A co, jeśli >>macica palestyńskiej kobiety<< pokona Izrael?

Prezydent Donald Trump uznał kilka dni temu Jerozolimę za stolicę państwa Izrael. Wiadomo było, że wywoła to w tym kraju wzrost napięcia i niezadowolenie Czytaj więcej »

 

Ceny maksymalne to równia pochyła

Jeden z największych portali internetowych w Polsce zrobił małą prima aprilisową prowokację. Podano, że rząd, w związku z rosnącymi cenami paliwa i cukru, nosi się z zamiarem wprowadzenia cen maksymalnych na te produkty. Cena maksymalna za kilogram cukru miała zostać ustalona na 3,50 zł, zaś za litr benzyny 95 na 4,50 zł. Efekt prowokacji był dosyć przerażający, bo obnażył całą wiedzę ekonomiczną sporej części społeczeństwa, co w przyszłości może zostać wykorzystane przez jakąś socjalistyczną partię. Smutne jest, że po 20 latach od upadku PRL, wciąż trzeba wracać do podstaw, bo ludzie nie wyciągają żadnych wniosków z przeszłości.

Ceny są podstawowym elementem każdej gospodarki rynkowej. Wprowadzenie na dany produkt ceny minimalnej lub maksymalnej, może realnie oddziaływać na cenę rynkową lub nie. Jeżeli benzyna Eurosuper 95 kosztuje 5,10 zł/l, a rząd zdecyduje się wprowadzić cenę maksymalną na poziomie 5,70 zł/l, to fakt ten pozostanie bez wpływu na ceny, dopóki nie osiągną one tego pułapu. Podobnie jest w przypadku cen minimalnych. Jeżeli zostanie ona ustanowiona na poziomie 3,70 zł/l, to także nie będzie miało to wpływu na ceny. Artykuł na portalu podawał, że cena maksymalna benzyny Eurosuper 95 ma wynieść 4,50 zł/l, czyli 0,50-0,60 zł mniej niż wynosi obecnie cena rynkowa. Prowadziłoby to do poważnego zaburzenia całego mechanizmu popytu i podaży.

Jednym z podstawowych terminów ekonomii jest „cena równowagi rynkowej”. Jest to stan pewnego optimum, gdzie ilość towarów dostępnych na rynku po danej cenie (podaż), równa się ilości towarów pożądanych przez konsumentów po określonej cenie (popyt). Charakterystyką ceny danego produktu w niezakłóconej gospodarce rynkowej, jest to, że będzie ona zawsze dążyła do stanu równowagi pomiędzy popytem, a podażą. Jeżeli cena litra benzyny zostanie przez sprzedawcę ustalona na zbyt dużym poziomie, to spadnie jej popyt. Pojawi się więc sytuacja, w której podaż przewyższała będzie popyt. Wymusi to na sprzedawcy obniżenie ceny do poziomu, przy którym ponownie przywrócona zostanie równowaga rynkowa. Podobnie sytuacja ma się w przypadku zbyt niskiej ceny za litr benzyny. W tym przypadku to popyt przekracza podaż, więc sprzedawca z pewnością zechce podnieść cenę, żeby ponownie osiągnąć punkt równowagi.

Przyjrzyjmy się teraz, co dzieje się w sytuacji, gdy nieodpowiedzialny rząd postanawia wprowadzić cenę maksymalną na benzynę. Sztuczna regulacja wymusza na sprzedawcach paliw obniżenie ceny Eurosuper 95 do 4,50 zł za litr. Popyt zaczyna przewyższać podaż, bo uniemożliwia się osiągnięcie równowagi rynkowej. Sprzedawcy nie są w stanie zaspokoić potrzeb klientów. Z braku paliwa zamyka się czasowo wiele stacji benzynowych. Na pozostałych pojawiają się coraz dłuższe kolejki. Pogłębia się paraliż komunikacyjny państwa. Wreszcie kryzys paliwowy uderza mocno w stabilność całej gospodarki krajowej.

