Morawiecki – premier od podnoszenia podatków

Jak na dłoni widać, jak bandyckim państwem jest socjalistyczne państwo demokratyczne Czytaj więcej »

 

Czy polska racja stanu to „stawianie na jednego konia”?

Postępująca destabilizacja otoczenia międzynarodowego w połączeniu z narastającym chaosem w polskiej polityce zagranicznej – widocznym ostatnio zwłaszcza w stosunkach wewnątrzunijnych i polsko-żydowskich – każe ponowić fundamentalne pytanie o rację stanu III Rzeczypospolitej.


Pozimnowojenna stałość systemu światowego słabnie, dezaktualizując tworzone na jej okoliczność doktryny. A ponieważ słabnięcie to wynika z korozji jej podstaw, należy spodziewać się przetasowań idących znacznie dalej niż te widoczne w ostatniej dekadzie. Epoki destabilizacji niosą, w odróżnieniu od okresów stabilności, zarówno wielkie szanse, jak i wielkie zagrożenia. Sprzyjają więc przede wszystkim tym, którzy potrafią połączyć śmiałość ze sprytem i siłą. Dzisiejszą Polskę można określić jako państwo, które zaczyna nabierać śmiałości, za czym nie idzie jednak spryt ani siła. Wynika to w dużej, jeśli nie przeważającej mierze z niedostatku refleksji nad racją stanu. Poza ogólnymi zarysami, polityka zagraniczna tworzona jest ad hoc, bez koordynacji nawet państwowych zasobów, bez doktryny państwowej i dyplomatycznej, która powalałaby umiejscowić bieżące działania w większym planie, czyniąc je zrozumiałymi dla zaangażowanych w proces polityków, dyplomatów i urzędników, o opinii publicznej nie wspominając.

Zanim spróbujemy zdefiniować polską rację stanu A.D. 2018, musimy zrozumieć kontekst: wyznaczniki naszej obecnej pozycji i dynamikę otoczenia geopolitycznego. Wbrew pozorom, nie jest to dziś wcale łatwe. W wysoce emocjonalnej i niemerytorycznej debacie polskiej więcej na ten temat mitów niż faktów, a toczone z dala od kamer dyskusje ekspercko-akademickie, mimo że bez porównania bardziej rzeczowe od tych medialnych, też nie dają zadowalających odpowiedzi. Najpierw jednak cofnijmy się na chwilę… o 80 lat.

Przesłanie Bocheńskiego

W wydanym w 1937 r., jednym z najwybitniejszych polskich traktatów geopolitycznych „Między Niemcami a Rosją”, 28-letni geniusz Adolf Bocheński stawiał dziwne na pierwszy rzut oka pytanie: czy Polska jest państwem rewizjonistycznym? Wielu dzisiejszych komentatorów mówiłoby wtedy zapewne, że nieodpowiedzialnie kwestionuje tym samym najkorzystniejszy dla nas ład międzynarodowy, najlepszą od dwustu lat koniunkturę i tym podobne. Przecież Polska odzyskała niepodległość nie tylko własnym wysiłkiem, ale też w efekcie fenomenalnego zbiegu okoliczności: wojnę przegrali jednocześnie wszyscy trzej zaborcy. Nikt nie spodziewał się aż tak korzystnego rozwoju wypadków, najlepsi polscy patrioci stawiali na jednych zaborców przeciw drugim. Prostoduszne rozumowanie kazałoby więc robić wszystko, aby ład wersalski, owoc owego geopolitycznego cudu, zachować.

Bocheński odpowiadał przeciwnie: „Polska jest typowym państwem rewizjonistycznym”. Argumentacja była bezlitośnie chłodna w swej logice. Największym, śmiertelnym zagrożeniem dla Polski jest sojusz niemiecko-rosyjski. Nie mamy szans wygrać w starciu z tymi dwoma imperiami jednocześnie. To, czy ze sobą w danym okresie walczą czy współpracują, zależy od nas tylko w ograniczonym stopniu. Dlatego musimy zrobić wszystko, aby wyzyskać ewentualny antagonizm między nimi, wspierając stronę bardziej agresywną, przeciwko tej dążącej do porozumienia. W drugiej połowie lat 30. taki antagonizm istniał, napędzany przez rewizjonistyczny imperializm III Rzeszy, planującej wielkie podboje na wschodzie. Polska powinna więc opierać się na Niemczech przeciwko Sowietom, dążąc do ich unicestwienia lub rozbicia na szereg neutralizujących się wzajemnie państw. Nie z sympatii do nazizmu czy z germanofilii, ale z chłodnej – i egzystencjalnej wówczas – kalkulacji. Prowadzącej – na gruncie generalnych zasad polskiej geopolityki i racji stanu, formułowanych przez Bocheńskiego – do wniosku, że w razie odwrócenia sytuacji (tj. gdyby to ZSRR dążył do konfrontacji z III Rzeszą, ta zaś do porozumienia), Polska powinna oprzeć się z kolei na Moskwie przeciwko Berlinowi.

Nasze przywództwo wybrało jednak frontalne starcie z dwoma imperiami, z których każde było silniejsze niż II Rzeczpospolita, czyli „nie politykę, lecz samobójstwo”, jak to z kolei podsumował Stanisław Cat-Mackiewicz („Lata nadziei”). I wydaje się, że ów gen samobójczy jest wciąż w polskim życiu publicznym obecny.

Z dzisiejszej, przesiąkniętej bieżącymi sporami perspektywy, uderza w analizie Bocheńskiego także to, że w ogóle nie zaprzątał sobie głowy rozważaniami o historycznym szczęściu, jakie spadło na nas w 1918 roku, ani nad wspaniałością ładu wersalskiego, którą z tego faktu można by próbować wyczytać. Dlaczego? Było chyba dla niego na tyle oczywiste, że nawet nie widział potrzeby o tym pisać, nie tylko to, że w ustanowiony w Paryżu powojenny porządek wpisany został m.in. rewizjonizm niemiecki i rosyjski, wraz z możliwością ich tragicznego dla Polski współdziałania, ale także to, że wszelkie układy geopolityczne są dynamiczne. Że zmieniają się w czasie, niekiedy bardzo szybko, i tylko analiza głównych aktorów, interesów i tendencji w danej sytuacji międzynarodowej, nie zaś ogólnikowe, a zwłaszcza aksjologiczne dywagacje nad dobrem lub złem określonego ładu – mogą być podstawą roztropnej polityki.

Tak rozumianą metodę Bocheńskiego powinniśmy stosować również do analizy dzisiejszej sytuacji Polski.

 I. Gdzie jesteśmy

Dzisiejszym ładem międzynarodowym targają sprzeczne tendencje. Z punktu widzenia Polski kluczowa antynomia to geopolitycznie groźne słabnięcie Zachodu, za które odpowiada w dużej mierze ekspansja Wschodu, będąca zarazem dla nas wielką szansą geoekonomiczną. Wobec tego również dziś musimy zadać sobie pytanie o to, czy Polska powinna być państwem rewizjonistycznym, czy zachowawczym. Czy nasza racja stanu wymaga zmiany czy konserwacji status quo?

Żeby odpowiedzieć, musimy przyjrzeć się bliżej dzisiejszemu porządkowi międzynarodowemu. Tak w jego wymiarze statycznym, jak i – przede wszystkim – dynamicznym.

Więcej niż w marzeniach

Akces do świata zachodniego po 1989 r. był wielkim dobrem dla Polski, podobnie jak dla innych krajów postkomunistycznych. Zostaliśmy objęci parasolem bezpieczeństwa najpotężniejszego sojuszu wojskowego w historii świata, jakim jest NATO. Uzyskaliśmy potwierdzenie znakomitych, naturalnych granic za zachodzie i południu, na wschodzie – spełniły się najśmielsze marzenia Giedroycia, Mieroszewskiego czy Bocheńskiego o oddzielających Polskę od Rosji niepodległych: Ukrainie, Białorusi, państwach bałtyckich. Mamy podobnie wyczekiwany, szeroki dostęp do Bałtyku. Weszliśmy w zachodni obieg gospodarczy, ze szczególnym uwzględnieniem Unii Europejskiej, w ciągu lat niespełna trzydziestu doświadczając blisko dwu i półkrotnego wzrostu dobrobytu (wg danych MFW co do PKB per capita wedle parytetu siły nabywczej, w cenach stałych).  Mało kto liczył na tak korzystną sytuację Polski przez większość epoki PRL. Jeśli dodać do tego NATO-wski parasol bezpieczeństwa, członkostwo w UE, praktyczną demilitaryzację Niemiec i spętanie ich wybitnie „pacyfistycznym” systemem sojuszy i zależności – można ulec wrażeniu, że nie potrzeba niczego zmieniać.

II. Dwie słabości

Kwestia Królewca

To jednak złudzenie, z dwóch powodów. Po pierwsze, odsunięcie niebezpieczeństwa rosyjskiego ma znaczący wyjątek w postaci Obwodu Kaliningradzkiego. Istnienie tej enklawy wschodniego niedźwiedzia – wielkości terytorialnej województwa małopolskiego i ludnościowej opolskiego – zasadniczo zaburza naturalny układ geopolityczny w naszym regionie. Jest rosyjskim cierniem wbitym we wschodnią część NATO i UE. Jest reliktem terytorialnym ładu jałtańskiego. Sprawia, że Polska graniczy lądowo z Rosją, co uruchamia zupełnie inne kalkulacje polityczne niż w sytuacji, w której takiej granicy by nie było. Ukierunkowuje rosyjski rewizjonizm na kraje bałtyckie (gdyby nie członkostwo w NATO i innych strukturach zachodnich, byłyby zapewne wdzięczniejszym obiektem moskiewskiego zainteresowania niż Mińsk), względnie – na Białoruś i Polskę. Po implozji sowieckiego imperium zwycięski Zachód nie tylko nie zdecydował się zagrać na dalsze rozdrobnienie największego państwa świata, nie tylko nie wsparł późniejszych separatyzmów (Czeczenia) w jego obrębie, ale nie podjął nawet kwestii Królewca.

Prowadzi to do oczywistego wniosku, że nasza racja stanu wymaga rewizjonizmu w kwestii istnienia tej rosyjskiej enklawy. Minimum minimorum to jej demilitaryzacja i uczynienie tamtejszej społeczności polskiej pierwszą (z siódmej) mniejszością tej skamieliny serdecznego porozumienia anglosaskich przyjaciół ze Stalinem. Nieobecność kwestii Królewca w naszej debacie i dyplomacji jest jaskrawym dowodem ciężkiego niedorozwoju polskiej myśli strategicznej i polskiej polityki.

Półperyferyjność

Druga zasadnicza słabość położenia III Rzeczypospolitej jest natury strukturalnej i geoekonomicznej. Zostaliśmy – tak samo jak wielu innych, w tym cała reszta Europy Środkowo-Wschodniej – włączeni w neoimperialne struktury zachodnie jako neokolonia, lub bardziej precyzyjnie – półperyferia. Polskę po 1989 r. zalał zachodni kapitał, dominując wiele najintratniejszych branż, takich jak bankowość, wielki handel, zaawansowany przemysł. Był to proces ambiwalentny. Z jednej strony przyniósł szybki napływ kapitału (którego tak wówczas brakowało), wyższej kultury organizacyjnej, postępu technicznego. Z drugiej: odebrał Polakom kontrolę nad wieloma kluczowymi obszarami gospodarki i wytworzył mechanizm neokolonialnej renty, czyli drenażu kapitałowego, tylko w części oficjalnej sięgającego w ostatnich latach 5 proc. PKB i ponad 80 mld zł rocznie.

Stworzona przez Immanuela Wallersteina teoria systemów-światów dzieli współczesną planetę na trzy kategorie państw: centrum, półperyferie i peryferie („The Modern World System”). Mówiąc pewnym skrótem: pod powłoką demokratycznej wspólnoty „suwerennie równych” pierwsze rządzą, trzecie są rządzone, drugie oscylują między nimi. Dwie ostatnie kategorie zwykle rozróżnia się mówiąc, że o ile półperyferie są zdominowane przez centrum, same dominują nad peryferiami. W przypadku Polski trudno wskazać jakichkolwiek graczy, wobec których występowałaby z pozycji hegemonicznych. Można jednak – jak ostatnio prof. Rafał Matyja w wybitnej pracy „Wyjście awaryjne” – odnotować zasadniczą różnicę sytuacji naszej w porównaniu (to już moje uzupełnienie) do takich krajów jak Ukraina czy Serbia. Wynika ono z członkostwa w UE i NATO. Sojusz zapewnia Polsce bezpieczeństwo wojskowe, Unia – gospodarczo-prawne, chroniąc z jednej strony przed Gazpromem, z drugiej przed Google’em. Uczestnicząc w tych systemach, Warszawa ma też pewien wpływ – skromny, ale jednak – na politykę tych struktur. To decyduje o strategicznej wyższości pozycji Polski wobec peryferii – o jej półperyferyjności.

Naszą dodatkową słabością w obrębie tej grupy krajów jest położenie geoekonomiczne. Leżymy poza głównymi – transatlantyckimi i transpacyficznymi – szlakami krążenia kapitału. Korzystamy z bliskości centralnych Niemiec i Europy Zachodniej, bogatej Skandynawii, względnie zamożnych innych środkowoeuropejskich półperyferii, dobrodziejstw wspólnego rynku UE i wolnej wymiany na Zachodzie, wreszcie z unijnych funduszy strukturalnych. Nie mamy jednak szczęścia Belgii czy Szwajcarii: przywileju położenia na głównych szlakach lub ich odnogach. Te wiodące do nas z zachodnich centrów są tylko przedłużeniem tych najważniejszych lub funkcją rachitycznej dotąd wymiany lądowej ze wschodem. To w ewidentny sposób utrwala nie tylko naszą półperyferyjność, ale nawet utrudnia docelowe osiągnięcie poziomu dobrobytu właściwego np. Irlandii. Niewielkiej północnej półperyferii, która zrezygnowała z budowania silnej gospodarki narodowej na rzecz roli zagłębia zewnętrznego kapitału. Skutecznie konkurującej z najbogatszymi pod względem PKB per capita, kosztem rozwoju silnie zależnego.

Schizofrenia elit

Jedną z najważniejszych konsekwencji politycznych półperyferyjności jest – jak znów słusznie podnosi Matyja – uwikłanie elit zdominowanego kraju w podwójną rolę. Są one nie tylko strażnikami lokalnego interesu, ale także interesu systemu światowego. To, w przypadkach rozbieżności, czyni ich rolę problematyczną. Prof. Andrzej Zybertowicz, w innym kontekście, nazywał to sytuacją podwójnej lojalności i strukturalnego konfliktu interesów.

Warto w tym kontekście spojrzeć na przykład na politykę wschodnią III RP. Gdy polska racja stanu wymagała maksymalizacji polskich wpływów i propolskiego nastawienia na Białorusi i Ukrainie, nasze elity polityczne koncentrowały się na pseudoprometejskim szerzeniu tam demokracji liberalnej i praw człowieka, osiągając dla Polski mniej niż zero: wpychając Mińsk głębiej w ramiona Moskwy, w Kijowie uzyskując naprzemiennie albo efekt podobny, albo, jak ostatnio – zwiększając głównie wpływy amerykańskie, niemieckie i francuskie.

Oczywiście, żaden status w systemach międzynarodowych nie jest dany raz na zawsze. Peryferie stają się półperyferiami, te ostatnie awansują do centrum, potęgi upadają, półperyferie ulegają degradacji. W obrębie tych trzech modelowych kategorii istnieją też rzecz jasna rozmaite, pomniejsze hierarchie i zachodzą przesunięcia w ich obrębie. Polsce udało się na przykład w ostatnich kilkunastu latach „udomowić” kluczowy sektor bankowy do poziomu ponad 50 proc. rodzimej własności, poprawić stan infrastruktury, zmniejszyć dystans gospodarczy wobec krajów zachodnich. Możliwe i potrzebne są dalsze działania w tym duchu.

Nie wolno jednak ulegać naiwnym złudzeniom o „naturalności” procesu „nadganiania” i „dościgania” krajów centrum. Jak pisał Andrzej Maśnica: „O ile półperyferie tworzą swoiste «przedmieścia Centrum», to peryferie stanowią światowy interior, głęboką światową prowincję. Tym niemniej to właśnie przede wszystkim na peryferiach świata, a nie w suburbiach światowej metropolii, dominuje chęć i motyw ciągłego «dobiegania», dochodzenia, «nadrabiania» dystansu: «doganiany czas» stanowi przewodni lejtmotyw dominującego tu dyskursu modernizacyjnego. Rzecz jednak w tym, że kraje peryferyjne, wbrew głównym założeniom teorii modernizacyjnej, nie są w stanie podążyć drogą wytyczoną przez kraje centrum na wcześniejszych etapach rozwoju. Taka droga dla krajów peryferyjnych (rozwijających się) w ramach systemu-świata tak naprawdę nie istnieje. Popadły one bowiem w strukturalnie nową, nieznaną kilkadziesiąt lat wcześniej w państwach centrum, sytuację trwałej zależności od krajów centrum (rozwiniętych). System-świat reprodukuje się poprzez różnicowanie i polaryzację, wytwarzanie międzybiegunowych napięć i dyskontowanie różnicy potencjałów. Teza o globalizacji jako planetarnej platformie konwergencji i homogenizacji zróżnicowanego świata nie wytrzymuje próby krytycznego namysłu. Całkiem na przekór teoriom i nadziejom konwergencjonistów (modernizatorów) różnice między państwami, w wysoce zglobalizowanym świecie, zyskują (a nie tracą) na znaczeniu. To zaś oznacza pogłębienie, a nie zanik różnicy potencjałów pomiędzy państwami centrum i peryferii, rozgrywającymi i rezerwowymi systemu-świata” („Władza w epoce chaosu. Część II: rozkwit i schyłek globalnego kapitalizmu”).

Widać skądinąd, po witalności polskiego dyskursu „nadganiania”, jak mentalnie (inaczej niż strukturalnie) jesteśmy wciąż peryferyjni, bardziej nawet niż półperyferyjni. Rzecz natomiast w tym, że „dościganie” jest sprzeczne z interesem „dościganych”. Jak otrzeźwiająco pisała już piętnaście lat temu we „Władzy globalizacji” prof. Jadwiga Staniszkis: „Kraje postkomunistyczne, próbujące doprowadzić do końca rewolucję kapitalistyczną, muszą zdać sobie sprawę, że świat tego nie oczekuje i nie potrzebuje”. Nie jest przypadkiem, że największe postępy repolonizacji banków miały nad Wisłą miejsce przy okazji wielkiego kryzysu finansowego, który osłabił na pewien czas zachodni kapitał i państwa, a przez który w Polsce przeszliśmy suchą stopą.

Pięć strategii awansu

Powyższe ograniczenia nie są oczywiście usprawiedliwieniem politycznej pasywności. Oddajmy jeszcze raz głos Maśnicy. „Możliwe są dwie strategie odparcia, a co najmniej osłabienia presji wywieranych przez zewnętrzne światowe środowisko gospodarcze. Każda z nich dotyczy zbudowania i umocnienia, a ściślej konsolidacji zasobów, siły i władzy. Bądź to na zasadzie międzypaństwowych, najczęściej regionalnych, koalicji, bądź poprzez budowanie strategicznego aliansu pomiędzy państwem a biznesem na rynku krajowym. Obie strategie mają dopełniający charakter”.

Ciekawym uzupełnieniem tych przywoływanych za Samirem Aminem wskazań są uwagi wspomnianego już Rafała Matyi z artykułu „Peryferyjność – wyzwanie czy fatum?”. Wskazuje on na trzy kolejne metody półperyferyjnego odparcia w przypadku Polski: strategię eksportową, mobilizację miast prowincjonalnych, uruchomienie lokalnych zasobów analityczno-strategicznych.

„Strategia proeksportowa mobilizuje nie tylko środki, ale także energię i innowacyjność. Pozwala na analizę wyników nie poprzez całkowicie pozorowane wskaźniki «nauk o innowacyjności», ale poprzez realną konkurencyjność wytwarzanych produktów. Pozwala też na powstrzymanie emigracji najzdolniejszych profesjonalistów i tworzy miejsca pracy wokół rodzimych, a zatem trudniejszych do przeniesienia w inne miejsce firm”. Z kolei silna w dzisiejszej Polsce „wizja rozwoju opartego na jednym ośrodku miejskim prowadzi zawsze do pogłębienia peryferyjnego statusu państwa, demobilizuje pozostałe aglomeracje, z których powoli wyparowuje «kapitał ludzki», «kulturowy» i «ekonomiczny», a pozostaje tylko ten «społeczny», powiązany w kastowe oligarchie broniące resztek zasobów – zwykle związanych z sektorem publicznym i redystrybucją. Taki scenariusz sprawia, że zamiast podążać za «centrami wzrostu», miasta te mogą stać się ośrodkami rozprzestrzeniającej się szeroko stagnacji”. Postuluje więc Matyja swoistą deglomerację myślenia: przeprogramowanie polityki rozwojowej w sposób uwzględniający rozproszony charakter polskiej struktury osadniczej ze szczególnym naciskiem na ich infrastrukturalne skomunikowanie.

Kolejna – u Matyi trzecia, u nas piąta – recepta na polską półperyferyjność to rozpoczęcie korzystania z własnych zdolności monitorowania sytuacji i tworzenia strategii. „Dziś elity administracyjne i eksperckie wszystkich krajów peryferyjnych dały się sprowadzić do roli «tłumaczy» i «aplikatorów» koncepcji powstających w centrach rozwojowych. Te role stały się ważnymi wyznacznikami kariery i sposobu myślenia nie tylko pokolenia «transformacji», ale także jego następców. Często z tą samą łatwością co «zachodni eksperci» z lat 90-tych, lekceważą oni lokalny kontekst” – pisze Matyja, uzupełniając, że również „nauki społeczne nie budują diagnoz rozmaitych aspektów lokalności i peryferyjności, ani nie śledzą strategii peryferyjnych obecnych w innych regionach świata. Najbardziej widomym znakiem «peryferyjnego» ich charakteru jest powielanie zachodnich stereotypów dotyczących ich własnych krajów. Dokumenty programowe i analizy społeczne budowane są wokół przestarzałych doktryn modernizacyjnych, traktujących to, co lokalne, religijne bądź tradycyjne jako naturalnego wroga nowoczesności”.

I jeszcze jedna bardzo istotna uwaga autora „Państwa, czyli kłopotu”: „Gra peryferyjnością zaczyna się od ważnej konstatacji lokalnych (państwowych) elit: jesteśmy słabsi strukturalnie, mamy kłopoty z kumulowaniem kapitałów, nie mamy wypracowanych wzorców bogacenia się i dzielenia wzrostu między różne grupy społeczne. Jesteśmy zdezorganizowani, nie dysponujemy wiarygodnymi definicjami własnej sytuacji. Musimy zatem uruchomić kilka programów ofensywnych, które naszą peryferyjność uczynią znośną, a w sprzyjających okolicznościach pozwolą następnym pokoleniom powalczyć o zmianę statusu”.

Niemniej jednak trzeba pamiętać, że próba wyrwania się z półperyferyjności – czyli budowy alternatywnego centrum – sama w sobie niezwykle trudna, musi zarazem powodować opór i przeciwdziałanie centrów obecnych. Tym silniejszy, im bliżej potencjalnej konkurencji są położone.

III. Srebrny wiek Zachodu


Przejdźmy do dynamiki obecnego ładu międzynarodowego, a więc głównych czynników jego zmiany – najważniejszych z polskiego punktu widzenia. Rysują się tu dwie przeciwstawne tendencje: słabnięcie Zachodu, będące dla Polski zagrożeniem, i ekspansja Wschodu, będąca jedną z głównych przyczyn pierwszej, ale zarazem – wielką dla nas szansą.

Nie jest chyba za wcześnie na stwierdzenie, że po wieku złotym, obejmującym dziewiętnaste i dwudzieste stulecie, wszedł już świat transatlantycki w wiek srebrny – odpowiednik XVII w. w historii Polski. Przytoczmy (za prof. Romanem Kuźniarem) kilka obrazowych danych. Udział ludzi Zachodu w światowej populacji spadł z 33 proc. w roku 1913 do 17 proc. w 2003 i prawdopodobnie spadnie do 12 proc. w 2050, mniej niż w roku 1700. Udział w globalnej produkcji zmalał z 68 proc. w 1950 r. do 47 proc. w 2003, i wedle prognoz spadnie poniżej 30 proc. w 2050 – mniej niż w roku 1820 („Zmierzch dominacji Zachodu” [w:] R. Kuźniar (red.), „Kryzys 2008 a pozycja międzynarodowa Zachodu”).

Odwieczny obiekt polskich aspiracji, wspólnota zachodnia, jest więc potęgą słabnącą. Przede wszystkim na rzecz Azji Południowo-Wschodniej, ze szczególnym wskazaniem na Chiny. Sama w sobie wciąż się rozwija – gospodarczo, demograficznie, militarnie – ale relatywnie traci udziały w wielkości świata. O ile do okolic roku 2008 proces ten przebiegał spokojnie, to ostatnio staje się coraz bardziej gwałtowny: zachodnia dominacja napotyka na coraz aktywniejszą kontestację nie tylko ze strony mocarstw chińskiego czy rosyjskiego, ale także państw znacznie mniejszych i w tej roli dotąd nietypowych, jak Turcja, Filipiny, a nawet Węgry. Trzy ostatnie przypadki to przykłady kontestacji płynącej z wewnątrz zachodniego systemu bezpieczeństwa – albo wprost z NATO, albo z kręgu ważnych sojuszników zewnętrznych. Sprawy zaszły już więc daleko. A ponieważ kontestatorzy nie doświadczyli, jak się wydaje, poważniejszych retorsji, nic nie wskazuje na to, by nie miały zajść jeszcze dalej.

Przybliżmy rzecz do Polski. Upraszczając: o ile po 1989 r. sporo zyskaliśmy w liczbach bezwzględnych, to relatywnie, w odniesieniu do całego świata – wraz z resztą – traciliśmy, skracając zarazem dystans wobec Niemiec czy USA. Na przykład udział Polski w globalnej produkcji spadł w latach 1989-2017 z 1,03 proc. do 0,88 proc. (PKB wg PPP, dane MFW). Ponieważ zaś proces słabnięcia Zachodu przybiera na sile, należy liczyć się również ze scenariuszem gwałtownego załamania lub stopniowej erozji imperialnych struktur bezpieczeństwa i dobrobytu – źródeł największych korzyści, jakich doświadczyliśmy po zimnej wojnie.

„Zwijanie się” Zachodu staje się coraz bardziej spektakularne, znajdując w ostatnich latach konkretyzację w trzech głównych pod-tendencjach: przewlekłym kryzysie UE, tendencjach egoistycznych i protekcjonistycznych w jej obrębie oraz słabnięciu NATO.

O ile gorsza Unia

W niedawnym raporcie eksperckim „Nowej Konfederacji” prof. Bogdan Góralczyk przewidywał możliwość rozpadu Unii oraz analizował szereg scenariuszy jej przetrwania i reformy („Unia Europejska w kryzysie egzystencjalnym?”). Wszystkie są niekorzystne dla Polski. Oscylują pomiędzy utrzymaniem UE w mniej więcej obecnej postaci, jedynie z mniejszymi funduszami dla naszego kraju, a radykalnymi wersjami „ucieczki do przodu” w wersji francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona czy Komisji Europejskiej, zakładającymi utworzenie de facto Nowej Unii (jak przenikliwie zauważył Jan Rokita) w oparciu o strefę euro. Wspólnoty mniejszej, ale znacznie ściślej zintegrowanej, łącznie z np. harmonizacją podatkową i socjalną. Co stawiałoby Polskę przed diabelskim dylematem: przystąpić, tracąc gospodarczą konkurencyjność czy nie, znajdując się w nowopowstałej próżni międzynarodowej, w samotności między Niemcami a wschodem, lub w towarzystwie kilku rozproszonych, małych krajów (wobec przystąpienia większości regionu do Nowej Unii).

Trend jest więc jednoznacznie negatywny, nawet jeśli czarne scenariusze: rozpadu i radykalnej reformy à la française są stosunkowo najmniej prawdopodobne. Podstawowym błędem Polski jest w tej sytuacji ćwiczenie „sztuki niedziałania” i bierne czekanie na rozwój wypadków. Możemy i powinniśmy uczestniczyć w trwającej od lat unijnej debacie na temat reform ustrojowych, aktywnie lobbując własną wizję generalną i konkretne projekty, programy, strategie. Polska ma wszelkie predyspozycje do tego, żeby występować w UE np. jako obrończyni tradycyjnych wartości unijnych, szczególnie wspólnego rynku, gdy do głosu dochodzą tendencje protekcjonistyczne. Nawet hasło „Europy narodów”, dziś rzucane okazjonalnie przez naszych polityków wyłącznie w funkcji wiecowo-medialnego sloganu, da się rozpisać na szereg rozwiązań instytucjonalnych współtworzących agendę reformy unii. Jednocześnie moglibyśmy występować jako zwolennicy ściślejszej integracji w obszarze przeciwdziałania zagrożeniom dla suwerenności i podmiotowości państw członkowskich. Znamienne, że każda rosyjska agresja na pozaunijnym wschodzie kojarzy nam się z mrocznymi czasami, ale gdy dochodzi do spektakularnego cyberataku tego samego państwa na Estonię, czy chińskiej quasi-kolonizacji greckiego Gdańska, czyli Pireusu, nie potrafimy nawet przedstawić unijnym elitom pomysłu, jak wzmocnić UE (lub przynajmniej komunikację Unii z Sojuszem) tak, aby takie rzeczy nie powtórzyły się w przyszłości.

Między Niemcami a Francją

Nie miejsce tu na analizę relacji Polski ze wszystkimi sąsiadami i sojusznikami. W związku z powyższym trudno jednak nie wspomnieć o podstawowym fakcie, jakim jest strategiczna wspólnota interesów naszych i niemieckich, gdy idzie o przyszłość Unii. To Republika Federalna jest dziś największym w UE zwolennikiem status quo i przeciwnikiem gwałtownej ucieczki do przodu. To nad Renem najsilniejszy opór i odpór napotykają francuskie pomysły mniejszej i ściślejszej unii. Wynika to z niemieckiej racji stanu. Berlin nauczył się odwracać na swoją korzyść znaczną część – pomyślanych pierwotnie w znacznym stopniu jako gorset na tak niebezpieczną w przeszłości potęgę germańską – mechanizmów unijnych. Był i jest zwolennikiem dużej, obejmującej jak najwięcej krajów między Odrą a Rosją krajów – bo ma w nich wielomiliardowe inwestycje i ważne interesy polityczne.

Jednocześnie, konsekwencja w budowaniu Gazociągu Północnego jasno pokazuje, że nawet Niemcy Gerharda Schrödera czy Angeli Merkel myślą do pewnego stopnia w kategoriach przedunijnych lub postunijnych. Kto w Polsce radośnie wita wewnętrzne porażki obecnej pani kanclerz czy wzrost tendencji eurosceptycznych, powinien natychmiast wyjaśnić, w jaki sposób korzystniejsza dla Warszawy mogłaby być bardziej nacjonalistyczna i suwerenna RFN. Jak Rzeczpospolita miałaby skorzystać na zastąpieniu strefy euro strefą marki, czy na uwolnieniu Berlina od unijnych ograniczeń w rozwijaniu współpracy z Moskwą. Myślenie o dalszych niż bieżące konsekwencjach nadal nie jest mocną stroną polskiego rozumu politycznego.

Wymogiem naszej racji stanu są Niemcy głęboko zanurzone w sieci europejskich zależności i ograniczeń. I, do czasu pojawienia się na stole polskiej wizji przyszłości UE, zwycięstwo zachowawczo-ewolucyjnej opcji forsowanej przez Berlin. Nie oznacza to przejścia do porządku dziennego nad ogromną asymetrią sił i całą listą sprzecznych interesów. Polska nie musi i nie powinna wspierać każdej niemieckiej decyzji i propozycji, jedynie te zbieżne z własnym interesem lub konieczne. Drugą stroną medalu powinno być wykorzystywanie czynników równoważących potęgę RFN, na przykład antyniemieckich nastrojów na Południu, które pojawiły się w wyniku forsowanej przez Belin polityki antykryzysowej. Jeszcze bardziej: sceptycyzmu państw skandynawskich wobec współpracy niemiecko-rosyjskiej, w tym wobec Nord Stream 2.

O ile priorytetem polskiej polityki unijnej na najbliższe lata musi być neutralizacja francuskiego radykalizmu reformatorskiego, o tyle na dłuższą metę – i w sprawach mniejszej wagi w międzyczasie – Paryż jest dla nas ważną opcją balansującą. UE i NATO w obecnym kształcie radykalnie zmieniły na naszą korzyść odwieczny problem sprzeczności polskiej i francuskiej racji stanu, jakim było preferowanie przez Pałac Elizejski silniejszej Rosji nad słabszą Polskę jako przeciwwagi dla mocarstwowości niemieckiej. W sporach wewnątrzzachodnich to Warszawa jest dla Paryża największą i najbardziej naturalną przeciwwagą dla Niemiec na wschodzie. Poważnym zaniechaniem będzie z tego nie skorzystać.

Polska wizja i widmo euroegoizmu

Polska doktryna unijna jest tematem na osobny wywód, ale generalny kierunek w postaci obrony tradycyjnych wartości z jednej, i ściślejszej integracji w newralgicznych obszarach z drugiej strony wydaje się opcją właściwą z punktu widzenia polskiej racji stanu, wpisującą się zarazem w interesy całych grup państw. Dziś za żadną wizją UE nie lobbujemy nie tylko ze względu na słabość naszego lobbingu – po prostu żadnej nie mamy. Co gorsza, nie staramy się jej mieć.

Następną negatywną dla Polski tendencją obecnego ładu międzynarodowego jest narastanie protekcjonizmu w obrębie UE. O ile w upadku polskich stoczni zagrała istotnie – jak pokazał dr Adam Szafrański („Neelie Kroes straszy dzieci, czyli jak sobie radzić z unijnym prawem o pomocy publicznej”, „Rzeczy Wspólne” nr 2/2012) – polska niekompetencja w dziedzinie unijnych procedur, obok niewątpliwej niechęci ratowania konkurencji przez europejskich potentatów stoczniowych, o tyle uderzająca w nasze przedsiębiorstwa transportowe dyrektywa o pracownikach delegowanych była już niewątpliwym i niespecjalnie skrywanym merkantylizmem, zainicjowanym przez Francję. To m.in. prof. Tomasz Grosse dowiódł w swoim raporcie dla Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, że tendencja do ograniczania czterech swobód traktatowych, w tym do wykorzystywania unijnych regulacji na rzecz narodowego lobbingu protekcjonistycznego – narasta („Widmo euroegoizmu”). I są mocne przesłanki do jej dalszego nasilania się.

Poza wspomnianą obroną tradycyjnych wartości unijnych i rozpoczęciem realnej, aktywnej polityki i lobbingu w instytucjach UE, w tym stworzeniem i forsowaniem własnej wizji reform – Polska nie ma tu wielkiego pola manewru. Spośród ośmiu zaleceń dla rządzących sformułowanych przez prof. Grossego tylko trzy mają znamiona ofensywnych, reszta sprowadza się głównie do spowalniania lub blokowania niekorzystnych tendencji. Te propozycje pozytywne to: podjęcie stawki na decentralizację kompetencji instytucji unijnych w dziedzinie nadzoru nad transakcjami i inwestycjami, wykorzystanie wspólnotowych organów i funduszy do uczynienia polskiej gospodarki bardziej innowacyjną oraz – last but not least – protekcjonistyczny odwet.

Niepewna przyszłość NATO

W porównaniu do unii NATO jawi się jako oaza stabilności. Może to być jednak cisza przed burzą. W kampanii wyborczej poprzedzającej wprowadzenie się do Białego Domu Donald Trump nazwał Sojusz „organizacją przestarzałą” i zakwestionował kluczowy art. 5 traktatu waszyngtońskiego, mówiący o wzajemnej pomocy w razie agresji. Nie miało to dotąd przełożenia na amerykańską politykę. Wyrażało jednak ważne amerykańskie interesy: coraz większy ciężar utrzymywania wymierzonego w Rosję – niebędącą od dawna, inaczej niż ZSRS, zasadniczym zagrożeniem dla USA – układu. Republikański establishment dość szybko zawrócił Trumpa z drogi osłabiania NATO, bo pozostaje ono gwarancją amerykańskich wpływów w Europie, w tym w naszym regionie. Nie możemy jednak tracić z pola widzenia faktu, że narastanie konfliktu USA z Chinami pociąga za sobą dwie niekorzystne dla Polski konsekwencje, wzajemnie się wzmacniające. Po pierwsze, obrona Europy Środkowo-Wschodniej spada na liście amerykańskich priorytetów, a wraz ze względnym kurczeniem się zasobów USA, staje się coraz bardziej kosztowna.  Po drugie, rośnie atrakcyjność sojusznicza Rosji, w przeciwieństwie do całej „flanki wschodniej” militarnie potężnej i graniczącej z Chinami. Nieprzypadkowo USA cofają się ostatnio w „zwrocie ku Pacyfikowi” i wzmacniają nieco obecność w naszym regionie w okresie ocieplenia z Pekinem i ochłodzenia z Moskwą. Może to być jednak zjawisko krótkotrwałe, ponieważ długofalowe interesy Ameryki – tak dosadnie wyrażane przez Trumpa w kampanii wyborczej – sugerują politykę zgoła odwrotną.

Utrzymanie NATO w obecnym kształcie leży w interesie USA, i tu nasze interesy są fundamentalnie zbieżne. Problem w tym, że Ameryka – z każdym rokiem tracąca przewagę nad głównym rywalem – może zostać zmuszona wybierać, skąd się wycofać. Albo w wyniku stopniowej erozji potęgi, albo jej gwałtownego załamania. Wtedy wschodnia flanka NATO będzie jednym z pierwszych punktów na liście cięć.

Poza wypełnianiem zobowiązań sojuszniczych (co robimy) Polska nie ma istotnego wpływu na ten proces. Odpowiedzią na ów negatywny trend powinno być radykalnie przyśpieszenie budowy własnego potencjału obronno-odstraszającego, szukanie dodatkowych wzmocnień sojuszniczych w dysponujących poważnym potencjałem wojskowym krajach skandynawskich (w tym nienależących do NATO Szwecji i Finlandii) oraz poważne rozważenie przystąpienia do europejskiej inicjatywy obronnej (EFO).

Nie bądźmy kontestatorami

Negatywne dla Polski trendy w UE i NATO są, jako się rzekło, częścią procesu generalnego słabnięcia Zachodu. Najczarniejszym scenariuszem byłby rozpad obu organizacji: wówczas naprawdę docenilibyśmy obecną półperyferyjność, spadając automatycznie do poziomu peryferii, narażonej dodatkowo na szybki powrót odwiecznego zagrożenia: ścisłej współpracy niemiecko-rosyjskiej. A także na renesans mechanizmu, na mocy którego szukające przeciwwagi dla potęgi jednego z tych mocarstw kraje (Francja czy Czechy wobec Niemiec, Ukraina wobec Rosji) będą się orientować na drugie, poświęcając dla nich relacje ze słabszą, a więc mniej wartościową Polską.

Należy liczyć się z takim scenariuszem, i aktywnie mu przeciwdziałać, mając jednak na uwadze ograniczoność naszego wpływu. Polska – ani sama, ani na czele jakiejś koalicji – nie jest w stanie powstrzymać ewentualnego rozpadu ani silnego trendu erozji. Może natomiast te scenariusze oddalać lub spowalniać. Po pierwsze, rezygnując z pokusy bycia unijnym lub natowskim kontestatorem. Po drugie, wypełniając sojusznicze zobowiązania i przestrzegając najważniejszych reguł. Po trzecie, prezentując odmienności własnych interesów jako „spory w rodzinie”, a nie „przeciwko rodzinie”. Obie organizacje są od początku istnienia przestrzeniami rywalizacji przeciwstawnych koncepcji, starcia różnych poglądów. Wbrew polskiej racji stanu A.D 2018 i najbliższych lat jest zakładanie, że nie mamy wpływu na decyzje w Unii i Sojuszu, więc w przypadku niezgody jedynym wyjściem jest kontestacja, jak np. co do postanowień szczytu UE w sprawie uchodźców. Być może za jakiś czas radykalnie wzrośnie nasz potencjał, drastycznie spadną możliwości sojuszników i wtedy rachunek się zmieni. Na dzień dzisiejszy jest jednak właśnie taki.

 IV. Przebudzenie smoka i największy paradoks

Największym źródłem rozkładu systemu światowego jest dziś wzrost potęgi Chin. Potrafiły one podjąć skuteczną grę z globalizacją (i z zachodnimi hegemonami) w sposób, który umożliwił im z jednej strony stanie się jej czołowym beneficjentem. Z drugiej zaś – na akumulację zasobów pozwalającą najpierw, jeszcze w ramach strategii „pozostawania w cieniu” na sięgnięcie po status supermocarstwa, a następnie, od 2014 r. – na otwarte ogłoszenie własnych aspiracji do światowej supremacji. Nie miejsce tu na szczegółowe roztrząsanie tego procesu, znakomicie opisanego przez dr. Jacka Bartosiaka w jego książce „Pacyfik i Eurazja. O wojnie”, a także w wielu artykułach. Ograniczmy się do kilku podstawowych uwag na temat chińskich dążeń hegemonicznych.

Po pierwsze, ich ekspansja ma przede wszystkim wymiar gospodarczy, także dyplomatyczny, choć w ślad za nią idzie też gwałtowny rozwój zdolności militarnych. Po drugie, czas gra na korzyść Chin, co potwierdzają najważniejsi analitycy amerykańscy. Państwo Środka może się więc skupić i skupia w pierwszym rzędzie na ekspansji gospodarczo-politycznej, bo to USA muszą podjąć ofensywę, aby zatrzymać proces podkopywania swojej pozycji. Równolegle rozwija Pekin potencjał wojenny (w tym np. cyberfinansowy), przygotowując się na okoliczność generalnego ataku lub prowokacji. Po trzecie, chińska ekspansja ma dwa główne kierunki: azjatycki i europejski. Pierwszy oznacza próbę wyparcia USA z Azji Południowo-Wschodniej i Zachodniego Pacyfiku, napotykając póki co przemożny opór amerykańskiej potęgi morskiej i wpływów Waszyngtonu w mniejszych krajach regionu. To zwiększa presję na drugi, gdzie przeciwności są znacznie słabsze. Głównym narzędziem ekspansji na zachód jest Nowy Jedwabny Szlak (właśc. Pas i Szlak, ang. One Belt, One Road), na którym leży także Polska.

Chińska ekspansja

Ten obrosły efektownym PR-em projekt jest po części obiektem prognoz i spekulacji, a po części – faktem. Faktem gwałtownie rosnącym na znaczeniu i zmieniającym świat wokół nas. Dość wspomnieć, że wymiana handlowa Chiny-UE jest już dziś – po wartej w zeszłym roku 630 mld euro europejsko-amerykańskiej – największą dwustronną wymianą na świecie. W zeszłym roku wyniosła 573 mld euro. Jej rozwój jest błyskawiczny: w ciągu pięciu ostatnich lat handel UE-Chiny wzrósł o ponad 1/4 (dane za Eurostatem). Miażdżąca jest dziś przewaga handlu morskiego (ponad 95 proc.). Jednak fakt przeznaczania przez Chiny, przy takiej asymetrii, zbliżonych środków na rozwój szlaków lądowych, jak również poważne kwoty przeznaczone już na ich dotowanie – pokazują priorytety na przyszłość. Notabene, bardzo niedawny raport Ośrodka Studiów Wschodnich wskazuje stukrotny wzrost dynamiki transportu kolejowego od początku dekady i prognozuje ponad trzykrotny wzrost jego wartości do jej końca (J. Jakóbowski, K. Popławski, M. Kaczmarski, „Kolejowy Jedwabny Szlak”).

Za rozwojem euroazjatyckiej infrastruktury lądowej przemawia z punktu widzenia Pekinu, pośród innych, silna motywacja geopolityczna: obecny hegemon jest potężny na morzu i słaby na lądzie. Rozwój lądowego Szlaku może więc zasadniczo ułatwić Chinom ekspansję na zachód, uwalniając zarazem od – dziś bardzo silnej – zależności gospodarczej od USA. Kosztochłonność zdają się rekompensować zyski strategiczne, wśród których nie najmniejszym jest fakt, że kto płaci – w tym wypadku mówi się nie tylko o tysiącach kilometrów szybkich kolei, ale też rurociągów czy światłowodów, jak również wielu centrach logistycznych – ten wymaga.

Po raz pierwszy w dziejach zdaje się występować w Eurazji masa krytyczna możliwości technologicznych i akumulacji kapitału, umożliwiająca skomunikowanie tych gargantuicznych terenów jako jednego obszaru gospodarczego z wymianą lądową na wielką skalę. To taką perspektywę miał na myśli sir Halford Mackinder, mówiąc, że kto rządzi Heartlandem, ten rządzi światem. Tyle że Chiny są obecnie mocarstwem bardziej rimlandowym, a Szlak jest ich ekspansją nie tylko na Heartland, ale także na Rimland i morza. To pierwsze ma się dokonywać również za sprawą rozwoju heartlandowych już prowincji centralnych i zachodnich imperium jako punktów wyjścia i wejścia lądowego handlu euroazjatyckiego.

Ewentualne powodzenie tego projektu będzie miało kilka fundamentalnych skutków. Po pierwsze, wróci do łask handel lądowy, od czasu wielkich odkryć geograficznych odgrywający jedynie pomocniczą rolę w międzynarodowej wymianie gospodarczej. Po drugie, tracąca dynamikę Europa dostanie nowy, wielki impuls rozwojowy, choć nie można również wykluczyć chińskiej kolonizacji, zwłaszcza jeśli UE się rozpadnie lub utkwi w marazmie. Po trzecie, mniejszy w liczbach bezwzględnych, ale zasadniczy z geoekonomicznego punktu widzenia prezent od losu otrzymają liczne kraje euroazjatyckie na trasie Szlaku. Dotąd cierpiące strukturalną biedę lub nędzę jako składowe światowego interioru, zbyt odległego od centrów kapitału i szlaków wymiany, aby opłacało się w nich na poważną skalę inwestować, teraz mogą odwrócić lub przynajmniej znacznie poprawić swoje, tak rozumiane położenie. Po czwarte, ważna, choć pośrednicza rola przypadnie Europie Środkowo-Wschodniej – jako wrotom do i ze Starego Kontynentu.

Szansa i zagrożenie

Tyle kontekstu globalnego. Jak się do tego ma Polska? Ambiwalentnie. Z jednej bowiem strony, chińskie dążenie do światowej supremacji może doprowadzić do upadku lub wycofania się USA z naszego regionu, co byłoby drastycznie niekorzystne. Niesie także poważne ryzyko wasalizacji czy zewnętrznej korupcji polityków i urzędników (oba procesy już występują w różnych, głównie małych krajach). Jest też nie tylko szansą, ale i wspomnianym ryzykiem dla całej Europy.

Z drugiej strony, groźbie geopolitycznej towarzyszy wielka szansa geoekonomiczna. Polska jest krajem bardziej lądowym niż morskim. Bałtyk to akwen mały i płytki, a co najważniejsze – położony poza głównymi trajektoriami przepływu kapitału, łączącymi USA z Europą Zachodnią i Azją Południowo-Wschodnią. Rozwój Nowego Jedwabnego Szlaku oznacza poprawę geokonomicznej pozycji Polski.

Oto największy paradoks polskiej sytuacji A.D. 2018: otwarcie już aspirujące do światowej hegemonii Chiny, dzielące coraz wyraźniej Zachód na „dobrą” Europę i „złe” Stany Zjednoczone, rozsadzając swoją ekspansją ład międzynarodowy tworzą dla Polski jednocześnie wielkie zagrożenie geopolityczne i wielką szansę geoekonomiczną.

Już tylko wzrost morskiego handlu europejsko-chińskiego sprawia, że nasz kraj może dyskontować korzystną pozycję łączącą południe (europejskie wejścia Szlaku: już istniejące w Grecji, planowane w Turcji czy Rumunii) z północą (Skandynawia). Spektakularny rozwój nitek lądowych niesie natomiast perspektywę poważnego awansu geoekonomicznego, w trzech głównych wariantach.

Pierwszy to już istniejące połączenia kolejowe z Chin, przez Kazachstan, Rosję i Białoruś do Polski i dalej do Europy Zachodniej. To najkrótsza, a więc najbardziej ekonomiczna trasa lądowa. Jej rozwój daje największe korzyści nam, czyniąc kraj naturalnym zwornikiem już nie tylko szlaków północ-południe w tej części świata, ale także wschód-zachód. Problem w tym, że biegnąc przez Rosję, może wzmocnić także ją (wrócimy do tego).

Drugi wariant to trasa przez Azję Centralną, Iran i Turcję, dalej: przez Bałkany do Włoch lub Austrii, albo przez Bałkany i Węgry do Austrii i dalej. Tu rola bramy przypada Turcji, a zwornika najpewniej Węgrom lub jednemu z ich sąsiadów, ewentualnie jednemu z krajów wschodniego wybrzeża Adriatyku.

Trzeci z głównych wariantów biegnie przez morza Kaspijskie i Czarne, przecinając po drodze Kaukaz, punkty wejścia znajdują się w Rumunii, a trasa podąża dalej przez Węgry i Austrię lub przez Węgry, Słowację i Czechy. Wrota znajdują się w Rumunii, a zwornik – ponownie najpewniej na Węgrzech lub u jednego z ich sąsiadów.

Dodać trzeba, że poważnie rozważana jest jeszcze dodatkowa trasa morska NJS: przez Arktykę. Topnienie lodowców otwiera ją na żeglugę, a Chiny z jednej strony, z drugiej zaś państwa skandynawskie, są bardzo zainteresowane tą opcją. Z punktu widzenia Pekinu skracałaby ona znacznie transport do (bogatszej) Europy Północnej i pozwalała dodatkowo okrążyć Rosję. Powodzenie tej inicjatywy w oczywisty sposób zwiększałoby też rolę Polski i jej korzyści z rozwoju Szlak. W sprawie meandrów, a zwłaszcza zagrożeń związanych z poszczególnymi trasami NJS polecić wypada najnowszy artykuł Pawła Behrendta w „Nowej Konfederacji ”.

Złe wieści dla Rosji

Liczni eksperci słusznie podnoszą, że poszczególne warianty lądowe nie są wobec siebie sprzeczne, lecz raczej się uzupełniają, co dotyczy zresztą także nitek morskich. Ewidentne jest natomiast to, że gdyby Chiny chciały wzmacniać Rosję, nie budowałyby tras alternatywnych wobec już istniejącej i wiodącej przez jej terytorium, o czym zresztą świadczy także rezygnacja z budowy portu na Krymie po jego aneksji w 2014 r. W ogóle silna i niezależna FR wydaje się być długofalowo sprzeczna z chińską racją stanu. Jest przydatna jako kraj tranzytowy, zaplecze surowcowe, kontestator zachodniej, głównie amerykańskiej supremacji, ale zbyt mocna – stanowi nadmiernie asertywnego negocjatora w handlu i zagrożenie dla południowych tras Szlaku. Chiny powinny więc dążyć do jej wasalizacji jako całości lub podziału na szereg mniejszych państw, nawzajem się neutralizujących, również w części lub całości wasalnych. Już dziś gospodarka Państwa Środka jest ponad ośmiokrotnie większa i znacznie nowocześniejsza od rosyjskiej (relacja gorsza niż Polski wobec Niemiec) i wedle wszelkich wskazań, ta asymetria będzie się powiększać. Przewaga ludnościowa jest ponad dziesięciokrotna. Elementarna geopolityka mówi zaś, że nie może być jednocześnie wielkiej Rosji i wielkich Chin, jak błyskotliwie zauważył kiedyś Radosław Pyffel.

Po okresie rozwoju bezalternatywnej dziś ścieżki północnej lądowego Szlaku, można więc oczekiwać silnego dowartościowania okrążających największe państwo świata linii południowych, a w międzyczasie – podjęcia stawki na poskromienie i wykastrowanie niedźwiedzia, by następnie wzmacniać znów najbardziej ekonomiczną nitkę północną. Na drodze dojścia do ostatniego punktu znajdują się dwie potencjalne przeszkody: skuteczny opór Rosji, być może wspomagany z zewnątrz, oraz rekompensujący dłuższe podróże wzrost atrakcyjności południowych stacji pośrednich. Bo Szlak to nie tylko handel chińsko-europejski, ale także handel po prostu euroazjatycki.

Wobec wejścia smoka

Wróćmy do polskiej racji stanu. Wobec głównej antynomii związanej z chińską ekspansją – rozpięcia między groźbą geopolityczną i szansą geoekonomiczną – nie potrzebujemy i nie powinniśmy zajmować stanowiska dopóty, dopóki nie będzie to bezwzględnie konieczne. Z prostego powodu: na wynik rywalizacji amerykańsko-chińskiej nie mamy żadnego wpływu. Nie powstrzymamy ani ekspansji Pekinu na Pacyfiku, ani rozwoju Jedwabnego Szlaku. Ewentualna rezygnacja z roli jednego ze środkowoeuropejskich zworników NJS z punktu widzenia Chin oznaczać będzie tyle, że Polskę trzeba albo ominąć, albo zwasalizować – czyniąc terytorium typowo tranzytowym. Kandydatów do przejęcia roli zwornika jest natomiast wielu: to wszyscy sąsiedzi, Węgry, Austria, Rumunia.

Polska powinna się zajmować tym, na co, w odróżnieniu od globalnej rywalizacji hegemonicznej, wpływ ma. A więc po pierwsze, aby nie być przez Szlak ominiętą lub nie stać się krajem typowo tranzytowym, przez który pociągi tylko przejeżdżają. Po drugie, aby stać się zwornikiem szlaków handlowych północ-południe i wschód-zachód oraz miejscem lokacji hubów logistycznych Szlaku, mądrze projektującym infrastrukturę tak, aby biegła przez ważne i rozwojowe miejscowości. Po trzecie, aby być istotnym miejscem lokowania olbrzymich chińskich nadwyżek kapitałowych, przybierających możliwie rzadko charakter fuzji i przejęć (chyba że dotyczą filii zagranicznych przedsiębiorstw), możliwie często – inwestycji tworzących dużą liczbę miejsc pracy i innowacje oraz infrastrukturalnych. Po czwarte, aby rozwijać eksport do Chin, zwłaszcza preferowanych przez transport lądowy dóbr wysoce kapitałochłonnych lub wymagających szybszej niż morska, a tańszej niż powietrzna dostawy, takich jak chemia, farmaceutyki, elektronika czy świeża żywność. Po piąte, aby – już z pozycji istotnego partnera – wywierać na Chiny dodatkową presję w kierunku neutralizacji zagrożenia ze strony Rosji, w tym zwłaszcza Kaliningradu. Po szóste, zintensyfikować budowę infrastruktury zorientowanej na obieg wewnętrzny i dających Polsce istotną rolę połączeń północ-południe, zamiast wciąż silnego trendu tworzenia tranzytowych linii „równoleżnikowych”. Po siódme, zorganizować aparat instytucjonalny wspierający interesy polskich przedsiębiorców na Szlaku. Po ósme, zreorganizować politykę regionalną pod kątem zapewnienia krajowi dostępu do rosnącego ponownie na znaczeniu Morza Śródziemnego, poprzez najbliższe morza: Czarne i Adriatyckie. Co oznacza jasny priorytet na relacje z Rumunią i (lub) Ukrainą z jednej, oraz Chorwacją z drugiej strony, z pośredniczącą rolą krajów wyszehradzkich. Na tych liniach potrzebujemy dobrej infrastruktury, przede wszystkim szybkich kolei i autostrad.

Po dziewiąte, powinniśmy się przygotować na niebezpieczeństwa ekspansji znad Żółtej Rzeki. Zbudować wreszcie państwo z prawdziwego zdarzenia, zatrudnić kompetentny personel polityczny i urzędniczy, zaostrzyć politykę antykorupcyjną, wzmocnić mechanizmy chroniące przed wrogimi przejęciami, stworzyć i wdrożyć strategię imigracyjną.

V. Między zachowawczością a rewizjonizmem

Nie może być jednoznacznej odpowiedzi na wyjściowe pytanie, musi być ona dwutorowa. Polska jest państwem częściowo rewizjonistycznym i częściowo zachowawczym. Nasza racja stanu wymaga geopolitycznej zachowawczości (z wyjątkiem Obwodu Kaliningradzkiego) i geoekonomicznego rewizjonizmu.

Od kilkunastu lat polska polityka zagraniczna, wcześniej zafiksowana na wejściu do NATO i UE, porusza się od ściany do ściany. Proeuropejski zwrot w 2007 roku obciążony był antyamerykanizmem. Proamerykańska wolta osiem lat później miała charakter antyeuropejski. Dopiero po licznych próbach i błędach polskie rządy dochodzą do oczywistej prawdy, że nie warto stawiać tylko na jednego konia.

Jest w tym coś z kabaretu. Choć coraz bardziej przypomina to tragifarsę. Dokonujemy zwrotów, których nic nie wymusza, toczymy zażarte spory o sprawy błahe. W międzyczasie sytuacja staje się coraz poważniejsza.

Polska, nawet w obecnym stanie państwa i kadr, może i powinna prowadzić politykę wielobiegunową. Starać się utrzymywać możliwie najlepsze stosunki z Waszyngtonem i Brukselą, z Berlinem i Paryżem, oraz z Pekinem. Zamiast trwonić zasoby na walkę o sprawy powierzchowne i symboliczne – wchodzić w spory, gdy jest się o co bić, równoważąc czasowe pogorszenie relacji z jednymi ociepleniem na innych liniach. Rozgrywać sprzeczności interesów głównych stolic i dyskontować korzyści swojego położenia, jak na ambitną półperyferię przystało. Pod tym względem ostatnich blisko 30 lat zostało praktycznie zmarnowane. Nie osiągnęliśmy niczego istotnego, niczego, co nie byłoby udziałem innych krajów regionu. Tak, weszliśmy do NATO i UE – tak samo jak Czesi czy Litwini, Słowacy czy Estończycy, Rumuni czy Chorwaci. A jesteśmy znacznie, często wielokrotnie większym i ważniejszym strategicznie krajem niż każdy z wyżej wymienionych.

Szło nam dobrze, bo koniunktura – i ta gospodarcza, i ta geopolityczna – była świetna. Konwergencja z Zachodem przyniosła efekty. Teraz jednak nastał srebrny wiek. Czas beztroskiego uczenia się poprzez zabawę najpewniej wkrótce minie. Pora dorosnąć do poważnej polityki.

Bartłomiej Radziejewski

Foto.: pixabay.com

Artykuł ukazał się w magazynie "Nowa Konfederacja". Przedruk za zgodą redakcji. Tytuł pochodzi od redakcji PROKAPA. Oryginalny tytuł: "Polska racja stanu w srebrnym wieku".


One Response to Czy polska racja stanu to „stawianie na jednego konia”?

  1. […] Całość do przeczytania TUTAJ […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *