Category Archives: Michał Nawrocki

Raj podatkowy – wersja krajowa

Tyle się ostatnio działo: dziesięciolecie Polski w UE (czytaj: dekada proszalnego dziada), wybory do PE, ćwierćwiecze „wolności”, że aż przegapiliśmy wiekopomne wydarzenie. „Polska jest rajem podatkowym dla przedsiębiorców” - orzekli eksperci. Statystyczna firma w 2013 r. odprowadziła do budżetu 12,9% zysku zaś „dochody” rządu z CIT – u spadły o 1/4, ca. 2 miliardy zł.

Rozbrat z rzeczywistością

Jeśli kiedykolwiek pomysł bądź wypowiedź polityka wywołały u Państwa refleksję typu „z choinki się urwał czy spadł z księżyca (na główkę)?” to donoszę, że najprawdopodobniej mieliście rację. Eksperci przeprowadzili bowiem analizy i wyszło im ni mniej, ni więcej, że „problemy z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości po ustąpieniu ze stanowiska ma średnio co drugi burmistrz i starosta”. W dodatku czym dłużej sprawowali urząd, tym jest im trudniej. Trudności te przejawiają się zwłaszcza w znalezieniu pracy – ani urzędy ani sektor prywatny nie chcą zatrudniać byłych urzędników. O tym, czy jest to zwykła ludzka niewdzięczność, czy może uznanie dla kwalifikacji eks – urzędników eksperci milczą.

Sałatki w korycie

„Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju” twierdził Stefan Kisielewski. O trafności jego diagnozy postanowili ostatnio upewnić nas eurokraci grożąc buntem z powodu „drastycznych” podwyżek cen sałatek w dotowanym z kieszeni podatników kwotą 4 milionów € rocznie bufecie PE. Od 23 kwietnia zmieniły się zasady naliczania cen sałatek i w rezultacie za porcję warzyw, która do niedawna kosztowała 2,10 € trzeba zapłacić ponad 6 €. Horrendum!

Rocznicowa propaganda z braku sukcesów

Państwo wybaczą, ale na wstępie będę się chwalić. Otóż dzięki wszelkiej maści sondażowniom wiem, że jestem nieprzeciętny / niereprezentatywny dla ogółu społeczeństwa, co poczytuję sobie za komplement. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nigdy nie zgłoszono się do mnie w ramach badania opinii publicznej? Tedy, mając powyższe na uwadze, sceptycznie podchodzę do wyników tego typu badań, szczególnie w zakresie preferencji politycznych, gospodarczych itp.

Proście, a będzie wam zabrane

Od lat obserwuję zjawisko zatracania przez język funkcji komunikacyjnej na rzecz dezinformacyjnej. Prosty przykład z ostatnich miesięcy – co i rusz natykaliśmy się na absurdalne określenie „olimpiada w Soczi”. Bzdura do kwadratu – olimpiada to czteroletni okres pomiędzy igrzyskami. Tyle dygresji.

Nie daje, kto nie ma

Jak wiadomo rząd codziennie traci miliardy złotych tylko dlatego, że podatki są takie, jakie są, a nie wyższe. I choć politycy udają, że nie słyszeli o krzywej Laffera, to jakimś szóstym zmysłem wyczuwają, że dalsze podnoszenie podatków może się negatywnie przełożyć na słupki sondażowe a nawet wyniki przy urnach. Chcąc nie chcąc stosują więc różne sztuczki prawne i semantyczne, byle tylko korytko było pełne.

Mania równości

Najczęściej spotykane w polityce manie to: mania wielkości („to ja panu pozwalam pracować”) oraz mania prześladowcza („za zadymy na warszawskim Marszu Niepodległości 2013 r. odpowiada Jarosław Kaczyński”). Dzięki przyłączeniu Polski do UE dotarła do nas jeszcze jedna mania – mania równości.
Objawia się ona również w sferze gospodarczej poprzez realizację oficjalnych celów UE, czyli „ujednolicenia struktury gospodarczej krajów członkowskich, wyrównania gospodarczego regionów”. Paradoksalnie tak się jakoś składa, że naturalnym warunkiem równowagi gospodarczej jest właśnie nierównowaga. W rezultacie mamy regiony przemysłowe, rolnicze, z dominującą gospodarką leśną itd. Wszystko zależy od dwu elementów – możliwości i opłacalności. Mówiąc wprost – założenie punktu skupu tranu w centrum Doliny Śmierci jest jak najbardziej możliwe, ale nikt tego nie robi ze względu na nieopłacalność przedsięwzięcia. No, ale tu wkrada się jednak powszechna wśród biurokratów mania wielkości – oni zawsze wiedzą lepiej. I równają na potęgę, bez oglądania się na skutki, nucąc pod nosem parafrazę piosenki Wojciecha Młynarskiego „przyjdzie urząd i wyr..., przyjdzie urząd i wyrówna!”. Ot, choćby ostatnio wzięli się za palący problem chaosu w segmencie spłukiwania kibla. Wróćmy jednak do gospodarki, a właściwie – rolnictwa. Tu w pełni objawia się szkodliwy charakter ulegania manii równości. Z jednej strony – dopłaty, czyli tzw. fundusze strukturalne. Redystrybucja i interwencjonizm w czystej postaci, by żyło się lepiej i wszędzie było tak samo. No to logicznie – po co rolnikowi dopłaty? Ano po to, żeby się rozwijać, produkować więcej i lepiej. I tu wkracza druga widzialna ręka biurokracji – kwoty produkcyjne, wprowadzone jako remedium na groźbę nadprodukcji będącej wynikiem  „stosowanych przez UE w produkcji rolnej subwencji, dopłat oraz ulg”. Następstwem tej kwadratury koła jest m.in. kara 4 mln 112 tys. euro nałożona na polskich podatników, którzy nie nauczyli krów czytać i przestrzegać światłych zaleceń UE. Nota bene jest to jednakowoż jaskrawe zaprzeczenie teorii, że UE to takie ZSRS – bis: w sowietach za przekroczenie norm dawali nagrody, UE nakłada kary. Swoją drogą warto się zastanowić, że kryzys nadprodukcji, czyli przewaga podaży nad popytem, najwyraźniej nie dotyczy biurokratów, którzy co i rusz regulują, wydają dyrektywy, wprowadzają normy, przepisy, podejmują uchwały itd. A przydałoby się. Podobnie jak trzeźwe rozważenie, czy faktycznie te unijne dotacje przyczyniają się do rozwoju, czy też raczej do zwoju gospodarki. Dostępne dotychczas opracowania dotyczące skutków wykorzystania unijnych dotacji, takie jak tzw. Raport Hausnera, czy opinia Konfederacji Lewiatan – jedyne jak dotąd obliczenia – wskazują jednoznacznie, że owe fundusze unijne, których politycy pragną jak kania dżdżownic rujnują Polskę i polskie społeczeństwo. No, ale na manię równości nikt jeszcze nie wynalazł skutecznego lekarstwa. I nikt nad takowym nie pracuje. Michał Nawrocki Fot.: MN

Kwestia procentów

Wbrew tytułowi i oczywistym skojarzeniom nie będzie to tekst o walorach trunków wyskokowych, ale o sondażach. Przyznam szczerze, że śmieszą mnie te wszystkie sondaże, szczególnie dotyczące polityki. Oto pojawił się kolejny: PiS – 31%, PO – 20%, SLD – 15%, Twój Ruch – 6%, KNP – 4%, PSL – 4%, SP – 3%.
Gdy zapytałem ostatnio Stanisława Michalkiewicza, czy doczekamy normalnych czasów, odparł, że owszem, tylko trzeba bardzo długo żyć. Ów sondaż w pełni potwierdza jego diagnozę. Bo jakby nie patrzeć w Sejmie obowiązuje arytmetyka, dzięki której koalicja PO – SLD nawet bez Palikota może swobodnie utworzyć rząd, w którym skręcająca w lewo PO stanie się zakładnikiem lewicowego SLD. Nihil novi sub sole. Pojawia się jednak inna kwestia – zliczając podane w wynikach procenty trudno nie zauważyć, że otrzymujemy wszystkiego 83%, a całość jak dotąd równała się zawsze 100%. Czyżby więc tym razem uwzględniono tych, którzy na wybory nie chodzą? Nie sądzę. Obserwacja podpowiada bowiem, że na wybory regularnie nie chodzi przeszło 50% uprawnionych, a to znacznie więcej niż – wynikające z działania matematycznego zwanego różnicą – 17% w wynikach badania sondażowego. Od dawna zastanawia mnie, że w takich badaniach nie uwzględniani są ci, którzy regularnie olewają wybory? Czyżby dlatego, że wtedy wyniki sondaży wyglądały by dramatycznie inaczej i w takim układzie trudno byłoby mówić o demokratycznej legitymacji władzy? A może wtedy trzeba by odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przeszło połowa uprawnionych nie głosuje? Twierdzenie, że to idioci w greckim tego słowa znaczeniu, nie potrafiący dostrzec związku pomiędzy tym, jak żyją a działaniami władz, raczej trudno by udowodnić. No i nie przynosiłoby chluby władzy, bo z niego wynika wprost, że rządzi nie w wyniku świadomych, przemyślanych wyborów społeczeństwa, tylko zwykłej jego głupoty. Z kolei zaś powiedzenie prawdy – że większość olewa wybory bo nie wierzy, że przyniosą jakieś zmiany, prowadzi do banalnego wniosku – że nie ma na kogo głosować. A to również nie wygląda dobrze dla tak przewrażliwionych na punkcie swej demokratycznej legitymacji polityków. No cóż, media i politycy jednak nadal będą się bawić sondażami ekscytując opinię publiczną i unikając odpowiedzi na zasadnicze pytania. Michał Nawrocki

Irracjonalizacja czyli gospodarka według PiS

Główną troską polityków są finanse publiczne co nie dziwi zważywszy, że sami się z nich utrzymują. A jak w kasie zabraknie, to może się okazać, że „przedstawiciele społeczeństwa” zamienią nam swoje diety poselskie na diety bezmięsne.
Problem w tym, że walcząc o naprawę finansów publicznych (a kto je popsuł?) zapominają, że owe finanse są pochodną zamożności społeczeństwa, nie odwrotnie. Choć rzecz jasna są tacy, którzy zbyt długo oderwani od rzeczywistości uważają, że to akurat urzędnicy tworzą miejsca pracy i pozwalają ludziom pracować. Jak rząd Tuska walczy o naprawę finansów publicznych – wiadomo. Kolejne pomysły to: zwiększenie uprawnień skarbówki, lustracja kont bankowych, ułatwienia fiskusowi zajmowania majątku podatników, osłabienia interpretacji podatkowych i rzecz jasna wpisanie w ordynacji podatkowej klauzuli obejścia prawa. Uzasadnienie dla tej ostatniej jest co najmniej kuriozalne: „ma uniemożliwić obniżenie sobie podatku lub jego uniknięcie legalnymi sposobami”. To po cholerę ustanawiać takie prawo, z którego korzystanie jest przestępstwem zagrożonym karami? A co proponuje w takim razie największa partia opozycyjna, czyli PiS? Pełnego programu nie ma, ale z kolejnych wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego wynika, że nie ma co liczyć na uwolnienie polskiej gospodarki. Zresztą sam Kaczyński mówi wprost, że „mechanizm wierzący w niewidzialną rękę rynku i skrajny indywidualizm jest zabójczy dla Polski”, choć jeszcze kilka dni wcześniej deklarował mówiąc o lustracji biznesu „Porządne państwo i dobrze działający rynek — gdzie nie trzeba łapówek i znajomości — same to uregulują”. Rzecz jasna państwo będzie czuwać nad „procesem racjonalizacji przedsiębiorstw działających na rynku”. Oto garść racjonalizatorskich pomysłów PiS: 39 procentowy PIT dla najlepiej zarabiających z ulgami inwestycyjnymi, podatek obrotowy od transakcji finansowych, hipermarketów, dużych sieci handlowych i telekomunikacyjnych, uszczelnienie systemu VAT, ulgi na dzieci i mieszkaniowe, karne podatki dla przedsiębiorców za mało płacących i wreszcie – przywrócenie prawa pracy. Problem w tym, że ta paskudna „niewidzialna ręka rynku” działa zawsze, niezależnie od systemu. Drobny przykład – gdy w PRL wprowadzono kartki na wódkę rozkwitły tzw. „meliny”. Nie inaczej będzie, gdy PiS zacznie realizować swój program gospodarczy, którego głównym skutkiem może być masowy exodus przedsiębiorców z Polski. Wszak nikt, ani lud pracujący miast i wsi tak przez wszystkich kochany, ani znienawidzeni przez wszystkich przedsiębiorcy nie pracują by płacić podatki, tylko żeby mieć z czego żyć na początek. Zamiast więc przywracać trzeci próg podatkowy onegdaj zlikwidowany przez rządy PiS (warto tutaj przypomnieć, że RPO z nadania PiS - Janusz Kochanowski – zaskarżył podatek progresywny do Trybunału Konstytucyjnego) i wprowadzać różne ulgi lepiej zwyczajnie wprowadzić podatek liniowy likwidując tym samym główną przyczynę unikania opodatkowania. Zamiast wprowadzać podatek obrotowy dla niektórych podmiotów – wprowadzić jeden dla wszystkich – podobnie nie będzie przesłanek do kombinowania jak to obejść. Wreszcie przestać się wygłupiać z karnymi podatkami za zbyt niskie płace, bo podatki po pierwsze nigdy nie są nagrodą, a po drugie przedsiębiorcy sami wiedzą lepiej od urzędników (bo kto to będzie ustalać czy płaca jest za niska?) ile mogą zapłacić pracownikowi i jeśli zatrudniają ludzi na umowach cywilno – prawnych, to w dużej mierze właśnie przez koszty pracy, w tym płacę minimalną. Tylko pozostawienie pieniędzy w rękach obywateli zwiększy konsumpcję, popyt a tym samym również podaż i przełoży się na racjonalny rozwój gospodarki, o który tak się martwi Jarosław Kaczyński. Jako podsumowanie tekstu przypomnę pewne zdarzenie – debata Donalda Tuska i Aleksandra Kwaśniewskiego. Tusk zapytał interlokutora „Czy wie pan, jak zakłada się w Polsce firmę? Tak krok po kroku” Kwaśniewski uczciwie odpowiedział „Nie jestem przedsiębiorcą. Ale mogę Panu powiedzieć jak się zakłada partię. Mogę też Panu powiedzieć jak się wygrywa wybory prezydenckie, krok po kroku”. Dlatego niech każdy się zajmie swoim – politycy polityką, pracownicy pracą a przedsiębiorcy – biznesem. Wszyscy na tym skorzystają. Michał Nawrocki

Kopernik i OFE

Kolejny rajd Tuska na OFE komentowany jest jednoznacznie – czas na pogrzeb. OFE już w trumnie, lecz wciąż nad nią lamentują obrońcy żądając reanimacji i przytaczając różną argumentację. Trudno się nie oprzeć wrażeniu, że robią wszystko, by rozbawić zgromadzoną publiczność.
Ot, na przykład twierdzą, że „Przeniesienie środków z OFE do ZUS (…) to przewłaszczenie środków będących WŁASNOŚCIĄ OFE…” (Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych). No bomba, a – pytając za Robertem Gwiazdowskim – czyją własnością są środki odebrane pod przymusem podatnikom na rzecz OFE? Skoro przeniesienie do ZUS to nacjonalizacja, to jak nazwać taki proceder? Wyłudzeniem, wymuszeniem, przywłaszczeniem czy jeszcze inaczej? Szczyty kpin pobiła jednak ostatnio agencja Reutersa publikując następujący komentarz: „Przez lata Polska była marzeniem liberalnego ekonomisty: rząd podejmował decyzje w oparciu o logikę rynkową, a nie ambicje polityczne, które często wtrącały się w inne sytuacje. Decyzja o reformie Otwartych Funduszy Emerytalnych położyła jednak temu kres” (oryginał). W dodatku porównała Tuska do... Victora Orbana! Kopernik też była kobietą! Michał Nawrocki Fot.: internet

Symboliczny sznurek

Jak wiadomo socjalizm to ustrój bohatersko walczący z problemami, których sam jest źródłem. W latach 80. XX wieku symbolem owej walki był produkowany przez państwo sznurek do snopowiązałek, którego zawsze brakowało wtedy, gdy był najbardziej potrzebny. Czyli w okresie żniw.
Obecnie rolę owego sznurka przejęli urzędnicy. Rzecz jasna sami w sobie urzędnicy są nieszkodliwi. Dopóki ktoś (czyli inni urzędnicy) nie da im władzy absolutnej nad życiem reszty populacji. Ot, proszę bardzo – rodzice piszą pismo do ministra edukacji z pytaniem, czy mogą sami płacić i decydować o dodatkowych zajęciach w przedszkolach, ustalać ceny za godzinę owych zajęć i decydować kiedy będą się owe zajęcia odbywać. Albo powszechnie znana samowola urzędnicza w odbieraniu rodzicom dzieci... Czyli mamy koszmar z cyklu III RP w praktyce. Niestety, jak uczy doświadczenie, naprawianie socjalistycznego koszmaru można przerodzić się jedynie w absurd. Nie inaczej jest tym razem: najpierw państwo dało urzędnikom uprawnienia decydowania według własnego widzimisię, a teraz powołuje... pełnomocnika rządu do spraw ochrony rodziny przed nadużyciami urzędników, czyli pełnomocnika Ministra Sprawiedliwości ds Konstytucyjnych Praw Rodziny. Czyli będzie urząd chroniący obywateli przed resztą urzędników. Paradoks biurokracji, nie ma co. Zamiast refleksji i wywalenia na śmietnik durnych przepisów a wraz z nimi samowoli urzędniczej, będziemy mieć nowego urzędnika. O, pardon, i jeszcze chórek, tfu!, zespół specjalistów do pomocy. Wszyscy od nadmiaru władzy urzędników nad rodzinami. Jakby co, to ja podrzucam temat do zbadania dla nowo powołanego pełnomocnika. Piotr „Staruch” Staruchowicz, lider kibiców Legii Warszawa na dzień swojego ślubu dostał wezwanie na policję. Rzecz jasna – policja wcale nie wiedziała, że się żeni. Ale terminu przesłuchania nie udało się przełożyć. Władza ma, jak wiadomo, monopol nie tylko na przemoc, ale również na brutalność. A żeby było zabawniej (choć po prawdzie nie ma się z czego śmiać) Piotr Staruchowicz jest podejrzany, że nie stawił się na dozór policyjny, na co jest stosowny artykuł w Kodeksie Karnym. A że nie stawił się, bo w tym czasie siedział w Areszcie Śledczym Warszawa – Mokotów? A kogo to obchodzi, obywatel ma obowiązek, władza ma prawo. No, tylko, że ślub, jeśli się nie mylę, to wydarzenie ważne w życiu każdej rodziny. A nawet dwóch. Pełnomocnik – do dzieła! Michał Nawrocki Fot.: internet

Zastosować właściwy wzór

Premier Tusk na Forum Ekonomicznym w Krynicy ogłosił początek końca kryzysu, który Polska odparła niczym bolszewików w 1920 r. Ogłosił to, gdy na „zielonej wyspie” trzeba nowelizować budżet, bo manko w kasie wynosi jakieś 30 mld zł, a żeby go skutecznie znowelizować – trzeba zawiesić konstytucyjny próg ostrożnościowy.
Jednakże co tam okoliczności coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości – grunt, to optymizm. Wprawdzie parafrazując znane powiedzenie optymista, to też pesymista, tylko niedoinformowany, ale tu w sukurs premierowi Tuskowi przychodzi poważna instytucja – GUS, który podał, że polska gospodarka przyspiesza. I to pomimo tego, że spadły dwa tak istotne (według obowiązujących jedynie słusznych doktryn ekonomicznych) dla PKB wskaźniki: konsumpcja i inwestycje. W tym drugim przypadku – inwestycji – coś jednak może być na rzeczy. W końcu zgodnie z twierdzeniem Miltona Friedmana to mniej pieniędzy wyrzuconych w błoto. No a skoro mówimy o spadku konsumpcji, to może warto zwrócić uwagę na wzrost liczby złożonych wniosków o upadłość. Firmy nie mają pieniędzy na zapłacenie należności, niekiedy wręcz bankrutują, więc i ci, którym są winni też wcześniej czy później poniosą straty. Tak jak podatki, tak i straty są przerzucalne, gdyż gospodarka to naczynia połączone. A upadające przedsiębiorstwa, to wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. To spadek inwestycji i konsumpcji, czyli dalsze upadające przedsiębiorstwa, wzrost bezrobocia i spadek wpływów podatkowych. I tak dalej, aż do skutku. W Krynicy premier Tusk wysyłał pesymistów na drzewo. Rok temu, gdy pesymiści twierdzili, że ustawa budżetowa jest nierealna – również. Dlatego, zarażony optymizmem premiera w swym pesymizmie sugeruję, aby odtąd przyspieszenie polskiej gospodarki obliczać według wzoru na swobodne spadanie. Powinien być właściwy. Michał Nawrocki Fot.: internet