Category Archives: Afryka

W Afryce Chiny zdetronizowały USA

Pekin już dawno przestał postrzegać Afrykę wyłącznie jako źródło bogactw naturalnych, a współpraca wykracza poza handel i inwestycje. Świadczą o tym chociażby kwietniowe konsultacje z Unią Afrykańską na temat ochrony praw człowieka czy rozpoczęcie budowy chińskiej bazy wojskowej w Dżibuti.

Powitanie z Afryką

Populacja Afryki zwiększa się tak drastycznie, że ONZ dokonało niedawno korekty swoich prognoz odnośnie wskaźników urodzeń na tym kontynencie. Najnowszy raport uaktualnił przewidywania i zwiększył szacunkową liczbę ludności Ziemi w 2100 roku z 9 mld do 12 mld.

Rząd Tunezji zamierza osiągać korzyści finansowe z zamachu terrorystycznego

Wiele okoliczności wskazuje na to, że w marcowej zbrodni w Tunisie mogli brać co najmniej bierny udział nie tylko ochroniarze, którzy wiedzieli kiedy opuścić stanowiska pracy i... pójść na kawę, ale  również niektórzy przedstawiciele tunezyjskich resortów siłowych.

Gdzie podziali się bracia?

W ubiegłym tygodniu rozpoczął się nowy rok akademicki w seminarium werbistów w Lusace. Na filozofii jest kilku studentów z Zimbabwe i Zambii. W werbistowskim postulacie w Kabwe nie ma znowu żadnego kandydata na brata zakonnego. Ktoś postronny mógłby pomyśleć, że werbiści są zgromadzeniem złożonym tylko z księży.

Ekonomia apartheidu

Świat obiegła informacja, że 5 grudnia 2013 roku w wieku 95 lat zmarł Nelson Mandela. Jego śmierć spowodowała ponowne zainteresowanie się tematem apartheidu, segregacji rasowej i sytuacją w jakiej dzisiaj znajduje się Republika Południowej Afryki. Niemalże wszystkie teksty czy literatura na temat RPA dotyczą jedynie niemoralnego systemu segregacji rasowej i skupiają się na niesprawiedliwości jaką niósł ze sobą ten system.

Tragedia Koptów, aplauz Zachodu

Z Maciejem Grabysą i Michałem Królem, autorami filmu dokumentalnego zatytułowanego "Być Koptem", rozmawia publicysta magazynu "Polonia Christiana", Krystian Kratiuk.
Odwiedzają Panowie kraje, przez które przeszła tak zwana „arabska wiosna”. W europejskich mediach panuje przekonanie, że dzięki „demokratyzacji” północnej Afryki zapanowała tam wolność. Jak to w istocie wygląda? – Właściwie od początku rewolucji w Egipcie panuje olbrzymi niepokój; po obaleniu Mubaraka zapanowała wielka euforia – przeciwko reżimowi protestowali ramię w ramię muzułmanie i Koptowie, którzy w Egipcie tworzą niemal dziesięcioprocentową mniejszość. Jednak po wyborze na prezydenta Egiptu Mursiego, reprezentującego Bractwo Muzułmańskie, marzenia o prawdziwej demokratyzacji kraju szybko prysły. Mursi wraz z popierającymi go ekstremistami religijnymi, armią i służbami bezpieczeństwa dążył do stworzenia państwa wyznaniowego opartego na prawie szariatu – ta tendencja pozwoliła na zaostrzenie kursu wobec mniejszości koptyjskiej, która stała się kozłem ofiarnym obarczanym winą za niepowodzenia o charakterze ekonomicznym i politycznym, jakie spadły na Egipt. Wielu imamów, popierających idee Bractwa Muzułmańskiego, i salafitów nawoływało do usunięcia społeczności koptyjskiej z Egiptu. Doszło do niespotykanych wcześniej prześladowań chrześcijan: pogromów, zastraszeń, ataków na modlących się w kościołach oraz porwań koptyjskich dziewcząt. Co na to Zachód? – Wszystko to działo się przy milczącej aprobacie świata zachodniego, który wciąż bezkrytycznie wierzył w procesy demokratyczne zachodzące jakoby w państwie rządzonym przez Mursiego. Wreszcie zdesperowani Koptowie postanowili zaprotestować. Tak doszło do słynnego pogromu chrześcijan na Maspero w Kairze, gdzie armia egipska na rozkaz prezydenta strzelała do egipskich chrześcijan i rozjeżdżała ich czołgami. To był przełom, punkt krytyczny, po którym autorytet władzy Mursiego zaczął słabnąć, i który jednocześnie doprowadził do wielomilionowych protestów, jakie obserwowaliśmy w Egipcie w czerwcu i lipcu bieżącego roku. W wyniku tych protestów Mursi został obalony i zastąpiony przez rząd, w którym swój udział mają mieć także Koptowie. Jednak sytuacja wewnątrz kraju wcale się nie uspokoiła – rozwścieczone utratą władzy Bractwo Muzułmańskie protestuje w obronie swojego prezydenta. Ciągle dochodzi do krwawych rozruchów, również do pogromów Koptów, na których spada rzekoma wina za współudział w spisku przeciwko obalonemu prezydentowi. Z jednej więc strony pojawiła się nadzieja, ale z drugiej dochodzi do niesłychanej eskalacji konfliktu – Egipt wrze, zdaje się być na krawędzi wojny domowej. Wydaje się, że tak zwana „arabska wiosna” przechodzi kryzys – obalono wprawdzie reżimy, ale wolność pociąga za sobą całą masę problemów, na rozwiązanie których potrzeba czasu i chęci opartej na wzajemnym poszanowaniu praw, przede wszystkim praw mniejszości. Czy społeczeństwa arabskie rzeczywiście chcą przyjąć zasady zachodniej demokracji? – Wydaje się to wątpliwe – spontaniczne ruchy społeczne zostają przechwycone przez tendencje islamistyczne ukierunkowane na stworzenie państw wyznaniowych opartych na prawie szariatu. Dzieje się tak obecnie w Syrii, z pogranicza której właśnie wróciliśmy – realizowaliśmy tam film dokumentalny o sytuacji chrześcijan syryjskich. Siły opozycyjne związane z Wolną Armią Syrii zostały przechwycone przez dżihadystów powiązanych z Al Kaidą, których celem nie jest demokratyczna Syria, ale podobnie jak w Egipcie stworzenie państwa wyznaniowego. Świat zachodni milczy w tej kwestii, wydaje się kompletnie zdezorientowany obrotem spraw w Syrii. Czy przypadkiem nie wspiera teraz terrorystów spod znaku Al Kaidy, z którymi równocześnie oficjalnie walczy? Czy nie doszło do takiego paradoksu? Politycy zachodni, zwłaszcza związani z prezydentem Obamą, muszą odpowiedzieć na to pytanie, zanim Syria całkowicie się wykrwawi w szaleństwie wojny domowej, która już pochłonęła prawie sto tysięcy ofiar. W filmie "Być Koptem" zawarto niezwykle ważne świadectwa – na przykład, rzeczywisty stosunek przywódców duchowych islamu do chrześcijan. Stek bzdur i haniebnych kłamstw, wymierzonych w egipskich chrześcijan, woła o pomstę do nieba. Czy Koptowie mają jakąkolwiek szansę na zdementowanie oskarżeń, na przykład, o adorację męskich narządów płciowych? Czy istnieją w Egipcie organizacje lub instytucje pomagające chrześcijanom? Wiemy, że niedawno Egipska Inicjatywa Praw Człowieka zarzuciła tamtejszej policji bierność wobec wzmożonych aktów antychrześcijańskiej agresji. To jednak na niewiele się zdało, sytuacja się nie zmienia… – To, co pokazaliśmy w filmie – myślimy o wypowiedziach imamów – i tak zostało mocno okrojone, aby nie epatować i nie przerazić polskiego widza. W internetowej Memri TV znaleźć można dziesiątki wystąpień imamów z całego świata arabskiego nawołujących wprost do przemocy wobec chrześcijan, ośmieszających naszą religię, oskarżających nas o magię, namawiających do przemocy wobec chrześcijańskich kobiet. Podkreślamy, że to wystąpienia w mediach. Proszę sobie zatem wyobrazić, co może być mówione w meczetach, na dalekiej egipskiej prowincji, na przykład, gdzieś w okolicach Asyut, gdzie dochodzi do olbrzymiej ilości pogromów. To po takich właśnie przemówieniach podczas