Skandaliczne przemówienie burmistrza Esslingen w Piotrkowie

Poczułem się jakby w moim własnym domu Gość, Przyjaciel i Brat, spoliczkował mnie i właściwie nie bardzo wiem dlaczego Czytaj więcej »

 

Co zawiera czarna teczka Declana Ganleya?

Powszechnie wiadomo, że spiskowa teoria dziejów nie istnieje. To tylko wymysł różnych prawicowych oszołomów, tropicieli masonerii, katolickiej kołtunerii, i pewnie antysemitów, którzy tę wstydliwą przypadłość wyssali bez wątpienia z mlekiem matki. A skoro żadne spiski, a w każdym razie – spiskowe teorie dziejów nie istnieją to i teoria opisana niżej przeze mnie jest tylko i  wyłącznie wymysłem jednego z wyżej opisanych beznadziejnych przypadków, którym nie warto zaprzątać sobie głowy, a już na pewno nie ma sensu podawać go do sądu w trybie wyborczym. Wszak to tylko political-fiction.

Otóż, od jakiegoś czasu ci, którzy zwykle w spiski i w agentów nie wierzą, oskarżają szefa Libertas, Declana Ganleya o to, że jest współpracownikiem CIA lub KGB. W zależności od tego, kto oskarżenie rzuca, tym Ganley jest. Jeśli oskarżają eurofile z Zachodu, wówczas Ganley pracuje dla Amerykanów, jeśli natomiast oskarżają eurofile ze Wschodu, wtedy Ganley jest agentem Rosji.

Wszystkich też zaprząta kwestia: Ganley a Lech Wałęsa… Jak to się mianowicie stało, że były prezydent Polski idzie od jakiegoś czasu ramię w ramię z szefem, kwestionującego traktat lizboński, ugrupowania Libertas. Otóż mam na to swoją teorię… oczywiście spiskową teorię, czyli – z góry można założyć – nieprawdziwą. Niemniej niech ta teoria będzie moim skromnym wkładem w dociekania „światłych” ludzi z „Gazety Wyborczej”, nie wierzących oczywiście w spiski, kim jest pan Ganley i co go łączy z prezydentem Wałęsą.

Jeśli Ganley czyimś agentem musi być – jak chcą tego eurofile – to w moim przekonaniu jest on agentem Putina (co wcale nie wyklucza, że również pracuje dla CIA – ale o tym dalej…). Komu bowiem mogłoby zależeć na osłabianiu Unii Europejskiej, jeśli nie Rosji (Amerykanom zresztą też – ale o tym dalej)?…  Ganley robi jak dotąd co może, by zamysły eurofilów z Zachodu i Wschodu co do kształtu UE, osłabić. Wejście w życie traktatu lizbońskiego już udało mu się opóźnić. Putin pewnie zaciera ręce… CIA może i też…

A teraz relacje łączące Ganleya z Wałęsą… Otóż każdy zdrowo myślący człowiek, czyli taki, który nie wierzy w żadne spiskowe teorie dziejów (np. redaktorzy „Gazety Wyborczej”), nie uwierzy, że na Kremlu znajdują się jakieś kompromitujące materiały na polskich opozycjonistów z czasów komuny. Gdzieżby tam!… Ale jeśli byśmy jednak trochę pofantazjowali, dalej brnęli w tę nierzeczywistą political-fiction, to oczywiście moglibyśmy założyć, że jakieś materiały jednak są. A co wynika z takiego fikcyjnego (fałszywego) założenia? Jeśli Wałęsa rzeczywiście był agentem, jak wielu przeciwników byłego prezydenta to sugeruje, wówczas pewnie i na niego są na Kremlu jakieś kwity. Kto wie, może i sto razy ciekawsze i bogatsze niż te, do których udało się dotrzeć dwóm „pętakom” z IPN-u – jak wyraził się swego czasu o Gontarczyku i Cenckiewiczu bodajże marszałek Niesiołowski. Czy w tej sytuacji Ganley nie mógłby być kimś, kim na początku lat 90-tych był Stanisław Tymiński? Czyli człowiekiem z „czarną teczką”… z Kremla? I może nie jest wcale tak, że Wałęsa idzie z Ganleyem „ramię w ramię”, lecz idzie na krótkim sznureczku, dyskretnie pociąganym przez irlandzkiego milionera… A sznureczkowi temu na imię… „czarna teczka”…

Ale kto wie, może Ganley jest jednak (także?) agentem CIA?… Amerykanom też przecież może zależeć na tym, by Unia Europejska nie była zbyt mocna (choć gdyby zapoznali się z traktatem lizbońskim, Rosjanie zresztą też, i gdyby rzeczywiście życzyli Unii jak najgorzej, wówczas powinni robić wszystko, by traktat wszedł w życie). No tak, ale co w takim razie Ganley miałby na Wałęsę? Otóż, zakładając, zgodnie ze spiskową teorią dziejów, że Wałęsa był agentem, tym razem, CIA – czego dotąd chyba nikt nie rozważał (co zrozumiałe – po co marnować czas na głupoty, które rodzą się tylko w poronionych umysłach!), Irlandczyk miałby, i to sporo. Wszyscy w końcu pamiętamy, z jaką dezaprobatą były prezydent Polski odnosił się do agenta CIA, Ryszarda Kuklińskiego. Znaczy to, że służenie Amerykanom jest dla niego równie hańbiące jak służenie Sowietom. Zatem i w tym przypadku Ganley trzymałby Wałęsę „w garści”, gdyż Wałęsie zależałoby, aby tego hańbiącego go epizodu z życiorysu nie ujawnić. Zatem znów „czarna teczka”… ale tym razem z CIA…

Czy aby nie tu, czyli w „czarnych teczkach”, tkwi tajemnica „zażyłych” relacji pomiędzy Ganleyem a Wałęsą?

Ech, dalej nie będę już tych myśli rozwijał, bo – po pierwsze – są idiotyczne, a – po drugie – jeszcze ktoś będzie gotów potraktować je serio… A już nie daj Boże, by byli to redaktorzy „Gazety Wyborczej”.

Paweł Sztąberek


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *