Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Duch soboru i „Duch liturgii”

Zbieranie podpisów przez dwie frakcje niemieckich katolików – jedni zbierają je „przeciwko”, drudzy „za Papieżem” – po decyzji Ojca Świętego zdjęcia ekskomuniki z Bractwa Świętego Piusa X i po niefortunnej wypowiedzi jednego z jego biskupów – a także grubiańskie komentarze czołowych przedstawicieli polskiego parlamentu na temat Benedykta XVI, to najkrótsza recenzja ujmująca – jak w pigułce – stan pewnej części ludzkich umysłów wobec Kościoła (za którego „członków” sami się uznają, co – w ich mniemaniu – równoznaczne jest ze stanowiskiem sędziów Stolicy Apostolskiej).

Zgodnie z zasadami panującymi w dzisiejszym globalnym świecie muszą się oni natychmiast opowiedzieć „po którejś ze stron”. (Podczas gdy z całkowitą biernością i doskonałym stoicyzmem przyjmują nawet ekstremalnie głupie bądź szkodliwe decyzje przywódców politycznych). Ci „przeciwko” Papieżowi uważają, że tą drogą „zmuszą Watykan” do „jednoznacznego potwierdzenia ustaleń soboru”. Ten przykład pokazuje, jak wielka jest trwoga przed powrotem do rzeczywistości jasnej i klarownej nauki Kościoła, czyli głoszonej z całą mocą, nienaruszalnej doktryny świętej wiary katolickiej, z którą – wielu miało nadzieję – „duch soboru” powinien poradzić sobie już dawno. W takich sytuacjach musi się pojawić pytanie o to, na ile autentyczny jest ekumeniczny zapał, tak przecież bliski zwolennikom „posoborowych przemian” w Kościele. I jak to jest możliwe, że poza spektrum tego „dialogu” znajdować się może całkiem spora grupa katolików (duchownych Bractwa oraz ich zwolenników szacuje się na mniej więcej milion w samej tylko Francji). Wróćmy jednak do akcji zbierania podpisów. Ten przymus działania, aktywności, by koniecznie wyrazić swoje emocje bądź swą opinię, jest rodzajem nerwowego transu, w jaki wprawia ludzi informacyjny chaos i brak kryteriów do porządkowania i weryfikowania wiadomości. Jakby nie można było w spokoju, z czcią należną Głowie Kościoła, w milczeniu znamionującym szacunek – znajdując niezbędny czas na głębszą refleksję – przyjąć decyzji władzy duchownej. Władzy, z którą w żadnym razie się nie dyskutuje, władzy Zastępcy Chrystusa na Ziemi. Niepokój, stan oszołomienia, rozkołysania informacjami, umiejętnie podsuwanymi przez media i przedstawianymi jako skandalizujące newsy, odzwierciedla nie tylko chaos na temat pojęć, zasad i wartości, nieumiejętność selekcjonowania i hierarchizowania napływających treści, ale także – przy pozorach „pełnego poinformowania” – bierność, rozleniwienie intelektualne i ucieczkę przed wysiłkiem umysłowym, by zrozumieć, co się dzieje w Kościele i co takiego uczynił właśnie Ojciec Święty. Dzięki dezynwolturze, z jaką traktowany jest Kościół w przestrzeni publicznej, każdy dziś może czuć się „ekspertem” od spraw Kościoła. Trudno wykluczyć, że to właśnie ten umysłowy bezwład i rozleniwienie w myśleniu o Kościele wielu współczesnych odbiorców mediów – w tym chrześcijan i katolików – skłoniły w jakiejś mierze Benedykta XVI do odważnej, choć ani nie zaskakującej, ani nie nieoczekiwanej decyzji wobec Bractwa Świętego Piusa X, czyli tzw. lefebrystów. Co więcej, decyzji, która bez wątpienia przygotowywana była przez jego wielkiego poprzednika.

„Konserwatywny” Jan Paweł II?

To przecież polski Papież wprowadził po raz pierwszy, po reformie liturgii przeprowadzonej przez ostatni sobór, regulacje prawne, na mocy których do życia Kościoła powróciła Msza św. „starego rytu”, zwana trydencką: indult w 1984 r., motu proprio „Ecclesia Dei” w 1988 r., a także list „Ecclesia unitas” w 2001 r. uznający żywotność rytu św. Piusa V. To on ustanowił administraturę apostolską we wspólnocie lefebrystów w Campos w Brazylii w 2002 roku. Komisja Ecclesia Dei, którą powołał Jan Paweł II, erygowała, zgodnie z jego wolą, pewną liczbę instytutów kapłańskich i zakonnych (oprócz zasłużonego Bractwa Świętego Piotra, działającego także w Polsce, również Bractwa Świętego Wincentego Ferreriusza we Francji, klasztory benedyktyńskie w Le Barroux, trzy opactwa benedyktyńskie Matki Bożej we Francji: w Fontgobault, Randol i Triors, oraz m.in. Instytut Chrystusa Króla Najwyższego Kapłana we Włoszech, Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Jana Fishera w Anglii) dla podtrzymania tradycji łacińskiej. To jej zasługą jest fakt, że Msza trydencka celebrowana była – i jest nadal – w wielu ośrodkach w różnych krajach, także w Polsce (Warszawa, Lublin, Wrocław, Gorzów, Poznań, ostatnio także Zamość), począwszy od wczesnych lat XXI wieku.

W Roku Jubileuszowym Jan Paweł II ogłosił deklarację „Dominus Iesus”, która spotkała się z gwałtownym atakiem mediów i niechęcią teologów zaangażowanych w dialog z religiami Wschodu (choć sam Jan Paweł II wolał mówić o nich raczej jako o systemach filozoficznych). W tym samym roku, gdy Ojciec Święty przyjął w Rzymie pielgrzymkę członków Bractwa Świętego Piusa X, doszło – jak przypomina w „Christianitas” (nr 21/22) Paweł Milcarek – do „momentu prawdy” tego dialogu; zaangażowane weń „wolnomyślne elity teologów zachodnich wybrały własne ścieżki i nie są już skłonne wyznawać z Kościołem elementarnej prawdy o Chrystusie jako jedynym Pośredniku i Zbawicielu, ‚narzucanie’ im tej prawdy traktują jako ‚niedopuszczalną ingerencję Rzymu'”. Plan znamiennych wydarzeń administracyjno-prawno-jubileuszowych pokrywał się w dużej części z treścią nauczania Papieża Polaka. Spójrzmy choćby na przyjęcie zasady „odczytania Vaticanum II w świetle Tradycji”, głoszenia niezmienności nauki moralnej, obrony życia w każdej jego fazie, obrony kapłaństwa i celibatu. Ogromny skarb nauczania papieskiego zebrany w jego encyklikach, wydanie Katechizmu Kościoła Katolickiego to właśnie, w dosłownym sensie tego słowa, wzięcie strony Tradycji, wbrew intencjom niektórych gorliwych obrońców „posoborowych przemian w Kościele”. Nie sposób nie przypomnieć w tym miejscu i tego faktu, że ks. kard. Joseph Ratzinger pozostał w Watykanie na wyraźną prośbę polskiego Papieża. Jego długoletnia posługa jako przewodniczącego Kongregacji Doktryny Wiary, a zarazem wielkiego orędownika Tradycji – zachęcającego do jej miłowania nie tylko poprzez swą „konserwatywną teologię”, ale i postulat „nowego ruchu liturgicznego”, odchodzącego od szkodliwych eksperymentów prowadzonych rzekomo „w duchu soboru” – także związana jest z profetyczną wizją Papieża: drogi Kościoła ku pełniejszemu korzystaniu ze skarbu Tradycji.

Skąd wzięli się „dobrzy” i „źli” Papieże?

Zarówno kardynał Ratzinger, jak i Jan Paweł II, pomimo ogłoszenia poprzedniego pontyfikatu jako najbardziej „medialnego” w historii i przez sam ten fakt dystansującego wszystkie pozostałe (bo to media uznały same siebie za o wiele lepsze „opium dla ludu” niż religia i wiara katolicka, i to one mają przyznawać laury i ustanawiać hierarchie), wzywani byli wystarczająco często „na dywanik” przez liberalną prasę, tłumy hałaśliwych „watykanistów” oraz liczne organizacje feministyczne, by „wytłumaczyli się” ze swoich „szkodliwych poglądów” i „zakusów na wolność człowieka”. W ujęciu mediów, zasłuchanych w to, co ogłaszają wysokie wyroki międzynarodowych trybunałów, czyli ludzi, których każde prychnięcie ma o wiele większą rangę niż encyklika papieska, nie tylko lefebryści „są źli” – i to zło ma wymiar absolutu, co tłumaczy fakt, że żaden ekumenizm nie może mieć wobec nich zastosowania (to kolejny kazus po wprowadzeniu w życie hasła rewolucjonistów z 1968 roku: „Nie ma wolności dla wrogów wolności”). „Źli” są też inni Papieże – poczynając od błogosławionego Piusa IX, któremu „nie udał się” „Syllabus”, czyli katalog błędów liberalizmu – święty Pius X, zwany antymodernistycznym (zwalczał też ewolucjonizm, agnostycyzm i inne „nowinki” filozoficzne i teologiczne), Pius XII (za mało zrobił dla ratowania Żydów, co musi uniemożliwić jego beatyfikację), a nawet Paweł VI, który upierał się przy sprzeciwie wobec antykoncepcji, podczas gdy „cały nowoczesny świat” ją entuzjastycznie zaakceptował. „Dobry” Jan Paweł II staje się automatycznie „zły”, gdyby ktoś chciał się upierać przy pełnej akceptacji dla jego nauczania. Zaś Benedykt XVI, w tym jakże dogmatycznym – ale na sposób liberalny – ujęciu, jest najbardziej lekkomyślnym ze wszystkich Sternikiem Nawy Piotrowej. Bez przerwy „popełnia błędy”, jak to wytknął mu nasz niezastąpiony Bogdan Borusewicz z Gdańska. Nie słucha „opinii publicznej”, jakby nie wiedział, na jakim świecie żyje.
Sposobność, jakiej dostarczył tego rodzaju komentatorom biskup Williamson (konwertyta z anglikanizmu) z Bractwa Świętego Piusa X niezręczną wypowiedzią dotyczącą historii ostatniej wojny i – tak naprawdę nigdy nie zweryfikowanej przez historyków – liczby ofiar Auschwitz-Birkenau, należy uznać za nieoczekiwany prezent uczyniony ludziom o podobnym spojrzeniu na Kościół. Ale też podchwycenie przez „opinię publiczną” tego łakomego kąska w czasach, gdy jakakolwiek opinia zastępuje prawdę i jest o wiele bardziej pożądana niż nauczanie papieskie – ukazuje intencje i taktykę nieprzyjaciół Kościoła. Ogryzającym ze smakiem tę, rzuconą im niespodziewanie, kość, warto zadedykować komentarz prof. Jacka Bartyzela: „Gdyby na przykład biskup Williamson (lub którykolwiek inny) twierdził, że ziemia jest płaskim talerzem dźwiganym na krańcach przez cztery wielkie słonie, to taki pogląd, owszem, mógłby być cokolwiek problematyczny w wypadku ubiegania się o licencję na nauczanie geografii lub astronomii, nie mógłby jednak stanowić żadnej przeszkody w przynależności do Kościoła, albowiem nauka o Ziemi nie stanowi części doktryny katolickiej ani nie jest koniecznie potrzebna do zbawienia”.

Incydent z biskupem nie może niczego zmienić w naszej ocenie tego, co faktycznie wydarzyło się na drodze ku pełnemu pojednaniu Bractwa Świętego Piusa X z Kościołem katolickim.

Różnice i różniczki

Zdaniem ks. prof. Tadeusza Guza, Benedyktowi XVI umożliwiła podjęcie decyzji w sprawie Bractwa jego wyjątkowa wrażliwość na kwestie nauki o dogmatach i o sakramentach świętych oraz liturgii Kościoła katolickiego. Szybkość decyzji Papieża w tej materii wynika z faktu, iż pomiędzy nauką, którą Kościół głosi od 2 tys. lat, a nauką Bractwa nie ma żadnych różnic doktrynalnych. Żadnych istotnych różnic. I to jest najważniejsze. Istniały różnice natury akcydentalnej, czyli przypadłościowej, ale one nie rzutowały na wolę zbliżenia i pojednania. „Bo istotę stanowi nauka o Bogu i wszystkie inne dogmaty naszej wiary świętej” – mówi ksiądz profesor. „Bractwo nigdy nie występowało przeciw jakimkolwiek dogmatom i sakramentom, czyli tym sformułowaniom, które stanowią fundament rzeczywistości Kościoła. Problemem były kwestie przede wszystkim dyscypliny moralnej. To rozróżnienie między istotą Kościoła a przypadłościami, czyli akcydentaliami, pozwala w pełni zrozumieć sukces i ogromnie pozytywną wymowę faktu zniesienia ekskomuniki”.

„Trzeba też zauważyć – dodaje ksiądz profesor – że protestanci, prawosławni nie respektują wszystkich dogmatów – istnieją między nami istotne różnice – a pomimo to Kościół rzymskokatolicki z całym przekonaniem prowadzi działania w kierunku zbliżenia z tymi wyznaniami. Skoro tak cenimy sobie wolność religijną i dialog międzykulturowy – prowadzimy go nawet z judaizmem, z islamem, czy, w pewnym zakresie, z religiami Wschodu – to tym bardziej powinniśmy cenić sobie współpracę z Bractwem, które dokonało tak wiele dobra w dobie bardzo szybko postępującej sekularyzacji. Jej wpływ uwidacznia się nie tylko od zewnątrz, ale i od wewnątrz Kościoła – widać to w akceptacji antykatolickich systemów filozoficznych: niemieckiego idealizmu, filozofii Heideggera i teologii Karla Rahnera, która opiera się w wielkim stopniu na Heglu i Heideggerze. To niszczące działanie trwałoby nadal, gdyby Ojciec Święty nie wyciągnął ręki w kierunku Bractwa Świętego Piusa X, które dokonało tak wiele dobra w życiu Kościoła i w życiu Europy – począwszy od spraw kultu, wielkiego pietyzmu dla liturgii, którą cały Kościół żył ponad 400 lat, poprzez edukację i kulturę katolicką”.

„Nawet Sobór Watykański II nie zniósł tej liturgii ani też nie wykluczył łaciny – to jedynie złe jego interpretacje doprowadziły do niewłaściwej wykładni Tradycji. Nie można odrzucać jakiegokolwiek rytu, który został uznany w Kościele. W tej rzeczywistości bosko-ludzkiej, jaką jest Kościół, w istocie swej nadprzyrodzonej, nic nie może się zdezaktualizować. Nic z tego, co stanowi dobro nadprzyrodzone albo dobro szeroko pojętej ludzkiej kultury kościelnej”.

„Życie jest warsztatem hierarchii. Tylko śmierć jest demokratą”

Powyższa myśl jest autorstwa Nicolasa Gomeza Davili, kolumbijskiego bankiera i właściciela ziemskiego oraz wyjątkowej rangi myśliciela prawicowego, który przez całe życie uparcie i konsekwentnie mówił „nie” temu, co określa się mianem ducha czasu. Było mu łatwiej, jak sądzą niektórzy, skoro nie opuścił rodzinnego kraju, w czasie gdy „Europa stała się apostołem własnej apostazji” (Douglas Jerrold). W wydanej w Polsce po raz pierwszy w 2000 roku słynnej książce „Duch liturgii” kardynał Joseph Ratzinger ukazuje istotę i piękno tradycyjnej liturgii katolickiej jako źródła, którego życiodajne wody wprowadzają nas w przyszłe, wieczne życie. Jest ona bowiem „ukształtowaną formą nadziei, która żyje już przyszłym, rzeczywistym życiem i która uczy nas właściwego życia – życia wypełnionego wolnością, bezpośrednią obecnością Boga i prawdziwą otwartością na innych”. Książka ówczesnego prefekta Kongregacji Doktryny Wiary została w Polsce – trzeba to powiedzieć ze smutkiem – niemal całkowicie przemilczana. A jest ona nie tylko dowodem na to, że dzisiejsza decyzja Benedykta XVI ma głębokie korzenie w jego rozumieniu i odczuwaniu bogactwa tradycyjnej liturgii Kościoła. Jest ono odzwierciedleniem bogactwa treści Ofiary Chrystusa na krzyżu oraz daru rozeznawania go, złożonego przez Boga Stwórcę w człowieku. Joseph Ratzinger posiada w tej materii „idealny słuch”, połączony z wyjątkową wrażliwością wobec fascynującej go kultury katolickiej. Jej obraz odbity jest we wszystkich tradycyjnych formach liturgicznych. Książka jest olśniewającym głębią traktatem teologicznym, a także hołdem złożonym Tradycji przez „skromnego robotnika Winnicy Pańskiej”. Tak, o jej wielkości z pewnością decyduje pokora autora wobec niesłychanej doniosłości zagadnienia. Czuje się w niej także ból człowieka, który potrafi wnikliwie i z iście niemiecką skrupulatnością dostrzec cały obszar zniszczenia tej Tradycji przez niepowstrzymany wicher „postępu”.

„Panie, tak często Twój Kościół wydaje się nam tonącym okrętem” – modlił się kardynał Ratzinger w Wielki Piątek, prowadząc ostatnią przed śmiercią Jana Pawła II Drogę Krzyżową, „łodzią, która ze wszystkich stron nabiera wody. Także na Twoich łanach widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud szaty i oblicza Twego Kościoła”.

A jednak dzieje się coś niesłychanego. „Stara Msza”, wbrew domysłom i przepowiedniom kraczących stad, zamiast gromadzić głównie ludzi w mocno podeszłym wieku, pamiętających czasy przedsoborowe, ściąga dziś przede wszystkim – i to na całym świecie – ludzi młodych. Żeby się o tym przekonać, wystarczy odwiedzić którejś niedzieli kościół Świętego Benona na Nowym Mieście w Warszawie, gdzie odprawiana przez o. Krzysztofa, redemptorystę, Msza łacińska skupia młode małżeństwa z małymi dziećmi i młodzież w wieku studenckim. Starsi stanowią wyraźną mniejszość. Nakrycia głowy młodych kobiet, grube mszały w rękach dorosłych i dzieci i czysty śpiew łacińskich chorałów oraz dźwięk wspólnej łacińskiej modlitwy to jedno z najpiękniejszych oblicz „wiosny Kościoła” zapowiadanej przez Jana Pawła II, wiosny Tradycji łacińskiej. Co jest główną osią jej odrodzenia? Czy nie wspaniałe poczucie, że jest się „w środku” wielowiekowej historii i Tradycji Kościoła, niepodzielonej, niepokawałkowanej na różne epoki, w żaden sposób do siebie nieprzystające? Że jest się w domu. Na kolanach Matki. Matki – Kościoła.

„Msza święta w bawarskiej wsi wyglądała inaczej niż uroczysta suma we francuskiej katedrze, która z kolei różniła się od Mszy w kościele parafialnym w południowych Włoszech, a ta z kolei była czymś innym niż celebracja Eucharystii w górskiej wiosce w Andach. Dekoracja i kształt ołtarza oraz wnętrza kościoła, służba liturgiczna, sposób śpiewu i modlitwy – wszystko to nadawało liturgii jej tylko właściwą postać, dzięki czemu można się było w niej czuć jak u siebie w domu. Tym niemniej jednak doświadczano jej wszędzie jako jednej i tej samej, a w ten sposób jako ogromnej wspólnoty wiary. Jedność obrządku zapewniała realne doświadczenie communio tam, gdzie obrządek jest uduchowiony i otoczony szacunkiem, tam wielość i jedność nie wykluczają się” (Joseph Ratzinger).

Ewa Polak-Pałkiewicz
Tekst ukazał się w Naszym Dzienniku z 15 lutego 2009


One Response to Duch soboru i „Duch liturgii”

  1. antysystemowiec napisał(a):

    Stan umysłów to jedno ale stan dusz,serc i wiary, tu jest dopiero ugór.Księża-biskupi i zwykły kler w większości sam jest delikatnie pisząc racjonalistyczny,by nie napisać materialistyczny,a jeszcze dosadniej ateistyczne i agnostyczne.Jeżeli nie wróci wiara pierwszych chrześcijan,to będziemy mieć prześladowania ale czy przed Sądem Ostatecznym i końcem świata ma tak nie być??Czy nie jest powiedziane i napisane „z powodu Mego Imienia będą was prześladować”?Jako katolicy musimy przyjąć nasze cierpienie ale jednocześnie bronić Imienia Chrystusa i Kościoła.Tylko jak??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *