Dopłaty dla baranów

Zdumiewam się autorowi programu gospodarczego Prawicy Rzeczpospolitej panu Arturowi Zawiszy. Jego na wskroś liberalny projekt (zakładający ustawę kasacyjną oraz rozważający powrót do tzw. „pakietu Wilczka”) zawiera jedną rzecz, która z wolnym rynkiem (i polską konstytucją) jest nie do pogodzenia, mianowicie walkę o unijne dopłaty. Ten tekst będzie ostateczną rozprawą z poronioną ideą ekstra-zasiłków dla wnuków Jakuba Szeli.

Dopłaty do hektara, dopłaty do tony zboża, dopłaty na zakup narzędzi i maszyn, dopłaty, dopłaty, wszędzie te dopłaty. Powszechne przekonanie: To korzyść dla rolnika. Warto w jasnym i otwartym tekście wreszcie wyjaśnić to sobie raz na zawsze: Dopłaty szkodzą wszystkim, począwszy od jednostek, kończąc na państwie i tych, którzy agrarne wsparcie otrzymują.

Po pierwsze, to odwieczny problem, że aby cokolwiek komuś dać, trzeba najpierw komuś innemu zabrać. Jest to korzyść odniesiona przez jednych kosztem drugich, co jest sprzeczne z Konstytucją III RP. Według Ludwiga Erharda, twórcy terminu „społecznej gospodarki rynkowej” funkcjonującego w naszej konstytucji jako określenie ustroju gospodarczego w III RP, żaden podmiot w gospodarce nie może poprzez państwo odnosić korzyści względem drugiego. Redystrybucją dochodu zajmuje się właśnie państwo, dlatego dopłaty są sprzeczne z obowiązującym u nas ustrojem gospodarczym.

satyra1Po drugie, dopłaty podwyższają ceny produktów rolniczych. Podwyższają ceny, ponieważ opłaca się utrzymywać sztuczną podaż (dopłaty do jednostki produkcji), lub niską efektywność wykorzystania surowców (poprzez dopłaty do hektara), co prowadzi do zmarnowania zarówno jednostek produkcji, jak i surowców. Po pewnym czasie okazuje się, że ceny albo dramatycznie spadły (więc trzeba dopłacać do produkcji), albo dramatycznie wzrosły (i trzeba niwelować cenę przez spadający popyt). W dodatku, jeśli rolnik ma więcej pieniędzy, tworzy w branżach zaopatrujących rolników w środki produkcji swoistego rodzaju quasi-inflację. Dlaczego? Ponieważ nieracjonalny nadmiar gotówki zwiększa popyt na nasiona, nawozy, narzędzia, maszyny rolnicze i wreszcie powiększa kwotę, jaką trzeba odprowadzić na podatki z tytułu obrotu pieniędzmi. Jest to kolejny czynnik nakręcający spiralę (raz zaburzony mechanizm będzie musiał być nieustannie korygowany – pieniędzmi podatnika, w tym rolnika!).

Po trzecie, dopłaty niszczą zasady gry rynkowej i szkodzą konsumentowi. Bez dopłat produkty rolnicze posiadałyby inną cenę. Gdyby były droższe, musiałaby nastąpić korekcja aż do poziomu bliskiego kosztom marginalnym (w myśl zasady, że „pieniądze nie leżą na ulicy” – jeśli jeden dostawca zawyży ceny, drugi może wykorzystać okazję i odebrać mu klientelę poprzez tańszą ofertę).  Gdyby ceny były niższe, skorzystaliby na tym konsumenci (wedle europosła D. Hannana, kasując dopłaty i kwoty rolnicze przeciętna brytyjska rodzina zaoszczędziłaby do 300 funtów miesięcznie). Mający mniej pieniędzy konsument nie będzie kupował np. produktów pochodzących ze szlachetniejszego zboża, tylko zdecyduje się na razowiec, co oczywiście zaszkodzi plantatorom dbającym o jakość i przetwórcom. Przetwórcy, zmuszeni do nadpłaty za gorszy i droższy produkt, bądź też płacący pośrednio w podatkach na państwowe dopłaty, podwyższają ceny swoich produktów, które konsumują przecież także rolnicy! Jeśli by rozszerzyć ten tok myślenia, spadająca siła nabywcza chłopskiego pieniądza skutecznie niweluje korzyści, jakie odnosi on z dopłat.

Po czwarte, dopłaty sprawiają, że w rolnictwie zanika innowacyjność. Kiedy hektar, niezależnie od tego, czy rośnie tam kąkol, oset czy wysokiego kalibru pszenica, jest tak samo „dopłacany”, niszczy się wszelkie bodźce rozwoju. Jeden rolnik, aby w grze rynkowej pobić konkurentów, musi być innowacyjny, wprowadzać nowe metody produkcji, bardziej efektywne narzędzia, docierać do większej ilości konsumentów, aby zaoferować niższą cenę i/lub lepszy produkt. W kryzysowej sytuacji, gdy sprzedaż np. ziemniaków spada, powstałaby zachęta np. do budowy tanich szklarni, z której „wyszłyby” tańsze pomidory lub cytrusy? To oczywiście hipotetyczny przykład (może być tak, że w Polsce uprawa cytrusów w szklarni w ogóle nie opłaca się – ale skoro opłaca się na Islandii…?).
Po piąte, dopłaty są niemoralne, ponieważ promują mentalność Kalego. Oczywiście, jak Niemcy Kalemu trzodę zabierać (np. w trakcie wojny), to źle, ale jak Kali przez dopłaty zabiera Niemcowi np. narzędzia (które kupiłby Niemiec za swoje pieniądze), to dobrze. Jeśli szlachcic pańszczyznę Kalemu zabrać, to źle, ale jak Kali zabierać mieszczuchom pieniądze (które być może wydaliby na produkty rolnicze), to dobrze. Postawa roszczeniowa zyskuje społeczne poparcie poprzez głośną aklamację, w dodatku kompletnie bez refleksji na temat szkód, jakich może ona wywołać poprzez folgowanie tej czy innej grupie „interesu”, w tym wypadku rolnikom.

Po szóste, dopłaty do hektarów szkodzą całej ekonomii, zwłaszcza kraju, który dopiero aspiruje do miana państwa rozwiniętego. Sytuując na ciepłych miejscach rolników, których w krajach Europy Wschodniej procentowo dużo więcej niż w krajach „zachodnich”, uniemożliwia się restrukturyzację całej gospodarki państwa, rozwoju innych gałęzi, jak np. przemysłu lekkiego czy sektora usług. Niszczenie kapitału płynącego pod przymusem państwa jako dopłaty do rolników, daje ostro w kość i tak nie za bogatej gospodarce, pogrążając ją w marazmie i ślepym zaułku. W dodatku państwa zmuszone do płacenia haraczu polskim, słowackim czy rumuńskim rolnikom, mają mniej pieniędzy na import innych polskich towarów.

Po siódme, dopłaty tworzą z rolników kolektywny byt, mający swoje określane przywileje i obowiązki w państwie. Będąc zgryźliwym cynikiem można powiedzieć, że dopłaty tworzą swojego rodzaju „mentalny kołchoz” (gdyż uzależniają rolników od państwa i czekają na jego „plany”).  W ten sposób coś, co przemocą nie udało się osiągnąć żadnej komunistycznej gospodarce i propagandzie, staje się rzeczywistością na naszych oczach.

Szkody jakie wywołują dopłaty, są drastyczniejsze, niż początkowo mogłoby się to zdawać: mniej innowacyjni rolnicy, nieelastyczna produkcja, jałowość oferty dla konsumentów, niska konkurencyjność narodowego rolnictwa, niemoralne podejście do gospodarki, marazm strukturalny narodowej ekonomii. Wniosek jest prosty: znieść wszelkie wsparcie, finansowe i instytucjonalne, kierowane do podmiotów biorących udział w grze rynkowej (czy to będą rolnicy, upadające banki, branża motoryzacyjna czy górnictwo).

Jeśli taka roszczeniowa postawa jest witana z radością nawet przez skądinąd liberała p. Zawiszę (polecam dyskusję pp. Zawiszy i Korwin-Mikke w Superstacji nt. służby zdrowia), to znaczy, że nic nie powstrzyma państwa przed przemianą w znamienitą scenę z „Dnia Świra”, gdzie każdy ciągnie Polskę [polską flagę] w swoją stronę, a ojczyzna krwawi.

Kamil Kisiel

Grafika: Szymon Loduchowski/prokapitalizm.pl


8 Responses to Dopłaty dla baranów

  1. Adam Kalicki pisze:

    Chłop po prostu stąpa po ziemi i tyle. Gdy rozmawiałem nie tak dawno z jednym naprawdę topowym Polskim politykiem, którego znam od lat i dążymy się wspólnie sympatią stwierdziłem, że kluczem do reformy kraju jest jego odbiurokratyzowanie poprzez ograniczenie zadań państwa i samorządu aby pozwolić na społeczną samoorganizację. On powiedział, że mam całkowitą rację, ale nikt tego publicznie nie powie, bo na wybory w Polsce chodzą właśnie urzędasy z rodzinami. Też go rozumiem bo on także chodzi po ziemi nie po wodzie.
    Dotacje do produkcji rolnej to idea chora, ale trzeba je znieść w całej Europie jednocześnie, albo wprowadzić blokady importu produktów rolnych dotowanych do Polski. Przecież wiemy, że jedno i drugie jest NIE REALNE. Zapaść naszego rolnictwa polega właśnie na tym, że Miler z Kalinowskim wynegocjowali takie kwoty dopłat, że śmiech na sali w porównaniu z innymi krajami. W przypadku zniesienia nawet takich dopłat w całej UE, co po pogodnieniu komuchów byłoby może i nawet możliwe natychmiast okaże się, że należy wprowadzić cła zaporowe na żywność z Aryki czy Ameryki Południowej.
    Pan Zawiesza postępuje więc racjonalnie troszcząc się o elektorat i wie że głową muru nie przebije.
    Głównym problemem naszego rolnictwa jest produkcja żywności jako surowca a nie gotowych przetworzonych produktów na podstawie lokalnych tradycyjnych procedur. A unijnych pieniędzy na to NIE MA. Ale jak mittleuropa, mittleuropa. Mamy produkować surowce a nie gotowe produkty. Ale to zupełnie inna kwestia.

    Pozdrawiam wszystkich REALNYCH polityków i Pana Zawiszę także. :-)

  2. kamil pisze:

    „nawet możliwe natychmiast okaże się, że należy wprowadzić cła zaporowe na żywność z Aryki czy Ameryki Południowej.” – a może by zasłonić okna, bo słońce zrobi nieuczciwą konkurencję? : )))

    NO ja wiem, że Pan Zawisza myśli realnie, ale w efekcie więcej szkodzi niż pomaga.

    Także zgoda, że liberalizm wymaga jednoczesnego wprzęgnięcia pewnych elementów, ale na pewno nigdy nie wymagał protekcjonizmu, choćby w odpowiedzi na protekcjonizm cudzy!

  3. Marek pisze:

    Święta racja.
    Dopłaty to skrajna niespawiedliwość!
    Dopłaty do hektara są najbardziej żałosne.
    Rolnik dostaje kasę a pole leży ugorem i śmieje się z tych co musieli się na niego złożyć.
    Ja z wykształcenia jestem inżynieem mechanikiem – to tak jakbym dostał dotację do myśli technicznej(którą podobno mam), nieważne czy coś skonstruuje.

  4. Adam Kalicki pisze:

    Więc dobrze wyobraźmy sobie w takim razie świat w którym takich dopłat nie ma. Musimy wtedy zaakceptować fakt, że żywność jest droga. Lud przecież chce chleba i igrzysk. Chleb staje się trudniej dostępny więc popytu na igrzyska też nie ma. Zaczynają się bunty i ruchawki społeczne. A Socjaliści tego się boją najbardziej. A więc może wcale o dopłaty nie chodzi. Są one jedynie instrumentem a nie celem? To tak jak ze wszystkimi unijnymi funduszami: instytucje przestają realizować swoje cele tylko realizują cele systemu. Są podpięte pod koryto, więc nie zdolne do buntu.

  5. kamil pisze:

    Panie Adamie!
    Byłem w Polsce rok temu po raz pierwszy od trzech lat. Chleb zdrożał o jakieś 30% w ciągu tych 3-4 lat. Ta teoria, że chleb byłby droższy, nie wytrzymuje empirycznej próby. To dopłaty sprawiają, że jest drożej, ponieważ zaniżają i manipulują podażą.

  6. Adam Kalicki pisze:

    Czyli mam rację co do zasady. Po 2013 roku żadnych dopłat nie będzie. To nieomal pewne. Ludzie są jak żaby, które podobno można ugotować w wodzie powoli ją podgrzewając. Ceny więc będą rosły ale po woli. Dopłat nie będzie i wcale nie dla tego, że są złe tylko dlatego, że za dużo kosztują, a władza musi się najpierw sama wyżywić.
    Czyli proces powolnej akceptacji wysokich cen żywności postępuje.

  7. Krisznak pisze:

    Innowacyjność to GMO, nawozy chemiczne, masowa produkcja, jednym słowem syfiaste żarcie. Owszem można hodować mangusty syberyjskie, bawełnę madagaskarską, tylko pytanie kto to kupi. A jest drożej bo idzie do Unii i jest mniejsza podaż w Polsce, a dwa, ze to Unia wyznacza limity. Rozwój wsi wcale nie koliduje z rozwojem miast. Gdy pole porasta oset, to dostajesz marną dopłate za łąke.

  8. lll pisze:

    @Adam Kalicki:

    Nie bedzie doplat bezposrednich – beda doplaty celowe – dla ciekawych – mozna sie dowiadywac w arimr.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>