Category Archives: Kultura wina

Inwestycje alternatywne, czyli alkohol w cenie

Inwestycje kojarzą się przede wszystkim z inwestowaniem na giełdzie, inwestowaniem w fundusze, czy w różnego rodzaju biznes. Jednak istnieją też alternatywne sposoby inwestycji w różnego rodzaju wartościowe aktywa rzeczowe. Jednym z nich jest inwestowanie w alkohol. Jest to przede wszystkim alkohol lepszej jakości, z „wyższej półki” oraz alkohol markowy i kolekcjonerski. Dużym powodzeniem w tym względzie cieszą się zwłaszcza takie alkohole, jak wina, koniak, czy też whisky. Konieczna jest jednak znajomość rynku oraz posiadanie nabywców, aby móc z inwestycji odnosić zyski. Warto, zwłaszcza jeśli jest się początkującym, poszukać dobrego doradztwa.

Polskim winiarzom ma być łatwiej. Ale czy to w ogóle możliwe?

To, co dzieje się z polskim winiarstwem bardzo dobitnie pokazuje, jak olbrzymia jest ingerencja biurokracji w działalność biznesową. Winiarze ogłosili właśnie, że rząd łagodzi przepisy dotyczące wyrobu i sprzedaży wina w Polsce.
Portal farmer.pl obwieszcza: "Winiarzom będzie łatwiej". Być może. Znaczy to, że do tej pory było trudno. Nie należy w to wątpić, jeśli przeczyta się notkę z portalu. Oto ona: "Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich, obrocie tymi wyrobami i organizacji rynku wina, przedłożony przez ministra rolnictwa i rozwoju wsi. Projektowana nowelizacja: - umożliwia producentom win owocowych markowych, cydru (napój winiarski z jabłek), perry (napój winiarski z gruszek) i miodów pitnych markowych uzyskanych z surowców z własnego gospodarstwa zlecanie rozlewu wyrobionych wyrobów innym przedsiębiorcom; - wdraża przepisy Unii Europejskiej, które określają dokumenty towarzyszące transportowi wyrobów winiarskich objętych wspólną organizacją rynków rolnych (zmiana dotyczy przewozu wyrobów wyprodukowanych przez podmioty zwolnione z obowiązku posiadania składu podatkowego; w tym przypadku podatek akcyzowy jest zapłacony przez producenta przed dokonaniem wysyłki; wówczas, zgodnie z prawem Unii Europejskiej można stosować uproszczone dokumenty towarzyszące); - zmniejsza zakres informacji podawanych we wniosku o przeprowadzenie certyfikacji wina (zgodnie z przepisami UE taka certyfikacja jest wymagana w przypadku, gdy na etykiecie wina, które nie jest winem regionalnym, producent chce podać rocznik i odmianę winorośli); - zmniejsza zakres kontroli prowadzonej w ramach certyfikacji wina (kontrola zostanie ograniczona do oceny sposobu wyrobu i rozlewu, opakowania, oznakowania oraz warunków przechowywania certyfikowanego wina oraz weryfikacji dokumentów, których obowiązek sporządzania wynika z przepisów UE); - wydłuża termin składania wniosku o wpis do ewidencji producentów i przedsiębiorców wyrabiających wino z winogron pozyskanych z upraw winorośli położonych w Polsce - z 30 czerwca na 15 lipca (zmianę tę wprowadzono w wyniku uwag zgłoszonych podczas konsultacji społecznych); - określa tryb uzyskania przez przedsiębiorcę ponownego wpisu do rejestru przedsiębiorców wykonujących działalność dotyczącą wyrobu lub rozlewu wyrobów winiarskich (dotyczy to przypadku wydania decyzji zakazującej wykonywania działalności gospodarczej w zakresie wyrobu lub rozlewu wyrobów winiarskich, w konsekwencji uprzedniego cofnięcia składu podatkowego przez naczelnika urzędu celnego; obecnie przedsiębiorca nie ma możliwości uzyskania ponownego wpisu, gdyż ww. decyzja jest bezterminowa; zmiana ta zapewni jednakowe zasady traktowania przedsiębiorców, którym zakazano prowadzenia działalności gospodarczej, dotyczącej wyrobu lub rozlewu wyrobów winiarskich, niezależnie od tego, czy decyzję taką wydano w przypadkach określonych w ustawie z 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej, czy ustawie z 6 grudnia 2008 r. o podatku akcyzowym); - doprecyzowuje przepisy wdrażające przepisy unijne dotyczące obowiązków statystycznych nakładanych na podmioty uczestniczące w produkcji i handlu winem". Tyle farmer.pl. Co do mnie to, czytając tę notkę, powątpiewam czy aby na pewno polskim winiarzom będzie łatwiej zważywszy na rozmiar ingerencji urzędników w proces produkcji napojów umilających nam życie. Bardzo wątpię. Przykład polskiej branży winiarskiej pokazuje, jak potwornie państwo osaczyło przedsiębiorczość i jak bardzo stara się ono utrudniać ludziom normalne życie. Trudno się zatem dziwić, że wina europejskie powoli wypierane są przez produkty z tzw. Nowego Świata, czyli z USA, Chile, RPA, Argentyny, Australii czy Nowej Zelandii (wkrótce pewnie będą to również Chiny). Tam rządy w produkcję wina aż tak bardzo się nie wtrącają, co ma również przełożenie na ceny. Tymczasem naprawdę chciałbym się napić dobrego polskiego wina za przyzwoitą cenę. Póki co raczę się najnowszą, nowoświatową ofertą win z portugalskiej Biedronki. A naprawdę jest w czym wybierać i to za ludzkie pieniądze... Paweł Sztąberek

Polskie wino czeka na normalne czasy

Dlaczego wciąż trudno spotkać w sklepach polskie wina? Nie jest to, jak można by sądzić, jedynie kwestia warunków klimatycznych. Polskie prawo jest tak restrykcyjne, że niemalże uniemożliwia prowadzenie legalnej działalności w tej branży. Polski Instytut Winorośli i Wina szacuje, że w naszym kraju jest nawet 100 tys. hektarów ziemi, na których  można by założyć winnicę a co za tym idzie dać zatrudnienie tysiącom osób. Mimo że w Polsce funkcjonuje aż 500 winnic, to tych sprzedających legalnie wino jest zaledwie garstka. Pozostałe produkują trunek na własne potrzeby lub zasilają szarą strefę.
Marek Jarosz z PIWW w wypowiedzi dla "Dziennika Gazety Prawnej" twierdzi, że obecnie obowiązujące przepisy sprzyjają wielkim koncernom, natomiast małe winnice praktycznie nie mają możliwości produkowania wina na sprzedaż. Przyczyną jednak nie jest wysokość akcyzy (1zł. za butelkę), a skomplikowane procedury administracyjne. Ministerstwo Finansów twierdzi tymczasem, że pewne ustępstwa zostały już poczynione. W ustawie o podatku akcyzowym, która weszła w życie 12 maja 2011 roku, w artykule dotyczącym wyrobu i rozlewu wyrobów winiarskich, obrocie tymi wyrobami i organizacji rynku wina jest zapis, który mówi, że ci, którzy rocznie produkują mniej niż 1000 hektolitrów wina z własnych upraw nie są zobowiązani prowadzić działalności w składzie podatkowym. Winiarze twierdzą, że to ustępstwo nic tak naprawdę nie zmienia, ponieważ podlegają szczególnemu nadzorowi podatkowemu zwanemu kontrolą akcyzową. W ramach tego nadzoru służby celne posiadają bardzo szerokie uprawnienia pozwalające im ingerować w działalność przedsiębiorców, np. mogą robić niezapowiedziane kontrole, mają wgląd we wszystkie operacje a nawet mogą nakazać wstrzymanie czynności. Ministerstwo Finansów jest niechętne wszelkiej liberalizacji przepisów zwłaszcza dla branży alkoholowej. Jak to wygląda w praktyce? Przykładowo, chcę zebrać winogrona, więc trzy dni wcześniej powiadamiam o tym urząd celny. O wyznaczonym czasie w moim gospodarstwie zjawia się funkcjonariusz celny, żeby nadzorować zbiór. Jednak tego dnia zaczyna padać deszcz, który uniemożliwia zbiór. Następnego dnia, choćby świeciło słońce, nie mogę rozpocząć prac, ponieważ muszę ponownie zawiadomić o tym urząd celny z trzydniowym wyprzedzeniem – opisuje Marek Jarosz. Co więcej okazuje się, że nawet sposób przenoszenia pojemników z winem z jednego pomieszczenia do drugiego również interesuje służby celne i należy je o tym informować. ISz

Polskie wino w kleszczach biurokracji

Wielu miłośników wina w Polsce z niecierpliwością czeka na coraz lepsze miejscowe trunki. Póki co są one dość drogie i trudne do kupienia. Jednak cena to nie tylko koszt pracy w winnicy. To także przeróżne haracze, jakie producent wina musi zabulić na biurokrację. O problemach raczkującego polskiego winiarstwa pisano już wiele. Miało być łatwiej, szybciej, no i taniej. Praktyka pokazuje jednak, że robi się coraz gorzej. Okazuje się, że aby polski winiarz mógł w ogóle przystąpić do winobrania - a ono zbliża się coraz szybszymi krokami - musi opłacić całą masę urzędników. Istnieje sobie taka instytucja, która nazywa się  Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Na dzień dobry, tzn. żeby producent mógł na etykiecie zawrzeć nazwę szczepu winogron, z którego ma być wyprodukowane wino, zabulić musi urzędowi kilka tysięcy złotych. Dla niektórych winiarzy to koszt rzędu 2300 zł, a dla innych np. 4 tysiące zł. Jednak jeśli się nie zapłaci, nie otrzyma się stosownego certyfikatu.
Ja to ma w praktyce wyglądać. Na swoim blogu, Wojciech Bońkowski, dziennikarz zajmując się popularyzacją kultury wina, tłumaczy: "Nasi genialni urzędnicy wymyślili sobie, że zgodność tej deklaracji z rzeczywistością będzie naocznie sprawdzał inspektor IJHARS, który następnie wyda odpowiedni certyfikat. Sęk w tym, że trzeba za to… zapłacić. I to nie tylko 202 zł za jeden papierek, ale również 168 zł za dzień pracy urzędnika i jeszcze dodatek od każdego kilometra za dojazd" (zobacz cennik). Sprawę komplikuje dodatkowo fakt, że winobranie to nie praca na jeden dzień. W innym czasie dojrzewają winogrona białe a w innym czerwone. "Jeśli uprawiasz więcej niż pół hektara i do pomocy masz tylko rodzinę (a takie mamy gospodarstwa), zbiór i tak się przeciągnie na parę dni. No to teraz płać 168 zł + dojazd za każdy dzień. Inspektorzy są do dyspozycji (jeśli ich odpowiednio wcześnie zarezerwujesz)." - zauważa z ironią Bońkowski. Niektórzy producenci bronią się przed kontrolą w ten sposób, że nie zamieszczają właściwych nazw szczepów, lecz uprawiają słowne łamańce, tak by nazwa jak najbardziej kojarzyła się ze szczepem. Jednak w sprzedaży może  się to okazać nie najlepszym rozwiązaniem. Bońkowski pisze dalej: "Przede wszystkim jednak kontrola jest jedną wielką fikcją, gdyż inspektorzy nie mają żadnych kompetencji do rozpoznawania, jakie szczepy winorośli występują w winnicy. To jest bowiem specjalistyczna wiedza, która sprawia trudności nawet doświadczonym enologom z kilkunastoletnim stażem. Szczepy poznaje się – tak jak drzewa – po liściach, ale liście jak to liście: każdy jest inny, jedne są niepełne, inne zmutowane i margines błędu jest bardzo duży. Zdarza się on nawet w szkółce, która krzewy sprzedaje: na porządku dziennym jest otrzymanie w paczce Merlota zamiast zamówionego Sauvignon. Do tego trudnego problemu inspektorzy IJHARS podchodzą uzbrojeni w… wydruki zdjęć liści z komputera. To tak, jakby konkurs konia wierzchowego na olimpiadzie oceniać na podstawie portretu rumaka z IKEA. Pomijam już fakt, że po wyjeździe inspektorów winiarz może pod osłoną nocy zamienić bańkę Chardonnay z kadzią Rieslinga i żaden inspektorat się nie zorientuje." I słusznie dodaje: "Cały ten biurokratyczny bzdet nie jest niczym innym, jak sposobem na wyssanie dodatkowej kasy od winiarzy, którzy i tak już przechodzą kilkadziesiąt innych kontroli i muszą ubiegać o kilkanaście certyfikatów. Oczywiście wszystko dzieje się w majestacie prawa. Wyciąganie kasy usankcjonowała ustawa „o wyrobie i rozlewie wyrobów winiarskich” z 2011 r.". Okazuje się, że np. w bardzo skrupulatnej Austrii winiarz deklaruje co zasadził, jak wielkie miał zbiory i ile butelek napełnił winem. To w zupełności wystarczy. Pytany przez Bońkowskiego austriacki producent twierdzi, że od 10 lat nie miał w winnicy żadnej kontroli. Przypominam sobie wykład prof. Jana Kłosa z KUL, który 2 lata temu podczas konferencji na temat wolnego społeczeństwa w Krakowie mówił, że jeśli ktoś produkuje nalewkę i chciałby ją wprowadzić na rynek, musi przejść najpierw przez 6 ministerstw. Wystarczy, że na jednym się wyłoży i nic z tego. Miało być tanie państwo, mniej biurokracji, więcej wolności gospodarczej, a mamy coraz droższego paligłupa, palstikowego i wcale nietaniego Tuska z cała ferajną, cyborga Pawlaka (cyborgi dużo kosztują) i kukiełkowatego Bronka z całą swoją świtą. Kazik śpiewał kiedyś "Urzędnik jednak wie lepiej!" W naszej rzeczywistości to święte słowa... Paweł Sztąberek

Walka Kościoła z alkoholizmem

Z lekkim niedowierzaniem słuchałem niedzielnego kazania z 31.07.2011 r. W związku z rozpoczynającym się miesiącem sierpniem biskupi polscy tradycyjnie zaapelowali do wiernych o powstrzymanie się od spożywania alkoholu. Kościół słusznie zwrócił uwagę na wielką tragedię ludzi dotkniętych problemem alkoholizmu. Jest to niewątpliwie wielki problem, z którym należy walczyć. Problem w tym, że polscy hierarchowie postanowili walczyć z alkoholizmem także przy pomocy instytucji państwa.
Biskupi zgromadzeni na Konferencji Episkopatu Polski uznali, że rządzący także powinni dbać o trzeźwość Polaków. Zdaniem polskich biskupów zarówno samorządy, jak i władza centralna są odpowiedzialne za kształtowanie właściwych postaw. Polski Episkopat krytykuje rządzących za to, że z jednej strony chce zapewnić spokój na stadionach, a później zastanawia się nad wprowadzania alkoholu na stadiony. Dostało się także samorządowcom, którzy zgadzają się na zwiększenie liczby punktów sprzedaży alkoholu i to w pobliżu takich miejsc, jak kościoły, czy szkoły. Biskupi polscy stawiają sprawę jasno: „Trzeba zakazać, a przynajmniej znacząco ograniczyć reklamę oraz inne formy promocji alkoholu. Trzeba zakazać handlu alkoholem na stacjach paliw oraz w nocy. Ograniczenie fizycznej i ekonomicznej dostępności alkoholu to jedno z najskuteczniejszych narzędzi profilaktycznych prowadzących do zmniejszenia spożycia. Z tego narzędzia korzysta wiele wysokorozwiniętych państw. Nie jest to polityka represji, ale polityka odpowiedzialności”. Ciekawe co o tym myślą producenci alkoholu? Czy podporządkują się postulatom Episkopatu Polski? Jeśli tak się stanie, z pewnością na tym stracą, więc raczej mało prawdopodobne, by doszło tutaj do jakiejś ugody. Obawiam się jednak, że nasi hierarchowie kościelni naiwnie wierzą w to, że jeśli ograniczy się ilość reklam promujących alkohol, to rozwiąże się problem szeroko rozumianego alkoholizmu. Rzucanie kłody pod nogi producentów alkoholu nie zlikwiduje samego problemu, a z pewnością pogorszy sytuację ekonomiczną. Jednak zagorzały katolik odpowiedziałby, że życie ludzkie jest ważniejsze od ekonomii i w związku z tym najlepiej jest „tępić” podłych producentów piwa czy wina. Niestety to jest droga donikąd. W ten sposób nie rozwiąże się problemu alkoholizmu. Nie zamierzam tutaj w żaden sposób pomniejszać tego poważnego problemu, który niszczy, a niekiedy zabija wielu ambitnych ludzi. Uważam jednak, że do każdej osoby, która nadużywa alkoholu należy podejść indywidualnie. Na szczęście także w tym kierunku podąża Kościół. W dużych parafiach istnieją bowiem różnego rodzaju grupy, które zajmują się tym poważnym problemem. W ten sposób z czasem można uratować wielu uzależnionych ludzi i nie są do tego potrzebne żadne przepisy prawne, ustanowione przez władze lokalne i centralne. Okres wakacyjny sprzyja spożywaniu napojów alkoholowych. Dlatego nie należy lekceważyć alkoholizmu, ale nie należy także popadać w skrajności i uważać tych napojów za coś złego. Po prostu należy pić z umiarem. Mateusz Teska Foto. PSz/Prokapitalizm.pl

Książka PROKAPA na lato – poleca Paweł Sztąberek

Polityką można się w końcu znudzić, a już na pewno od czasu do czasu dobrze jest od niej odpocząć. Zamiast słuchać na okrągło o przekrętach Bronka, Donka, Rycha, Zdzicha i innych drapichrustów, zająłem się innym przekrętem. „Wytrawny przekręt”, bo taki tytuł nosi lekki kryminał Petera Mayle'a (Wyd. Prószyński i S-ka). Powinien on zainteresować przynajmniej winiarską, niemałą – jak się domyślam – frakcję Czytelników naszego portalu :)

wytrawny_przekretW skrócie: amerykański milioner z Los Angeles zostaje okradziony z całej kolekcji swoich cennych win francuskich. Są wśród nich najznamienitsze Bordeaux, osiągające niebotyczne ceny. Ofiara kradzieży szacuje straty na kilka milionów. Firma ubezpieczeniowa, która obsługiwała owego milionera wynajmuje prywatnego detektywa, którego nos zaprowadza najpierw do Paryża i Bordeaux, gdzie wpada on na trop najbogatszego człowieka w tym kraju, który mógłby okazać się potencjalnym złodziejem. Podróż kończy się ostatecznie w Marsylii, gdzie milioner mieszka na stałe. Zanim zagadka zostanie rozwiązana bohaterowie przeżywają różne perypetie, by wreszcie w finale, gdy po nitce do kłębka odkrywają tajemnicę tytułowego przekrętu, sami dopuszczają się... Zresztą, nie będę zdradzał finału.

Wyprawa do krainy porto

Wróciłem niedawno z kolejnej enoturystycznej wyprawy, tym razem do Portugalii. Wyjazd był niezmiernie ciekawy i polecam ten kierunek wszystkim turystom miłośnikom wina.

Polskie wino i biurokracja

W "Naszym Dzienniku" czytamy o problemach polskich winiarzy osaczonych przez biurokrację... "W polskich winnicach trwają żniwa. Upalne lato sprawiło, że choć zbiory będą mniej obfite niż w ubiegłym roku, to właścicielom winnic będzie je w pewnym stopniu rekompensowała bardzo wysoka jakość winnych kiści. Ale nadal największym zmartwieniem plantatorów pozostają skomplikowane przepisy podatkowe, które hamują rozwój tej branży. Lepszej aury dla wzrostu winogron rolnicy nie mogli sobie wymarzyć. Ciepłe wakacje i wrzesień sprawiły, że winogrona mają to, co najcenniejsze: są bogate w cukier, a to daje nadzieje na wyprodukowanie wina dobrej jakości. Zawartość cukru w owocach przekłada się bowiem na jakość trunku, która, zdaniem polskich producentów, jest już porównywalna z wieloma europejskimi markami. Tak jest np. w okolicach Jasła na Podkarpaciu, gdzie z roku na rok uprawa winorośli cieszy się coraz większym zainteresowaniem rolników i właścicieli gospodarstw agroturystycznych. Tylko w najbliższych okolicach miasta działa ponad 40 winnic, a wszystko to w ramach programu odradzania przedwojennego winiarstwa na Podkarpaciu. Winiarze cieszą się z jakości tegorocznych owoców. - Wrzesień 2008 roku był mokry, a to nie sprzyjało zawartości cukru w owocach. Teraz będzie o około 3 proc. wyższa - tłumaczy Roman Myśliwiec, właściciel winnicy "Golesz" z Jasła. Jedynym problemem, który nie pozwala na legalną sprzedaż wina i spodziewane zyski, jest brak "życiowych" przepisów. Biurokracja sprawia, że dotychczas tylko jeden spośród około stu podkarpackich winiarzy zrzeszonych w Stowarzyszeniu Winiarzy Podkarpacia sprostał wymaganiom i wino z jego winnicy już niebawem będzie dostępne w sklepach. Pozostałym w rejestracji winnic stanęły na drodze absurdalne przepisy. Okazuje się bowiem, że wysokość piwnicy, gdzie składowane jest wino, musi mieć minimum 2,8 metra. Ponadto zgodnie z obowiązującą ustawą o podatku akcyzowym produkcja wina, nawet w małych winnicach, musi być prowadzona w składach celnych, w trybie tzw. szczegółowego nadzoru podatkowego. Zgodnie z tym każda butelka wina przeznaczona do sprzedaży musi przejść przez ręce urzędników skarbowych. Tymczasem winiarzy nie stać na prowadzenie składów. To wszystko sprawia, że ich praca (podobnie jak ma to miejsce w większości państw Europy i świata) zamiast przynosić im zyski i satysfakcję, zmienia się w biurokratyczny, póki co niemożliwy do ominięcia, koszmar. Tego typu kłopotów nie mają winiarze ze Słowacji czy słynącego z winnic regionu Tokaj na Węgrzech, jak również z Gruzji. W Polsce profesjonalną produkcją wina zajmuje się około dwóch tysięcy rolników, a na samym Podkarpaciu jest ich około setki. Nasz kraj to jedno z niewielu państw, które produkuje wciąż niewiele win z własnych winorośli i we własnych zakładach. Tymczasem zamiast eksportować dobre wino, sprowadzamy je z krajów, gdzie przepisy i procedury nie są tak zbiurokratyzowane i gdzie wysokość piwnic czy pojemność zbiorników nie są najważniejsze. Za to liczy się smak i marka win." Mariusz Kamieniecki Źródło: www.naszdziennik.pl

Nie będzie polskiego wina?

Jak podaje tvp.pl... "Produkcja win w Polsce stoi pod wielkim znakiem zapytania. Właściciele przydomowych winnic narzekają na nową ustawę winiarską, która zamiast legalizować sprzedaż polskiego trunku – hamuje rozwój produkcji. Efekt nowych przepisów jest taki, że z rejestracji winnic rezygnują kolejni ich właściciele. Wszystko przez feralną ich zdaniem ustawę. W ubiegłym roku uchwalono nowe przepisy winiarskie. Najważniejsze zmiany umożliwiają legalną sprzedaż wyprodukowanych w gospodarstwie trunków. Problem w tym, że w praktyce uzyskanie takiego prawa jest wyjątkowo trudne. Zdaniem winiarzy wszystko przez niekończące się kontrole, wydawanie zezwoleń przez wiele instytucji oraz zbyt wysokie koszty. Barbara Płochocka, winnica Płochockich: prowadzić powinniśmy hurtownie. Co jest nie do przejścia przez małych winiarzy. Bo to jest duży budynek odległości odpowiednie trzeba zachować. No i zezwolenie, które kosztuje 4 tysiące złotych. Co przy śladowych ilościach butelek jest bardzo nieopłacalne. Na rezultaty długo nie trzeba było czekać. Wystarczył rok obowiązywania ustawy, żeby właściciele winnic masowo rezygnowali ze sprzedaży wina. Wojciech Bosak, Polski Instytut Winorośli i Wina: w zeszłym roku we wrześniu 35 polskich winnic zarejestrowało oficjalnie komercyjną produkcję wina. Z czego ponad 20 się wyrejestrowało i zrezygnowało z takiej produkcji. Do tej pory tylko dwóm polskim winnicom udało się wyprodukować i legalnie sprzedać trunek w oparciu o nowe przepisy". Radosław Bełkot Źródło: http://ww6.tvp.pl

Wino i wolny rynek

Ponieważ pan Witold Falkowski wywołał na tych łamach temat wina (co prawda tylko jako pretekst do rozważań o przewagach rynku otwartego nad zamkniętym), postanowiłem co nieco napisać o winie w aspekcie wolnego rynku. Oczywiście tylko w zarysie, bo jest to temat-rzeka.
Patrząc na globalny rynek handlu winem, na twarzy każdego wolnorynkowa zagości szeroki uśmiech: konkurencja jest tu niemal doskonała. I to w każdym segmencie rynku. Wprawdzie na samym szczycie są prawie wyłącznie bordoskie i burgundzkie wina klasy gran cru z Francji, których ceny do niebotycznego poziomu podbili rosyjscy i chińscy multimilionerzy-nuworysze, jednak myślę, że niebawem ta sytuacja ulegnie zmianie. Po pierwsze – ich dotychczasowi odbiorcy nie będą mieć czasu na konsumpcję wina (zmagają się z kryzysem), a po drugie – producenci z Bordeaux czy z Burgundii coraz mocniej czują na plecach oddech konkurencji. Na całym świecie powstaje coraz więcej win wybitnych, które od francuskich superwin różnią się w zasadzie wyłącznie ceną. W pozostałych segmentach panuje ostra konkurencja, bowiem dobre i bardzo dobre wino  powstaje dziś pod każdą szerokością geograficzną, a ich dostępność zależy wyłącznie od gustów i operatywności lokalnych sprzedawców. Biorąc pod uwagę, że coraz większy udział w handlu winami ma sprzedaż przez internet, oraz że mało kto nie ma dziś karty kredytowej, nie ma się co dziwić, że nie wychodząc z domu można dzisiaj kupić praktycznie każde wino. Chyba się lekko zagalopowałem, trzeba jeszcze uwzględnić koszt wysyłki, ale wina z niezbyt odległych stron (Europa) jest całkowicie w zasięgu naszych możliwości. wino_01 Nieco inaczej wygląda sytuacja z punktu widzenia producentów wina, którzy w większości państw wcale nie działają w warunkach, jakie zwykle kojarzymy w wolnym rynkiem. Produkcja win podlega bardzo rygorystycznym regulacjom prawnym, zarówno na etapie uprawy winorośli, jak i na etapie wytwarzania wina. Trudno mówić tutaj o wolnym rynku – każdy z producentów podlega ograniczeniom prawnym: jedni mniejszym, inni większym. Teraz pozwolę sobie na bardzo osobistą dygresję. Wyjaśnię, co w winach fascynuje mnie najbardziej. Otóż, wyobraźmy sobie, że są dwie winnice, odległe od siebie, powiedzmy, o dwa kilometry, w których uprawia się ten sam szczep winogron – przyjmijmy, że jest to sauvignon blanc. Załóżmy, że na owe winnice oddziałują te same, a właściwie bardzo zbliżone warunki klimatyczne (opady, temperatura, nasłonecznienie), że zbioru winogron dokonuje się w tym samym mniej więcej czasie, co więcej – poddaje się je winifikacji w podobny sposób (tzn. wedle mniej więcej takich samych zasad) i w podobnych warunkach wina z obu winnic podlegają starzeniu. No i co, jak myślicie, czy oba wina smakują i pachną tak samo? „W życiu!!!”, jak mawialiśmy w dzieciństwie. Każde ma właściwy tylko dla siebie smak i aromat, często różniące się jak dzień od nocy. To w winach właśnie mnie urzeka. Kosztowanie wina, którego nigdy wcześniej nie piłem, jest jak wyprawa w nieznane – za każdym razem doświadczam nowych wrażeń. To się nie może znudzić. Prawię pewnie truizmy, bo w taki sam sposób o winie mówią setki, o ile nie setki tysięcy, ludzi, ale nic na to nie poradzę – tak to czuję i już! Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzią jest magiczne francuskie słowo: terroir. W uproszczeniu termin ten oznacza właściwości terenu, na którym uprawia się winorośl i obejmuje on klimat, ukształtowanie terenu, nasłonecznienie (tzw. właściwa ekspozycja), warunki wodne, skład chemiczny gleby i jej fizyczne właściwości. Już dawno zauważono, że w określonych miejscach wino udaje się lepiej, niż gdzie indziej. Stąd było już blisko, do zawłaszczenia unikalnych własności tych rejonów przez tych, którzy tam uprawiają winorośl i wytwarzają z niej wino. Tak właśnie powstały systemy apelacji. Dawało to wymierne korzyści. Jeżeli był popyt na wino z obszaru X, to ten, kto potrafił udowodnić, że jego wino pochodzi z X, miał przewagę nad tym, kto robił gorsze, a właściwie mniej pożądane przez konsumentów wino w Y. Dlatego systemy określania win przez miejsce pochodzenia stały się pierwowzorem wszystkich innych systemów. Zalicza się do nich powstały w latach 30. francuski system AOC (Appelation d’Origine Contrôlée) czy włoski IGT (Indicatione Geografica Tipica). Z czasem zaczęto regulować przepisami nie tylko zasięg obszaru upraw, ale również określać, jakie odmiany winorośli można uprawiać na danym terytorium. Każdy, kto chciał określać na etykiecie pochodzenie swojego wina, musiał się tym przepisom podporządkować. Z drugiej strony, na straży wyłączności używania tych znaków przez uprawnionych stało państwo ze swoim aparatem przymusu – sankcje dotykały każdego, kto produkując wino np. w Apulii ośmieliłby się pisać na etykiecie, że pochodzi ono z Veneto. Terytoria takie nazywamy zwykle apelacjami kontrolowanego pochodzenia, albo po prostu apelacjami. System taki był wygodny dla winiarzy, bo przekładał się na wyniki finansowe. wino_02 Jednak chyba nie tylko o to chodziło. Determinantą każdego poważnego winiarza jest produkcja wina o niepowtarzalnym smaku i aromacie. Takiego, które wdepcze konkurentów w ziemię i które przyniesie łatwo odczuwalne po ciężarze portfela profity. Dobre wina dobrze się sprzedają, to chyba oczywiste. Jednak wymaga to ogromu zaangażowania, wysiłku, wiedzy i doświadczenia, a najczęściej po prostu miłości do wina. Wiedza taka była gromadzona przez pokolenia, przekazywana z ojca na syna (córkę także). Naśladowanie postępowania rodziców w winnicy owocowało nabyciem doświadczeń nieosiągalnych w inny sposób. Szybko dostrzeżono, że prawdziwa jest ludowa mądrość „w jedności siła”, dlatego już od dawna winiarze bardzo często współdziałali z potencjalnymi konkurentami, bo dostrzegli, że im się opłaca. Wyrazem tej filozofii były wyżej wspomniane systemy apelacji. Najczęściej sami winiarze inicjowali prace legislacyjne w tym zakresie. Ostatnie dwieście lat przyniosło doświadczenia wręcz bezcenne. Najpierw plagi filoksery i mączniaka w XIX wieku prawie wyniszczyły europejskie winnice. W wieku XX rozwój agrotechniki upraw o mało co nie sprowadził wina do poziomu zwykłego bimbru – okazało się bowiem, że wzrost wydajności winogron z hektara upraw nie idzie w parze z jakością wyprodukowanego z niej wina. To chyba przesądziło o karierze systemów kontroli jakości, które świetnie uzupełniły systemy kontroli miejsca pochodzenia. W efekcie we współczesnej Europie mało gdzie nie stosuje się ograniczania wielkości zbiorów z hektara – najczęściej poprzez odpowiednią gęstość nasadzeń krzewów, a w okresie wegetacji – poprzez tzw. „zielone żniwa”, czyli po prostu przecinkę kiści winogron: na krzaku pozostają i dojrzewają tylko grona najlepsze. Poznany kiedyś Włoch, członek znanej winiarskiej familii mówił, że są trzy sekrety produkcji dobrego wina: „Po pierwsze – dobre winogrona, po drugie – dobre winogrona, po trzecie – dobre winogrona”. Proces winifikacji też ma znaczenie, ale przede wszystkim liczy się jakość surowca. Nie do końca robi się to jednak spontanicznie. Podział terytorium kraju na regiony, a tych na apelacje, spowodował, że w każdej z nich istnieją bardzo rygorystyczne przepisy prawne precyzyjnie określające maksymalną lub minimalną powierzchnię działek przeznaczonych pod uprawę, maksymalną gęstość nasadzeń krzewów, maksymalną wydajność winogron z hektara, a często nawet sposób winifikacji, zwłaszcza minimalną długość okresu dojrzewania wina w beczce. Świetnym przykładem jest włoski system DOC/DOCQ, czy system francuski. Jeśli ktoś chce produkować w Italii wino, które będzie mógł oznaczać jako Chianti Classico DOCG, to po pierwsze – musi nabyć grunt w granicach regionu winiarskiego Chianti Classico (apelacji Chianti Classico) w Toskanii w jednym z siedmiu okręgów, którym przyznano status DOCG (Denominazione di Origine Controlata e Garantia), musi odpowiednią jego część obsadzić odpowiednią ilością krzewów odmiany sangiovese, zbierze winogrona w ilości nie większej niż pozwalają na to przepisy apelacji Chianti Classico i wytłoczy z nich sok, z którego zrobi wino, które, po jedenastu miesiącach dojrzewania w beczce i pewien okres czasu, wedle uznania winiarza (nie za długi, bo to kosztuje) w butelkach, będzie mogło dopiero trafić do hurtowników. No i jeszcze drobiazg: przez kilka pierwszych lat swojej działalności jego wina będą klasyfikowane jako wina stołowe. Jeżeli przez kilka lat będzie utrzymywał wysoki poziom swoich win, to w końcu komisja zezwoli mu na umieszczenie na etykiecie dumnego znaku Chianti – czarnego koguta oraz oznaczenia DOCG. wino_03 Analizując historię powstania systemów apelacji kontroli pochodzenia i kontroli jakości, bez trudu dostrzeżemy dwie kwestie, które legły u ich podstaw. Po pierwsze – ekonomia. Gołym okiem widać, że beneficjenci systemów, to jest winnice, które znajdują się na terenach apelacji i stosują się do regulujących je przepisów prawa winiarskiego, mają zapewnione wyższe ceny swoich produktów. Automatycznie mają więcej pieniędzy na inwestycje, a konkurencja zostaje w tyle. System taki ma również wady: prowadzi do gigantycznego wzrostu cen gruntów (w regionie Montalcino w Toskanii ceny za hektar rozpoczynają się od 2-3 mln euro) i wzrostu cen win. Wina stają się nieosiągalne dla ludzi, którzy mają więcej dobrego smaku, niż pieniędzy. Ogranicza to rozwój całej branży i wystawia ją na atak konkurencji z zewnątrz. Po drugie – jakość win. Nie da się ukryć, że rygorystyczne przepisy wymuszają dobrą jakość win. Wystarczy choćby porównać chianti obecnie produkowane w Toskanii, z chianti sprzed dwudziestu lat – tanią, cienką masówką pakowaną w plecione koszyczki. Ponadto systemy apelacji stają się zbyt ciasne dla wielu winiarzy. Obowiązek wytwarzania win ze ściśle określonych szczepów, z góry określony poziom zawartości alkoholu w winie czy narzucony czas dojrzewania wina powodują, że co rusz ktoś buntuje się przeciwko takim ograniczeniom. Słynne supertoscany to nic innego jak wyraz takiego buntu. Są to wyśmienite wina, nie ustępujące w niczym najlepszym winom produkowanym w ramach systemu apelacji, a formalnie klasyfikuje się je jako zwykłe wina stołowe. Tak jest w Europie. Nowy Świat cieszy się większą swobodą. Systemy apelacji kontroli pochodzenia i jakości występują tam zwykle w formie zalążkowej, a mimo to i tam robi się wina wybitne, zwłaszcza w krainie kangurów. Jednak co rusz pojawiają się tam oddolne inicjatywy zmierzające w kierunku wypracowanym przez nasz kontynent. Póki co winiarze w obu Amerykach i Australii mogą cieszyć się swobodą, o jakiej w Europie można tylko pomarzyć. Na koniec - jako zadeklarowany wolnorynkowiec stoję przed wielkim dylematem. Z jednej strony widzę, jak winiarskie przepisy krępują ludzkie działanie i deformują rynek, który bez nich poradził by sobie doskonale. Z drugiej strony obawiam się, że np. bez przymusu ograniczania wielkości zbiorów, zamiast kieliszka wspaniałego burgunda sączyłbym pewnie teraz jakiś wyrób winopodobny, bez cudownej głogi aromatu i o płaskim smaku. Czy można w tym przypadku znaleźć złoty środek? Sławomir Kowalczyk

Wino i ekonomia

Wino służy oczywiście do picia i nie trzeba być ekonomistą, żeby o tym wiedzieć. Jednak wino może być też bohaterem traktatu ekonomicznego. Sławny ekonomista David Ricardo posłużył się przykładem wina w wyjaśnieniu prawa kosztów komparatywnych, którego był autorem.
Ricardo poddał krytycznej analizie pogląd, zgodnie z którym bogaci się ten, kto więcej sprzedaje, niż kupuje. Był to pogląd merkantylistów, którzy sądzili, że handel z innymi krajami jest korzystny tylko wtedy, kiedy osiąga się dodatni bilans handlowy. Eksport powinien być większy niż import, bo dzięki temu w kraju przybywa złota, które w pojęciu merkantylistów jest synonimem bogactwa. W klasycznym przykładzie Ricarda bohaterami są wino i sukno, a krajami produkującymi te towary – Portugalia i Anglia. Pozwolę sobie przenieść miejsce akcji na rodzimy grunt, a sukno zastąpić innym napojem alkoholowym. Z kolei pracochłonność wytworzenia produktów (o której pisał Ricardo) wyrażę w abstrakcyjnej jednostce pieniężnej – talarach. Załóżmy, że w Polsce koszt wyprodukowania butelki wina wynosi 1 talar,  a koszt wytworzenia butelki wódki 2 talary. Tymczasem w sąsiedniej Litwie koszt wyprodukowania butelki wina i butelki wódki jest jednakowy i wynosi 4 talary. Co się bardziej opłaci Polakom: produkować wino, eksportować je na Litwę i kupować od Litwinów wódkę, czy produkować wino i wódkę, nie zawracając sobie głowy wymianą handlową z Litwą? Policzmy: Załóżmy, że Polacy piją po 10 butelek wina i wódki rocznie. Na wyprodukowanie 10 butelek wina i 10 butelek wódki Polacy wydadzą 30 talarów. Tymczasem gdyby produkowali tylko wino, to za owe 30 talarów wyprodukowaliby go 30 butelek, 10 z nich przeznaczyliby na własne potrzeby, a 20 sprzedali Litwinom po 4 talary, otrzymując jako zapłatę 80 talarów lub tylko nieznacznie mniej. Za 80 talarów mogliby kupić od Litwinów 20 butelek wódki, a więc ostatecznie mieliby ich o 10 więcej, niż gdyby produkowali ten napój sami. Jak widać handel między dwoma krajami opłaca się nawet wtedy, gdy jeden z nich wszystkie towary produkuje taniej niż drugi. Istotne jest tylko to, że w produkcji niektórych towarów jeden kraj jest jeszcze sprawniejszy od drugiego niż w produkcji innych towarów. Wtedy należy się skoncentrować na produkcji tego właśnie towaru, a inne sprowadzać. Polska jest czterokrotnie sprawniejsza od Litwy w produkcji wina, a tylko dwukrotnie sprawniejsza od niej w produkcji wódki, dlatego powinna produkować wino i importować wódkę z Litwy. Zauważmy, że w naszym przykładzie Litwa, kraj biedniejszy (bo produkujący to samo, co Polska większym kosztem), również zyskuje na wymianie i specjalizacji. Jeśli Litwa powstrzyma się od produkcji wina i będzie wytwarzać wyłącznie wódkę, to wytworzy na przykład 20 butelek wódki kosztem 80 talarów. 10 butelek sprzeda Polsce za 40 talarów, za które będzie mogła sprowadzić od nas 40 butelek wina (ostateczny wynik: 10 butelek wódki + 40 butelek wina). Gdyby zaś Litwa chciała produkować i wódkę i wino, to kosztem tych samych 80 talarów wytworzyłaby 10 butelek wódki i 10 butelek wina (rezultat gorszy o 30 butelek wina). Te same reguły dotyczą życia codziennego. Jeden z największych ekonomistów XX wieku (w Polsce wciąż mało znany) Ludwig von Mises, omawiając prawo Ricarda, dodał przykład chirurga i pracownika fizycznego. Mises pisze: „jeśli chirurg może spożytkować swój ograniczony czas pracy na przeprowadzenie operacji, za co dostaje 50 dolarów za godzinę, to w jego interesie będzie zatrudnienie pracownika, który utrzymywałby narzędzia [chirurgiczne] w należytym stanie, ze stawką godzinową 2 dolary, mimo że potrzebuje on 3 godzin na pracę, która chirurgowi zajęłaby godzinę”. Jakie stąd płyną wnioski dla koneserów wina? Po pierwsze, nie dawajmy wiary tym, którzy głoszą, że naszym patriotycznym obowiązkiem jest kupowanie wyłącznie polskich towarów. Kierowanie się patriotyzmem w wyborze towarów ma sens wyłącznie wtedy, kiedy dotyczy on wyrobów porównywalnej jakości i mających podobną cenę. W pozostałych wypadkach przyczynia się tylko do „tworzenia miejsc pracy”, które w istocie są miejscami marnotrawienia energii i zasobów. Po drugie, nie łudźmy się, że tzw. pomoc dla krajów biednych jest czymś pożądanym i skutecznym. Krajowi biednemu można najefektywniej pomóc, znosząc bariery celne i pozwalając na swobodny przepływ towarów między nim a bogatszymi państwami. Po trzecie (zwłaszcza jeśli uważamy się za patriotów), róbmy to, w czym jesteśmy najlepsi (jeśli jesteśmy chirurgami, to zostawmy czyszczenie narzędzi innym), bo dzięki temu będziemy mieli więcej czasu i pieniędzy na popijanie dobrego wina, kupionego na przykład w nowym sklepie sieci dobrewina.pl przy ulicy Patriotów 110 w Warszawie (Miedzeszyn). Zapraszam. Witold Falkowski Zaproszenie na degustację... (PDF)