Media, czyli o oddzielaniu ziarna od plew

Oddziaływanie ideologiczne i propagandowe przynosi znacznie lepsze i trwalsze rezultaty, bez konieczności utrzymywania licznych sił policyjnych Czytaj więcej »

 

Co z tym cukrem?

Znaczny wzrost cen cukru od początku bieżącego roku oraz pojawiające się niedobory, a nawet spontaniczne próby reglamentacji tego towaru w sklepach, wywołując u wielu konsumentów negatywne emocje, popchnęły niejednego „Kowalskiego” do wniosku o słabości wolnego rynku i potrzebie jego odgórnego „uporządkowania”. Owa naiwna wiara – o czym niejednokrotnie można się przekonać – w zbawczą moc urzędowej kontroli nad gospodarką, jest u nas mentalnie mocno zakorzenionym reliktem poprzedniego ustroju, przekazywanym nawet mimo woli kolejnemu pokoleniu.

 

Co jest przyczyną „cukrowego zamętu”, czy wolny rynek w tym przypadku rzeczywiście zawiódł?

Nic bardziej mylącego. Wolny rynek nie mógł zawieść, ponieważ obrót cukrem jest z niego w ogóle wyłączony i podlega urzędowej regulacji, której to słabości po raz kolejny właśnie doświadczamy.

Gdyby wolny rynek mógł tutaj działać i to w swojej „czystej postaci”, mielibyśmy przede wszystkim swobodną konkurencję wśród dostawców, stabilizującą ceny lub wręcz  powodującą ich postępujący spadek. Sporadyczne załamania podaży (o ile by do nich dochodziło…), wywołane wtedy jedynie przyczynami obiektywnymi, a co za tym idzie – doraźne niedobory na rynku i zwyżki cen – stanowiłyby natychmiast zachętę do ekspansji dla nowych dostawców, skutkującej rychłym wypełnieniem powstałych luk.

Urzędnicza ingerencja w takich przypadkach – nie dość, że całkowicie zbyteczna – jest najczęściej mylna w ocenach oraz zawsze spóźniona w działaniu i do tego niesłychanie kosztowna, czego konsekwencje nie bezboleśnie rozkładane są na społeczeństwo.

Wzrost cen cukru w Polsce nie jest – jak w skrócie uzasadniano w mediach – głównie wywołany ogólnie drożejącą żywnością na światowych rynkach. Cenowy szok i nierównomierność dostaw są wynikiem przede wszystkim urzędowych interwencji w cukrowy rynek na co najmniej trzech głównych poziomach:

Pierwszy – to ustalenia w ramach Światowej Organizacji Handlu (WTO), czuwającej – najkrócej mówiąc – nad utrzymaniem tzw. „równowagi” w dostępie krajów do rynków międzynarodowych, zwłaszcza co do parytetów w eksporcie żywności. W ramach owej „równowagi” Unia Europejska musiała w 2006r. wprowadzić reformę ograniczającą nie tylko eksport cukru białego (z buraka) poza jej granice do poziomu 1,34 mln. ton rocznie, ale również produkcję na rynek wewnętrzny do 13 mln. ton, w 76% pokrywających europejskie potrzeby konsumpcyjne, robiąc w ten sposób miejsce dla importu cukru trzcinowego w ramach „pomocy” krajom rozwijającym się z tzw. obszaru AKP (Afryka–Karaiby–Pacyfik) oraz LDC. Swoje piętno na cenie cukru białego odcisnęło nie tylko sztuczne obniżenie przez UE podaży poniżej poziomu popytu, ale dodatkowo obciążenie swoich aktywnych producentów wpłatami do specjalnego funduszu, rekompensującego zaniechanie produkcji części plantatorów i pozostałym cukrowniom.

Drugim poziomem urzędowej interwencji, a mówiąc wprost – psucia wolnego handlu, jest polityka samej Unii, polegająca na tzw. kwotowaniu produkcji, zapasów i eksportu cukru białego, czyli narzucaniu limitów krajom członkowskim wytwarzającym go, w założeniu mająca z kolei zapewnić „równowagę” w dostępie do rynku wewnętrznego Europy.

Dotyczy to oczywiście także Polski, która z pozycji niegdysiejszego eksportera słodkich kryształków przyjmuje coraz bardziej rolę importera. Narzucone warunki ograniczyły naszą podaż cukru do rocznego poziomu maksymalnie 1.4 mln. ton przy szacowanym spożyciu wyższym o ok. 0,2 mln. t. Umożliwiony nam roczny udział w eksporcie oscyluje wokół 0,4 mln. ton, zaś bezcłowy import wzrósł od 2007r. trzykrotnie do poziomu 0,125 mln. ton. w 2009r i dziesięciokrotnie do 0,4 mln. ton w 2010r.  Warto przy tym wspomnieć, że w Unii jest co najmniej 5 postaci cen urzędowych dla branży cukrowej; cena interwencyjna, cena podstawowa (bazowa), cena minimalna plantatorów (odrębna dla tzw. kwoty A i kwoty B produkcji), ceny „progu” i „śluzy” na styku z obrotem międzynarodowym, a dodatkowo różne opłaty i dopłaty – stanowiące wspólnie narzędzia dla odprawiania rozmaitych urzędniczych guseł w związku z pociąganiem za sznurki w obrocie słodkim surowcem.

Trzeci poziom rynkowej niemocy – to oczywiście organizacja naszego rynku krajowego z jego atrapą konkurencji. Uczestniczą w nim praktycznie zaledwie cztery podmioty – Polska Krajowa Spółka Cukrowa S.A., kryjąca zresztą w sobie monopol państwowy (ok. 80% jej akcji należy do Skarbu Państwa, ma 40% udziału w rynku), a ponadto oligopol mniejszych spółek niemieckich z idealnymi możliwościami do zmowy cenowej – Südzucker (25% rynku), Nordzucker (9% rynku) oraz Pfeifer & Langen (26% rynku). Ta ostatnia wykupiła działający do niedawna u nas British Sugar Overseas, zwiększając swój potencjał i rozszerzając geografię podległych cukrowni o Pomorze Gdańskie, Warmię i Mazowsze. Zasady krajowego obrotu i produkcji cukru sztywno określiła ustawa z 21 czerwca 2001r. z późn. zmianami (Ustawa o regulacji rynku cukru) wraz z przepisami unijnymi.

Ślepa uliczka, którą coraz ciaśniej zabudowuje sobie państwowy interwencjonizm na świecie, kierując się przeświadczeniem, iż tak oto ma wyglądać współczesna gospodarka, stanowi doskonałą okazję dla różnych zachowań, określanych mianem spekulacji, ze strony co sprytniejszych handlowców, wykorzystujących niedobory powstające dzięki urzędniczej nieudolności (czy zawsze nieświadomej?…). Trudno się zatem dziwić, że polski cukier może kosztować nas, podobnie jak było to z końcem marca br. – o 20-50%  drożej niż obywateli w pozostałych krajach Unii.

Jak widać wahania klimatyczne, wahania urodzaju, jak też cen na rynkach światowych (i tak trzy razy niższych niż unijne!) – przy tak zorganizowanym obrocie nie mają dla nas większego znaczenia.

Parafrazując słowa Stefana Kisielewskiego – można by rzec, że Polska to wciąż taki dziwny kraj, który sam stwarza sobie trudności, żeby je potem dzielnie pokonywać. Jak się okazuje – nie tylko ona.

Wydaje się, iż sytuacja cenowa i zaopatrzenie w cukier już są opanowane, ale ta pozorna stabilizacja nie potrwa niestety długo – najpóźniej do początku przyszłego roku…

Tomasz Ulatowski
Autor jest szefem Ciechanowskiego Klubu Austriackiej Szkoły Ekonomii przy Instytucie Ludwiga von Misesa


2 Responses to Co z tym cukrem?

  1. boniek napisał(a):

    Zasadniczym pytaniem jest co zabrania konkurencji wejsc na rynek producentow cukru. Co z tego jesli jest tylko 4 graczy na rynku jesli w dowolnym momencie moze wejsc nowy sprzedawca. Jak dzialaja limity? Czy to nie jest tak przypadkiem ze po ustaleniu limitu trwa wyscig, kto szybicej naprodukuje wiecej cukru zanim limit zostanie osiagniety i ta produkcja decyduje potem o tym kto jaki ma udzial w rynku? Bylbym wdzieczny za odpowiedzi.

  2. Tomasz Ulatowski napisał(a):

    Ad. komentarza nr1:
    Odpowiedź na „zasadnicze pytanie” brzmi tak; wejście nowego pomiotu na rynek blokują jego tzw. regulacje.
    Trudno mi w miejscu przewidzianym na komentarz wyjaśnić całą tę zawiłość, dlatego raczej odesłałbym Pana (?) do samodzielnej analizy aktów prawnych traktujących konkretnie o zasadach przyznawania limitów, o ile chce się Panu grzebać w patologii….
    Najkrócej mówiąc; limit produkcji cukru jest przydzielany przez UE poszczególnym państwom członkowskim. Władze każdego z państw rozdzielają go u siebie zgodnie z przepisami wspólnotowymi. Kontyngent (kwota) A rzekomo odpowiada wewnętrznej konsumpcji cukru, kontyngent (kwota) B ustalany na poziomie około 20% kwoty A – to rezerwa przeznaczona na potrzeby konsumentów w razie słabych zbiorów. Tylko kontyngenty A i B są subsydiowane. Wyprodukowana ilość cukru przekraczająca ustalony limit A i B, zwana kontyngentem C powinna być wyeksportowana poza terytorium Wspólnoty. Regulacje rynku cukru przewidują przechowanie części kontyngentu C (ok.20% kwoty A) w kraju wyprodukowania do czasu wytworzenia cukru z kolejnych zbiorów. Kontyngent C powinien być wyeksportowany do 31 grudnia, bez subwencji cenowych (o ile rzecz jasna nie stoją na przeszkodzie jakieś ograniczenia na poziomie światowym).
    Minister rolnictwa (także w Polsce) ustala corocznie spółkom oraz producentom cukru pozostającym poza tymi spółkami limity określające: 1) maksymalną ilość cukru, jaka może być wyprodukowana w ramach kwoty A, 2) maksymalną ilość wyprodukowanego cukru w ramach kwoty A, która może być wprowadzona na rynek krajowy w ciągu kwartału, 3) maksymalną ilość cukru, jaka może być wyprodukowana w ramach kwoty B. Ustalenie limitów produkcji cukru, o których mowa, następuje przez dokonanie podziału kwot A i B w następujący sposób:
    a) 90% tych limitów ustalane jest jako iloczyn średnioważonego przerobu dobowego buraków i wydajności cukru z ostatnich trzech kampanii, przy założeniu jednakowej długości kampanii we wszystkich cukrowniach, pomniejszonej o przekroczenie limitu.
    b) b) 10% tych limitów ustalane będzie w proporcji do przyrostu wartości środków trwałych i zapasów w ostatnich dwóch latach, z wyłączeniem wartości zapasów wyrobów gotowych.
    Jak widać już z powyższego sposobu obliczania, a zwłaszcza w punkcie b) – istniejące na rynku spółki rzeczywiście mają z mocy prawa przewagę. A co gdyby nowy pomiot chciał świadczyć dostawy poza systemem kwot? Zgodnie z przepisami – producenci cukru wprowadzający cukier na rynek krajowy ponad limit ustalony na powyższych podstawach są zobowiązani do wnoszenia opłat sankcyjnych w wysokości… 100% wartości sprzedanego cukru na rynku krajowym ponad ten limit. Podmioty nabywające cukier od producentów cukru na zaopatrzenie rynku krajowego są zobowiązane do wnoszenia opłat w wysokości nie większej niż 7% wartości zakupionego cukru.
    Tak więc dola nowych dostawców byłaby niewątpliwie ciężka… Chyba, że w grę wchodziłby wykup już działających spółek…
    Pyta Pan – „co z tego, jeśli na rynku jest 4 graczy, jeśli w dowolnym momencie może wejść nowy sprzedawca?” Może w brydża 4 graczy to wystarczy, ale nie do normalnej konkurencji. No a co do „wejścia w dowolnym momencie” to już chyba sobie wyjaśniliśmy wyżej…
    Jeśli chodzi o wyścig „kto szybciej naprodukuje więcej cukru, zanim limit zostanie osiągnięty” – ważniejsze jest samo wywiązanie się z kwoty, bez jej częściowego „oddawania”, by uzyskać do niej prawo w kolejnym okresie. Ale należy też pamiętać, że ci co „zostają w grze” muszą dopłacać do tych, co zaniechali produkcji, a to podroży działalność.
    Jak widać „rynek” cukru nie ma nic wspólnego z rynkiem. Jego obecna forma wynika ze złudnej wiary, iż urzędnik jest w stanie oszacować potrzeby konsumpcyjne społeczeństwa, by by wybawiać je dzielnie od klęsk niedoborów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *