Prof. Wolniewicz: Jak parszywieje Unia Europejska

Zachęcamy do obejrzenia jednego z ostatnich wystąpienia prof. Wolniewicza. Warto się nad nim zastanowić i starać się wyciągnąć wnioski Czytaj więcej »

 

Czy prawda ma przyszłość?

Bohaterowie jednego z opowiadań Stevena Kinga doświadczają chwili poprzedzającej nadejście langolierów – pożeraczy przeszłości, która wraz z ich przejściem przestaje istnieć. Stan przed likwidacją przeszłości charakteryzuje się zanikiem pewnych cech rzeczywistości takich jak: zapachy, dźwięki, smak, nadających życiu barwę, koloryt i urok. Wymazywanie przeszłości zostaje poprzedzone życiową pustką, przeszłość zawiera w sobie prawdę, wyrugowanie z życia prawdy powoduje pustkę życiową, wymazywanie przeszłości tworzy pustkę-ideologiczny niebyt, który w życiu – inaczej niż w powieściach fantasy- zostaje jednakże zawsze przez kogoś zagospodarowywany.

Życie w Polsce nie ma tego zapachu, smaku, kolorytu, charakterystycznego dla kraju wolnego, kraju w którym ludzie mają wyraźną perspektywę lepszego jutra, kraju sprawiedliwego, w którym człowiek stosujący uczciwe praktyki jest pewien, że w przypadku ewentualnych sporów nie zwycięży prawniczość, ale zwykła bezprzymiotnikowa sprawiedliwość oparta także na zdrowym rozsądku.

Życie w Polsce ma smak „pocącej” się w lodówce szynki, zapach plastikowego telefonu, stanowiącego namiastkę szybkiego życia i perspektywę porównywalną z przekątną wyświetlacza tego aparatu, gdyż – jak informuje reklama- na te 13 cm kwadratowych własności każdego przynajmniej stać.

Amerykanie nie mieli problemu langolierów z SB, czyszczących teczki agentom okrągłego stołu, nie mają langolierów z WSI, „dzięki” którym dzisiejsi agenci rządzą w najlepsze jako ci, którzy nigdy w żadną współpracę nie byli uwikłani, co nie znaczy, że w Ameryce takie stworzenia nie istnieją, ale to właśnie w Ameryce mógł powstać „Fahrenheit 11/9”, podczas gdy w Polsce za publiczne pieniądze powstał „Dramat w czterech aktach”. Zapewne film Moore`a stanowi rodzaj przedwyborczej agitki i wyraz lewackich przekonań reżysera, ale reżyser kręcąc podobny film o Polsce nie musiałby wysilać się na naciągane komentarze i tendencyjny montaż. Podobny film o Polsce mógłby obyć się bez jakiegokolwiek komentarza, wystarczyłyby proste zbitki kadrów, dla przykładu: kowboj z plakatu przed wyborami z czerwca 1989 r. i przestraszeni „kowboje” z listy Wałęsy po ogłoszeniu ich spektakularnego sukcesu wyborczego, namawiający wyborców by poszli zagłosować w kolejnej turze na komunistów, wystarczyłyby nieme kadry „Nocnej zmiany” Kurskiego o przebiegu „lustracyjnej” nocy w czerwcu 1991 r., zamiast Busha słuchającego bajkę o koziołku mógłby być Wałęsa w loży prezydenckiej słuchający „bajki” o „Bolku”, zamiast amerykańskich interesów rodziny Ladenów, interesy począwszy od „moskiewskiej pożyczki” poprzez akcje „Polisy” po obecne afery, zamiast źle przedziurkowanych kart do głosowania, magisterski dyplom prezydenta Kwaśniewskiego itd., itp. – „pamiętacie, kto Chochoła/ do weselnej izby woła?/ Kto się zmawia z duchów zgrają/ co się każdą dziurą pchają/ że się robi od tych gości…?/ Czarodziejski, ekstatyczny/ Narodowy dom publiczny…”

Nie da się zrozumieć obecnej sytuacji w Polsce, bez zrozumienia, że ostatnie piętnaście lat podobnie jak i wcześniejsza epoka PRL-u było i jest nadal budowane na kłamstwie, które to kłamstwo zostało obecnie podniesione do rangi public relations i przedwyborczej taktyki. Niedawno telewizja publiczna wyemitowała kolejny już raz z rzędu film zatytułowany „Gry uliczne”, w którym jeden z wątków obraca się wokół poszukiwań agenta „Ketmana”, niestety film nie został opatrzony przedmową wyjaśniającą niezorientowanym telewidzom, że agent „Ketman” po kilkunastu latach przemian ustrojowych szczęśliwie odnalazł się redakcji „Gazety Wyborczej”. Aż prosi się by pan Krauze nakręcił część drugą i trzecią, może czwartą pt. : „Ketman-reaktywacja”, Gry uliczne …lub czasopisma” itp. itd..

W tej sytuacji toczone dyskusje na temat metod i efektów oraz taktyki sprowadzonej do zaleceń neurolingwistycznego programowania powodują, że zaczyna się tracić z pola widzenia to o czym właściwie jest sens mówić i pisać, czyli o tym jaka jest prawda. Być może w niektórych środowiskach utrwaliło się pedoterapeutyczne przekonanie, że wystarczy „kopnąć swoich starych w d…” i problemy same się rozwiążą, ale w praktyce często jest to „kopnięcie prawdy w d…”, gdyż właśnie praktyka ostatnich lat pokazuje, że „kopnięcie prawdy w d…” równa się skuteczności politycznej. Najlepszym przykładem skuteczności wspomnianego oportunizmu jest postać obecnego premiera, który potrafił jednocześnie organizować „wolne” związki zawodowe i być partyjnym działaczem, być wiernym socjalistycznym ideałom, ale stażować na amerykańskim uniwersytecie zamiast na Uniwersytecie Lumumby w Moskwie, pławić się w aureoli niezależnego liberała i być zarazem zaufanym człowiekiem lewicy. Ot i skuteczność; cały czas począwszy od lat 70-tych na topie, od Gierka, poprzez „Solidarność”, stan wojenny, Okrągły Stół, plan Balcerowicza, Plan Kołodki, Plan Hausnera, od komunistów, poprzez międzynarodowe instytucje obrony lichwiarskich interesów, prezydenckie salony, ministerialne teki, gubernatorstwo w Iraku aż po urząd premiera.

Za tzw. komuny, urzędowa cena prawdy była niewielka lecz prawda miała ogromne przebicie na czarnym rynku, deficyt prawdy był tak duży, że ludzie wzorem wyrobów czekoladopodobnych kupowali jako „prawdopodobne” wszystko co było przekazywane z ośrodków innych niż rządowe.

Obecnie, kiedy podaż wyrobów „prawdopodobnych” jest tak duża a popyt na prawdę niewielki, prawda tak staniała, że parlament musi powoływać kolejne specjalne komisje mające ustalić prawdę minimalną.

Właściwie wszystko co piszemy i postulujemy i co dotyczy ekonomii, polityki, państwa i prawa da się rozstrzygnąć w oparciu o kryterium prawdy, a fakt że Polska znajduje się w bardzo zaawansowanym stadium rozkładu swojej państwowości ma swoje źródło w ignorowaniu lub zaprzeczaniu wspomnianemu kryterium. Co i rusz kolejni ministrowie-profesorowie licytują się swoim liberalizmem, można powiedzieć, że wszyscy ministrowie finansów – za wyjątkiem Kołodki – sami siebie określali mianem liberałów, jeszcze nie przebrzmiały hymny wolności na cześć ministra Raczki, a już betonem liberalizmu okazuje się być minister Gronicki. Sami liberałówie, tylko dziwnym trafem, wszyscy ci „bezpartyjni” fachowcy-liberałowie służą sukcesorom partii nieboszczki, a i swoje tytuły naukowe często uzyskiwali za wykazywanie wyższości gospodarki socjalistycznej nad kapitalistyczną. Bardzo brakuje mi w dorobku polskich nauk społecznych pracy naukowej zatytułowanej: „Kariery ekonomicznych i politycznych konwertytów w świetle studiów nad transformacją ustrojową. Analiza porównawcza”.

Byłoby bardzo interesujące, gdyby ktoś wreszcie naukowo udowodnił, że bałwochwalcze oddanie nakazom przewodniej partii narodu wcale nie ułatwiało kariery w IIIRP, że nie ma żadnej korelacji między współpracą ze służbami specjalnymi a politycznym i materialnym powodzeniem w niepodległej ojczyźnie itp. Dobrze byłoby aby piszący taką rozprawę miał lepszy od prezesa Kieresa kontakt z tajnym zasobem WSI, dlatego też promotora należałoby poszukać raczej poza IPNem.

Podobne opracowania dotyczące procesów ekonomicznych zostały już sporządzone, udowodniono dla przykładu (m.in. publikacje spółki Walendziak-Budzisz w „Rz”), że obniżenie opodatkowania nie pobudza rozwoju przedsiębiorczości, oczywiście dokonano tego na podstawie danych meksykańskiego urzędu statystycznego, gdyż w Polsce ze względów praktycznych niemożliwym było przeprowadzenie weryfikacji empirycznej wspomnianej tezy.

Politycy narodowi chcieliby gospodarki rynkowej ale z koncernami państwowymi, „nasi inżynierowie” widzieliby rynek z powszechnymi towarzystwami ubezpieczeń wzajemnych i bankami pocztowymi w każdej wsi ale bez „przyjaciół Rosji”, z tym że najlepiej byłoby aby gaz rosyjski tranzytować do Niemiec i stamtąd kupować już jako gaz niemiecki, no bo nie wypada żeby Polak palił w niemieckim piecu rosyjskim gazem. Liberałowie z SLD byliby oczywiście za powszechną prywatyzacją usług i przedsiębiorstw pod warunkiem że 60 proc. dochodu przechodziłoby przez budżet a prywatne przedsiębiorstwa żyły z zamówień publicznych. W końcu ustawiać przetargi i brać łapówki jest znacznie łatwiej niż użerać się z prowadzeniem firmy.

Gdyby nasi profesorowie-ministrowie wiedzieli na czym polega gospodarka rynkowa i od czego zależy pomyślność materialna narodów, zapewne bylibyśmy krajem kwitnącym gospodarczo, profesorów ministrów a nawet premierów miał nasz kraj zapewne więcej niż wynosi średnia UE, skoro nasz kraj jest na skraju bankructwa to oznacza, że pojęcie tych profesorów o funkcjonowaniu gospodarki jest nie większe niż doradców Leppera, mającego stanowić śmiertelne zagrożenie dla naszego bytu państwowego. Z kolei jeśli profesor-minister z góry zastrzega, że on wie co należałoby zrobić ale wicie-rozumicie nie wiem na co pozwoli partia, to w takim razie nie bardzo wiadomo po co wyraża zgodę na pełnienie powierzonej mu funkcji. Jedynym logicznym wytłumaczeniem byłoby to, że nie za bardzo rozumie co mówi i robi lub że został po prostu skierowany na kolejny odpowiedzialny odcinek frontu walki klasowej i będzie strzegł posterunku dopóki nie zwolni się w nagrodę jakieś inne mniej niebezpieczne stanowisko w którejś z międzynarodowych instytucji finansowych. Walka na froncie wschodnim zawsze była uważana za najgorsze rozwiązanie i każdy oficer z utęsknieniem oczekiwał kiedy zostanie zluzowany i odesłany do zwalczania francuskiej partyzantki.

Co ciekawe każdy kolejny minister finansów ma ostatnio upodobanie w twardym zapewnianiu , że on nie przyłoży ręki do większego zadłużania kraju, w czym nasi ministrowie upodabniają się do najwyższej klasy lichwiarzy opisanej w połowie XIX przez Wacława Szymanowskiego, którzy to lichwiarze również mieli taki zwyczaj, że na początku zawsze pytali swoją ofiarę: „Czy panu tak koniecznie tych pieniądzów są potrzebne?”

Nikt też nie obawia się już serio odpowiedzialności za swoje występki a dominującym mottem życia publicznego w Polsce stała się doktryna Werresa, który ponad dwa tysiące lat temu stwierdził: „Obawiać się winien ten, kto zagrabił nie więcej, jak jemu potrzeba; ale kto zagrabił tyle mienia, że starczy i dla innych, ten może być spokojny”.

Vilfredo Pareto przed ponad wiekiem zauważył, że „większość, która ustala prawa może narzucić na swoją korzyść taki podatek, jaki się jej podoba. Trudniej natomiast zrozumieć, w jaki sposób drogą okrężną niewielka liczba jednostek może zapewnić sobie płacenie haraczu przez większość…Przede wszystkim dzięki niewiedzy…często właśnie na skutek ignorancji, indolencji czy wręcz przywar ograbionych, grabieżcy mogą uprawiać swoje rzemiosło…”

Współcześni ekonomiści dużo piszą o biedzie, nędzy, bezrobociu, społecznym wykluczeniu, deficytach budżetowych itp. rzadko kiedy wskazując, że przyczyną tych wszystkich nieszczęść jest grabież prowadzona przez instytucje państwowe, grabież która kwitnie ze względu na przywary ograbianych przekupywanych drobnymi kwotami zasiłków i zapomóg. Grabież ta jest wzmacniana fałszywymi teoriami, które często nauczane i powtarzane weszły na stałe do sal wykładowych utrwalając odwrócony porządek rzeczy.

Agencja Własności Rolnej SP przyznaje dzieciom z pegeerowskich rodzin stypendium na naukę w szkole średniej, a dyrektorka jednej z takich szkół wspomina z nostalgią: „jeszcze dziesięć lat temu dzieciom z pegeerów niczego nie brakowało. Miały ubrania, pełne brzuchy, pieniądze na książki i na wycieczki, paczki świąteczne. Kończyły szkoły średnie i wyższe….”. No tak, było pięknie, ale nie dlatego, że kołchoźnicy tak dobrze gospodarowali, ale dlatego, że socjalistyczne państwo miało w zwyczaju hołubić hołotę kosztem naprawdę pracujących. Zboże na PGR-owskich polach było zbierane dopiero kiedy kłosy zapadały się w ziemię i zaczynały wypuszczać nowe pędy a ziemniaki gdy pola przyprószyły listopadowe szrony, także pegeerowska latorośl rzadko kiedy kończyła jakiekolwiek szkoły, gdyż tak samo jak i dziś wolała popijać bełty pod geesowskimi sklepami. Na kogo głosuje dzisiaj umęczony lud pegeerowski – oczywiście na lewicę, podobnie jak bezrobotni, którym lewica obiecała miejsca pracy, podstarzałe młode małżeństwa, którym Kwaśniewski obiecywał mieszkania i przedsiębiorcy, którzy w Hausnerze widzą Mojżesza lewicy, wprowadzającego ich do obiecanej Arkadii.

Wszystko się wali a tymczasem poziom kłamstw podawanych przez parlament, rząd, prasę, telewizję osiągnął poziom trudny do zniesienia. Redaktorzy największych opiniotwórczych gazet oraz programów telewizyjnych załamują ręce nad korupcją polityków, poziomem sejmowej debaty, nieskutecznością organów państwa i stanem gospodarki a tymczasem wypada zapytać, kto wykreował te – używając wyrażeń parlamentarnych – nędzne zera, które nami rządzą, kto od rana do wieczora pokazywał w telewizji Leppera, kto co drugi dzień publikuje Rakowskiego, Celińskiego i Rolickiego, kto kolegował się z Jaruzelskim i Rywinem itd. Czy ekonomiczny okrągły stół pod przewodnictwem Henryki Bochniarz może wprowadzić do filozofii działania polskich ministrów coś nowego? A kto niby miałby w obradach przy tym stole uczestniczyć? Może Korwin-Mikke? Akurat – jak znam życie pani Bochniarzowa zaprosiłaby Mordasewicza, Goliszewskiego, Kulczyka, Religę, Olechowskiego, Belkę, Balcerowicza czyli tradycyjną grupę wsparcia typu „Czosnek”. Owocne debaty sfinansowane zapewne przez podatnika, zakończyłby jak zwykle raport opisujący emocjonalne aspekty protekcjonizmu w ambiwalentnych układach stochastycznych….co w praktyce przełożyłoby się na zawołanie: jak nie Unia to co?, gdyż jak informowano kilka miesięcy temu, „wybitni polscy ekonomiści” stwierdzili, że samo wejście do Unii zwiększy wzrost gospodarczy o 2 proc., a w 2014 r. bezrobocie spadnie do poziomu 12 proc.

Jest jak za czasów Noego. Złodziejstwo spowszedniało, kłamstwo spowszedniało, nawet odrażające przestępstwa coraz bardziej powszednieją. Ludzie w Polsce coraz częściej wyznają zasadę, że mają dwie ręce by jak najwięcej zgarnąć pod siebie a rząd ich oszukuje i okrada, zagranica z Polski i Polaków drwi sobie w żywe oczy a my jak nas opluwają udajemy, że deszcz pada.

Dlatego też na pytanie „co będzie?”, aktualna pozostaje wciąż odpowiedź fryzjera Fitulskiego z powieści Prusa : „Nic, a będzie gorzej; kongres berliński myśli o zduszeniu Europy, Bismarck o zduszeniu kongresu, a Żydzi – o ogoleniu do reszty nas…”

Krzysztof Mazur
(30 sierpnia 2004)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *