Edukując chcą zmieniać polskie społeczeństwo obywatelskie – zapisz się już dziś!

W Polsce społeczeństwo obywatelskie jest wciąż słabe, dostrzegają to liderzy partii politycznych, organizacji pozarządowych, a także mediów Czytaj więcej »

 

Gdzie kończy się wolny rynek?

Nurtowała mnie swego czasu rozbieżność między wrażeniem zgodności w uprawianiu ekonomii przez Bastiata i Misesa, a ilością elementów wspólnych, które mogłem wskazać w ich  koncepcjach ekonomicznych.

Produktem ubocznym moich rozważań na ten temat, było szereg artykułów zamieszczonych na stronie www.mises.pl/dzial/teksty/working-papers/, które miały  wywołać dyskusje wokół proponowanych sposobów ich powiązania. Znalezione w „Ekonomii wolnego rynku” Murray’a N. Rothbarda  przykłady wyjaśniające fenomen dobrowolnej wymiany faktem odwrotnego wartościowania dóbr przez biorących udział w wymianie, pozostawiały uczucie niedosytu. W żadnym z przykładów Rothbard nie podejmował zagadnienia, skąd te dobra brali uczestnicy wymiany i dlaczego w ich posiadaniu znalazły się dobra mniej cenione. Przecież cele działania wyznaczane są przez hierarchie pilnych potrzeb i nie widać powodu dla którego miałoby być realizowane dobro o mniejszej wartości w miejsce bardziej wartościowego.

Spróbujmy odwołać się do doświadczenia. Każdy z nas nieraz zrezygnował z pożądanego celu gdy uświadomione koszty okazywały się zbyt duże. Popularne powiedzenie „lekko przyszło, lekko poszło” stwierdza, że inaczej traktujemy 1000zł znalezione niż ciężko zapracowane. Podobnie zachowamy się pod drzewem owocowym rezygnując z ładniejszych bardziej dojrzałych owoców na trudno dostępnych gałęziach. A więc subiektywne wartościowanie nie kończy się na prostym porządkowaniu celów według natężenia potrzeb lecz uwzględnia ono koszty, które pojawią się przy ich osiąganiu. Wartościowanie polega na zderzeniu wyobrażenia satysfakcji, z działaniami prowadzącymi do wyznaczonego celu. Ale każde działanie przebiega w jakimś czasie, wymaga pewnego wysiłku, uwzględnienia praw rządzących materią. To zderzenie wartości oczekiwanej z wartością koniecznych nakładów daje pewną wartość  wypadkową, która dopiero znajduje swoje miejsce na naszej indywidualnej skali.

Bastiat uświadomił mi, że ponoszone subiektywne koszty (uciążliwość) maleją proporcjonalnie do zaangażowania sił natury w działaniu (technologia), co z kolei wpływa na rzadkość, a ta dalej na subiektywną ocenę wartości uzyskanego dobra. To splątanie czynników subiektywnych z realną materią w działaniu powoduje, że analiza jednej składowej bez uwzględnienia drugiej prowadzi na manowce ( a przecież i wielkość zapasu odgrywa tu pewną rolę). Zanegowanie wpływu kosztu na wartościowanie, neguje sens wymiany. Bo wtedy nie ma uzasadnienia dla produkcji niżej cenionych dóbr, po to by ponosząc ryzyko związane z wymianą, i wydłużając czas oczekiwania, uzyskać pożądany produkt. Tak więc głównym „motorem” wymiany jest przewaga komparatywna (różnica w wydajności), zaś występowanie odwróconej skali wartości jest tylko tego efektem.  Większość usług za które płacimy możemy przy pewnych nakładach  wykonać samemu np.: majsterkowanie, gotowanie, ale nasza wydajność będzie zawsze niższa od wydajności profesjonalisty ( pomijam marnowane wybitne uzdolnienia).

Może ktoś uznać, że jest to mało istotny szczegół, bo dalej mamy do czynienia z subiektywną skalą wartości. Niestety ma to wpływ na poprawność wniosków.

Rothbard rekonstruując teorię dobrobytu wprowadza pojęcie „demonstrowanej preferencji”, by pozbyć się sprzeczności między deklarowanymi preferencjami a rzeczywistymi wyborami np. nie chcę płacić podatków a mimo to płacę je, uważam palenie za szkodliwe i wstrętne a dalej palę. Według Rothbarda w pierwszym przypadku demonstruję preferencję bycia opodatkowanym, co gryzie się z sensem pojęcia preferencji. Ale gdy potraktujemy lęk przed karą za niezapłacony podatek, jako koszt wyboru to działanie będzie wynikiem kalkulacji-porównania wartości dobra preferowanego z jego kosztem. Jest oczywiste, że płacenie podatków jest działaniem pod przymusem, a słowo wybór ma w tej sytuacji taki sam sens jak stwierdzenie, że w kołchozowej stołówce zawsze był wybór: można było jeść lub nie. Bowiem za wybór zwyczajowo uznajemy wybór większego dobra lub mniejszego zła, a do logicznej sprzeczności prowadzi konstrukcja wyboru zła zamiast dobra, bo albo zło nie jest złem albo dobro nie jest dobrem. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie by zło było łagodzone przez dobro lub dobro pomniejszane przez zło. Zwykle nie podejmujemy działań, których koszt jest większy od wartości spodziewanego efektu, lub też gdy drogą okrężną poprzez wymianę poniesiemy mniejsze koszty uzyskując to samo (pomijam przypadki fiksacji i innych objawów chorobowych). W tym ujęciu wybór nie musi być zgodny z preferencją a więc i pojęcie demonstrowanej preferencji jest zbędne.

Z takich założeń da się wyprowadzić inne ciekawe konsekwencje. Rozpatrzmy bardziej złożony przypadek i zastanówmy się co może odwieść bezrobotnego młodzieńca od włamania się do babci, która ma schowane oszczędności:

a. ryzyko złapania i wielkość kary,
b. koszt włamania ( czas wyczekiwania bo babcia rzadko wychodzi, wyrafinowane zamki w drzwiach),
c. wyrzuty sumienia (to jest  jego ukochana babcia, która wpoiła mu zasady moralne),

Pierwszy koszt jest potencjalny, drugi to rzeczywisty koszt, który zawsze wystąpi ale jest zmienny bo zależy od techniki, trzeci jest psychicznym dyskomfortem.

Dwa pierwsze można znacznie zredukować, po dokładnym zaplanowaniu i wyliczeniu spodziewanego zysku. Trzeci przy starannym wychowaniu, jest nieredukowalny i nie zależy od zewnętrznych okoliczności (jest wewnętrznie generowany z przyswojonych norm etycznych). Owszem są pokusy i czasami dochodzi do działań niezgodnych z wyznawaną etyką ale za cenę stałego dyskomfortu. Natomiast w dwóch pierwszych przypadkach powodzenie wzmacnia skłonność do kradzieży (od rzemyczka do koniczka).

To wyjaśnia dlaczego wszystkie kultury znane antropologom przepojone były wierzeniami z których wynikały normy moralne i sens egzystencji, a zestaw sankcji karnych był niewielki i stosunkowo rzadko stosowany. Znane są przypadki zgody na naruszanie normy np. zakaz oszustwa (podstępu) w handlu, ale tylko wobec nacji uznanych za gorsze lub wykluczone. Również przynależność do wyróżnionych warstw społecznych wiązała się z dobrowolnym przestrzeganie obowiązujących norm. O sile oddziaływania świata wartości wyższych- który musi być ciągle odtwarzany dzięki nieustającemu wysiłkowi jednostek znaczących- na zachowanie człowieka świadczy fakt, że każdy okupant zaczynał od niszczenia zastanej kultury i jej podstaw materialnych. Demontaż struktur społecznych i kultury, której były one nośnikiem, wypromował lumpen-elitę, a ta pustkę po normach moralnych zaczęła się wypełniać normami prawnymi. W miejsce stale obecnego sumienia (wewnętrznej policji), wkracza rozbudowany aparat represji i inwigilacji. Ale człowiek odarty z etyki, ukierunkowany na konsumpcję, zawsze znajdzie sposób by zredukować koszty (a) i (b), a nadto żadne represje nie są w stanie zrównoważyć rozbudzonych do granic wytrzymałości emocji (adrenalina) zarówno pozytywnych jak i negatywnych. Dlatego nie ma kary, która mogłaby odwieść pijaka od jazdy samochodem, natomiast wewnętrzny nakaz etyczny zapobiegnie temu, bo nie dopuści do upicia się. Coś takiego jak wyrabianie silnej woli, opanowania, odporności psychicznej, kształtowanie potrzeb wyższych, we współczesnych teoriach wychowania uznano za wyraz represji i tłumienia samorealizacji. W tym kontekście norma prawna nie jest konsekwencją norm moralnych, sposobem ochrony przed jednostkami zdemoralizowanymi (stanowiących niegdyś margines społeczny), lecz przejawem arbitralnych ograniczeń narzuconych przez władzę w imię jakiegoś interesu „społecznego”. Tę niedoskonałość norm prawa, próbuje się uzupełniać wdrukowując w podświadomość, technikami z arsenału opracowanego na potrzeby wojny psychologicznej – pseudo etykę. Ale tak jak wyczerpujący i spójny opis geometrii otaczającego nas świata da się wyprowadzić tylko z kilku wyselekcjonowanych w drodze dedukcji zdań zwanych aksjomatami, tak też zupełna i niesprzeczna etyka porządkująca przestrzeń wewnętrzną, musi opierać się na normach, które przez wieki utrwaliły się jako niepodważalne kryteria pozwalające odróżnić dobro od zła.

Co to wszystko ma wspólnego z ekonomią? Tam gdzie zanika etyka, zanika też wolna wymiana, narasta strach przed kontaktem z nieznanym i nieprzewidywalnym, rośnie tendencja do autarkii ( nie wpuszczę hydraulika bo może mnie zgwałcić, okraść itd.). Uczciwa, zbudowana na rachunku ekonomicznym oferta nie ma sensu gdy podstęp przy względnie niskim ryzyku daje wielokrotnie większe profity (piramidy finansowe, kreatywna księgowość, umowy wykorzystujące brak dostatecznej wiedzy prawnej lub technicznej kontrahenta). Walka z terroryzmem to zbiorowa paranoja zatruwająca normalne relacje międzyludzkie. Nie istnieje w wymiarze realnym skuteczna obrona przed aktami desperacji, którymi tak naprawdę są masowe zabójstwa i akty terroru. Linia frontu przebiega w sferze emocjonalnej a gleba na której się ona rozwija i podlega „obróbce” to etyka, tam też obraz drugiego człowieka przefiltrowany zostaje przez wyobrażenie samego sobie. Gdy usuniemy etykę to właściwym podręcznikiem skutecznego działania nie będzie podręcznik ekonomii tylko egzemplarz „Sztuka wojny” Sun Tzu.

Wojciech Czarniecki


One Response to Gdzie kończy się wolny rynek?

  1. Korektor napisał(a):

    „Co to wszystko ma wspólnego z ekonomią?”
    Wszystko to ekonomia! Nie bez przyczyny pierwszym dzielem Adama Smitha była „Teoria uczuć moralnych” (1759) a potem dopiero „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” (1776).
    Rynek jest najbardziej etyczną i pokojową instytucją jaka wymyślił człowiek. Tylko trzeba pozwolić temu rynkowi w pełni działać. Obecny kryzys finansowy to nie kryzys rynku (‚neoiliberalizmu’) a kryzys wartości moralnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *