na znaczeniu i są nadal wykorzystywane przez współczesnych polskich polityków, choć wielu osobom wydaje się, że współcześni polscy politycy nie mają żadnych koncepcji politycznych dotyczących przyszłości Polski. Te dwie, sprzeczne ze sobą koncepcje dotyczyły przede wszystkim terytorium państwa polskiego. Trzeba uczciwie powiedzieć, że władcy piastowscy z reguły zainteresowani byli ziemiami na zachód od Warty, Śląskiem, Pomorzem i co najważniejsze z Wielkopolską i Małopolską. Gniezno, Poznań, a później Kraków to były miasta, gdzie skupiało się życie polityczne tamtego okresu. Jagiellonowie z reguły wyznawali inną koncepcję. Ich nie interesowały tereny zachodniej Polski, nie interesowali się Śląskiem, czy Pomorzem, za to ich celem była Polska „od morza do morza”, czyli polska wersja „drang nach ost”. Chodziło im o parcie na wschód, ze zdobyciem Moskwy włącznie. O tych dwóch koncepcjach mówiło się zwłaszcza wtedy, gdy Polska utraciła swoją niepodległość. Każdy w swoim zaborze marzył o swojej wizji niepodległej Rzeczypospolitej. I kiedy na początku XX w. nadarzyła się okazja do odzyskania suwerennego państwa, nie było zgody co do tego, jak ta Polska ma wyglądać. Ideolodzy Narodowej Demokracji z reguły domagali się Polski narodowej, w której to Polacy będą zdecydowaną większością i tylko oni będą mogli decydować o losach swego państwa. W kwestii granic Rzeczpospolitej endecja chciała, aby Polska obejmowała wszystkie ziemie, gdzie Polacy są czynnikiem dominującym. Z kolei środowisko skupione wokół Józefa Piłsudskiego dążyło do powstania państwa wielonarodowego, w którym oprócz Polaków żyłyby inne nacje. Chcieli oni Polski rozległej, wysuniętej jak najdalej na wschód. Ostatecznie II Rzeczpospolita była państwem wielonarodowym, wysuniętym daleko na wschód, a więc można powiedzieć, że Jagiellońska koncepcja Józefa Piłsudskiego w pewnym sensie zwyciężyła. Konsekwencją tej koncepcji stały się problemy na tle narodowościowym, które ujawniły się na terenach na wschód od Bugu. Okazało się wówczas, że w wyborach do Sejmu i Senatu z 1922 r. w niektórych okręgach wyborczych nie wybrano ani jednego Polaka. To wszystko było sprzeczne z wizją piastowską, prezentowaną przez endecję. II wojna światowa przyniosła Polsce ogromne straty, nie tylko ludzkie, ale też i terytorialne. Jednak w przypadku terytorium mało kto zwraca uwagę na ten fenomen, jaki dokonał się w 1945 r. Od tamtego momentu aż do dnia dzisiejszego Polska z państwa wielonarodowego przed 1939 r. stała się państwem narodowym, w którym zdecydowaną większość mieszkańców stanowią Polacy. Co więcej pod względem terytorialnym Polska utraciła tereny wschodnie, a zyskała spory dostęp do Bałtyku, uzyskała spore tereny Śląska, a także tereny na zachód od Warty aż do Odry i Nysy Łużyckiej. W ten oto sposób aż do dnia dzisiejszego zwycięża w Polsce koncepcja piastowska. Myli się jednak ten, kto uważa, że w Polsce nie ma już polityków, którzy mieliby jakąś inną wizję naszego państwa. Są politycy i środowiska polityczne, które są przychylne koncepcji Jagiellońskiej. Największym orędownikiem tej idei był Lech Kaczyński. Jako prezydent Polski dążył on do niezależności Litwy, Białorusi i Ukrainy, w celu oddalenia zagrożenia ze strony Rosji. Warto sobie przypomnieć, jak to Lech Kaczyński, ale nie tylko on, bo również wielu innych polskich polityków jechało na Ukrainę udzielać poparcia pomarańczowej rewolucji. Polska Piastowska, czy Jagiellońska? Ten spór trwa do dnia dzisiejszego. Obie koncepcje mają swoje wady i zalety. Sami zdecydujmy, w jakiej Polsce chcielibyśmy żyć: małej pod względem terytorialnym i jednolitej narodowo, czy rozległej „od morza do morza” i wielonarodowej. Mateusz Teska

Czy Maria Konopnicka była lesbijką? Czy w Smoleńsku był zamach?

W powszechnej opinii uważa się, że osoby popierające wolny rynek i tym samym znaczne ograniczenie ingerencji państwa wobec obywateli, to ludzie o skrajnych poglądach. Bo przecież w dzisiejszych czasach trudno jest sobie wyobrazić, aby państwo miało zaprzestać wypłacania świadczeń socjalnych, czy zlikwidować państwową służbę zdrowia.
Takie rzeczy po prostu muszą istnieć i jakby ktoś powątpiewał w ten system, to od razu zostałby uznany za osobę o skrajnych, radykalnych poglądach. Zwolennicy tych socjalnych świadczeń nie muszą się jednak obawiać, bowiem z tego państwo raczej nie zrezygnuje. Nie grozi nam zatem wprowadzenie „skrajnych”, „radykalnych” propozycji, głoszonych przez zwolenników wolnego rynku. Grożą nam za to inne rzeczy. Zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju państwa mogą okazać się radykalne poglądy, głoszone zarówno przez naszą lewicę, jak i prawicę. Chodzi o to, że czasami z pozoru słuszne, szlachetne postanowienia mogą przyczynić się do ogromnego konfliktu społecznego, a w najgorszym razie nawet do wojny domowej. Okazuje się jednak, że te skrajne poglądy są nieustannie propagowane przez wiele wpływowych mediów, organizacji i w ten sposób sporo ludzi zaczyna głęboko wierzyć w określone tezy. Przyjrzyjmy się zatem, jak to robią dziś środowiska lewicowe i prawicowe. „Maria Konopnicka była lesbijką” Na wielu popularnych portalach internetowych podano „szokującą” informację, że znana polska pisarka dziewiętnastowieczna, która zasłynęła ze swoich patriotycznych wierszy była lesbijką. Tak twierdzą współczesne środowiska homoseksualne, powołując się na badaczy nurtu gender. Informację tą przedstawia się w taki sposób, by zakomunikować wszystkim „zatwardziałym” konserwatystom, że dotychczas przedstawiana jako wzorowa matka-Polka Konopnicka tak naprawdę była lesbijką. A oto dowody, które miałyby świadczyć o wiarygodności wspomnianej tezy. Konopnicka po 10 latach małżeństwa odeszła od swego męża Jarosława Konopnickiego, głównie dlatego, że chciała się wyzwolić spod jego dominacji. Ona chciała robić karierę, pisząc patriotyczne wiersze, a nie siedzieć w domu i gotować obiady. Ponadto miała ona bogate życie erotyczne. Jej kochankami byli młodzi mężczyźni. Jednak najistotniejszym argumentem, świadczącym o homoseksualnych zapędach Konopnickiej było to, iż od 1889 r. spędzała wiele czasu z malarką Marią Dulębianką. Razem jeździły po wielu krajach Europy Zachodniej, walczyły na rzecz kobiet, angażując się w ruchach sufrażystek. Wszystko to, zdaniem współczesnych środowisk homoseksualnych, musi świadczyć o tym, że jedna z najwybitniejszych polskich poetek XIX w. była lesbijką. Jest to właśnie przykład dość radykalnego poglądu, ponieważ osoby lansujące taką teorię nie mają żadnych dowodów na potwierdzenie swej tezy. Sugerowanie, że Maria Konopnicka była lesbijką, ponieważ przez ostatnie lata swojego życia dużo czasu spędzała z Marią Dulębianką, to jeszcze nie powód, by stawiać tak jednoznaczne tezy. Środowiska homoseksualne mają to do siebie, że we wszystkim dopatrują się podtekstów seksualnych, wszystko kojarzy im się z seksem. Z pewności nie przyjęłyby do wiadomości takiej tezy, że obie Marie były po prostu przyjaciółkami. Niestety osoby próbujące udowodnić, że ktoś jest homoseksualistą dopatrują się wielu podtekstów. Dla nich zwykła przyjaźń mężczyzny z mężczyzną, czy kobiety z kobietą od razu daje do zrozumienia, że są to objawy homoseksualizmu. Udowodnienie za wszelką cenę tezy, jakoby Maria Konopnicka była lesbijką jest śmieszne, ponieważ osoby badające tę sprawę nie są w stanie tego udowodnić i opierają się jedynie na przypuszczeniach, a nie na konkretnych badaniach naukowych. „Zamach w Smoleńsku” Nie tylko lewica próbuje interpretować pewne fakty, by dowieść swojej racji. Także środowiska prawicowe, lub jak kto woli uważające się za prawicowe, posługują się podobnymi mechanizmami. Uważają one, że katastrofa rządowego samolotu Tu-154M z 10 kwietnia 2010 r. nastąpiła za sprawą zamachu, którego mieliby dokonać Rosjanie, być może przy udziale polskiego rządu. Skąd się wzięły takie teorie? Głównie z tego, że od początku śledztwo ws. wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy były prowadzone nieprofesjonalnie, do dnia dzisiejszego Rosja nie oddała nam wraku samolotu, istnieją podejrzenia, że we wraku samolotu znajdował się trotyl, co oznacza, że mogło tam dojść do wybuchu. Poza tym zwolennicy teorii o zamachu w Smoleńsku wyśmiewają tych, którzy wierzą w tzw. „pancerną brzozę”, która miałaby podciąć skrzydła Tu-154M i doprowadzić do katastrofy. Jednak najważniejszym argumentem, świadczącym o zamachu są badania, przeprowadzone przez „niezależnych” ekspertów amerykańskich z NASA, którzy dowodzą, że na pokładzie polskiego samolotu doszło do wybuchu. Niestety, w przypadku „Smoleńska” również najprawdopodobniej mamy do czynienia z wyciąganiem pochopnych wniosków. To, że Rosjanie nie oddają Polsce wraku samolotu i dopuszczają się wielu nieprawidłowości nie oznacza jeszcze, że dokonali zamachu na najwyższe władze państwa polskiego. Środowiska lansujące teorię o zamachu w Smoleńsku nie przyjmują do wiadomości możliwości, że był to po prostu nieszczęśliwy wypadek, w wyniku którego śmierć ponieśli przedstawiciele państwa polskiego, z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Jeśli chodzi o dowody amerykańskich naukowców, to oczywiście nie można ich pomijać, ale z drugiej strony można też założyć, że ich badania zostały zrobione na zlecenie określonych opcji politycznych, by te mogły udowodnić słuszność swoich tez. Ten rzekomy zamach miałby także udowodnić tezę, że prezydent Lech Kaczyński był śmiertelnym zagrożeniem dla Rosji i dlatego chciano zapobiec ewentualnej reelekcji Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, które miały się odbyć na jesieni 2010 r. Ta teoria jest w sposób oczywisty niewiarygodna, ponieważ prezydent Kaczyński nie stanowił żadnego zagrożenia dla Rosji i nic nie wskazywało, by miał wygrać kolejne wybory prezydenckie. *  *  * Powyższe to typowe przykłady dość skrajnych, radykalnych poglądów. Zarówno teza o homoseksualnych skłonnościach Marii Konopnickiej, jak i wiara w zamach smoleński są mało prawdopodobne. Środowiska lansujące tego typu teorie tak naprawdę mają wiele ze sobą wspólnego, nie zdając sobie z tego sprawy. Wszędzie doszukują się jakichś podtekstów, spisków, zamachów. Bazują oni na udowodnieniu jakiejś tezy za wszelką cenę, bo tylko wtedy będą mogli pokazać niezdecydowanym, że mieli oni rację, a cała reszta przez lata żyła w kłamstwie. Mateusz Teska

Moskwa-Warszawa, wspólna sprawa?

Temat stosunków polsko-rosyjskich od zawsze w naszej historii wzbudzał wiele emocji. Nie inaczej jest i dziś. Problemy związane z dostawą gazu z Rosji do Polski, katastrofa smoleńska, czy wizyta Cyryla I w Polsce to tylko niektóre z zagadnień, które wzbudzają w Polakach wiele kontrowersji. Czy te trudne relacje można w jakiś sposób naprawić, a jeśli tak, to czy obie strony będą z tego w pełni zadowolone?

„Chińska cywilizacja swobodnie podniesie głowę”

Jest to cytat z książki Song Hongbinga pt. „Wojna o pieniądz”. Autor jest ekonomistą. Pełnił on funkcję starszego konsultanta Rządu Federalnego oraz dwóch największych sponsorowanych przez rząd instytucji – Fannie Mae i Freddie Mac.
Song Hongbing od 2007 r. pracuje na stanowisku głównego stratega i analityka ds. międzynarodowych finansów oraz głównego dyrektora Wydziału Kapitalizacji Strukturalnych w grupie finansowej Hong Yuan, a także jako analityk chińskiego ministerstwa obrony w Centrum Rozwoju i Badań nad Światową Techniką i Gospodarką. W swojej książce na temat prawdziwych źródeł kryzysów finansowych nie pisze on o niczym rewelacyjnym. Przedstawia jednak zupełnie inny obraz dziejów historii świata, ponieważ nie patrzy na nie z punktu widzenia politycznego, ale ekonomicznego. Opisuje on, w jaki sposób bankierzy próbowali narzucić prezydentom Stanów Zjednoczonych ich własną politykę. Chodziło im o to, by powołać Bank centralny USA, który byłby w stanie kontrolować podaż pieniądza. Po wielu próbach, niewyjaśnionych zamachach na prezydentów Stanów Zjednoczonych, pod koniec grudnia 1913 r. bankierzy wreszcie dopięli swego. Kongres USA zgodził się na powołania Rezerwy Federalnej, która od tamtego momentu jako jedyna była w stanie kontrolować podaż pieniądza, a nie jak to było dotychczas - Kongres Stanów Zjednoczonych. Zadziwiające jest też to, że niecały rok po powołaniu Fed, w Europie wybuchła wielka wojna, zwana później I wojną światową. Ale co ma wspólnego Rezerwa Federalna i bankierzy z Wall Street z wojną? Zdaniem autora „Wojny o pieniądz” bankierzy uwielbiają wojnę, ponieważ jest to najlepsza okazja na inwestycje. Ponieważ państwa chcące prowadzić ze sobą wojnę nie mają tak dużego kapitału na działania zbrojne, zadłużają się u bankierów. Dla nich bowiem nie jest istotne, kto wygra wojnę. Istotne jest to, by na niej zarobić. Następnie dowiadujemy się o tym, jak bankierzy z Wall Street doprowadzają do wywołania II wojny światowej. Właściwe wywołanie kolejnego konfliktu zbrojnego nie było takie trudne. Wystarczyło upokorzyć wielkich przegranych I wojny światowej, czyli Niemcy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. W obliczu wywołanego przez bankierów kryzysu światowego do władzy w Republice Weimarskiej dochodzi Adolf Hitler. Jakby tego było mało dostaje on porządne dofinansowanie od bankierów z Wall Street, przez co z jednej strony zadłuża państwo niemieckie, ale z drugiej strony przygotowuje się to wielkiej ekspansji. Kiedy czyta się „Wojnę o pieniądz” ma się w pewnym momencie wrażenie, że o najważniejszych decyzjach na świecie decydują bankierzy z Wall Street, że rządzi nami jakiś wielki światowy układ, lichwiarska międzynarodówka, z którą nie sposób wygrać. Jakby tego było mało Song Hongbing stwierdził niedawno, że w przeciągu 10 lat dojdzie do kolejnej, wielkiej wojny światowej, ponieważ najpotężniejsze państwa świata są już tak zadłużone, że jedynym dla nich ratunkiem będzie spalenie kartotek i rozpoczęcie wszystkiego od nowa. To wszystko jest oczywiście możliwe, ale z drugiej strony zdarzają się przypadki państw, które starają się nie ulegać wpływom tych światowych bankierów. Przykładem mogą tu być Węgry. Jest to o tyle dziwne, gdyż niemal wszystkie upadające państwa Unii Europejskiej tj. Grecja, Hiszpania, czy Portugalia proszą o międzynarodową pomoc finansową, a tymczasem państwo Viktora Orbana nie zgadza się na warunki pomocy finansowej, udzielonej przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Niektórzy publicyści sugerują, by Polska również poszła w stronę reform, jakie przeprowadzono na Węgrzech, a w polityce zagranicznej zalecają zbliżenie w stronę Rosji, a zwłaszcza Chin, ponieważ to tam niebawem będą podejmowane najważniejsze decyzje polityczne i gospodarcze na świecie. Uważają oni, że w ten sposób moglibyśmy uratować resztki naszej chrześcijańskiej cywilizacji. Być może to jest właśnie droga, którą powinna podążyć Polska, jeśli nie chce stać się kolejnym państwem Unii Europejskiej, które będzie prosić o pomoc finansową od Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jednak nawet przy założeniu, że właśnie w ten sposób miałyby się potoczyć losy zachodniej cywilizacji, to trudno jest sobie obecnie wyobrazić, by któraś z naszych elit politycznych poważnie myślała o przymierzu z Chinami. Na razie jesteśmy na etapie budżetu Unii Europejskiej i trotylu we wraku Tupolewa, więc chyba idziemy w złym kierunku. Mateusz Teska

Lepiej być Polakiem, niż Norwegiem

Rok temu Anders Breivik wysadził bombę w siedzibie premiera Norwegii, a następnie na wyspie Utoya zaczął strzelać do przebywającej tam młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy.

Woodstock nie dla wszystkich

Jeśli ktoś chce coś skrytykować, powinien najpierw w miarę swoich możliwości zapoznać się z tym czymś, w przeciwnym razie może być podatny na manipulację zwolenników lub przeciwników jakiejś inicjatywy. Nie inaczej jest z Przystankiem Woodstock, który już po raz 18 odbył się w naszym kraju. Ponieważ miałem okazję uczestniczyć w tym festiwalu uważam, że mogę wypowiedzieć się na temat tej całej wielkiej inicjatywy.
Portale prawicowe, w tym także Prokapitalizm.pl podały, że w tym roku na Woodstocku doszło do wielkiego skandalu. Mimo zapewnień samego organizatora Jurka Owsiaka, że na teren festiwalu może wejść każdy, „Fundacja Pro-prawo do życia” nie została wpuszczona przez policję. Fundacja chciała przeprowadzić pikietę w obronie prawa do życia dzieci z Zespołem Downa. Wystawiła banner, przedstawiający zdjęcie płodu w 24 tygodniu ciąży poddanego aborcji. Mimo spełnienia wymogów prawnych, policjanci zatrzymali dwóch uczestników „Fundacji Pro”. Oficjalnie policja tłumaczy się tym, że „działała na prośbę rodziców dzieci, które były przejęte widokiem zdjęć martwych płodów”. Jednak jak przekonują poszkodowani, nie byli w stanie otrzymać od policji informacji, pod jakimi zarzutami zostali zatrzymani. W końcu jeden z funkcjonariuszy odpowiedział: „dowie się Pan na komisariacie”. Ja zupełnie inaczej wspominam tegoroczny Woodstock. Uczestniczyłem w dwóch spotkaniach w tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”. Spotkanie z prezydentami Polski i Niemiec cieszyło się ogromnym zainteresowaniem uczestników Woodstocku, ale jak dla mnie Bronisław Komorowski i Joachim Gauck nie przekazali mi niczego wartościowego. Podejmowali tematy łatwe, proste i przyjemne. Mówiono o wspólnej drodze Polaków i Niemców do upadku komunizmu – czyli nic szczególnego. Nie ma sensu się tym zajmować. Zupełnie inaczej wyglądało spotkanie z Biskupem Tadeuszem Pieronkiem. Przyszło na nie zdecydowanie mniej uczestników Przystanku Woodstock, niż w przypadku prezydentów Polski i Niemiec. Bp Pieronek wyraził swój pogląd na temat demokracji. Według niego jest to jak dotąd najlepszy z możliwych ustrojów, ale jest to mimo wszystko chory system, ponieważ decyduje tam większość, która wcale nie musi mieć racji i może skrzywdzić mniejszość. Na tym spotkaniu nie było już pytań łatwych, prostych i przyjemnych. Jeden z uczestników zapytał Bpa Pieronka, dlaczego Kościół nie chce zrezygnować z celibatu, skoro tak wielu księży jest podejrzewanych o współżycie z kobietami. Bp Pieronek dał do zrozumienia, że fakt skandalów seksualnych w Kościele nie oznacza, że trzeba rezygnować z celibatu. Tak samo można by zrezygnować z instytucji małżeństwa, skoro jest tak wiele zdrad i rozwodów. To, że ktoś grzeszy nie oznacza, że należy zrezygnować z celibatu. Hierarcha mówił także o rozbieżności światopoglądów w polskim społeczeństwie. Przyznał, że w naszym społeczeństwie jest spora grupa ludzi, która nie akceptuje zasad, jakie głosi Kościół. Bp Pieronek dał do zrozumienia, że Kościół nie może zrezygnować z dotychczasowych zasad, jakie głosi. Jeśli ktoś tych zasad nie przestrzega, to mamy poważny problem. Ta rozbieżność światopoglądowa w polskim społeczeństwie, o której mówił Bp Tadeusz Pieronek jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego „Fundacji Pro” nie pozwolono wejść na teren festiwalu. Nie jest tajemnicą, że na Przystanek Woodstock w większości (nie oznacza to, że wszyscy) przyjeżdżają ludzie, którzy nie chcą przestrzegać zasad Kościoła. Mamy w końcu demokrację, w której decyduje większość, a większość uczestników Przystanku Woodstock nie życzy sobie, by ktoś zakłócał im dobrą zabawę jakimiś zdjęciami płodu, poddanymi aborcji. Oni po prostu nie chcą o tym mówić. Jurek Owsiak zawsze przekonuje, że Woodstock jest dla wszystkich. Cóż więc można powiedzieć „Fundacji Pro”? Można im tylko głęboko współczuć, że nie mogli przedstawić swojego punktu widzenia na tym festiwalu. Jurek Owsiak jako organizator tego całego przedsięwzięcia ma oczywiście prawo zapraszania tych organizacji, które mu odpowiadają. Nie może już jednak powiedzieć, że każdy może się tam pojawić. Na Woodstocku po prostu decyduje większość, która nie chce rozmawiać o tak poważnych sprawach, jakie prezentuje „Fundacja Pro-prawo do życia”. Mateusz Teska

A miało być tak pięknie

Nie powinno się mieszać polityki ze sportem, ale w tym wyjątkowym momencie postanawiam zrobić wyjątek. Z resztą ostatnimi czasy wiele mediów bardzo często porównuje zmagania sportowe z działalnością polityczną. Na stadionach, gdzie rozgrywane są mecze Euro 2012 pojawiają się znane osobistości ze świata nie tylko sportu, ale i polityki. Sport Wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Polska reprezentacja piłkarska miała wiele atutów. Mieliśmy dobrych zawodników, którzy odnosili znakomite sukcesy w lidze niemieckiej. To dzięki Robertowi Lewandowskiemu i Jakubowi Błaszczykowskiemu Borussia Dortmund została mistrzem Niemiec i zdobyła Puchar Niemiec. U nas w Polsce wszyscy byli przekonani, że z taką ekipą spokojnie wyjdziemy z grupy na Euro 2012 i będziemy walczyć z najlepszymi zespołami starego kontynentu. Odkąd pamiętam, polska reprezentacja piłkarska jeszcze nigdy nie wyszła z grupy, niezależnie od tego, czy były to Mistrzostwa Świata, czy Europy. W Korei i Japonii nie daliśmy rady. Można to sobie wytłumaczyć, że było to daleko od Polski, inny klimat i nie udało się. W Niemczech w 2006 r. trafiliśmy na Niemców w grupie i oczywiście musieliśmy z nimi przegrać. W 2008 r. prawie wygraliśmy z gospodarzem Euro, czyli z Austrią, ale „prawie robi wielką różnicę”. Remis z Austrią sprawił, że i tym razem nie wyszliśmy z grupy. Teraz graliśmy u siebie. Byliśmy gospodarzami, więc nie musieliśmy się starać o awans, a i tak nie wyszliśmy z grupy. Dwa remisy z Grecją i Rosją to za mało, by wejść do ćwierćfinału ME. Trzeba było wygrać z Czechami. Niby nic trudnego, a jednak polegliśmy. Kiedy w grudniu 2011 r. odbyło się losowanie grup na Euro 2012, wydawało się, że jest to najlepsza dla Polski grupa, że na pewno z niej wyjdziemy. Komentatorzy sportowi mówili, że lepiej nie mogliśmy trafić. Dla mnie wydawało się, że wyjdziemy my i Rosja. Okazało się jednak, że z grupy A wyszli … Czesi i Grecy. Polityka Zawsze w przypadku ważnych meczów, zarówno politycy, jak i zwykli kibice dopatrują się podtekstów politycznych. Nie inaczej było na Euro 2012. Nie zamierzam jednak skupiać się na mało istotnej zadymie, do jakiej doszło w Warszawie przed meczem Polska-Rosja. Nie byłem świadkiem tamtego zdarzenia, ale z relacji dziennikarzy, reprezentujących różne media wynikało, że Rosjanie w zdecydowanej większości nie chcieli doprowadzić do zamieszek. Chcieli jedynie demonstracyjnie przejść na Stadion Narodowy w Warszawie. Doszło jednak do chuligańskich wybryków zarówno po stronie rosyjskiej, jak i polskiej. Czechy vs Polska: O Polsce nie ma co mówić. Jak u nas jest każdy widzi. Rządzi nami od ponad czterech lat koalicja tzw. liberałów z ludowcami i większość polskiego społeczeństwa uważa, że są to dobre rządy. Co prawda podnoszą podatki i wydłużają wiek emerytalny, ale przecież mogło być gorzej. Jesteśmy gospodarzami Euro 2012, więc mamy się z czego cieszyć, przynajmniej na razie. A Czesi? Niby taki mało znaczący kraj, a jednak jakoś sobie radzi. Z tego co wiem, statystyczny Czech zarabia więcej, niż statystyczny Polak. Po za tym Czesi mają znakomitego prezydenta Vaclava Klausa, który dzielnie przeciwstawia się pomysłom Unii Europejskiej, w której coraz większe wpływy uzyskują Niemcy i Francja. Rosja vs Grecja: Rosja, to bez wątpienia największy pod względem powierzchniowym kraj na świecie. Właściwie odkąd pamiętam rządzi tam bez przerwy Władimir Putin. Raz jest prezydentem, raz premierem, później znów prezydentem, ale to przede wszystkim on rządzi, albo jak kto woli rządzą tam służby specjalne, z którymi on wcześniej współpracował. W Każdym razie rządzi Rosją twardą ręką, niczym car, mimo że oficjalnie jest demokracja, przestrzegane są tam prawa człowieka, obywatela, geja i lesbijki, mamy do czynienia z pełną rzetelnością dziennikarzy rosyjskich. Co by nie mówić o Rosji i jego prezydencie, czy jak kto woli carze, państwo rosyjskie jest w stanie decydować o losach świata. To jedno z wielkich mocarstw europejskich i światowych. Zupełnie inaczej jest w Grecji, gdzie już od starożytności panuje tam demokracja. Obywatele tego państwa są na tyle odpowiedzialni za swoje wybory polityczne, że przez kilka dobrych lat wybierali sobie przywódców, którzy doprowadzili grecką gospodarkę do prawdziwej ruiny. Mimo bankrutującej Grecji statystycznemu Grekowi także żyje się lepiej, niż statystycznemu Polakowi. Podczas gdy Grecy pracują wtedy, kiedy im się chce, w Polsce trzeba harować za marne pieniądze na zlecenie. Grecy nie przejmują się tym, że ich państwo tonie w długach, bowiem za wszystko i tak zapłacą kraje strefy Euro + Polska. My Polacy oczywiście cieszymy się z tego, że możemy pomóc „biednej” Grecji wyjść z kryzysu. Teraz na poważnie Jak już wspomniałem mieszanie sportu z polityką jest głupie, ale czynią to zarówno sportowcy, jak i politycy, więc w wyjątkowych sytuacjach i ja chciałbym zabrać głos. Pomyślałem sobie, że skoro nasza elita polityczna doszła do wniosku, że muszę pracować co najmniej do 67 roku życia, to chociaż teraz, kiedy jeszcze jestem młody, skończyłem 23 lata i jeszcze tyle pracy przede mną, to może chociaż nacieszę się z tych jedynych Mistrzostw Europy, które odbywają się w Polsce i na Ukrainie. Jako patriota chciałem oczywiście, by Polska wyszła z grupy. Po raz pierwszy od dawien dawna była do tego świetna okazja. Okazało się jednak, że zremisowaliśmy z Grecją, mimo że mogliśmy z nimi wygrać, dzielnie walczyliśmy z Rosją, ale starczyło tylko na remis i w decydującym meczu przegraliśmy z…Czechami, mimo że spokojnie mogliśmy ich pokonać. Smuci mnie więc porażka Polski, ale również porażka Rosji z Grekami. Jak to możliwe, że ci, którzy pod względem sportowym wcale nie grają rewelacyjnie, pokonali tak wielką potęgę – Rosję. Jak to możliwe, że ci, którzy wcale nie przejmują się tym, że ich państwo tonie w długach (bo i tak zarabiają więcej niż zwykły Polak), doprowadzają do wyeliminowania Rosję. Zarówno porażka Polski, jak i Rosji jest dla mnie wielkim nieporozumieniem. Wydawało się, że to właśnie My i Rosja spokojnie wyjdziemy z grupy. Być może w ten sposób zapomnielibyśmy o tych zadymach, do jakich doszło na początku Euro 2012 we Wrocławiu i później w Warszawie. Niestety stało się inaczej. Z grupy A wychodzą…Czesi i Grecy. Tym samym dla nas skończyły się Mistrzostwa Europy. Teraz przyjdzie szara rzeczywistość. Trzeba będzie jeszcze zapłacić za te wszystkie autostrady, stadiony. Być może za kilka miesięcy rząd polski poprosi o pomoc finansową od Unii Europejskiej, jak to teraz czynią Grecy (organizatorzy Olimpiady w 2004 r.), czy Portugalczycy (organizatorzy Euro 2004). W każdym razie pod względem sportowym ponieśliśmy ogromną klęskę i najprawdopodobniej poniesiemy też klęskę ekonomiczną, która objawi się za kilka lat. A miało być tak pięknie… Mateusz Teska