piątkowych muzułmańskich modłów rozwścieczony tłum może zaatakować kościół, zabić księdza, porwać niewinnych ludzi. Do tego typu zdarzeń ciągle dochodzi na egipskiej prowincji, w Górnym Egipcie, w okolicach Asyut, ale także w Kairze czy Aleksandrii. To jest codzienność, w której muszą żyć Koptowie. W Egipcie są oni obywatelami drugiej kategorii, mają ograniczone prawa i muszą siedzieć cicho, ba, mają olbrzymie problemy w egzekwowaniu prawa, nagminnie w stosunku do nich łamanego, gdyż egipskie sądy i policja trzymają stronę muzułmanów. Dochodzi do tego olbrzymia korupcja, która paraliżuje wszelkie próby sprawiedliwego respektowania prawa. Wiemy, że istnieją pozarządowe organizacje zajmujące się pomocą prześladowanym Koptom, ale działają one pod olbrzymią presją i bardzo trudno jest im się przebić. Dla mniejszości koptyjskiej bardzo dużo robi koptyjski Kościół, a także olbrzymia koptyjska diaspora, która przypomina całemu demokratycznemu światu o istnieniu Koptów i ich dramacie. Czy przeciętny Egipcjanin, karmiony antykoptyjską propagandą, rzeczywiście nienawidzi swych wyznających Chrystusa sąsiadów? Czy takie nastroje są wyczuwalne na ulicy? – Trzeba pamiętać, że jest także wielu umiarkowanych muzułmanów, którzy na co dzień nie zieją nienawiścią do Koptów – to między innymi oni doprowadzili w ostatnim czasie do obalenia Mursiego – ale i tak bycie Koptem w Egipcie to swojego rodzaju wykluczenie społeczne, które skutkuje chociażby ograniczeniem w możliwości zdobycia zatrudnienia. Koptów zdradza imię zapisane w dowodzie osobistym i nawet przy najlepszych kompetencjach do pracy mogą zostać odrzuceni ze względu na wyznanie. To jawna dyskryminacja ekonomiczna. Ponadto za prezydentury Mursiego prześladowano także tych, którzy otwarcie nosili krzyżyk – mogli być za to zastraszeni, napadnięci, pobici. Dramatyczny los ciągle spotyka koptyjskie kobiety – łatwo rozpoznawalne ze względu na różnice w codziennym ubiorze – narażone na porwania i gwałty. To od lat wielki problem, ale także temat tabu. Porwania koptyjskich kobiet są na porządku dziennym, ale nikt o tym nie chce mówić. Policja i służby bezpieczeństwa umywają ręce, co więcej, zdają się często aprobować i popierać takie działania. Istnieją także olbrzymie problemy w zdobyciu pozwolenia na budowę i remonty świątyń koptyjskich – biurokracja egipska z sukcesem utrudnia takie starania. W egipskim pejzażu dominować mają meczety i wieże minaretów – to obowiązująca zasada. Jak Panowie tłumaczą sytuację w najważniejszych mediach i serwisach informacyjnych w Polsce? Dlaczego w sytuacji, gdy – mówiąc brutalnie – „śmierć się w telewizji sprzedaje”, nie słyszymy wiadomości o zabijanych Koptach i ich palonych kościołach? Dlaczego redaktorzy programów informacyjnych w katolickim kraju potrafią zainteresować się bijatyką pijanych nastolatek, a nie donoszą o dziejących się codziennie dramatach chrześcijan? – Prześladowanie chrześcijan to wielki temat, który ze względu na obowiązującą poprawność polityczną wydaje się być celowo pomijany w mainstreamowych mediach. To, co w tej chwili dzieje się w stosunku do chrześcijan na całym świecie, nie tylko w krajach muzułmańskich, można nazwać chrześcijanofobią – media nie chcą o tym mówić, media chcą ten temat zepchnąć jak najdalej. To wielki wstyd i hańba dla Zachodu, który w tej chwili więcej uwagi poświęca rzekomej dyskryminacji mniejszości homoseksualnych niż rzeczywiście zabijanym i prześladowanym chrześcijanom. Ktoś porównał milczenie wobec prześladowań chrześcijan do milczenia amerykańskich Żydów podczas II wojny światowej wobec dramatu, jaki w tym czasie dotykał ich europejskich braci. Politycy rządzący dzisiaj Unią Europejską to pokolenie roku 1968 – pokolenie, którego intelektualnym fundamentem jest myśl lewicowa wykluczająca chrześcijaństwo z dyskursu publicznego. Politycy ci więcej uwagi poświęcają wspieraniu obyczajowej i kulturowej rewolucji w świecie arabskim niż rzeczywistym dramatom mordowanych chrześcijan. Powtarzamy – to wielki wstyd, ale także i dramat Europy – odejście od chrześcijańskich korzeni na rzecz ideologii multikulturalizmu. Jak każda utopia i ta ideologia wydaje się wężem zjadającym własny ogon – spójrzmy na postępującą islamizację Europy Zachodniej. Jeszcze trochę, a Europejczycy przestaną być tam większością i będą musieli zmierzyć się z islamem, który wyklucza demokratyczny dyskurs i genderową rewolucję. Mówiąc wprost: zachodnie demokracje wyhodowały potwora na własnej piersi, ślepo wierząc w asymilację muzułmanów. Nic takiego się nie stało – islamizacja Europy postępuje i wydaje się karą za odejście od chrześcijańskich korzeni i wartości. Odpowiadając wprost na pytanie: polityka redakcyjna stacji telewizyjnych i innych mediów odzwierciedla poprawność polityczną narzuconą przez obowiązujący dyskurs, w którym nie ma miejsca na dramat prześladowanych chrześcijan, a także na wiele innych tematów dotyczących chociażby aborcji czy prawdy w kwestii katastrofy smoleńskiej. Niechęć do mówienia o losie chrześcijan na Zachodzie wynika również z obawy przed drażnieniem europejskich muzułmanów, których reakcje na to mogą okazać się bardzo gwałtowne, a co za tym idzie: niekorzystne dla stabilności państw europejskich, w których wyznawcy Allacha stanowią – jak w Wielkiej Brytanii, Francji, Belgii czy Niemczech – znaczącą mniejszość. Właśnie wrócili Panowie z Syrii, skąd również docierają coraz bardziej niepokojące informacje dotyczące chrześcijan, którzy znaleźli się niejako w pułapce między walczącymi ze sobą muzułmanami. W internecie krążyło niedawno nagranie, na którym chrześcijaninowi obcinano głowę. Co Panowie zobaczyli w Syrii? – Syria przeżywa teraz wielki dramat; wojna domowa trwająca od 2011 roku pochłonęła już sto tysięcy ofiar. Dodać do tego należy liczoną w milionach masę uciekinierów, którzy zaludnili ostatnio okoliczne państwa: Liban, Jordanię, Turcję. Są wśród nich również syryjscy chrześcijanie, którzy przed wojną stanowili w Syrii niemal dziesięcioprocentową mniejszość. Ich los, podobnie jak Koptów, jest bardzo dramatyczny – syryjscy chrześcijanie znaleźli się w pułapce wojny, w samym środku pomiędzy walczącymi stronami. Choć na początku byli oni zwolennikami rewolucji, za którą miały iść demokratyczne przemiany wymierzone w znienawidzony reżim Assada, teraz uciekają z Syrii głównie przed islamistycznymi oddziałami i dzihadystami, którzy przejęli kontrolę nad Wolną Armią Syrii i siłami rebelianckimi. Trzeba bowiem powiedzieć jasno, że w ostatnim czasie doszło do niesłychanej islamizacji syryjskiej opozycji. Do Syrii napłynęła masa wojowników powiązanych z Al Kaidą, sponsorowanych przez Katar i Arabię Saudyjską. To całkowicie zmieniło wymiar tej wojny. Wydaje się, że dziś celem Wolnej Armii Syrii jest państwo wyznaniowe oparte na prawie szariatu. Świadczy o tym niesłychana eskalacja przemocy wobec syryjskich chrześcijan, których wypędza się z kraju, stosuje się wobec nich przemoc, nakłada muzułmańskie podatki i poddaje olbrzymiej presji. Chrześcijańscy uchodźcy z Syrii mówią także o zabójstwach i porwaniach księży. Trzeba tu przypomnieć o bestialskim mordzie dokonanym przez islamistów na franciszkaninie, ojcu Francois Murad, czy porwaniu dwóch biskupów, których los do dzisiaj pozostaje nieznany. Wszystkie te akty przemocy wobec hierarchii kościelnej mają chrześcijanom dać do zrozumienia, że nie są w Syrii mile widziani i że najlepiej zrobią, opuszczając ten kraj. Dochodzi więc do olbrzymiego exodusu chrześcijan, który można porównać do sytuacji w Iraku, skąd przed islamskim terrorem musiał uciec milion chrześcijan. Będzie więc kolejny film o prześladowaniu wyznawców Chrystusa? – Tak, drugi odcinek serii zatytułowany Prześladowani, zapomniani chcemy poświęcić losowi syryjskich chrześcijan – chcemy poruszyć sumienia polityków europejskich, którzy powinni zrozumieć, że tylko zaprzestanie wysyłania broni do Syrii może spowodować zaprzestanie konfliktu i rozpoczęcie rozmów pokojowych. O to w tej chwili proszą chrześcijanie i biskupi, między innymi greckokatolicki biskup Daruish z Doliny Bekaa w Libanie, który w tej sprawie spotyka się z europejskimi politykami w Brukseli. Europa i Ameryka zaś, znowu wykazują zadziwiającą hipokryzję – wspierają opozycję, której celem nie jest demokratyczna Syria, ale państwo wyznaniowe oparte na prawie szariatu. To wielki paradoks i zarazem hańba wynikająca z kompletnego zapomnienia o losie syryjskich chrześcijan. O to także mają oni wielki żal i w wielu wywiadach mówią o tym wyraźnie i mocno – mówią o pozostawieniu ich przez Europę na pastwę losu. Pracują Panowie w bardzo niebezpiecznych rejonach, z misją uświadamiania widzów o zbrodniach przeciwko chrześcijanom. Musi więc paść pytanie o strach – nie boją się Panowie gniewu muzułmanów? – Nie zastanawiamy się nad tym. Naszym celem jest realizacja serialu dokumentalnego poświęconego prześladowaniom; poprzez ten serial chcemy dotrzeć do serc i świadomości polskiej, i nie tylko polskiej, widowni, po to, aby zmienić postrzeganie problemu prześladowania chrześcijan. Wierzymy, że nagłośnienie tego tematu wpłynie także na konkretne decyzje polityków, co bezpośrednio przełoży się na realną pomoc. Jeżdżąc w takie miejsca, spotykamy mnóstwo ludzi, którzy robią dużo dobrego dla tamtejszych chrześcijan. Jest to dla nas bardzo budujące, oni często z narażeniem własnego życia niosą pomoc naszym braciom. W Egipcie jest to ojciec Samaen – duchowy przywódca chrześcijan zamieszkujących dzielnicę śmieciarzy w kairskim Mokkattamie – daje im on nadzieję i silną wiarę, mimo prześladowań. W Libanie – na samej północy, przy granicy z Syrią spotkaliśmy ojca Eliana Nasrallaha, który dostarcza pomoc medyczną dla syryjskich uchodźców – prowadzi szpital, gdzie zatrudnia lekarzy. Do prowadzenia tej działalności potrzebuje on jednak wsparcia, dlatego zwracamy się o pomoc dla księdza Eliana. Trzeba też wspomnieć o księdzu Adamie Parszywce z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w Krakowie, bez którego pomocy i zaangażowania nie powstałby żaden z filmów – to właśnie ksiądz Adam zdecydował, że trzeba temat prześladowań podnieść i stał się inicjatorem i producentem serii filmów. Chcemy, aby nasze filmy dotarły do jak najszerszej widowni. Myślimy także o pokazie naszych filmów w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Wierzymy głęboko, że oprócz TVP Kraków, Radia Wnet i magazynu „Polonia Christiana”, także inne media, szczególnie telewizje, zainteresują się tematem i odważą na ogólnopolską prezentację naszych filmów. Filmy są gotowe i czekają na emisję. Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Krystian Kratiuk Foto.: wp.pl

Donald rusza na podbój Mali!

Rząd koalicji PO-PSL  skierował do Prezydenta RP  wniosek o użycie Polaków do misji wojskowej w Afryce, równocześnie informując, że planowane wydatki związane z udziałem polskiego kontyngentu w Mali wyniosą ok. 5,8 mln zł i zostaną sfinansowane z budżetu MON.
Bezrobocie rośnie, bieda z nędzą zagląda do coraz większej ilości polskich rodzin, bezdomni umierają z zimna, natomiast Prezydent Bronisław Komorowski podpisał postanowienie o udziale Polskiego Kontyngentu Wojskowego w misji szkoleniowej Unii Europejskiej w Mali! Premier Donald Tusk zadeklarował ponadto ewentualną pomoc w zakresie sprzętu wojskowego, gdyż tych 106 miliardów euro, które rzekomo załatwił w Brukseli nie można ponoć przeznaczyć tylko na polskie potrzeby. Zatem żołnierze w Polsce będą używać starego, rozlatującego się już uzbrojenia, a wojska afrykańskie otrzymają od Donalda Pierwszego z Warszawy najnowocześniejszy sprzęt wojskowy, bo premier ma taki gest! Stać rząd  było na wojnę w Iraku, stać koalicję PO-PSL na wojnę w Afganistanie, to przecież premier z prezydentem nie będą żałować następnych milionów euro dla Mali! Zatem czeka Polskę nowa wojna, tym razem w Afryce! Kto za nią zapłaci? Wszyscy obywatele Rzeczypospolitej! Pozostaje tylko pytanie co znowu u nas podrożeje i jakie nowe podatki wymyśli władza Republiki Okrągłego Stołu? Współczesna Polska okazuje się być jednym z najbardziej rozrzutnych krajów naszego globu, natomiast rząd Donalda Tuska jest jedynym takim na całym świecie, który dba bardziej o obcokrajowców niż o obywateli własnego państwa! Rajmund Pollak

Przedszkole dla przyszłych przedsiębiorców

Od zaprzyjaźnionego z naszym portalem o. Jacka Gniadka przebywającego na misjach w Afryce otrzymaliśmy list, który w całości publikujemy... *  *  *
Niech żyje Święty Trójjedyny Bóg w sercach naszych i w sercach wszystkich ludzi! św. Arnold Janssen Lusaka, 14 listopada, 2012 r. Drodzy Przyjaciele Misji, Dziękuję bardzo za modlitwy i za włączenie się we wspólną akcję budowania przedszkola w Lindzie. Zebraliśmy już pierwsze środki pieniężne głównie za sprawą przyjaciół skupionych wokół ASBIRO, które pozwolą nam na wybudowanie fundamentów. Budowa ruszy w styczniu 2013 r. W tym czasie przyjedzie z Polski pierwsza grupa wolontariuszy na jeden miesiąc, by pomóc nam w budowie. Razem z parafianami mamy w planie wykopać i postawić fundamenty budynku o długości 62 x 8 m. Na tym etapie wszystkie prace budowlane będą wykonane we własnym zakresie. Projekt budowy przedszkola jest rozpisany na trzy etapy i zakończenie jest planowane na grudzień przyszłego roku. Otwarcie przedszkola planujemy w styczniu 2014 r. Wtedy przypada rozpoczęcie nowego roku szkolnego w Zambii. W przedszkolu docelowo będzie 120 dzieci w czterech klasach. Dlaczego przedszkole w Lindzie? Dzieci od pierwszej klasy szkoły podstawowej uczą się w zambijskich szkołach po angielsku. W Zambii nie ma państwowych przedszkoli. Tylko nieliczny procent dzieci przechodzi przez ten etap wczesnej edukacji. Dzieci w Lindzie mówią w domu w chinyanja i dlatego mają utrudniony start w szkole w porównaniu do dzieci, których rodzice znają język angielski i rozmawiają z nimi w tym języku w domu. Dobra znajomość angielskiego u dziecka to gwarancja zdobycie lepszego wykształcenia. Język angielski w Zambii to podstawowe narzędzie, bez którego odniesienie sukcesu w życiu zawodowym jest niemożliwe. Pamiętajmy również, że warunkiem wstąpienia do seminarium jest ukończenie szkoły średniej. Przedszkole w Lindzie będzie katolickie. Będą tu więc zajęcia z lekcji religii, ale w planie mamy dla dzieci zajęcia z teologii tworzenia w formie zabawy, które będą wychowywać do przedsiębiorczości. Bł. Jan Paweł II uczył, że człowiek jest posłuszny woli Stwórcy i w tym celu musi wykorzystywać swoje twórcze talenty, by po­przez pracę osiągnąć „panowanie” w świecie widzialnym. Razem ze znajomymi pracujemy nad podręcznikiem dla dzieci w języku angielskim. Przedszkole parafialne będzie prywatne. Środki pieniężne na utrzymanie przedszkola będą pochodzić wyłącznie z czesnego i małych projektów (np. wynajmowanie dużej jadalni 14×8 m na przyjęcia weselne), które będą generowały pieniądze na bieżące wydatki. Wybudowanie przedszkola to podarowanie mieszkańcom Lindy wędki, a nie ryby. Czy uda się? Gdyby przyszłość była nam zanana, świat nie potrzebowałby przedsiębiorców. W ludzkim istnieniu występuje zawsze element niepewności, który od samego początku jest wpisany przez Boga w nasze losy. Każde ludzkie działanie ma charakter spekulatywny i wymaga podejmowania ryzyka. Nie można od niego uciec. Przypowieść o talentach (Mt, 25,14-30) pokazuje, że brak odwagi do podjęcia ryzyka przyniósł straty i trzeci sługa został za to ukarany przez Pana. Dlatego nie zostaje nam nic innego jak podjąć to wyzwanie, wierząc, że to co robimy, robimy dla większej chwały Boga. Liczymy na Waszą modlitwę i finansowe wsparcie naszego projektu, W miłości Słowa Bożego, Jacek Gniadek SVD ____________________________ Wpłaty na konto z dopiskiem:Afryka Fundacja KCBE, ul. Spokojna 14, 28-300 Jędrzejów Numer rachunku bankowego: 81 1020 2733 0000 2402 0037 999

Rwanda – jak wolny rynek sprzyja ubogim Afrykańczykom

Na stronie Fundacji PAFERE ukazał się interesujący artykuł Angela Martina Oro i Marca Bisbala Arias, przetłumaczony z magazynu "The Freeman" na temat sytuacji gospodarczej Rwandy. Rwanda to niewielki, śródlądowy kraj położony w środkowo-wschodniej Afryce, Zamieszkuje go około 11 milionów osób. Jej dwie główne grupy etniczne – stanowiąca mniejszość Tutsi i większa Hutu – ścierały się ze sobą jeszcze zanim Belgowie przejęli kontrolę nad tym krajem po I wojnie światowej (Rwanda uzyskała niepodległość od Belgii w 1962 r.). Trwałe społeczne i etniczne napięcia zakończyły się ludobójstwem, które pochłonęło życie 800 000 ludzi, głównie z grupy Tutsi.
Od brutalnego ludobójstwa w 1994 r., kiedy zginęło tam około 20 procent ludności, nastąpiła stabilizacja sytuacji politycznej i społecznej, co, w połączeniu z wolnorynkowymi reformami, umożliwiło trwały rozwój gospodarczy w stosunkowo spokojnym otoczeniu. "Korzyści z liberalizacji gospodarki widać najlepiej na przykładzie rwandyjskiego rynku kawy, z którego żyje ponad pół miliona rodzin (wg pracy "State Power, Entrepreneurship, and Coffee: The Rwandan Experience" autorstwa Karol Boudreaux z Mercatus Center). Jeszcze dwie dekady temu był to sektor ściśle regulowany i kontrolowany przez rząd, dla którego był on głównym źródłem dochodu. Rolnicy zmuszani byli do przeznaczania pod uprawę kawy przynajmniej jednej czwartej swojej ziemi, a agencja rządowa skupowała tę kawę poniżej ceny rynkowej. Następnie rząd sprzedawał kawę na rynku po wyższej cenie i zatrzymywał różnicę. Oprócz tego ukrytego opodatkowania rolnicy musieli płacić podatek eksportowy. Ten niesprawiedliwy, interwencjonistyczny układ sprzyjał skorumpowanemu rządowi i wzbogacił jego polityczną klientelę. Rolnicy byli okradani w majestacie prawa. Jednak, ze względu na wrodzoną niestabilność tej sytuacji i niszczycielskie skutki ludobójstwa, układ w końcu się rozpadł. Dopiero pod koniec lat 90-tych rząd Paula Kagame uwolnił rynek kawy. Reforma usunęła obostrzenia prawne i umożliwiła rolnikom swobodną wymianę z kupcami z całego świata. Zachęciło to oczywiście do inwestycji i wprowadzania innowacji. Częściowo wspomagani przez Zachód, Rwandyjczycy skupili się bardziej na poprawie jakości niż na zwiększaniu ilości, podnosząc wydajność i produktywność. To sprzyjało relacjom biznesowym i okazjom do handlu między rolnikami a przedsiębiorcami, zachęcając ich do podnoszenia swoich umiejętności. Dzięki tym ulepszeniom wzrosły ceny. W rezultacie około 50 000 gospodarstw domowych podwoiło swoje wpływy z produkcji kawy. Po raz pierwszy rodziny mogły sobie pozwolić na zapłacenie za szkołę swoich dzieci, leczenie, ubrania, naprawę swoich domów lub na inwestycję w swoje małe przedsiębiorstwa. Jak podkreśla Karol Boudreaux, liberalizacja nie tylko zwiększyła możliwości gospodarcze i zdolności ludzi, ale też wzmocniła społeczną współpracę i jedność pomiędzy Tutsi i Hutu, co było niesamowicie potrzebne po ludobójstwie". Czytaj cały artykuł... P

Libijskie złoto uciekło

Taka piękna akcja NATO, które tak ślicznie w ramach utrzymywania strefy zakazu lotów dokonało kilku tysięcy nalotów na cele naziemne i kilkudziesięciu zamachów na dyktatora Libii. Taka piękna akcja, ale jednak nie wszystko się udało. Przyznaję zasadnicze cele zostały osiągnięte, prowodyrzy rebelii dostali już udział w polach naftowych, natychmiast otworzono oddział Banku Światowego i jeden z nielicznych krajów na świecie bez długu wkrótce będzie w nim pływał. W skrócie Libijczycy mieli darmową edukację, bezczynszowe mieszkania, benzynę za grosze i wyprawki dla młodych małżeństw. Byli przy zachowaniu wszelkich proporcji Szwajcarią Maghrebu. To jednak nie wróci, za pozbycie się pajacowatego dyktatora zapłacą wysoką cenę i mogą się pożegnać ze standardem życia, który dotychczas mieli.
Wojna skończona. Wojska rządu Libii vs. rebelianci, rakiety Tomahawk, lotnictwo NATO, Predatory, oddziały komandosów Zachodu, instruktorzy i broń z Zachodu =  przegrana zaatakowanych. Ogólnie jestem pod wrażeniem, że Kaddafi bronił się tak długo. Na torcie zabraknie jednak wisienki, Libijskiego złota. Zachód bardzo bolało, to że Kaddafi nie trzymał swojego złota w bankach Zachodu, gdzie można byłoby je swobodnie wyleasingować lub zamrozić okradając cały naród. Ten bezczelny dziad trzymał wszystko u siebie, co jest skandalem, gdyż w kryzysowej sytuacji sam dysponuje swoim złotem, a nie ustawia się w kolejce np. u drzwi Bank of England. Francja jest zawiedziona, zagrabiła 1/3 libijskich pól naftowych, ale nie dostała nic z libijskiego złota. Jak podaje Reuters libijski konwój w skład którego wchodziło m. in. 10 ciężarówek przekroczył dziś granicę z Nigrem i najprawdopodobniej zmierza do Burkina Faso, które zaoferowało azyl Kaddafiemu. Inne źródła wspominają o drugim konwoju (200 pojazdów), który również przekroczył granicę z Nigrem. Wyrolować NATO – bezcenne. Szkoda tylko Libijczyków, bo złoto też pewnie już było podzielone – oficjalnie zapłata za pomoc w odbudowie kraju. Libijczyków szkoda, gdyż to oni zostaną obarczeni większym długiem. Mała analogia do portfela małego inwestora… życie pokazuje, że jeśli chcesz mieć prawdziwe zabezpieczanie swojego kapitału nie patrz w kierunku cyferek na bankowych kontach, a na fizyczny metal, który możesz mieć w ręku najdalej za kilka godzin, od chwili gdy zajdzie taka potrzeba. Któż raczy wiedzieć przed jakim NATO przyjdzie Ci uciekać. Tekst pochodzi z bloga Goldblog.pl...

Interwencja w Libii – pułapka i Realpolitik

Rewolucja w Libii nie jest tym samym, czym była rewolucja w Tunezji i Egipcie. Nie chodzi tutaj jednak o to, że Muammar al-Kaddafi stawia silny opór i nie zamierza odpuścić. Mam na myśli bardziej jej przebieg od strony samych rebeliantów. W Tunezji i Egipcie mieliśmy do czynienia w większości z nieuzbrojonym tłumem, który wyszedł na ulice protestować. Tutaj zaś praktycznie od samego początku jesteśmy świadkami wojny domowej. Po obu stronach znajdują się uzbrojeni żołnierze, którzy toczą regularne walki. Spora część rebeliantów to zapewne byli żołnierze Kaddafiego, którzy postanowili przyłączyć się do buntowników. Bardziej zastanawiająca jest jednak ta bazowa grupa, która od samego początku nie narzeka na deficyt amunicji. Nie wierzę w przypadkowość i spontaniczność tego wybuchu. Kto tak naprawdę za nim stoi? Rewolucje rzadko są spontaniczne, a już na pewno rzadko przystępują do spontanicznych rewolucji uzbrojeni po zęby bojownicy. Prawdziwego źródła libijskiej rewolty należy poszukać głębiej. Ono może być także kluczem do wyjaśnienia prawdziwych powodów interwencji zbrojnej krajów Zachodu. Warto zwrócić uwagę na fakt, że Francja jako pierwsza uznała rebeliantów za prawowite władze Libii. Nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że z racji na uwarunkowania historyczne, Francja ma w Libii doskonałe rozeznanie wywiadowcze. Od początku rebelii bardzo dynamicznie bierze też udział we wszelkich działaniach międzynarodowych związanych z  ostatnimi wydarzeniami. Te czynniki mogłyby wskazywać właśnie na służby Francji, jako inicjatorów  całych zamieszek. Tezę tę poważnie narusza jednak fakt, że Unia Europejska podpisała kilka lat temu za namową samego prezydenta Francji kilka umów gospodarczych z Libią. Jaki więc interes miałyby kraje Zachodu, poza typowo partykularnymi celami wyborczymi, żeby zaburzyć ten porządek? Jaka jest druga możliwość poza inspiracją francuską? Wyjaśnić sprawę może nieco oświadczenie organizacji zwanej Al-Kaida Islamskiego Maghrebu, w którym poparła wprost libijski bunt przeciwko Muammarowi Kaddafiemu. Jeżeli za całą rebelią stoją komórki Al-Kaidy, to możemy być świadkami bardzo niebezpiecznych wydarzeń. Ciężko być zwolennikiem Kadafiego, ale ma jedną niezaprzeczalną zaletę. Przegonił skutecznie z terytorium Libii islamskich bojowników i nie dawał im dzięki temu dojść do głosu. Czy Al-Kaida może stać za uzbrojeniem libijskich bojowników? Jeżeli tak, to może to być część większego planu, w który Zachód daje się w dziecinny i naiwny sposób wmanewrować z jakiegoś powodu. Jeżeli kierownictwo Al-Kaidy założyło z góry możliwość zbrojnej interwencji niektórych krajów Europy Zachodniej i USA, to doskonale zdawało sobie też sprawę z faktu, że Kaddafi stanie się paradoksalnie w takiej sytuacji ich naturalnym sojusznikiem. W jaki sposób? Oczywiście poprzez wspólnego wroga. Wypowiedzi Kaddafiego świadczą o tym, że nie zawaha się on podjąć rozmów z przedstawicielami Al-Kaidy. Biorąc pod uwagę jego realne możliwości (144 tony czystego złota i zapewne sporo pieniędzy papierowych), borykająca się z problemami finansowymi Al-Kaida zdobyłaby w ten sposób bardzo potężnego sponsora. Jest to naturalnie mało prawdopodobne, bo wątpliwe wydaje się to, żeby Zachód dał się wciągnąć w tak naiwną grę, chyba że górę wzięły względy polityczne, o których wspominałem wyżej. Nie da się wykluczyć tej hipotezy w 100%, więc trzeba podkreślić potencjalne zagrożenie, jakie niosłoby to w przyszłości dla całej Europy. Jeżeli Al-Kaida zdobyłaby choć mały bastion w Libii, to oznaczałoby, że fundamentaliści islamscy znaleźliby się dosłownie u wrót prowadzących do Włoch, a co za tym idzie całej Europy. Istnieje niestety spore ryzyko, że byłby to nie tylko bastion, ale realne przejęcie władzy. Nie wróżyłoby dobrze na przyszłość. Konsekwencje takich wydarzeń byłyby opłakane. To niemalże zaproszenie terrorystów do własnego mieszkania. Na świecie nie występuje praktycznie coś takiego jak bezinteresowna polityka zagraniczna. Stąd sam fakt interwencji zbrojnej musi mieć jakiś głębszy motyw z kategorii "Realpolitik". Gdyby go zabrakło, to żadne ludobójstwo, którego dopuściłby się Kaddafi, nie wywołałoby interwencji międzynarodowej. Motywem mogą być oczywiście złoża ropy naftowej i złoto, które w rezerwie posiada Kaddafi. Do zaostrzenia retoryki doszło, kiedy przywódca Libii zagroził zakręceniem Europie kurków. Największa część libijskiego eksportu naftowego trafiała do Włoch, które także od początku intensywnie angażują się w te wydarzenia. Warto też zwrócić uwagę na wewnętrzne problemy polityczne Silvio Berlusconiego i Nicolasa Sarkozy'ego. Temu ostatniemu sondaże idą w dół, spada także poparcie dla Unii na rzecz Ruchu Ludowego, z której się wywodzi. Interwencja w Libii doskonale przykrywa te problemy. Sarkozy może pokazać się jako wielki emancypator, niosący braterską pomoc uciśnionemu ludowi libijskiemu. Niezależnie od rzeczywistych powodów interwencji, warto przemyśleć czy NATO faktycznie zmierza w dobrym kierunku, skupiając się na działaniach poza swoim obszarem i robiąc sobie nowych wrogów. Trzeba pamiętać, że każdy zabity cywil w konflikcie na obcej ziemi, oznacza automatycznie wrogie nastawienie co najmniej kilku innych cywilów, którzy wchodzą w skład jego rodziny. Trudno później dziwić się, że wzrasta liczba chętnych do przyłączenia się w szeregi Al-Kaidy. Fundamentem działań Polski powinno być przede wszystkim bezpieczeństwo międzynarodowe terytorium polskiego. Konflikt w Libii nie ma póki co z tym bezpieczeństwem nic wspólnego stąd rząd podjął dobrą decyzję nie angażując naszych zasobów. Interwencja nie ma także nic wspólnego z bezpieczeństwem Europy, ani Stanów Zjednoczonych. Wręcz przeciwnie, niesie ona ze sobą bardzo poważne zagrożenia, gdyż nie wiadomo, kto tak naprawdę stoi za rebeliantami i jakie cele chce osiągnąć. Niezależnie od motywów interwencji, decydując się na nią, podjęto olbrzymie ryzyko z nie do końca jasnych powodów. Łukasz Stefaniak

O włoskim temperamencie Winstona Churchilla teoria

„Włosi idą na mecz, jak na wojnę, a na wojnę, jak na mecz” powiedział kiedyś Winston Churchill, oceniając możliwości mobilizacyjno-zbrojeniowe mieszkańców Półwyspu Apenińskiego oraz ich bezbrzeżną miłość do sportu. Choć w życiu premiera Wielkiej Brytanii, niewątpliwie wielkiego znawcy wojennego rzemiosła, sport nigdy nie pełnił choćby drugoplanowej roli, to słowa te są nadzwyczaj trafne. By obronić pierwszą tezę zawartą w wymienionym cytacie, wystarczy spojrzeć na współczesne rozgrywki piłkarskiej ekstraklasy we Włoszech – Serie A Calcio. Stare powiedzenie mówi, że w niedzielę w życiu każdego Włocha ważne są tylko dwa wydarzenia – msza święta i mecz. Identyfikacja z lokalną drużyną jest integralną częścią rodzinnej tradycji, nienaruszalną świętością ocierającą się często o fanatyzm. Jakże znamienne dla krajów południowej Europy są międzyklubowe waśnie. Najlepsze przykłady to Grecja (trzy najlepsze kluby to lokalni rywale: Panathinaikos Ateny, AEK Ateny i Olimpiakos Pireus), Turcja (dwie najlepsze drużyny to kluby odpowiednio z europejskiej i azjatyckiej części Istambułu: Galatasaray i Fenerbahce) oraz właśnie Włochy. Wystarczy zerknąć na piłkarską mapę Italii, by spostrzec, że do meczów derbowych (kluby z tego samego miasta bądź regionu, gdzie rywalizacja między kibicami, a nawet piłkarzami, jest szczególnie zacięta) dochodzi w samej ekstraklasie niezwykle często: są to mecze AC Milan z Interem Mediolan, US Palermo z Catanią Calcio (podczas derbów Sycylii w 2007 w wyniku zamieszek zginął policjant, dzień później zawieszono rozgrywki I, II i III ligi), Lazio Rzym z AS Romą czy Sampdorii Genua z FC Genoa. By obronić drugą tezę ze stwierdzenia Churchilla warto sięgnąć po pewien przykład z historii XIX-wiecznej. Mianowicie, mało chlubnej dla Włochów, tradycji wojen włosko-etiopskich. [caption id="attachment_7910" align="alignleft" width="250" caption="Włosi przeważnie dają upust swoim emocjom podczas piłkarskich spotkań. Idealnym przykładem włoskiego wojownika na zielonym placu jest pomocnik AC Milan, Gennaro Gattuso, który stale ma problemy z zachowaniem zimnej krwi na boisku. Swój brutalny styl gry przywiózł ze Szkocji (wyspy brytyjskie zawsze słynęły z boiskowej agresji), gdzie grał przez półtora roku w Glasgow Rangers (fot: thesillyseason.co.uk)"]Włosi przeważnie dają upust swoim emocjom podczas piłkarskich spotkań. Idealnym przykładem włoskiego wojownika na zielonym placu jest pomocnik AC Milan, Gennaro Gattuso, który stale ma problemy z zachowaniem zimnej krwi na boisku. Swój brutalny styl gry przywiózł ze Szkocji (wyspy brytyjskie zawsze słynęły z boiskowej agresji), gdzie grał przez półtora roku w Glasgow Rangers (fot: thesillyseason.co.uk)[/caption] Na kartach historii XIX stulecia zapisało się wiele konfliktów o charakterze kolonialnym, między innymi na kontynencie afrykańskim. Pokaźna część tych wojen toczyła się w łonie Starego Kontynentu, formując prestiż i pozycję gospodarczą europejskich mocarstw. Niezwykle istotne znaczenie dla dalszego rozwoju wydarzeń miał francusko-włoski zatarg o Tunis. W 1881 roku Italia musiała uznać wyższość swego odwiecznego rywala, Francji, co skłoniło rzymską dyplomację do partycypacji w sojuszu Trójprzymierza. Ponadto, Włosi obrali nowy kierunek kolonialnej ekspansji – Etiopię. Etiopia to osobliwy kraj na afrykańskim kontynencie. Obok Liberii to jedyne państwo Czarnego Lądu, które nie zostało skolonizowane w XIX stuleciu. Według legendy, cieszyło się niepodległością od 3000 lat! Uchodziła za krainę wspaniałych bogactw, pięknej przyrody i urodzajnej ziemi. Włosi podsycali tendencje separatystyczne na rubieżach Cesarstwa Etiopskiego, w dzielnicy Szeua, sprzyjając ambicjom politycznym Menelika, skonfliktowanego z cesarzem, Janem IV. Jednak kluczowe okazało się ciche poparcie Anglii (mającej notabene układ z Etiopią), która obiecała nie przeszkadzać w penetracji wybrzeża Morza Czerwonego w zamian za pomoc Italii wojskom angielskim oblężonym w Chartumie. Ponadto Brytyjczykom zdecydowanie bardziej odpowiadała obecność w Etiopii niezdarnych Włochów, aniżeli zawsze groźnej Francji. W 1887 r. stosunki włosko-etiopskie wyraźnie zaostrzyły się, co doprowadziło do pierwszych konfliktów zbrojnych. Już na samym początku włoska opieszałość oraz ignorancja przyprawiła problemy Europejczykom. Podczas bitwy w pobliżu Dogali naprzeciwko 15 tys. korpusu wojsk etiopskich stanęło zaledwie 500 żołnierzy! W efekcie 23 włoskich oficerów opuściło już na zawsze szeregi żywych. Wkrótce zawarto kompromisowe porozumienie, ale gdy tylko zmarł cesarz Etiopii, Jan IV, a na tronie pojawił się przychylny europejskim najeźdźcom Menelik, Włosi zaproponowali renegocjację umowy, w wyniku czego w 1889 roku podpisano traktat w Uccialli. Na jego mocy proklamowano wieczny pokój i przyjaźń między krajami. Ponadto Menelik przekazał Włochom szereg terytoriów. Jednak największe scysje wywołał zapis innego artykułu: „Jego wysokość Cesarz Etiopii może uciekać się do usług rządu Jego Wysokości Króla Włoch w zakresie wszystkich spraw, które posiada z innymi państwami i rządami.” We włoskiej wersji językowej traktatu (sporządzono także kopię w języku amharskim) słowo „może” zastąpiono sformułowaniem „zgadza się”, co oznaczało przekazanie części kompetencji polityki zagranicznej Etiopii w gestię Rzymu. Sensacyjna okazała się porażka Włochów pod Aduą 1 marca 1896 roku. Armia włoska dysponowała nowoczesnym uzbrojeniem, miała miażdżącą przewagę szczególnie w artylerii. Z drugiej strony Etiopczycy posiadali zdecydowanie większe siły liczebne (niektóre źródła podają, że nawet ponad 100 tys. żołnierzy, zaś Włosi tylko 17,7 tys.). Jednak taką przepaść Italia była w stanie zneutralizować, gdyby tylko generał Baratieri dostał odpowiednie wsparcie jeszcze na początku bitwy – mógł zaatakować zdezorientowanych Etiopczyków po utracie ich wodza. Pomoc jednak nie nadeszła. Włoskie władze uznały, że również wojskom generała Albertone z pewnością żadna pomoc nie jest konieczna, tracąc w ten sposób ogromną szansę na wygranie bitwy na jednym z odcinków. [caption id="attachment_7911" align="alignright" width="300" caption="Włosi nie zdołali skolonizować Etiopii. Według legendy, kraj ten z powodzeniem bronił swej niepodległości przez 3000 lat. Na zdjęciu wygasły wulkan Ras Daszan (fot: ethiopic.com)"]Włosi nie zdołali skolonizować Etiopii. Według legendy, kraj ten z powodzeniem bronił swej niepodległości przez 3000 lat. Na zdjęciu wygasły wulkan Ras Daszan (fot: ethiopic.com)[/caption] Po raz pierwszy w historii kraj afrykański potrafił się przeciwstawić europejskiemu najeźdźcy. W Europie zdołano już nawet obwołać Etiopię nowym mocarstwem. W wyniku tej wstydliwej porażki, Włosi musieli dwa lata później przystać na warunki traktatu w Addis Abebie, gdzie anulowano układ z Ucciali, a przede wszystkim uznano suwerenność Etiopii. W efekcie, żadne z europejskich mocarstw kolonialnych nie zdołało uzyskać w Etiopii zdecydowanej przewagi. Wprawdzie w 1906 roku Francja, Włochy oraz Wielka Brytania podpisały traktat o wytyczeniu stref wpływów w tym kraju, ale nie został on uznany przez samych zainteresowanych, ponieważ nie wzięli oni udziału w rokowaniach. Do etiopskiej spuścizny wrócił w swych imperialistycznych inklinacjach Benito Mussolini, prokurując ostatni wielki konflikt przed wybuchem II wojny światowej. „Duce” wspominał o podboju Etopii już w 1924 roku, jednak ospała Liga Narodów odkładała problem na kolejne sesje. Konflikt rozpoczął się w 1935 roku. W obronie Etiopii stanął początkowo Związek Radziecki oraz Wielka Brytania (dodatkowo zastosowano sankcje ekonomiczne, lecz nie osłabiły one gospodarki włoskiej), jednak Etiopczycy nie uzyskali żadnego realnego wsparcia i pozostali osamotnieni. Mimo miażdżącej przewagi, Włosi przez dłuższy czas nie byli w stanie sforsować etiopskiej obrony. Dopiero stosując gaz (okryło to ich hańbą w światowej opinii publicznej) potrafili zwyciężyć armię Etiopii. Doszczętna kompromitacja Ligi Narodów w tej sprawie pozwoliła Hitlerowi zmilitaryzować Nadrenię w 1936 roku. Zepchnęło to konflikt w Etiopii na dalszy plan. W efekcie, 9 maja Włosi wydali dekret o aneksji Etiopii – cesarzem tego państwa został Wiktor Emanuel III, król Italii. Po zwycięstwie wojsk brytyjskich nad Włochami w 1941, władzę ponownie objął Haile Selassie I, obalony pięć lat wcześniej. Adam Karpiński