Category Archives: Natalia Dueholm

Katolickie kino familijne: „Wojna w Wandei”

W tym roku przypada 220. rocznica katolickiego powstania w Wandei. Biorąc pod uwagę polski sukces filmu „Cristiada”, można oczekiwać, że ekranizacja i tej, mało znanej kontrrewolucji, cieszyłaby się wśród katolików dużym zainteresowaniem. Próbę przeprowadził Jim Morlino wraz z amerykańską młodzieżą i dziećmi, grającymi w filmie „The War of the Vendée”.

List starej feministki do młodej

Moja Droga Siostro… Zauważyłam ostatnio, że jakaś frustracja cię ogarnia, kiedy patrzysz na środowisko feministyczne i nie wiesz, w którym kierunku poprowadzić własną karierę. Doszłam więc do wniosku, że dojrzałaś do tego, aby cię w sprawy feminizmu lepiej wtajemniczyć.

Miliony euro na aborcje

W raporcie „Finansowanie aborcji w ramach unijnej pomocy dla rozwoju” z 2012 r. organizacja European Dignity Watch (EDW) ujawniła, że dwóch największych wykonawców aborcji na świecie otrzymuje finansowanie z Unii Europejskiej (UE). Powodów, dlaczego tak nie powinno być, jest wiele.

“Czarne złoto”- rynek ludzkich włosów

Choć może wydawać się, że to temat z gatunku dziwacznych i dla specyficznego odbiorcy, powinien zainteresować dosłownie każdego zjadacza chleba. Nie będzie w nim mowy o tumanach włosów z obozów koncentracyjnych albo wytwarzaniu peruk dla chorych po chemioterapii. Opowie on za to o rytualnym goleniu włosów w hinduskiej świątyni, czyli pierwszej stacji przemysłu tego „czarnego złota”.
Kulisy tego sektora opisał Scott Carney, dziennikarz śledczy i zarazem autor książki „The Red Market: On the Trail of the World’s Organ Brokers, Bone Thieves, Blood Farmers, and Child Traffickers” (2011).  Aby opisać to zjawisko, Carney sam pozwolił zgolić sobie włosy w hinduskiej świątyni (Sri Tirumala), w rejonie Andhra Pradesh, w Indiach, trzymając w rękach obrazek bóstwa Venkateswara, będącego inkarnacją Wisznu. Zanim jego włosy i broda zostały zgolone, Carney miał się do niego pomodlić, przywołując w myślach jego wizerunek. Jak pisze, takie działanie to dla przybyłych tam wyznawców hinduizmu symbol pokory i oddania. Ich włosy sprzedawane są potem przez specjalnie do tego oddelegowany oddział świątyni na rynku „czarnego złota” (jak określają go jej pracownicy). Według Carneya, świątynia zarabia na tym każdego roku 10-15 milionów dol., czyli podobno więcej niż Watykan, w co jednak autorowi trudno jest uwierzyć. Finansuje z tego programy i żywienie dla potrzebujących i planuje pokryć złotem ściany świątyni. Ciekawe, co na to wojujący ateiści? Ta niesamowita i ciekawa historia znalazła się w zimowym numerze magazynu absolwentów i przyjaciół Uniwersytetu Wisconsin-Madison „On Wisconsin”. I taki tekst lewicowego autora w lewicowym magazynie lewicowego uniwersytetu czyta się z prawdziwą ochotą i podziwem. Gdyby taki poziom dziennikarstwa znalazł się po drugiej stronie barykady w Polsce, to można by się wzajemnie czytać, podziwiać i z kulturą polemizować. Być może warto niektórym Czytelnikom wyjaśnić, że Uniwersytet Wisconsin-Madison (UW-Madison) został wymieniony w pierwszej dwudziestce (na miejscu 19) najlepszych uniwersytetów świata przez Pocket World in Figures (edycja na 2013 r.), książeczkę wydaną przez renomowany tygodnik „The Economist”. Wielu Chińczyków marzy o tym, żeby się na niego dostać. Określa się go jako „Berkeley of the Midwest”, a jego reputacja radykalnie lewicowego wciąż jest w pewnym sensie żywa. Carney’owi można przypisać lewicowość nie tylko dzięki statystycznemu prawdopodobieństwu plasującemu większość dziennikarzy po lewej stronie. Publikował on bowiem w innym, radykalnym lewicowym magazynie „Mother Jones”, znanym z dziennikarstwa śledczego, który też zdarza mi się czytać. Lata temu pismo opublikowało artykuł demaskujący rynek tkanek nienarodzonych dzieci zabitych w aborcji w Korei Południowej. To taka dygresja na temat lewicowych mediów USA, które potrafiły, a nawet wciąż potrafią pokazywać taki warsztat dziennikarstwa śledczego, o którym ich polskie odpowiedniki mogą tylko pomarzyć. Wracając jednak do głównego tematu. Z analizy Carneya wynika, że wartość rynku ludzkich włosów szacuje się na 900 milionów dol. rocznie (bez ujęcia dochodów salonów fryzjerskich) i można wyróżnić w nim dwa osobne rynki. Włosy krótkie, najniższej jakości trafiają do firm chemicznych do wytwarzania nawozów i wypychania materacy. Są one również używane w przemyśle piekarniczym. Ten ostatni wykorzystuje z nich aminokwas o nazwie cystyna (L-cystine) dodawany m.in. do chleba. Inaczej mówiąc, włosy zbierane ze śmietnisk i podłóg salonów fryzjerskich Indii czy Chin mogą po przejściu procesu gotowania znaleźć się w chlebie, bułeczkach hamburgerowych, czy gotowym cieście masowej produkcji, które spożywamy. Jeśli komuś przeszkadzają włosy ludzkie w chlebie, może się pocieszyć, że jest szansa, że zamiast ludzkich włosów do wytworzenia cystyny wykorzystano ptasie pióra lub inne zwierzęce włosie (po sprawdzeniu u jednego amerykańskiego producenta wyrobów piekarniczych SaraLee okazało się, że źródłem ich cystyny w chlebie są kacze pióra). Jak wyjaśnia Carney, interes na ludzkich włosach robiony jest od dziesiątek lat. Do początków lat 60-tych XX w. świątynia je paliła, jednak po wprowadzonym przez władze w latach 90-tych zakazie, musiała znaleźć inny sposób, aby się ich pozbyć. Początkowo zaczęli je odbierać producenci peruk, płacąc w 1962 r. 16 rupii za kilogram (około 24,50 w dzisiejszych dol.). Obecnie można za nie dostać 10 razy więcej. Wszystko zależy od tego, jak potoczy się sprzedaż aukcyjna prowadzona przez departament marketingowy świątyni zarządzający kilkoma magazynami, w których składowany i suszony jest ten szczególny „towar”. Współpracuje on z 44 firmami, z którymi negocjowane są ceny. Ich reprezentanci mówią- jak podaje Carney- że włosy można bardzo łatwo sprzedać, trudność polega jednak na ich zakupie. Jedna z największych firm hurtowniczych: K.K. Gupta, w 2008 r. sprzedała ich za 49 milionów dol. Podczas aukcji, której przyglądał się Carney, kilogram najlepszych włosów (najdłuższych) osiągnął cenę 193 dol. za kilogram (podobno 70 dol. mniej niż w roku poprzednim). Te najlepsze włosy (o nazwie „remy”), proste,  długie, czarne i błyszczące, trafiają do salonów fryzjerskich, gdzie bogate Murzynki np. w Stanach Zjednoczonych płacą za nie od 400 do 10 tys. dol. To podobno „konieczne akcesoria kobiece” , porównywane do kolczyków czy naszyjników.  Niektórzy sądzą, że pochodzą z głów dziewic, co zapewne należy uznać za w pewnym sensie pocieszające, że dziewice ciągle mają swoją wartość nawet na rynku. Włosy gorszej jakości zbierane są z podłóg salonów fryzjerskich, a nawet ze śmietnisk i trafiają do Afryki. Przemysł zatrudnia w Indiach tysiące ludzi (wśród nich wielu Cyganów), którzy zajmują się ich przygotowaniem na eksport. Dobre więc czy złe, że ludzkie włosy pozwalają ludziom utrzymać się albo nawet żyć (lepiej)? Chyba nie będzie przesadą założyć, że większość ludzi nie ma większego problemu ze sprzedażą i utylizacją wiecznie odrastających włosów, może do momentu, gdy dowiedzą się, że potem lądują one w chlebie. Dyrektywa Unii Europejskiej z 2000 r. oddaje tę niechęć i mówi, że nie wolno wykorzystywać ludzkich włosów do produkcji cystyny. Czy da się jednak założyć, że jest ona traktowana poważnie i przez wszystkich egzekwowana? Zapewne choć niektórym urzędnikom cały pomysł ich wykorzystania wydaje się nieszkodliwy, a nawet przydatny, np. w postaci peruki dla chorych po chemioterapii. Robimy się coraz bardziej pomysłowi i praktyczni. Nie zapominajmy jednak, że historia zna już praktyczne metody tego typu, stosowane efektywnie i na dużą skalę w obozach koncentracyjnych. Jednymi z najbardziej utylitarnych ludzi na świecie byli...naziści. Praktyki nazistowskich lekarzy w obozach koncentracyjnych: od wykorzystywania włosów i ludzkiej skóry w przemyśle, po eutanazję, sterylizację, aborcję i sztuczne zapłodnienie dzisiaj odbywają się nie tylko w majestacie prawa, a do tego są reklamowane (i sprzedawane oczywiście) jako dobra. Natalia Dueholm Tekst ukazał się na www.planetaludzi.salon24.pl. Dziękujemy Autorce za nadesłanie go również na nasz portal

Kryształowa działalność Nowickiej

Wanda Nowicka, była szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, pisze na swoim blogu, że ustanowiła nagrodę Kryształowego Świecznika za „wkład w budowę państwa świeckiego”.  
Jak tłumaczy: "Do kapituły nagrody zaprosiłam następujące osoby: Magdalenę Środę (etyczkę, filozofkę), Jana Hartmana (filozofa, bioetyka), Bożenę Keff (publicystkę, poetkę, tłumaczkę), Birutę Przewłocką-Pachnik (prezeskę Diakonii Kościoła Ewangelicko-Reformowanego), Stanisława Obireka (filozofa), Roberta Biedronia (posła na Sejm RP). Wszystkie one są dość powszechnie znane z wyjątkiem Biruty Przewłockiej-Pachnik, zidentyfikowanej jako prezeska Diakonii Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Wygląda na to, że informacja ta jest niepełna. Jak czytamy w Krajowym Rejestrze Sadowym http://www.krs-online.com.pl/federacja-na-rzecz-kobiet-i-planowania-krs-89833.html - osoba o tym samym nazwisku jest również skarbnikiem proaborcyjnej Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Warto odnotować, że reprezentantka pewnej grupy protestantów została nominowana do roli wybierania antykatolickich i antyreligijnych nagród (wśród 8 nominowanych na świeczniku stoją już 4 osoby za zwalczanie powieszonego krzyża w budynkach publicznych). Ciekawe, czy wpłynie to na relacje ekumeniczne z katolikami... Inna ciekawostka: z wpisu na blogu nie wynika, jakie konkretnie nagrody czekają na szczęśliwie wyróżnionych  i kto zapłaci za kryształowy świecznik. Natalia Dueholm

Alternatywa dla czerwonych katedr

Amerykańskie szkolnictwo wyższe jest odpłatne, bardzo szeroko rozwinięte i może poszczycić się uczelniami światowej renomy. Powszechnie uważa się, że koledże i uniwersytety zdominowane są przez kadrę lewicowych wykładowców. Pomimo tego, konserwatyści, katolicy i chrześcijanie, a nawet kształceni domowo mogą w nich też znaleźć coś dla siebie.
Liczba różnych publikacji oceniających i opisujących setki uczelni wyższych jest bardzo duża. Czasem trudno stwierdzić, czy - dla przykładu - uczelnia katolicka naprawdę spełniłaby nasze oczekiwania. Jednak fakt, że sporządza się rankingi uwzględniające stopień religijności bądź konserwatyzmu studentów oznacza, że jest na nie popyt. I to dobrze, bo  przecież kandydaci na studia mają prawo wybrać czy chcą studiować w środowisku osób o podobnych wartościach, czy raczej spotkać się z odmiennymi wizjami na świat. Wybór ten oczywiście kosztuje dziesiątki albo setki tysięcy dolarów. Według publikacji „Princeton Review: The Best 376 Colleges” (2012 r.) najbardziej religijni spośród studentów kształcą się na uczelni związanej z sektą mormonów (Brigham Young University); na założonym przez baptystów Hillsdale College oraz na katolickim Thomas Aquinas College. Jednak najbardziej konserwatywni studenci uczęszczają do Hillsdale College, najlepszej uczelni w Michigan, założonej w 1844 r. Jako jedna z pierwszych w USA przyjmowała ona na studia czarnoskórych i kobiety, co pokazuje, jak pokrętne są kierowane pod adresem konserwatystów zarzuty o dyskryminację. Obecnie nie jest już związana z baptystami i od 2007 r. nie przyjmuje dotacji rządu stanowego i federalnego. Nie jest dużą uczelnią, jeden wykładowca przypada tam na 10 studentów. Na odczyty zapraszani są sławni politycy czy ludzie biznesu. Studenci zapoznają się z ekonomią wolnorynkową i studiują Konstytucję. Uczelnia oferuje edukacyjne rejsy morskie i rzeczne ze sławnymi politykami czy publicystami na pokładzie. 11 dni „seminariów na morzu” w 2013 r. będzie kosztować od ok. 8,5 tys. do ponad 26 tys. USD, w zależności od standardu kabiny. Jako drugi na liście konserwatywnych koledżów plasuje się niewielki, katolicki Thomas Aquinas College. Jest położony w malowniczym miejscu, w Kalifornii, blisko Los Angeles, gór i plaży, z pięknym kościołem, w którym trzy razy na dzień odprawiana jest Msza święta, w tym raz po łacinie. Kształcenie humanistyczne oferowane na uczelni opiera się na książkach, które wpłynęły na rozwój cywilizacji Zachodu. Na każdych zajęciach obecnych jest mniej więcej 15 osób, co wpływa na dobre relacje wykładowców ze studentami. Żacy mieszkają w akademikach podzielonych ze względu na płeć i ubierają się dość formalnie. Studentki muszą zakładać spódnice lub sukienki. Podobnie do Hillsdale, roczny koszt całkowity studiowania to około 30 tys. dolarów. Na trzecim miejscu pod względem konserwatyzmu znalazła się w rankingu „Princeton Review” uczelnia publiczna i jedna z największych w USA: Texas A&M University w College Station, w Teksasie, założona w XIX w. Działają tam setki organizacji studenckich, czemu nie trzeba się dziwić, skoro uczelnia kształci ponad 50 tys. studentów. Szkołę ukończył Rick Perry, gubernator Teksasu, a George W. Bush jest zaangażowany w jej rozwój. Niestety, na uczelni rośnie w silę studencki ruch homoseksualistów, którego nie można zatrzymać z uwagi na fakt, że jest to uczelnia publiczna, korzystająca z pieniędzy podatników. Uczelnie dla kształconych domowo W tym kontekście warto docenić niezależność finansową Hillsdale College czy innej uczelni katolickiej, która nie otrzymuje dotacji rządowych: Christendom College. Ta została założona przez z Warrena H. Carrolla, znanego w Polsce autora książek historycznych, który przeznaczył na jej otwarcie 50 tysięcy USD.  Koledż reklamuje się na konferencjach edukujących domowo, jest więc jedną z wielu uczelni stojących otworem dla osób niekształconych w systemie szkolnym. Według http://www.superscholar.org/, najlepszym dla nich koledżem, który również nie przyjmuje dotacji rządu federalnego, jest Grove City College niedaleko Pittsburgha, w Pensylwanii. Swój charakter definiuje pod szyldem wiary i wolności. Na uczelni, podobnie do Hillsdale, naucza się gospodarki wolnorynkowej z naciskiem na austriacką szkołę ekonomiczną. Roczny koszt nauki (łącznie z prywatnym laptopem wynoszący ponad 20 tys. dolarów) oceniany jest jako niewysoki w stosunku do oferowanego kształcenia. Innym ciekawym katolickim koledżem, zajmującym 7. miejsce w rankingu najlepszych uczelni dla kształconych domowo jest Ave Maria College w Naples, na Florydzie. Podobnie do Christendom, został założony przez osobę prywatną - właściciela Domino’s Pizza, Toma Monaghana. Ma chyba jeden z najpiękniejszych kampusów na świecie. Choć wymienione koledże nie należą do czołówki najlepszych uczelni w USA ani nie są tam powszechnie znane, stanowią ważny element amerykańskiego rynku szkolnictwa wyższego. Wolność edukacyjnego wyboru powinna bowiem zawierać dostęp do kształcenia w duchu konserwatyzmu i wiary. A także pozostawiać prawicowcom wolny wybór w stosunku do tego, jakich wykładowców utrzymują ze swoich własnych pieniędzy. Natalia Dueholm Artykuł ukazał się na www.pch24.pl. Dziękujemy Autorce za nadesłanie go również na nasz portal.

Margaret Sanger – życiorys patologiczny

Najnowsza biografia Margaret Sanger - niezmordowanej propagatorki „kontroli urodzeń”, zwłaszcza wśród tych, których określała mianem „ludzkich chwastów” - choć rozczarowująca, wnosi coś nowego do poznania tej niezwykle wpływowej kobiety. Jak wcale nie ukrywa autorka Joan H. Baker, celem napisania książki „Margaret Sanger. A Life of Passion” (2011) było oczyszczenie wizerunku Sanger, służącego - całkiem słusznie - do atakowania jej dzieła, czyli założonej przezeń aborcyjnej fabryki śmierci: organizacji Planned Parenthood. Ta ma ostatnio złą passę, bo w różnych stanach traci fundusze publiczne, zresztą w atmosferze coraz liczniejszych oskarżeń o łamanie prawa. Z tym wybielaniem wizerunku nie do końca wyszło tak, jak powinno, gdyż nie wszyscy czytając książkę, patrzą na Sanger oczyma autorki: bagatelizując poglądy, zaburzenia i zachowania jej bohaterki.
Baker pisze o Sanger z wyrozumiałością, usprawiedliwiając jej eugeniczne i rasistowskie poglądy kontekstem historycznym. Według pisarki, eugenika była wtedy na porządku dziennym i fascynowała nawet amerykańskich prezydentów (Theodore’a Roosevelta czy Woodrowa Wilsona), a także sędziów Sądu Najwyższego. To oczywiście kiepskie tłumaczenie, tym bardziej że wcale nie wszyscy byli wtedy rasistowskimi arogantami, otwarcie głoszącymi hasła eliminacji „ludzkich chwastów” czy kontroli ich urodzeń. Nie wszyscy, w przeciwieństwie do Sanger, popierali przymusową sterylizację i chwalili stalinowskie metody aborcyjne. Ponadto ciekawe jest, czy w ten sam sposób można usprawiedliwiać Hitlera - tłumacząc, że miał on szerokie poparcie Niemców? Autorka wyraźnie wpadła w sidła zastawione przez swoją znaną z manipulacji bohaterkę i przedstawia ją taką, jaką ona sama chciałaby być widziana. Właściwie mogłaby to być prawie jej trzecia „autobiografia”, z których dwie Sanger zamówiła u ghostwriterów za życia i wydała pod własnym nazwiskiem. Widać to już po zdjęciu z okładki najnowszej książki, przedstawiającej piękną i młodziutką Sanger, pełną niewinności, delikatności i kobiecości. Baker powinna była wiedzieć, że podobnej manipulacji jej bohaterka dopuściła się przed swoim procesem sądowym, fotografując się celowo w typowo kobiecym stroju wraz z dziećmi, aby ukryć swój radykalny anarchistyczno-feministyczny wizerunek wyzwolonej kobiety. W tym samym celu ukrywała m.in. własny rozwód i licznych kochanków. W rzeczywistości była jedną z osób, jakie obecnie określa się niekiedy mianem kobiecej hieny. Za to „krwiopijczymi hienami rasy ludzkiej smarującymi się cuchnącym miodem dobroczynności, aby przyciągnąć ohydne religijne muchy rozprzestrzeniające skażenie na ziemi” nazwała Rockefellerów, do których milionów sama chętnie się z czasem przyssała. Jej paskudne postępowanie egoistki, która podeptała miłość pierwszego męża i własnych dzieci, praktycznie ich porzucając, nie zasługuje na nic więcej prócz krytyki. Zresztą, grzechy Sanger nie dotyczyły wyłącznie osób jej najbliższych. Uważała bowiem na przykład, że kobiety chore na gruźlicę nie powinny mieć dzieci, no chyba, że… nazywają się Margaret Sanger. Nie ma się więc co dziwić, że bynajmniej nie była podziwiana przez swoich najbliższych. Wielu członków jej rodziny, w tym jeden z jej wnuków, opisał ją jako nimfomankę, domagającą się częstego seksu. Oprócz zaburzeń natury erotycznej samej Sanger, Baker opisuje również urofilię jej kochanka i guru Havelocka Ellisa (znanego w środowisku niektórych psychologów i seksuologów), który lubił obserwować kobiety… oddające mocz. Witamy w świecie patologii, zboczeń i dewiantów, którzy roszczą sobie pretensje do zmieniania świata! Nimfomania była tylko jednym z problemów Sanger, na które złożyła się również śmierć jej kilkuletniej córki. Peggy zmarła na zapalenie płuc, którego nabawiła się w szkole z internatem, gdzie spała w nieogrzewanym pomieszczeniu. Jej brat winił za to swoją matkę, która ją tam wysłała. Prawdą jest, że sama Sanger nie mogła się po tej śmierci otrząsnąć i całkiem możliwe, że obwiniała się za nią. Corocznie odprawiała swój żałobny rytuał w rocznicę urodzenia i śmierci Peggy. Chodziła do astrologów i na seanse spirytystyczne, aby nawiązać kontakt z duchem córki. Nawet już w podeszłym wieku, trzymając w ramionach prawnuczkę, zwracała się do niej: „moja malutka Peggy”. Oprócz tego poszukiwała własnego grobu z poprzedniego wcielenia, gdyż jedno z medium poinformowało ją, że była kiedyś Scotią, córką egipskiego faraona! Gdyby Sanger nie potrafiła tak skrzętnie ukrywać swojego prawdziwego oblicza, stałaby się raczej komiczną postacią popularnych brukowców. I nie tylko w czasie, w którym żyła, ale nawet obecnie. Jej niepohamowane seksualne przygody z „podstarzałymi mężczyznami” opisywane byłyby tam raczej z obrzydzeniem. Była kolejnym przypadkiem osoby, której za życia nie były potrzebne oklaski, ale poważna pomoc psychologiczna. Trzeba być ślepym lub zakłamanym, by nie widzieć, jak bardzo zaburzone i chore było życie Margaret Sanger. Pozytywnie o niej mogą pisać tylko fanatyczki oraz fanatycy antykoncepcji i aborcji, których, niestety, nie brakuje. Co ciekawe, Sanger była członkiem Amerykańskiego Stowarzyszenia Eutanazji, ale według relacji swojego syna, sama trzymała się kurczowo życia. Zmarła jako osoba ubezwłasnowolniona, nosząc w podbrzuszu dużego guza, który uniemożliwiał jej kontrolę potrzeb fizjologicznych. O tym wszystkim pisze Joan H. Baker, profesor historii, jakoś bez większego zażenowania. Taki był więc smutny kres smutnego życia i zakończenie nie najlepszej książki. Zainteresowanych postacią Sanger odsyłam do bardziej obiektywnej „Margaret Sanger. A Biography of the Champion of Birth Control” Madeline Gray albo do “Margaret Sanger. Father of Modern Society” Elasah Drogin, przedstawiającej ją z katolickiej perspektywy. Warto poczytać jej publikacje zarchiwizowane tutaj: http://www.ldi.org/library/. A można również poczekać na analizę osobowości tej sławnej eugeniczki, napisaną przez dobrego psychologa. Natalia Dueholm Artykuł ukazał się na www.pch24.pl . Przedruk za zgodą Autorki.

Jak kłamią aborcyjne statystyki

W dyskusjach na temat tak zwanej aborcji warto pomyśleć, skąd biorą się powszechnie propagowane, dotyczące jej dane statystyczne. Podobnie należy zbadać, kto i w jaki sposób je generuje oraz co z tego wynika. Ogólnie mówiąc, dane pochodzą głównie od organizacji aborcyjnych i instytucji rządowych. Jednym z najbardziej poważnych generatorów takich krajowych i międzynarodowych statystyk jest amerykański The Guttmacher Institute (GI). Instytucja ta jest nie tylko proaborcyjna, ale została specjalnie stworzona do celów „naukowych” przez Planned Parenthood (największego amerykańskiego providera aborcji), więc jej obiektywizm możemy włożyć między bajki. Pochodzące od GI dane mogą być niedokładne z wielu powodów. Po pierwsze, w przypadku Stanów Zjednoczonych oparte są one na tym, co w formie badań ankietowych, dobrowolnie, co 3-4 lata zgłaszają jej abortoria (tzw. kliniki aborcyjne). Jak podaje Dennis Howard z The Movement for a Better America, prawdziwe liczby mogą być o 20-30 procent wyższe, gdyż „aborcje” z powikłaniami i opłacane gotówką mogą być celowo zatajane.
Statystyki rządowego Center for Disease Control są jeszcze mniej dokładne, bo nie zawierają w ogóle danych z kilku stanów, w tym Kalifornii, gdzie zabójstw nienarodzonych dokonuje się bardzo dużo (według GI, w 2008 r. aż 17,7 proc. wszystkich „aborcji” w USA). W Stanach Zjednoczonych nie ma prawa federalnego, które nakładałoby na providerów obowiązek dostarczania informacji, a nawet gdyby takie prawo funkcjonowało, nie gwarantowałoby ich prawdziwości. Liczba aborcji rośnie czy spada? Warto dodać, że wyżej wymienione liczby dotyczą najczęściej metody chirurgicznej, pozostawiając poza opisem m.in. aborcje farmakologiczne przy użyciu RU-486, tzw. antykoncepcję postkoitalną czy spirale. Służą zaś do udowodnienia, że proaborcyjne prawa wpływają na obniżenie liczby aborcji  (jednak nie może ona spaść zbyt nisko, bo wtedy lobby nie może wykazać jej powszechności). Wyciąganie takiego wniosku może być problematyczne nie tylko z powodu niesolidnych danych. Spadek może przecież również nastąpić w wyniku niżu demograficznego czy migracji ludności. Z drugiej strony, organizacje proaborcyjne mogą celowo zawyżać dane w krajach, gdzie zabijanie nienarodzonych jest nielegalne, aby udowodnić, że prawo chroniące życie nie działa. Lobby to ma w tym interes polityczny (aby prawa zmienić) i finansowy (aby rozwinąć sieci providerów). Taktykę wyolbrzymiania statystyk potwierdził nieżyjący już były aborter, dr Bernard Nathanson, który po swym nawróceniu przez wiele lat działał na rzecz obrony życia. Dr Robert Johnston, fizyk zajmujący się danymi aborcyjnymi, zauważa również, że w wielu krajach (głównie rozwijających się) oparte są one na badaniach ankietowych o bardzo ograniczonej liczbie respondentów, wykonywanych w dużych skupiskach miejskich. Inne wliczają do bilansu samoistne poronienia. Do kolejnych manipulacji służy posługiwanie się tzw. turystyką aborcyjną, której skala jest trudna do oszacowania. Bezpieczna „aborcja"? Niesolidne statystyki nie pokazują również uczciwie powikłań poaborcyjnych i przypadków śmiertelnych (znowu: brak nawet takowego systemu zgłoszeń). Co więcej, takie komplikacje mogą być często trudne do wyłapania, gdyż kobiety niechętnie je upubliczniają i udają się z nimi do prawdziwych lekarzy (na pogotowie czy do szpitala), a nie aborterów. Można sobie wyobrazić, że sytuacja w krajach tzw. trzeciego świata, w których „aborcja” jest legalna (lub niezwalczana) musi być dużo gorsza, skoro śmierci w wyniku legalnej „aborcji” zdarzają się w USA (GI podaje, na przykład 6 zgłoszonych przypadków w 2007 r.), gdzie opieka medyczna jest na najwyższym poziomie. Podobnie rzecz ma się w Polsce. Nic nie wiemy o takich powikłaniach w naszych szpitalach. Źródła aborcyjne podają, że w Polsce uśmiercanie nienarodzonych w drugim trymestrze dokonywane jest przy pomocy starych metod. Są one uważane za bardziej ryzykowne, więc teoretycznie muszą być narażone na komplikacje. To samo środowisko uważa, że liczba szpitalnych „zabiegów” jest zaniżana poprzez ich dokumentowanie jako samoistnych poronień. Trochę pocieszająca jest za to analiza Johnstona (2008), który przekonująco udowadnia, że nie ma powodu sądzić, aby w naszym kraju znacznie wzrosła nielegalna „aborcja” w sektorze prywatnym. Wiemy, że prawdy o prenatalnym dzieciobójstwie nie dowiemy się od grup, które za nim lobbują. Eksperci „z tamtej strony” najczęściej nie chcą rozmawiać o zagrożeniach. Praktycznie wszystkie rodzaje ryzyka zamiatają pod dywan, a przecież substancje i aparatura używana do „aborcji” nie mogą być dla kobiet obojętne (nie mówiąc już o nienarodzonym człowieku). Mordercze lobby nie chce słuchać, co na temat skutków jego procederu mają do powiedzenia psychologowie kliniczni (mogą za to cytować psychologów społecznych). Z drugiej strony, liczba organizacji pro-life zajmujących się danymi aborcyjnymi jest niewielka. Mają one za to informacje od byłych pracowników abortoriów, przedstawiających je przede wszystkim jako biznesy nastawione na zysk, w których ukrywa się wszelkie komplikacje. Nie da się więc pominąć faktu, iż solidne dane liczbowe nie są łatwe do znalezienia i pokazują, że tak naprawdę statystyczny obraz aborcji lansowany przez jej czynnych zwolenników jest mocno zniekształcony. Natalia Dueholm Artykuł pochodzi z www.pch24.pl. Dziękujemy Autorce za nadesłanie go również na nasz portal

Wielu ludzi organizuje wystawy „Wybierz Życie”

Teraz kolej na Ciebie?!- rozmowa z Mariuszem Dzierżawskim z Fundacji PRO- Prawo do Życia. Ostatnio borykacie się z problemami z Waszą wystawą „Wybierz Życie”, przedstawiającą zdjęcia z aborcji, w Malborku i Bydgoszczy. O co w nich chodzi? Czy często się to zdarza? Można powiedzieć, że to aborcjoniści mają problemy z wystawą. Nie mogą znieść publicznie pokazanej prawdy o aborcji. Dlatego ją atakują. Przy okazji tylko przyciągają zainteresowanie publiczności, dzięki czemu więcej ludzi dowiaduje się prawdy o aborcji. W Malborku zostały pocięte 3 plakaty. Ten problem dotyczy kilku procent wystaw. Wystawa została zdewastowana między innymi podczas Przystanku Woodstock, co wywołało wielkie zainteresowanie wystawą i hojność ofiarodawców. Mam nadzieję, że w przypadku Malborka będzie podobnie. Sytuacja w Bydgoszczy jest wyjątkowa. Dotychczas nigdy miasta, które dzierżawiły teren pod wystawę nie łamały wcześniej zawartej umowy, w dodatku w tak arogancki sposób. Sytuacja jest jasna i liczymy na to, że wyegzekwujemy nasze prawa na drodze sądowej.
W obronie wystawy w Bydgoszczy stanęło kilka organizacji pozarządowych. Kto był jej przeciwny?
Spędziłem kilka godzin w piątkowe popołudnie na Starym Rynku w Bydgoszczy, obok wystawy. Wielu przechodniów zatrzymywało się, aby obejrzeć plakaty. Nie spotkałem żadnej osoby, która byłaby przeciwna wystawie, poza dziennikarzami „Gazety Wyborczej” i TVP Bydgoszcz. Wygląda na to, że protesty, jak zwykle pochodziły ze środowiska GW i SLD. Co odpowiadacie na zarzuty przeciwników wystawy? Przeciwnicy mówią, że wystawa jest drastyczna. Odpowiadamy, że wynika to z faktu, że aborcja jest drastyczna. Czy ukrycie zdjęć zmniejszy drastyczność aborcji? Bynajmniej, spowoduje tylko, że będzie częściej dokonywana. Ukryta niegodziwość może być tolerowana, ujawniona wzbudza sprzeciw. Tego boją się aborcjoniści. Kolejnym zarzutem jest szokowanie dzieci. Tymczasem dzieci na ogół nie rozumieją o co chodzi na plakatach i najczęściej reagują obojętnie.  Ekspertyza psychologiczna przedstawiona na zlecenie sądu potwierdza, że wystawa nie wywołuje urazów u dzieci. W Bydgoszczy pojawił się dodatkowo zarzut dotyczący obecności wizerunku Adolfa Hitlera obok pomnika ofiar faszyzmu. Protestujący nie dostrzegli faktu, że ofiary aborcji w latach 1943-1945 były również ofiarami Hitlera. Niektórzy luzie myślą, że trudno jest zorganizować taką wystawę. Myślą, że kosztuje to dużo ryzyka, zachodu i pieniędzy. Co Pan na to powie? Wielu ludzi w całej Polsce organizuje wystawy „Wybierz Życie”. W Nowym Sączu na rynku zorganizował ją ówczesny maturzysta. Wszystkim organizatorom Fundacja Pro – prawo do życia udziela niezbędnej pomocy. Nie pobieramy żadnych opłat od organizatorów. Działalność finansujemy z datków osób, które uznają to co robimy za ważne i pożyteczne. Zachęcamy wszystkich do kontaktu przez nasza stronę: www.stopaborcji.pl. Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała Natalia Dueholm

Mitt Romney i bogactwo polityków

Co jakiś czas republikanin Mitt Romney w swoich wypowiedziach przypomina, jak bardzo jest bogaty. Choć tak naprawdę niby wcale się tym nie chwali, jakoś to ciągle z niego wychodzi. Takie epatowanie bogactwem alienuje wielu wyborców pomimo tego, że Ameryka ma i miała wielu szczególnie zamożnych kongresmenów i prezydentów.
Podczas wizyty w silnie przeżywającym kryzys Detroit, gdzie produkuje się samochody, Romney chciał się pochwalić, że wspiera amerykański przemysł. I niefortunnie wyliczył, że kiedyś jeździł ciężarówką marki Dodge, teraz wozi się mustangiem, ciężarówką pick-up marki Chevy, a jego żona ma parę cadillaców. Innym razem w trakcie debaty bez mrugnięcia okiem zaproponował kontrkandydatowi Rickowi Perry’emu zakład o 10 tys. dolarów w sporze o reformę zdrowia. To oczywiście zwyczajne sprawy z punktu widzenia człowieka zarabiającego ponad 20 mln rocznie, którego majątek oszacowano na 190-250 milionów dolarów. Romney wspierał organizacje pro-life  Dla porównania, wartość majątku Ricka Santoruma (niedawno zrezygnował z ubiegania się o prezydenturę) to milion dolarów, a Baracka Obamy pomiędzy 2,2 a 7,5 mln dolarów. Pocieszające, że część majątku Romney przeznaczył na wspieranie organizacji obrońców życia. Niektórzy uważają, że wkupuje się w ten sposób w łaski konserwatystów, którzy nie mają do niego zaufania w kwestii aborcji. Trudno powiedzieć, jakie ma naprawdę przekonania, bo różne rzeczy mówił w zależności od tego, czy stał przed obrońcami życia, czy przed zwolennikami aborcji. Jedno jest pewne - jego żona przekazała 150 dolarów Planned Parenthood, największemu providerowi aborcji w USA. Pierwszy i najbogatszy Ale wróćmy do głównego gracza Republikanów w wyborach i jego fortuny. Gdyby Romney został kolejnym prezydentem USA, wcale nie byłby najbogatszy w historii. Zostałby pobity w pierwszym rzędzie przez Jerzego Waszyngtona, byłego właściciela potężnej posiadłości Mount Vernon, niedaleko dzisiejszej stolicy. Waszyngton wzbogacił się dzięki małżeństwu z Marthą Custis, która to z kolei odziedziczyła swój majątek po ojcu. Ocenia się, że pierwszy prezydent USA był właścicielem blisko 60 tys. akrów ziemi i ponad 300 niewolników. Według portalu www.247wallst.com, który oszacował w dolarach bogactwo wszystkich 43 prezydentów z 2010 r., fortuna Waszyngtona byłaby warta ponad pół miliarda dolarów. I nie tylko majątek uczynił go wyjątkowym. Jako prezydent zarabiał rekordowe 2 proc. budżetu USA z 1789 r. (czyli nieporównywalnie mniejszego od dzisiejszego). Obama zarabia jako prezydent „tylko” 400 tys. dolarów (prezesi większych organizacji non- profit zarabiają więcej). Jefferson i Kennedy Na kolejnych miejscach na liście najbogatszych amerykańskich prezydentów uplasowali się: Tomasz Jefferson (ten jednak umarł zadłużony), Herbert Hoover i John F. Kennedy. Jednak gdyby Romney został prezydentem, miałby szanse pobić tych, którzy go w tym rankingu wyprzedzili. Wielu z nich po zakończeniu kadencji rozmnożyło bowiem swoje bogactwo dzięki wystąpieniom publicznym czy publikacjom książek. Krezusi w Kongresie Wielu polityków w USA może pochwalić się dużym majątkiem. Jest wśród nich były mer Nowego Jorku, Michael Bloomberg, znajdujący się w pierwszej dwudziestce najbogatszych Amerykanów, czy też z pierwszej dziesiątki - Ross Perot, który startował na prezydenta w latach 90. Z raportu Center for Responsive Politics (CRP) zajmującego się badaniem przepływu pieniędzy w polityce (2010 r.) dowiadujemy się, że w składającym się z 435 członków Izby Reprezentantów i 100 senatorów Kongresie aż 261 osób może pochwalić się statusem milionera. Zaś wśród nich 55 mogło w 2009 r. cieszyć się średnim bogactwem na poziomie co najmniej 10 milionów, a ośmiu - fortunami wartymi co najmniej 100 milionów. Szacowanie majątków polityków nie jest jednak łatwe, choćby z powodu nieczytelnego wypełniania formularzy, dlatego CRP lansuje pomysł, by odbywało się to elektronicznie. Przydałoby się powielić tę ideę również w Polsce. Bogaci demokraci i republikanie Przynależność partyjna nie wydaje się mieć aż tak dużego znaczenia w typowaniu najbogatszych polityków. Jednak w potocznym rozumieniu to właśnie republikanie uważani są za bogaczy i ich reprezentantów, a demokraci za tych, którzy najlepiej rozumieją klasę średnią czy ludzi pracy. Z pobieżnej analizy raportu CRP wynikałoby nawet, że to demokraci lekko przodują w kongresowych wyścigach o największe siedmiocyfrowe dochody. Wśród pierwszej dwudziestki z procentowo największym rocznym wzrostem przychodów znajduje się 12 demokratów, a tylko 7 republikanów. Nie ma się co dziwić, że w Kongresie zasiada tylu bogaczy. W USA żyje wielu milionerów, a nawet około 400 miliarderów. Na czele wszystkich krezusów stoi Bill Gates z 59 miliardami na koncie. Dla kontrastu, dochód typowej amerykańskiej rodziny plasuje się na poziomie 50 tys. dolarów rocznie, a wartość majątku szacowana była w 2007 r. na ok. 120 tys. dolarów. Natalia Dueholm Artykuł ukazał się na portalu www.pch24.pl. Dziękujemy Autorce za udostępnienie go naszemu portalowi

Kapsułki i krem z łożyskiem

Przeglądam katalog firmy Puritan’s Pride, produkującej m.in. witaminy, suplementy żywieniowe i kosmetyki. Natrafiam na: Natural Collagen&Placenta Night Cream, czyli naturalny krem na noc z kolagenem i… łożyskiem. Na pewno nie skorzystam.  Zastanawiam się jednak, czy w ogóle kupować cokolwiek, co wyprodukowała ta firma.
Przemysły kosmetyczny i farmaceutyczny od dawna wykorzystują przecież tkanki ludzkie jako składniki swoich produktów. Muszę się więc dowiedzieć, skąd pochodzi kolagen i łożysko. Przez głowę przechodzi mi myśl, że to chyba nie może być pochodzenia ludzkiego, bo cena kremu nie jest wysoka. Pięć dwuuncjowych kremów (około 55 gramów) kosztuje niecałe 10 dolarów. Wchodzę na stronę internetową firmy. Wysyłam zapytanie, korzystając z systemu Live Chat, w którym od razu przychodzi odpowiedź. Trzeba jeszcze porozmawiać z pracownikiem departamentu, który udziela informacji na temat składników. Po dziesięciu minutach mój dylemat zostaje rozwiązany, kolagen oraz łożysko są pochodzenia zwierzęcego: bydlęcego i świńskiego. To doświadczenie ze sprawdzaniem zawartości kremu przypomniało mi się, kiedy przeczytałam o rewelacjach aktorki-gwiazdeczki January Jones, która publicznie przyznała, że połyka kapsułki przygotowane ze sproszkowanego łożyska. Jak mówi - bo dobrze jej to robi. Okazało się, że niektóre, podobne do niej kobiety posuwają się do czegoś jeszcze bardziej przerażającego. Oddają własne łożyska do specjalnego przygotowania, umożliwiającego jego wykorzystanie kulinarne. W międzyczasie szukają specjalnych przepisów, których w internecie jest podobno dużo. A potem przyrządzają sobie np. łożysko z brokułami na kolację. Sny po tym muszą być makabryczne. Na szczęście, znalazła się inna dość znana autorka, Nancy Redd z New York Times blog, która przyznała, że takie doświadczenie było dla niej horrorem, więc się z niego wycofała. Jak napisała, w szkole rodzenia w Kalifornii  polecano jej konsumpcję łożyska na pobudzenie laktacji, wzrost energii, a nawet przeciwko starzeniu się. Dzięki Bogu, Redd szybka zmądrzała. A co na to tak zwani eksperci i naukowcy? Według eksperta od jedzenia łożyska (łożyskofagii, placentofagii?) dr. Marka Kristala, profesora psychologii i neurobiologii z Uniwersytetu w Buffalo, istnieje obecnie na to pewna moda, która obecna była już w latach 60. i 70. wśród członków komun. Warto dodać, że wśród ludzi skrajnie lewicowej, „woodstockowej” maści z Kalifornii, czego jednak profesor badający od 40 lat łożyskofagię nam nie precyzuje. Interesuje go za to naukowe rozwiązanie tego problemu, aby raz na zawsze rozwiać wszelkie krążące wokół niego spekulacje. Stawia więc pytanie: czy warto jeść łożysko, niezrażony, że chyba niewielu to tak naprawdę obchodzi. Inaczej mówiąc, chce poznać potencjalne korzyści zdrowotne dla kobiet (nie tylko matek), a nawet mężczyzn, związane głównie ze zwalczaniem depresji poporodowej, niechęci czy wrogości do dziecka. Cóż, trzeba w końcu wymyślić jakiś temat, bo przecież przez 40 lat nie można pisać w kółko o tym samym. Gwiazdy z Hollywood będą mu za to na pewno wdzięczne. Może dzięki niemu zaczną spać spokojnie? Całe szczęście z Kristalem nie jest do końca aż tak źle, bo w końcu sam przyznaje, że ludzie wszystko zrobią, a my nie powinniśmy nadawać zbytniego znaczenia różnym wyjątkom od reguły. Według niego, nie ma przecież ani solidnych ani przekonywujących badań, że jest to fenomen powszechny. Jego prace, potwierdzone zresztą przez antropologów z Uniwersytetu w Newadzie, nie znalazły dowodów na istnienie rutynowej praktyki jedzenia łożyska wśród różnych kultur. Maggie Blott z Królewskiego Koledżu Ginekologów i Położników z Wielkiej Brytanii również przytomnie stwierdziła, że nie ma żadnych medycznych wskazań, aby ludzie zjadali łożysko dla zawartych w nich składników odżywczych, tak jak robią to niektóre ssaki. Innymi słowy, nie ma żadnego powodu, aby ludzie zachowywali się jak zwierzęta. I to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego ludzie tego nie robili i nie robią ze względów biologicznych, które Kristal określił „najbardziej wyzywającym pytaniem antropologicznym”. Natalia Dueholm Artykuł ukazał się na www.pch24.pl

Rumuński rekord w aborcji

Po upadku dyktatury Ceauşescu nowe władze Rumunii zrobiły prawie wszystko to, czego dziś domagają się feministki i Palikot w Polsce. Zalegalizowały aborcję na koszt podatników i zaczęły lansować darmową antykoncepcję. A za edukację seksualną w szkołach wzięły się organizacje proaborcyjne. Efekty tego są do dziś opłakane.
Zanim przejdziemy do czasów podyktatorskich warto wyjaśnić, że za Ceauşescu (od 1966 r. do 1989 r.) aborcja wcale nie była całkowicie zakazana. Dla kobiet w wieku 45 lat (potem 40, 42 i znowu 45), mających czworo dzieci (potem pięcioro), żon partyjnych liderów, oraz tych, które miały partyjne koneksje nie było z nią problemów. Podobnie zakazem nie były objęte przypadki kazirodztwa i gwałtu, nie mówiąc już o ratowaniu życia matki. Larisa Iftime z organizacji obrońców życia Provita Media wyjaśnia, że było tak również w sytuacji, gdy jedno z rodziców cierpiało na chorobę dziedziczną, skutkującą potencjalnym poważnym zniekształceniem płodu lub gdy kobieta cierpiała z powodu fizycznego, psychicznego lub innego typu upośledzenia. Tak sformułowany „zakaz”, zresztą silnie zakorzeniony eugenicznie, nie mógł mieć dużego wpływu na zmianę percepcji aborcji jako czynu złego. A pojawił się on w momencie, kiedy Rumunia była już od dawna nasączona aborcyjną mentalnością. Od dawna przecież miała jedno z najbardziej liberalnych praw na świecie, z którego bardzo szeroko korzystała. Nie ma się więc co dziwić, że w Rumunii nawet podczas dyktatury Ceauşescu, aborcji było dużo. Warto również dodać, że Ceauşescu traktował poczęte dzieci przedmiotowo, co plasuje go w jednym obozie z feministkami. Członkowie komunistycznej młodzieżówki robiły w 1986 r. podobne do feministycznych sondaże, pytając respondentów m.in.: „Jak często masz stosunki seksualne?” Planowanie rumuńskiej rodziny za amerykańskie pieniądze Zaraz po obaleniu komunistycznego dyktatora przy udziale ludzi młodych, którzy paradoksalnie zdążyli się urodzić dzięki ograniczonej aborcji, postkomuniści zalegalizowali ją bez ograniczeń do 14 tygodnia. W tym samym czasie Rumunię najechały organizacje aborcyjne z USA, aby sprytnie wykorzystać panującą tam aborcyjną mentalność. W „The Contraceptive Pushers Come to Romania” (2004) czytamy, że w 1992 r., dokładnie w tym samym czasie, kiedy pojawiła się polska Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, w Rumunii powstała filia International Planned Parenthood Federation: Societatea de Educaţie Contraceptivă şi Sexuală (SECS). 70% jej budżetu pochodziło z USAID, amerykańskiej rządowej organizacji pomocowej. Jak podaje “New York Times” w tekście “Romania's Communist Legacy: „Abortion Culture” (1996), USAID finansowała 12 klinik planowania rodziny, które otwarto w 1995 r. Oprócz tego, rumuńską kontrolę urodzeń wsparł 14 mln. dol. pożyczki Bank Światowy oraz USAID 5 mln. dol. Tak było w latach dziewięćdziesiątych. Dzisiaj niewiele się zmieniło. Jak wyjaśnia Iftime, USAID i inne obce organizacje nadal finansują Krajowy Program Antykoncepcji (KPA). W 2006 r. budżet Ministerstwa Zdrowia na antykoncepcję wyniósł 1,8 mln. dol. Antykoncepcyjna machina Nie ma się co dziwić, że struktury planowania rodziny z czasem rozrosły się do ogromnych rozmiarów. Lobby aborcyjno-antykoncepcyjne zapewne jednak uważa, że nie każda wioska została dostatecznie zalana antykoncepcją. Jak tłumaczy Iftime, w Rumunii jest obecnie ponad 230 biur planowania rodzinnego funkcjonujących w obrębie klinik i szpitali publicznych oraz 11 centrów zdrowia reprodukcyjnego, które służą do dystrybucji antykoncepcji. Środki antykoncepcyjne są również dostępne w prywatnych klinikach. Co więcej, lekarze są specjalnie opłacani za ich rozpowszechnianie wśród wyznaczonych grup docelowych np. kobiet ze wsi, studentów, biednych czy bezrobotnych. Darmowa antykoncepcja zagwarantowana jest kobietom, które niedawno dokonały aborcji, studentom, kobietom bezrobotnym, biednym, zajmujących się domem w ramach KPA. Pigułki antykoncepcyjne i prezerwatywy rozdawane są również w szkołach od ósmej klasy w ramach różnych kampanii, np. na otwarcie roku szkolnego czy podczas Międzynarodowego Dnia Antykoncepcji. Jednak młodzież może ją otrzymać i tak w ramach KPA w jednej z 240 państwowych klinik. Obecnie edukacja seksualna jest przedmiotem nieobowiązkowym, jednak z powodu obecności wielu zagranicznych organizacji lobby aborcyjno-antykoncepcyjnego, istnieje duża presja, aby objąć nim przymusowo wszystkie dzieci wbrew woli wielu rodziców. Aborcyjny rekord utrzymany Lansowanie antykoncepcji wśród młodzieży, która łatwo poddaje się presji i wpływom otoczenia, nie może mieć innego efektu, jak zwiększenie zainteresowania seksem od strony praktycznej. Rumuński Krajowy Instytut Statystyczny (KIS) podał, że w 2009 r. liczba aborcji w kategorii wiekowej 15-19 lat wyniosła prawie 12 tys. Jak wyjaśnia Dr Christa Todea-Gross z Pro-Vita w Cluj, w 2001 r. aborcji żądały 16- i 17-letnie dziewczęta, a w 2003 nawet 15- i 14-letnie. Można się zastanawiać, czy antykoncepcja nie jest celowo reklamowana wśród młodzieży przez wiadome lobby, aby zwiększyć prawdopodobieństwo ciąż wśród nastolatek. Takie przypadki, nagłaśniane często jako wynik rzekomego gwałtu, mogą przecież  posłużyć do zwalczania wszelkich ograniczeń aborcji. Władze Rumunii ustaliły je na 12. tygodni ciąży, jednak w 2008 r. w przypadku 11-latki twierdzącej, że została zgwałcona, zezwoliły na aborcję po 20 tygodniu. Według rumuńskiego Ministerstwa Zdrowia w 2010 r. było ponad 101 tys. aborcji w sektorze publicznym. Aborcja jest opłacana z pieniędzy podatników dla pewnych grup kobiet m.in.: biednych, studentek, o niskich dochodach z rejonów rolniczych, albo tych, które mają ponad czworo dzieci. Jak wyjaśnia Iftine, kobiety płacą równowartość dodatkowych 5 dol. lekarzowi, aby otrzymać lepszą opiekę. Oprócz tego aborcja jest dostępna w sektorze prywatnym, również w klinikach prowadzonych przez organizacje pozarządowe (Marie Stopes), gdzie statystyki są trudne do uchwycenia. Według statystyk rumuńskiego Ministerstwa Zdrowia, Rumunia ma obecnie najwyższy wskaźnik aborcji w Europie, na każde 1000 żywych urodzeń przypada ich 480. Rekord ten Rumunia miała również w latach 90. Aborcja ma znaczący wpływ na budżet szpitali i jest jedną z pierwszych operacji, jakiej uczą się lekarze pozostający w szpitalu po odbytym stażu. Można domyślić się, że w takiej sytuacji wyrugowanie aborcyjnej mentalności nie jest łatwe. Liczba kobiet, które zmarły w wyniku aborcji od trzech lat rośnie (w 2010 r. było ich 11). Kraj ten ma również jeden z największych wskaźników umieralności okołoporodowej matek w Europie, bo 27 na 100 tys. żywych urodzeń. Dla porównania, Maternalmortalityportal podaje, że Polska ma ich 6 na 100 tys. Można założyć, że gdyby w Polsce z mniejszą liczbą lekarzy i pielęgniarek (przypadających na 100 tys. mieszkańców) niż w Rumunii zalegalizowano aborcję na żądanie, nie moglibyśmy się już pochwalić najlepszym wynikiem w Europie Wschodniej w tej ważnej kategorii. Antykoncepcja nie eliminuje aborcji Z powyższych statystyk widać więc, że subsydiowanie antykoncepcji nie ma znaczącego wpływu na eliminowanie aborcji, a pociąga za sobą skutki niepożądane. Jak powiedział dr Janusz Rudziński na sejmowym wysłuchaniu obywatelskim, niemal wszystkie kobiety, które dokonywały aborcji w jego placówce, stosowały antykoncepcję. Korzystając z dostępnych statystyk trudno bezsprzecznie udowodnić, że liczba aborcji w Rumunii znacząco spada, ponieważ nie ujmują one sektora prywatnego. Co więcej, ewentualny spadek może być podyktowany zmniejszeniem liczby kobiet w wieku reprodukcyjnym, a nie rezygnacją z aborcji. Jak tłumaczy Iftine, według oficjalnych statystyk w 2009 r. w Rumunii było 170 tys. dzieci, których jeden lub oboje rodziców pracowało za granicą. Rumunia się kurczy, ma obecnie tylko trochę ponad 21 mln mieszkańców. Z raportu WHO „Aborcja i antykoncepcja w Rumunii”(2004) wynika, że wiele Rumunek uważa aborcję za mniej skomplikowaną od antykoncepcji i na dłuższą metę taniej, szybciej, choć boleśnie, „rozwiązującą problem”. Gdyby Rumunki miały możliwości zapoznać się z prawdą o aborcji np. dzięki wystawom przedstawiającym ją na zdjęciach, które miały znaczący wpływ na przewagę postawy pro-life w Polsce, zapewne zmieniłyby zdanie. Według Iftine, komunizm i dyktatura Ceauşescu zniszczyła zdrowe pojęcie rodziny, łącznie z poglądem na aborcję. Po 1989 r., z powodu zalewu antykoncepcji i aborcji, w wypaczonych komunizmem umysłach ludzi zakorzenił się nowy styl życia, w którym nie ma już właściwego miejsca dla dzieci. Fakt, że komunizm zniszczył wizję fundamentalnych spraw związanych z człowiekiem ilustrują statystyki aborcyjne w byłych krajach komunistycznych, gdzie wszędzie, z wyjątkiem Polski, jest wysoki wskaźnik aborcji- tłumaczy. Z kolei w raporcie WHO czytamy, że od 1989 r. była ona używana często zamiast antykoncepcji „z powodu nowego liberalnego prawa, szerokiej akceptowalności, łatwego dostępu i niskiej ceny”. Inaczej mówiąc z powodu warunków, jakich domagają się obecnie feministki w Polsce. Obyśmy ich nigdy nie zaznali. Natalia Dueholm