Category Archives: Oleg Siewierny

Przykład niemieckiej tolerancji

Polskie media i leming-społeczeństwo zawsze brało i bierze przykład z dobrych praktyk stosowanych na zachodzie. Tamtejsza mentalność i zamiłowanie do tolerancji, umiłowanie braci i sióstr, bez względu na ich wyznanie, narodowość, czy orientację seksualną są godne naśladowania. Tam jest tak pięknie i cudownie. Kraina mlekiem, miodem, tolerancją, pokojem i miłością płynąca!

Hasła, które budują … artykuły, które nic nie znaczą

Tak można określić politykę działania wielu dziennikarzy i ich mocodawców. Bodajże tydzień temu wchodzę na Onet.pl, z ciekawości zerknąć na to, co nowego dzieje się na polskim podwórku, czy nie ominęły mnie jakieś nowe skandale. Ale moja uwaga skupia się na jakże pięknie brzmiącym, wręcz fantastycznym, budującym dumę narodową Polaka - tytule.

R. Hess broni Unii Europejskiej

71 lat temu porażka III Rzeszy w II wojnie światowej była już tylko kwestią czasu. 6 czerwca 1944 roku alianci rozpoczęli lądowanie w Normandii, Związek Radziecki przygotowywał się do powolnego miażdżenia kruchej już potęgi Hitlera, mieszkańcy Warszawy czekali na swoją kolej, by 1 sierpnia wyjść na ulice i pokazać światu swoją siłę. 70 lat temu III Rzesza nie istniała, wysocy rangą członkowie państwa byli sądzeni, wlk adm. Karl Dönitz ogłosił rozwiązanie NSDAP.

Putin wszystko sobie zaplanował?

Ukraina i Krym to tylko kolejny punkt długoterminowego planu Putina. Ten plan jest realizowany już od wielu lat. Nie tylko względem wschodniej Ukrainy. Wystarczy mała retrospekcja, powrót do przeszłości i przypomnienie sobie tego, co wydarzyło się na przestrzeni ostatnich kilku lat...

Posłuchajcie prof. Baumana!

Brunatni rosną w siłę! - takie komentarze coraz częściej przetaczają się przez lewą stronę polskiej polityki. A w komentarzach tych słychać strach i pogardę. Strach przed brutalnością skrajnych narodowców i pogarda dla ich, jakże odmiennych od lewicy, poglądów. Czy socjaliści i komuniści słusznie nimi gardzą i okazują strach?
Myślę, że lewica powinna słuchać w tym względzie swojego guru - prof. Baumana. Jak pamiętamy, ów socjolog ocenił, iż Holocaust i systemy totalitarne były wynaturzoną, ale logiczną konsekwencją nowoczesności. Były one zwieńczeniem idei postępu i czystości. Dlaczego nagle dziś prof. Bauman nie broni narastających nastrojów nacjonalistycznych (nie tylko zresztą w Polsce)? Przecież dziś też możemy powiedzieć, że wszelkie RUCHY NARODOWE są "wynaturzoną, ale LOGICZNĄ KONSEKWENCJĄ NOWOCZESNOŚCI. Są one ZWIEŃCZENIEM IDEI POSTĘPU I CZYSTOŚCI". Czyż tak nie jest panie profesorze? Obawiam się, że jednak prof. Bauman oficjalnie nie wypowie tych słów. Czyżby dlatego, że rzeczywistość, którą zacytowanymi słowami ocenił prof. Bauman była rzeczywistością, w której nie tylko brał udział, ale i którą sam ochoczo współtworzył? W ten sposób tłumaczy i swoje własne działania, broni swego udziału w zbrodniczym reżimie (będącym zwieńczeniem idei postępu i czystości...). Panie profesorze, wydaje mi się, że jednak konsekwencja poglądów jest najważniejsza, szczególnie w nauce, w filozofii! Jeśli nie jest pan konsekwentny, a swoje własne koncepcje przykłada pan do rzeczywistości jedynie incydentalnie - wówczas są to zaledwie pańskie suche poglądy. A za poglądy nie powinno się dostawać tytułów profesorskich... Niech ma pan obywatelską odwagę (taką samą, jaką miał pan jako członek KBW zwalczającej Armię Krajową!) i przyzna: WZROST NASTROJÓW NARODOWYCH TO LOGICZNA KONSEKWENCJA NOWOCZESNOŚCI, JEST ON ZWIEŃCZENIEM IDEI POSTĘPU I CZYSTOŚCI. Oleg Siewierny

POlska impotentem drogowym

Około 2 tygodnie temu polskie media obległy artykuły z serii „Polska potentatem autostradowym”. A wszystko za sprawą tego, że wedle statystyk w liczbie kilometrów autostrad i dróg ekspresowych jesteśmy w europejskiej czołówce, powoli, powoli doganiając Portugalię! Tylko teraz zapytam grzecznie – co za „идиот” to pisał? I co za „безумната” w to uwierzył?
Jakie polskie drogi są – widzimy sami na własne oczy, więc musielibyśmy być albo ślepi, albo nieskończenie „глупые люди”, żeby uwierzyć w to, co serwują nam polskie media. Polska dogania Portugalię w ilości autostrad i dróg ekspresowych? No jasne, że tak! Dogania! Polska dogania ponad trzy razy mniejszy kraj... Zróbmy mały eksperyment. Weźmy kilka różnych państw, zestawmy ich liczbę autostrad i dróg ekspresowych i podzielmy przez powierzchnię danego państwa (liczba ludności w tabeli jest tylko jako ciekawostka). W ten sposób otrzymamy ilość kilometrów tych dróg przypadających na każdy kilometr kwadratowy powierzchni państwa. Z racji, że wyjdą to sumy daleko po przecinku, zastosowałem mnożnik x100, aby otrzymać łatwy do odczytania „współczynnik gęstości autostrad i dróg ekspresowych”. Zresztą mniejsza o nazwę. Spójrzmy na tabelę i przekonajmy się sami, że ten samozwańczy potentat jest tak naprawdę impotentem, który w Europie nie jest w czołówce, lecz daleko, daleko w tyle... gdzieś w okolicach Słowacji, Litwy i Bułgarii. Pisanie o tym, że Polska jest mocarstwem drogowym ze względu, na liczbę kilometrów porównywanych dróg jest manipulacją. Bo to tak jakby powiedzieć, że afrykańskie państwo Ugabuga (nazwa wymyślona) jest krajem, który najlepiej w całej Afryce poradził sobie z głodem. Żyje w nim tylko jedna głodna osoba!!! Tylko niech jeszcze ten sam rzetelny dziennikarz poda, że ta jedna głodna osoba to jednocześnie jedyny żywy Ugabugańczyk, czyli 100% obywateli, bo reszta już dawno umarła z głodu... A coś bardziej z życia? Porównanie ilości dróg w Stanach Zjednoczonych z ilością dróg w Monako, na Malcie albo w Watykanie (ciekaw jestem kto wygra to starcie!). Takie proste porównania nie mają sensu, bo mieszają tylko lemingom w głowach i utwierdzają ich w przekonaniu, że dzięki „człowiekowi z zasadami” w POlsce „żyje się lepiej”. Wydaje mi się, że żyje się lepiej. Dziennikarzom, którzy establishmentowi tak głęboko w „задница” wchodzą, że całują ją od środka. Oleg Siewierny Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl

Najgorsza wada UE…

Nie ma instytucji idealnych, więc nie jest nią także UE. Ba, powiedziałbym, że UE dąży w kierunku przeciwnym, niż koncepcja „instytucji idealnej”. Ale wszelkie błędy i wypaczenia, wszelkie skandale, przekręty, oszustwa, kłamstwa, kradzieże, malwersacje... nie są wcale największą wadą Unii Europejskiej.
Nie są nią także wszelkie nieprzemyślane, czy wręcz głupie dyrektywy i inne przepisy prawa, które z „łaskawości” UE spływają na podległą jej ludność. Wcale najgorsze nie jest to, że ludziom ograniczana jest wolność wyboru, że narzucane są kolejne podatki finansujące bezsensowne pomysły euro-populistów, że wspierana jest propaganda „jedynie słusznych poglądów”, a z bezwzględną brutalnością tłamszone są wszelkie odstępstwa. Najgorsze nie są również wszelkie manipulacje przy oficjalnie podawanych danych, wszelkie socjotechniki i oszukańcze chwyty propagandowe. Nie mogę też powiedzieć, by najgorsza była komunistyczna, niekiedy i przestępcza przeszłość (i teraźniejszość) euro-polityków. Najgorsze jest to, że UE produkuje społeczeństwo bezmózgich zombie, którzy to naiwnie wierzą w dobrodziejstwo UE, mało tego – społeczeństwo, dla którego UE to nowy święty, nienaruszalny bożek, którego opluwać „нельзя”, społeczeństwo, które ze ślepą ufnością dąży krok w krok za każdym pomysłem euro-populistów, podpisując się pod nimi własnymi rękoma, fanatycznie broniąc socjalistycznych wypaczeń post-EWG. Najgorsze jest to, że UE na skalę masową produkuje społeczeństwo ogłupiałe, nie myślące samodzielnie, społeczeństwo, które za podszeptem euro-populistów podtrzymuje i wspiera do ostatka sił ten chory system!!! A to wywołuje u mnie jedną czarną myśl. Jaką? Nawiązując do powiedzenia „groźniejsze jest stado baranów dowodzone przez lwa, niż stado lwów dowodzone przez barana” - patrząc na UE, na jej polityków i tworzące się społeczeństwo „nowej jakości” - aż boję się pomyśleć: „CZYMŻE JEST STADO BARANÓW DOWODZONE PRZEZ BARANA” Oleg Siewierny

Legalizacji broni nie będzie. Będzie BIG BANG

Dlaczego politycy z taką zażartością i zapałem bronią się przed legalizacją broni? Dla naszego dobra? W trosce o nasze życie? Zapobiegając „wojnie na ulicy”? Nie, wszyscy doskonale wiemy, że nie o to chodzi. Chodzi o coś zupełnie innego. Oni po prostu boją się o swoje „задница”.
Dopóki posiadanie broni palnej nie jest powszechne, życie polityka nie jest jakoś specjalnie zagrożone, choćby wywoływał u niektórych frustrację prowadzącą do istnej furii. Bo co – bo rzuci się na niego z nożem? No w sumie możliwe, przy tak profesjonalnych ochroniarzach jacy pracują dla polskiego rządu. Skoro dopuścili zwykłego obywatela Ukrainy do prezydenta Bronisława „Bulu” Komorowskiego pozwalając mu rozbić jajko na jego garniturku, to tym łatwiej byłoby rozbić głowę szeregowego polityka. Ale z pistoletem, czy karabinem byłoby to łatwiejsze. Czyż nie? Pomyślcie sobie, przyjeżdża irytujący premier na propagandową wizytację do Twojego miasta... co by się działo! A tak nie dzieje się nic. Broń mają tylko służby państwowe (które polityków chronią) i mafia (która z politykami współpracuje). Elity polityczne mogą spać spokojnie. Jednak jest coś, co wywołuje u polityków pewne obawy. Społeczna frustracja. Rewolta. Powstanie. KRWAWA REWOLUCJA. Krwawe przewroty polityczne są wpisane w historię cywilizacji ludzkiej i następują one poza ściśle określonym harmonogramem. O tym „kto, co, kiedy i jak” decyduje napięcie wewnątrzspołeczne, sytuacja gospodarcza i polityczna. A owe napięcie nieustannie narasta, nie tylko w Polsce. Kiedy nastąpi BIG BANG, który da upust temu napięciu? Tego nie wiemy, bo czasem wystarczy jeden, teoretycznie niepozorny bodziec... Politycy jednak (nie wszyscy, bo tylko niektórzy są odpowiednio bystrzy) zdają sobie sprawę, że taki wybuch może nastąpić za ich kadencji. A jeśli tak – to lepiej, żeby ludzie nie mieli odpowiednich narzędzi do tego, by przeprowadzić go krwawo. Dość zrozumiałe obawy, w końcu każdy chce mieć głowę na swoim miejscu. Jednak niestety nie każdy myśli o tym, jak zapobiegać, jak zmniejszać napięcie wewnątrzspołeczne poprzez poprawianie jakości życia tego społeczeństwa, poprzez uszanowanie jego prawa do wolności i nie ingerowanie w prywatność, czy wręcz intymność poszczególnych jednostek. Zdecydowanie łatwiej jest zakazać legalnej sprzedaży broni (i czerpać przy tym zyski z nielegalnego obrotu ową bronią w sferach mafijnych) – bo to tylko jeden przepis prawa, którego przestrzegania (za pieniądze podatników) stosunkowo łatwo strzec. Napięcie wewnątrzspołeczne nieustannie narasta. Nie tylko w Polsce. Dobrze o tym wiemy. Kiedy nastąpi wspomniany BIG BANG? Tego nie wiemy, ale możemy być pewni, że im szybciej, tym mniej frustracji społecznej się skumuluje i tym mniej krwawy będzie przebieg tego punktu historii. Jaki będzie miał kształt ów BIG BANG? Tego też nie wiemy. Może będzie stosunkowo pokojowy, tak jak miało miejsce w ostatnich latach obalenie rządów w Bułgarii i na Islandii. A może na ulice wyleją się dziesiątki, setki, czy tysiące berserkerów Andersów Breivik`ów, którzy dadzą upust nerwów w bezwzględnej eliminacji tych, którzy w ich ocenie winni są zaistniałej sytuacji. Nie wiemy nic, poza tym, że BIG BANG nadchodzi. Nowa Wiosna Ludów... Oleg Siewierny

Eksperyment zwany Polską

Czasem wydaje nam się, że jesteśmy jedynie małymi marionetkami w wielkim teatrze, którym ktoś misternie, choć z ukrycia, steruje. A czy nie wydaje się wam jednocześnie, iż Polska jest jednym wielkim eksperymentem? Że Polacy są poddawani rozmaitym próbom, badającym ich siłę, cierpliwość, błyskotliwość, czujność itd.? Bo mi się coś wydaje, że tak właśnie jest.
EKSPERYMENT NUMER 1 Przed laty Polacy twardo stawiali opór wszelkiej germanizacji i rusyfikacji narodu, wykazali się więc nie lada wytrwałością i odpornością na urzędnicze zarządzenia i państwowy przymus. Cechę tę skutecznie testują dzisiaj rządy rzekomo polskie. Coraz większy ucisk, tym razem podatkowy, a nie narodowy, doskonale sprawdza jak bardzo wytrwali są Polacy, ile są w stanie wytrzymać, ile wezmą na swoje barki. I udowadniają, że potrafią wziąć dużo, bardzo dużo. Inne narody już dawno by pękły, a swoją złość i frustrację najpewniej by wylały na ulice poprzez protesty obalające rząd (jak to się stało w Bułgarii czy na Islandii). A Polak? Napina pierś i z dumą krzyczy: „dawaj więcej! Jeszcze więcej! Co, że niby ja nie dam rady?”. I tak oto Minister Finansów dokłada kolejne podatki, zaciska pętle fiskalną na szyi Polaka, opracowuje coraz to nowsze pomysły mające skutecznie wyciągać z kieszeni obywateli ciężko zarobione pieniądze. Eksperyment „Odporny Polak”: efekty więcej niż zadowalające. EKSPERYMENT NUMER 2 Wracając do kwestii germanizacji, czy rusyfikacji – ostatecznie nie udało się dawnym zaborcom narzucić swojej kultury Polakom. Okazuje się, że Polacy nie lubią, jeśli wchodzi się do ich domów na siłę i mówi co mają robić, czy jak mają myśleć. Więc jeśli nie na siłę to może sprawić jakoś, aby Polacy dobrowolnie przyjęli inną kulturę, niż ta, w której trwają? W końcu ideę sarmatyzmu narzucili sobie sami i przyjęli ją chętnie. W końcu zamiłowanie do francuszczyzny w dawnych wiekach również nastąpiło dobrowolnie. Pojawił się więc pomysł, aby nieustannie bombardować Polaków informacjami o tym, że ich kultura jest zła, staroświecka, wręcz ciemnogrodzka, należy więc ją zmienić („a my – eksperymentatorzy – wiemy jaka kultura jest najlepsza i wam ją pokażemy!”). I tak oto Polak uczony jest tego, iż tolerancja mówi jednoznacznie: kochaj homoseksualistów, nienawidź Kościoła. Myślałeś Polaczku, że tolerancja tyczy się wszystkich? Nie! Tolerancja tyczy się elementów Nowej Kultury Polski, a nie jej starych tradycyjnych elementów, które należy bezwzględnie zniszczyć! Eksperyment ten nie jest nowy, drogi czytelniku, gdyż jak pamiętamy Mao Zedong tradycyjną kulturę w Chinach niszczył, a wprowadzał nową – komunistyczną. A wszystko to i tak skończyło się tym, że Chiny musiały wpuścić w granice swojego kraju wielkie korporacje i uwolnić nieco rynek (choć wciąż kontrolowany przez komunistyczny rząd w Pekinie), żeby nie stać się światowym zaściankiem klepiącym biedę. Eksperyment „Nowa Kultura Polski”: widoczne postępy. EKSPERYMENT NUMER 3: Niemcy od zarania dziejów próbowali całkowicie wymazać Polskę i Polaków z mapy świata. Zresztą nie tylko oni, choć właśnie Panie i Panowie zarządzani z Berlina mają w tym największe zasługi. Cóż, dziesiątki, a może i setki wojen nie przyniosły zamierzonego efektu, II wojna światowa i masowa eksterminacja w obozach zagłady sprawiła, że naród polski został uszczuplony o „jedyne, marne 25%”. Eksperymentatorzy wyciągnęli jednak wnioski z tej lekcji, rozumiejąc, że otwarta, brutalna walka z Polakami zbytnio przyciąga uwagę świata, należy więc zmienić taktykę. Po pierwsze, wmówmy, że to nie niemieckie obozy zagłady a polskie. Po drugie, uczyńmy dla Polaków tę uprzejmość i zaoferujmy im takie warunki życia, by wyeksterminowali się sami. Nie damy im broni, bo wojna domowa tylko przyciągnie uwagę światowych mediów (choć nie ma tu ropy, więc nikt specjalnie szybko się w to nie zaangażuje...). Damy im inne narzędzia śmierci. Doprowadźmy do tego, aby w Polsce nie dało się żyć (duże podatki, niskie zarobki, wysokie koszty życia), utrzymujmy przestępców w więzieniach, aby po wyjściu z celi byli silni i zdrowi (by mogli działać dalej), ustalmy niskie kary za morderstwa, kradzieże i defraudacje, aby nie zniechęcać bandytów, prowadźmy politykę antyrodzinną, która będzie zniechęcać Polaków do posiadania dzieci, a tym, którzy już dzieci posiadają, niech urzędnicy z błahych powodów je zabierają. I tak dalej, i tak dalej... Eksperyment „Samozagłada Polaków”: nabiera rozpędu. EKSPERYMENT NUMER 4 Kiedy za PRL-u w mediach mówiono o Polsce w superlatywach, a nie wspominano o negatywach socrealizmu, szary człowieczek przez skórę czuł, że w tych przekazach jest coś nie tak. Nawet nie tyle czuł, co wiedział, że to wszystko to mydlenie oczu i kłamstwo! W PRL`bis postanowiono zmienić taktykę. Eksperymentatorzy stwierdzili, że trzeba mówić też o rzeczach złych, lecz tylko o takich, które odwrócą uwagę ludzi od polityki i innych ważniejszych wydarzeń (np. zrobienie spektaklu medialnego ze słynną Katarzyną W. w roli głównej) lub przeinaczać fakty w ten sposób, aby ludzie myśleli o wydarzeniach, których byli świadkami, inaczej niż było w rzeczywistości. Stąd też naginanie faktów, pomijanie innych bardzo istotnych dla sprawy szczegółów... Dlaczego media wycinały fragment przemowy londyńskiego „obcinacza głów”, gdy mówił o inspiracji Koranem i islamem? Dlaczego media puszczając (nieświadomie chyba) obrazy z aresztowania pijanych meksykańskich marynarzy komentowały zachowanie... pijanych, brutalnych kiboli? Dlaczego nagłaśniając sprawę słynnego antylitewskiego transparentu, media jednocześnie wyciszyły sprawę antypolskich okrzyków na Litwie (i zniszczenie polskiego mienia) czy też pobicia (z ranami ciętymi) polskich kibiców w Hiszpanii? Mówmy tak, aby Polaków zgnębić, aby sprawić by mieli kompleksy, by uwierzyli tylko w to co mówimy MY – eksperymentatorzy! Bo tylko my mamy prawo kształtować masy... na szare masy. Chcemy kontrolować umysły, bo MY – eksperymentatorzy - najlepiej wiemy, jak powinien wyglądać świat! Eksperyment „Lemingi”: liczne sukcesy. *  *  * Tych eksperymentów można wyliczać więcej, znacznie więcej. Ja tylko cieszę się, że nie jestem uczestnikiem ich wszystkich (niestety coraz to większych i nowszych podatków nie uniknę). A wspomnianym uczestnikiem nie jestem dlatego, iż myślę samodzielnie, nie oglądam telewizji, dużo czytam, dużo dyskutuję, dużo rozmawiam z ludźmi, poznaję świat, weryfikuję rzeczywistość, do wszystkiego podchodzę ze sceptycyzmem i wątpliwościami. Wolę sam zasmakować danej sprawy nim wydam osąd, niż ferować wyroki na podstawie nierzetelnych mediów. To czy jesteśmy uczestnikami eksperymentu zwanego Polską w dużej mierze zależy od nas samych. Od tego czy potrafimy powiedzieć NIE, gdy ktoś podaje nam strzykawkę z medialną papką i mówi: „Weź to, to dla Twojego dobra”. Oleg Siewierny Foto.: PSz/Prokapitalizm.pl

Rozmowa o dialogu, czyli o niczym

Jadąc w piątek samochodem w okolicach Wrocławia słucham 3 Programu Polskiego Radia... a tam akurat wypowiada się przedstawiciel związków zawodowych (niestety nazwiska nie przytoczę). Wsłuchuję się i... i ku mojemu zdumieniu przedstawiciel ów mówi całą prawdę o związkach zawodowych, o tym jak się tam pracuje! Choć robi to zupełnie nieświadomie...
Mianowicie przedstawiciel ów, na pytanie o sens istnienia Komisji Trójstronnej, odpowiada, że na ostatnim spotkaniu owej instytucji „rozmawiali o dialogu”. Jakże piękne podsumowanie pracy związków zawodowych! „Rozmowa o dialogu...”. Rozwińmy może myśl. Najpierw spójrzmy do słownika synonimów i znajdźmy w nim wyrażenie „dialog”. Co my tutaj mamy.... - dyskusja; - konwersacja; - rozmowa; - gadka. Zastąpmy teraz wyraz „dialog” każdym w powyższych wyrażeń kolejno: - rozmowa o dyskusji; - rozmowa o konwersacji; - rozmowa o rozmowie (!!!); - rozmowa o gadce. Nie ma sensu? No jasne, że nie ma sensu, tak samo jak sensu istnienia nie mają związki zawodowe. Bo ich praca opiera się głównie na rozmowach o gadkach, na rozmowach o dyskusjach, czyli na rozmowach o rozmowach (!!!)... a mówiąc po ludzku, na ciągłym gderaniu, popychaniu plot (plotkowaniu), na pogawędkach przy kawce i herbatce. Tak właśnie widzę pracę związkowca – na garbie pracowników (których praw niby chroni) siedzi w ciepłym biurze (patrząc z wyższością na roboli, którzy „zapierniczają z łopatą”), szarpiąc wypłatę od pracodawcy, nie wnosząc w tym żadnej nowej jakości, ni to technicznej, ni ideowej, a do tego jeszcze spija śmietankę z doppio albo latte sponsorowanej przez fundusz reprezentacyjny firmy. ------- P.S. Swoją drogą, w owej Komisji Trójstronnej udział biorą m.in. przedstawiciele Pracodawców RP. Dla przypomnienia powiem Państwu, że to ta sama organizacja, którą zarządzają ludzie powiązani z polityką (m.in. prowadzący ją Andrzej Malinowski, ex-PSL-owiec), a która na początku obecnego roku uhonorowała ZUS nagrodą „Wektory 2012” za „przysłużenie się gospodarce i wyznaczenie kierunków mogących być wzorem dla innych”. Oleg Siewierny Foto.: logistyka-blog.pl

„Przyszła baba z SANEPIDu…”

To nie dowcip. To nie żart. To żadna prześmiewcza historia, mimo iż zaczyna się od słynnego „przyszła baba...”. Historia, którą Wam opiszę, jest jak najbardziej prawdziwa i obnaża zgnicie takiej służby, jak SANEPID. Czyli de facto służba, która ze „zgnilizną” (w przenośni i dosłownie) powinna walczyć.
Zbliżają się święta. Co za różnica – Wielkanocne czy Boże Narodzenie – tu i tu jest tak samo. Zbliżają się święta i przychodzi baba z SANEPIDu. Oj, proszę o wybaczenie, nie „baba” tylko „pani”. Chociaż, co będziemy sobie żałować, niech będzie „baba”... Zacznijmy jeszcze raz. Przychodzi baba z SANEPIDu, tuż przed świętami, do rzeźni. W rzeźni jak to w rzeźni... jest po prostu niezła rzeźnia, czyli nie wszystko idealnie gra, choćby z tego względu, że czasem trudno spełnić wygórowane wymagania UE, jeśli chodzi o obiekty tego typu (a żeby było śmieszniej to rzecz tyczy się z wolna podupadającej rzeźni/firmy państwowej...). Oczywiście nigdy żaden klient nie skarżył się, że produkty z rzeczonej rzeźni są złe, niesmaczne, niezdrowe, szkodliwe, a wręcz przeciwnie – mięso ich produkcji zawsze cieszyło się powodzeniem (mieli świetnego rzeźnika!). Sam niejednokrotnie zajadałem się kabanosami (istne delicje!) i kiełbasami (mniam!) ze wspomnianej rzeźni. Jednak baba z SANEPIDu ma się do czego przyczepić w związku z czym trzeba ją przekupić. W jaki sposób? Sprawa prosta – zbliżają się święta, więc baba z SANEPIDu na pewno ucieszy się, jak dostanie wałówę, znaczy się solidny kawał szynki, kilka kilogramów kiełbasy i kabanosów, do tego boczek, karkówka i schab. I tak co większe kościelne święta sytuacja się powtarza – za pasem Wielkanoc czy Boże Narodzenie – baba z SANEPIDu się pojawia (a cała reszta roku? Na pewno strzeże sanitarnego bezpieczeństwa kraju w innych aspektach naszego życia...). Teraz odpowiedzcie mi na pytanie, kto większy grzech popełnia: - rzeźnik, który nie ma szans (ze względów finansowych) na spełnienie wymogów UE, więc wybiera tańszą opcję inwestycji – finansuje babę z SANEPIDu, aby tylko przymknęła oko na wszelkie „niezgodności”; - baba z SANEPIDu, która co roku świadomie przychodzi w tym samym przedświątecznym okresie na kontrolę do dobrej rzeźni, wiedząc, że dostanie „łapówkę”, wręcz już jej oczekując? I tak oto instytucja odpowiedzialna za bezpieczeństwo sanitarne państwa samo gnije od środka... Oleg Siewierny

Za co Polacy kochają UE?

Cała Europa, jak długa i szeroka, zapada się w narastającym eurosceptycyzmie. Cała? Nie, przecież jest jeszcze Zielona Wyspa, która do Unii Europejskiej uśmiecha się i nieustannie puszcza jej oczko. Tak, Polacy to euroentuzjaści, chyba najwięksi na całym Starym Kontynencie. Skąd to się bierze? Dlaczego tak jest? Za co Polacy kochają UE?
Kiedy za czasów PRL-u Ojczyzna nasza była pod zarządami sowieckiego okupanta, rynek był centralnie kierowany, gospodarka się sypała, społeczeństwo było wyzyskiwane i tumanione komunistyczną propagandą, ludzie uciekali z kraju w poszukiwaniu chleba i wolności. W kraju było źle. Dlatego uciekali za ocean - ich nowym domem była „Ameryka”. „Ameryka” czyli Stany Zjednoczone. Minęło kilkadziesiąt lat, a w kraju zmieniło się niewiele. Bezrobocie straszy, gospodarka stoi, a więc ludzie stąd ciągle uciekają. Skąd więc optymizm? Bo zmniejszyło się bezrobocie. Skoro zmniejszyło się bezrobocie to chyba jednak w kraju coś się zmieniło? Nic się nie zmieniło, spójrzcie na statystyki, które są bezlitosne: - w maju 2004 roku (czyli w miesiącu, w którym Polska przystąpiła do UE) było w naszym kraju 3,2 mln bezrobotnych, co stanowiło 19,3% siły roboczej. - we wrześniu 2008 (kiedy bezrobocie w Polsce było rekordowo niskie) bezrobotnych było 1,12 mln ludzi, co w przełożeniu na wskaźnik procentowy wynosiło ledwie 6,8%. Czyli jednak gospodarka ruszyła po wejściu Polski do UE? Nie, przecież wszyscy pamiętamy, że tak naprawdę ruszyła emigracja zarobkowa. Pomiędzy 2004 a 2008 rokiem zgodnie z oficjalnymi statystykami liczba Polaków pracujących w Niemczech wzrosła z 200 do niemal 500 tysięcy. W ciągu 4 lat do Niemiec wyjechało (oficjalnie) 300 tysięcy Polaków. A przecież Niemcy to nie główny kierunek emigracji zarobkowej naszych rodaków – przecież ogromną popularnością cieszą się: Wielka Brytania i Irlandia. Jak podają niektóre źródła, we wspomnianym przeze mnie okresie z Polski wyemigrowało około 2,2 – 2,4 mln obywateli. Teraz rzućcie okiem na to, ilu bezrobotnych było w Polsce w 2004, a ilu w 2008 roku. Bezrobocie „spadło” z 3,2 mln do 1,12 mln. Czyli zmniejszyło się mniej więcej o wartość polskiej emigracji w tych latach. A z tego można wywnioskować, że w Polsce nic się nie zmieniło (gospodarka nadal stoi i gnije), poza tym, że ubyło nam obywateli. Nic nie zmieniła więc tutaj UE, wcale w Polsce się nie poprawiło. Ba, wręcz przeciwnie, jeśli od wspomnianych 3,2 mln bezrobotnych odejmiemy uśrednione 2,3 mln emigracji, to wyjdzie nam 0,9 mln bezrobotnych. Tymczasem było ich 1,12 mln, a więc... bezrobocie faktycznie wzrosło o około 200 tysięcy!!! Za co więc Polacy kochają UE? Za to, że otworzyła im drzwi i pozwoliła ewakuować się z nieustannie tonącej Zielonej Wyspy. Za to, że Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy stały się ich nowym domem. Tak jak dawniej USA. Bo w samej Polsce UE nic nie zmieniła. Nie mogła zmienić. Przy przegniłych, skorumpowanych i bezideowych elitach politycznych nie da się nic zrobić. Zresztą jak UE mogłaby coś zmienić, skoro jej elity polityczne są na podobnym poziomie co nasze? Gdyby polskie elity polityczne były zmyślne, pomysłowe, żądne sukcesu Polski – Rzeczpospolita nie musiałaby wchodzić do UE. Poradziłaby sobie bez niej. Znacznie lepiej! Oleg Siewierny Foto.: Jan Bodakowski