To nie jest bynajmniej scenariusz z filmu political-fiction. To są realne efekty wdrażania przez polityków interwencjonistycznych przesądów. Boleśnie przekonali się o tym na własnej skórze Amerykanie, podczas kryzysu paliwowego w latach 70. ubiegłego wieku. Państwa OPEC, w ramach protestu przeciwko wojnie izraelsko-arabskiej, nałożyły na Stany Zjednoczone embargo. W efekcie ceny ropy naftowej błyskawicznie poszybowały w górę, co oczywiście przełożyło się wkrótce na ceny paliw w USA. Wystraszona presją społeczną administracja amerykańska, podjęła decyzję o wprowadzeniu na krótko cen maksymalnych na paliwa. Może się wydawać, że skoro OPEC ręcznie manipulował podażą do celów politycznych, to interwencja administracji amerykańskiej jest uzasadniona. Nic bardziej mylnego. Efektem wprowadzenia cen maksymalnych były braki paliwa i olbrzymie kolejki na stacjach, które posiadały jeszcze zapasy. Wszystko to dobiło jeszcze bardziej, borykającą się ze stagflacją, gospodarkę amerykańską. Najlepszym wyjściem było zwyczajne przeczekanie na zasadach rynkowych całej tej burzy.

Wprowadzenie cen maksymalnych na cukier także byłoby katastrofą. Ceny rynkowe cukru w ostatnim czasie plasowały się w granicach 5-6 zł za kilogram. Mimo to w niektórych sklepach występowały jego braki i postanowiono go racjonować. Oczywiście limity były nakładane przez prywatne podmioty, a nie przez państwo. Jeżeli przy tak wysokich cenach wystąpiły chwilowe braki produktu, to można sobie wyobrazić, jakie tsunami przetoczyłoby się przez półki sklepowe po nałożeniu ceny maksymalnej na poziomie 3,50 zł. Cukier prawdopodobnie całkowicie zniknąłby z legalnego rynku. Dochodzimy więc teraz do innych, poza niedoborem, skutków wprowadzenia cen maksymalnych.

Otóż ceny maksymalne przyczyniają się do rozwoju czarnego rynku. W przypadku cukru, handel „zakulisowy” jest oczywiście sporo prostszy niż w przypadku benzyny, jednak dotyczy to ostatecznie wszystkich produktów. Po wprowadzeniu cen maksymalnych, rozkwitłby z pewnością handel podziemny z prawdziwie astronomicznymi cenami, podkręcanymi nie tylko przez niedobory produktu na rynku legalnym, ale też przez ryzyko, które przy takiej działalności ponosi sprzedający. Doszłoby też do spadku jakości benzyny oraz cukru, dostępnych na rynku legalnym, a także do potencjalnego wzrostu cen innych produktów. Oba te skutki są efektem prób kompensacji kosztów przez sprzedawcę, które musi ponosić w wyniku przymuszenia go do cen maksymalnych. Ostatecznie całość mogłaby się zakończyć nałożeniem przez państwo, zgodnie z efektem domina, cen maksymalnych na kolejne produkty, które są niezbędne do wytworzenia towarów objętych taką regulacją na samym początku.

Innym skutkiem jest rozrost biurokracji rządowej. Ktoś musi przecież kontrolować, czy w sklepach i na stacjach benzynowych cukier oraz paliwo sprzedawane są w ustalonych granicach cenowych. Jest to też poważny czynnik korupcjogenny, gdyż część sprzedawców z pewnością zechce wręczyć łapówkę urzędnikom, żeby ci przymknęli oko na jego ceny. Ostatecznie wzrost aparatu urzędniczego doprowadzi do pogłębienia innej bardzo szkodliwej formy interwencjonizmu państwowego w gospodarkę, czyli nałożenia jeszcze wyższych podatków lub zwiększenia deficytu budżetowego, co w konsekwencji w przyszłości także przyczyni się do zwiększenia podatków.

Informacje o wprowadzeniu cen maksymalnych na paliwo i cukier przez rząd Donalda Tuska były na szczęście żartem. Prawdziwa jednak była wypowiedź, której udzieliła sprzedawczyni pracująca w jednym ze sklepów. Stwierdziła ona, że „trzeba ustalić państwowe normy cenowe, na każdym artykule powinna być cena urzędowa i już, nie będzie spekulacji”. Ciekawe czy pani sprzedawczyni byłaby tak uśmiechnięta, gdyby po wprowadzeniu cen urzędowych, właściciel sklepu wyrzucił ją na bruk w ramach kompensacji kosztów, jakie ponosi trzymając się cen maksymalnych. Jestem też przekonany, że odpowiedź właściciela sklepu byłaby całkowicie inna. To jest w tym wszystkim pocieszające, bo z pewnością pocieszająca nie jest sonda internetowa, która towarzyszyła tej prowokacji. 80% osób głosujących stwierdziło, że pomysł wprowadzenia cen maksymalnych jest dobry lub bardzo dobry. Sprzeciwiło się mu jedynie 20%. Badanie nie jest oczywiście w najmniejszym stopniu reprezentatywne, jednak nie nastraja ono zbyt pozytywnie, podobnie jak duża część komentarzy zamieszczonych pod artykułem.

Wobec zbliżającego się kryzysu gospodarczego, jakaś populistyczna, lewicowa partia może starać się wykorzystać naiwność społeczeństwa. Wielu z pewnością przyklasnęłoby pomysłowi wprowadzenia cen maksymalnych na wszystkie, żeby „uderzyć we wstrętnych spekulantów i wrogów ludu”. Efekty takiej ingerencji będą dla każdego opłakane i dużo dalej idące niż ceny maksymalne dla wybranych produktów. Jest to temat na oddzielny tekst. Niezależnie od wszystkiego, nie wolno na to pozwolić. Szkoda, że Polacy nie wyciągają żadnych wniosków z przeszłości. Czy te 80% głosujących nie pamięta lub nie słyszało o pustych półkach sklepowych w czasach PRL?

Artykuł i sprostowanie do niego odnośnie planów wprowadzenia cen minimalnych na cukier i paliwa: http://biznes.onet.pl/rzad-jednak-nie-bedzie-mieszal-w-cenach,18572,4229598,1,news-detal.

Łukasz Stefaniak


7 Responses to Ceny maksymalne to równia pochyła

  1. dvlpl napisał(a):

    Boże, 80% społeczeństwa wierzy w świętego Mikołaja, i jak ma być w tym kraju dobrze? Niech najlepiej jeszcze pensję minimalną podniosą do jakiś 3000, to w ogóle będzie koniec z biedą i drożyzną. Jakie to proste, prawda?

  2. Marko napisał(a):

    Ten artykul to stek bzudr. Autor nie zadal sobie zadnego wysilku, zeby dotrzec do prawdy. Za to nastraszyl mocno naiwnych. Propagandowo swietna robota. Wyrazy uzannia.

  3. hm napisał(a):

    O ja Cie, a ja sie dałem nabrać i wygadywałem gdzie popadnie, że rząd chce wprowadzić ceny maskymalne

  4. kamil napisał(a):

    Cukier raczej do czarnego rynku nie zejdzie, ale benzyna… fałszowanie i nielegalna dolewka paliw już jest nawet nie procederem, a normalnością, to co dopiero, jak rząd ustali cenę maksymalną.

    I jeszcze raz: tylko mądra część ludu powinna rządzić, taka, która nie ogląda „Majki” i innych bajeczek na zgąbczenie mózgu.

  5. jewrej napisał(a):

    Dobry krzyżak Tusek, koszer dla nas rządzi, więc z Fryckami i Ruskami geotermię polską zablokuje. Szmalu na odwierty Rydzykowo POzbawiony, by Polaczki na kolanach od Jukoila i Gazpromu, ruską ropę z gazem zawsze kupowali. Kasy Putinowi cymes gut napychamy, nasze jewro-banki zasilamy i kampanię lewo-liberałom dobrze opłacamy. Dziadka Wehrmacht wybielimy i Tuskowi zapomnimy bo na Mośka go zrobimy. Donek w kucki z Merkel gada, w jaki sposób Odzyskane ziemie polskie Niemcom oddać. I gaz rurą od Putina, PO niemiecku i Sowiecku jewropejsko znów wypada aby z Polski zrobić dziada. TW Bolek z TW Alkiem i Balcerek od Kiszczaka-Jaruzela, polskie banki nam oddali. Ciemnych gojów więc kiwamy i lichwiarsko zadłużamy. Polskich stoczni, mediów, banków goje dawno więc nie mają. Chłopi cymes też zdychają i na zachód za robotą jak parobków, swoje biedne dzieci gnają. Nasze media no i sklepy, goj kultura i gazety. Koszer gut i charaszo cały ten interes będzie. Nasza Polska w każdym względzie.

  6. Gielo napisał(a):

    W sumie potwierdza to tylko stwierdzenie, że 80% społeczeństwa to idioci.

  7. Łukasz napisał(a):

    Nie do końca 80% społeczeństwa. Pamiętajcie, że to nie jest ankieta reprezentatywna. Ja ze swojej strony wierzę, że gdyby przeprowadzić badania reprezentatywne, to wyniki byłyby przynajmniej nieco bardziej optymistyczne. Mogę się jednak mylić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *