Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Czy Europa jednoczy się pod czujnym okiem esesmanów?

Jest kilka teorii tłumaczących nieprawdopodobny rozwój Niemiec po II wojnie światowej. Jedną wymyslił i ogłosił Gunter Grass. Według niego za wszystkim stał pewien młynarz spod Gdańska i robaki żywiące się mąką, które za pośrednictwem tegoż młynarza udzielały rad przyszłym tuzom niemieckiego przemysłu. Tak powstały najsłynniejsze gazety Axela Springera i inne fundamenty niemieckiej gospodarki.

Ale jest i inna teoria.

Na łamach „Daily Mail” Adam LeBor, mieszkający w Budapeszcie brytyjski pisarz i publicysta, opisuje pewien dokument. Trzy zapisane na maszynie kartki, które amerykańskie służby zidentyfikowały jako Raport Czerwonego Domu.

O co chodzi z Czerwonym Domem? Jest to nazwa strasburskiego hotelu (z francuskiego brzmiąca Maison Rouge), w którym we wrześniu 1944 roku nazistowscy przywódcy – przede wszystkim z wierchuszki SS – spotkali się z grupą niemieckich przemysłowców.

Najważniejsi ludzie Rzeszy wiedzieli, że wojna jest przegrana. Oczywiście oficjalnie sianie takiego defetyzmu karane było z całą surowością, jednak w Maison Rouge nikt nie żył złudzeniami. W hotelu najwybitniejszym przemysłowcom zlecono stworzenie planu, który po wojnie pozwoli podźwignąć niemiecką gospodarkę, a kraj uczynić europejskim imperium. Czwartą Rzeszą.

Ustalono, że nie będzie ona tworem militarnym, jej fundamentem stanie się gospodarka. Dlatego – kreślono wizje na kolejne lata – poza granicami Niemiec powstać mają prężne firmy i instytucje finansowe, pozostające w rękach niemieckich przedsiębiorców. W odpowiednim czasie pomogą one gospodarce ojczyzny wrócić do świetności.

Ich sukces zapewnią pieniądze, które wypłyną z Rzeszy przez szwajcarskie banki, oraz indywidualne kontakty niemieckich przemysłowców z zachodnimi kolegami po fachu. Wszystko z pomocą i pod nadzorem ludzi z SS.

Jednocześnie biznesmeni finansować będą działalność nazistów, którzy zejdą do podziemia. Ci zbudują dzięki temu sieć agentów, wpływającą na władzę w nowych Niemczech. I w nowej Europie, w której Niemcy rozdawać będą karty.

Jakim cudem, skoro nie mają już stać się potęgą militarną? Proste – należy dążyć do poddania się europejskich krajów ponadnarodowemu tworowi. I kierować nim.

Tak, w wielkim skrócie, wygląda raport, o którym pisze LeBor. Wymieniwszy ustalenia z Maison Rouge, publicysta zadaje pytanie: jak wiele z nich stało się rzeczywistością? Aż strach przyznać, ale… całkiem sporo.

Z Rzeszy poprzez neutralne państwa wypłynął kapitał, który został dobrze spożytkowany na gospodarczą działalność w innych krajach. Tymczasem przemysłowcy i bankierzy, którzy pozostali w ojczyźnie – po chwilowych kłopotach i nawróceniu na demokrację – również wzięli się do roboty.

Z niewielką pomocą amerykańskich przyjaciół szybko odbudowywali niemiecką gospodarkę, rozwijali wielkie koncerny, które działają do dziś. Jednocześnie działać zaczęli na rzecz nowej sprawy: ekonomicznej i politycznej integracji Europy.

Mieli swój wkład w powstanie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali w roku 1951. Rozpoczął się wówczas proces jednoczenia Europy i zarazem rozmywania się suwerenności układających się ze sobą państw. LeBor przytacza słowa historyka dra Michaela Pinto-Duschinsky’ego:

Dla wielu czołowych przemysłowców nazistowskiego reżimu, nowa Europa stała się przykrywką do forsowania niemieckich interesów narodowych po pokonaniu Hitlera. Niektórzy z liderów nazistowskiej gospodarki stali się liderami budowy Wspólnot Europejskich.

Interesującym przykładem jest Hermann Abs, za czasów nazistów bankier z zarządu Deutsche Banku i członek rady nadzorczej firmy I.G. Farben, producenta gazu Cyklon B. Po wojnie był on odpowiedzialny za dysponowanie środkami z planu Marshalla. Działał również w Europejskiej Lidze Współpracy Gospodarczej i doradzał kanclerzowi Konradowi Adenaerowi.

Czy nie taką wizję kreślono w roku 1944 w strasburskim hotelu? Zresztą, tak naprawdę przecież nie tylko tam. W obliczu nadchodzącej porażki przywódcy Rzeszy szukali rozwiązań, które w przyszłości pozwolą jednak dosięgnąć celu – i uczynić Niemcy największym mocarstwem kontynentu.

Jarosław Marek Rymkiewicz, wybitny poeta i eseista, na stronach książki Kinderszenen opisuje na przykład przemówienie Hansa Franka, generalnego gubernatora ziem polskich, wygłoszone również w roku 1944:

Frank dał wyraz przekonaniu, że przyszła niemiecka Europa musi być Europą współpracy – i nawet jeśli to Niemcy będą decydować, kto z kim będzie tam współpracować, to tej współpracy nie można sobie wyobrazić bez udziału innych narodów.

Wizja jednoczącej się i współpracującej Europy, w której pokonane Niemcy piąć się będą coraz wyżej i mieć będą coraz więcej do powiedzenia, spełnia się od kilkudziesięciu lat. Ale przyznać trzeba, że zniszczony wojną kontynent
nie wyszedł na tym tak najgorzej. No i, przypadkiem jakoś, nie doszło do powstania Czwartej Rzeszy. Może dlatego, że nasi zachodni sąsiedzi – startując jako kraj przegrany i zrujnowany – doszli do swej obecnej pozycji dzięki wybitnym politykom i (nie tylko tym nazistowskim) przemysłowcom.

Nie zaś ukrytej w cieniu siatce esesmanów. Ani robakom w mące.

Daniel Nogal
Źródło: www.pardon.pl


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *