W aucie posła Wójcikowskiego uszkodzone były przewody hamulcowe

Wokół tragicznej śmierci posła Rafała Wójcikowskiego ze stycznia br. narasta coraz więcej wątpliwości Czytaj więcej »

 

Ile czasu pozostało III RP?

Wieczorem 23 listopada usiadłem przed telewizorem, aby obejrzeć po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni wszystkie serwisy informacyjne w TV. Fakty i Wiadomości w publicznej zeszły szybko i w zasadzie nic ciekawego w nich nie było. Do bajkowych zapewnień TVP, że wszystko zmierza ku lepszemu przyzwyczaiłem się, więc kolejne „newsy” nie robiły na mnie dosłownie żadnego wrażenia. Ale to co tego wieczoru usłyszałem w Wydarzeniach było dla mnie szokiem. Otóż w informacji o rozpoczęciu obrad komisji trójstronnej wypowiada się sam premier Miller. I co słyszę z jego ust? Mówi ni mniej ni więcej tylko tyle, że POLSKA, KTÓRA STOI W OBLICZU BANKRUCTWA liczy na pomoc zarówno pracodawców, jak i związków zawodowych.
Zastanowiłem się co premier Miller miał na myśli w związku z wypowiedzią i doszedłem do następujących wniosków, którymi chciałbym się podzielić z Czytelnikami „Strony Prokapitalistycznej”.

Czy państwo może w ogóle zbankrutować? Owszem, mogą firmy, spółki, banki, czy linie lotnicze, ale żeby bankrutem było państwo! Niestety wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że jest to nieuniknione. Jedyną zaś niewiadomą pozostaje termin.

Czytałem ostatnimi czasy książkę na temat historii III Rzeszy. Dowiedziałem się z niej, że w 1933 roku, czyli zaraz po dojściu Hitlera do władzy ministrem gospodarki i prezesem Banku Rzeszy został niejaki Hjalmar Schacht. Nie wspominam o tym bez powodu, gdyż Schacht miał również jak nasi politycy problem z deficytem budżetowym. Najprostszą formą jego załatania byłby dodruk pieniędzy, ale tego akurat chciał za wszelką cenę uniknąć minister. Aby uniknąć antyinflacyjnej psychozy, która wówczas miała miejsce w Niemczech zdecydował się na inflację w formie weksli. Powołano spółkę badań metalowych, której celem miała być zapłata wekslami dostawcom rządowym. Wypłacalność weksli gwarantował zaś Bank i Skarb Rzeszy. Ich czas obiegu wynosił 5 lat. W 1937 roku zmieniono weksle na długoterminowe gdyż powołana spółka nie miała w zasadzie żadnych funduszy na wykup weksli. Zaniepokojony taką sytuacją Hitler odwołał Schachta, ale i zwołał tajną naradę najbliższych współpracowników. Stwierdził na niej, że należy przyspieszyć termin rozpoczęcia wojny z 1942-43 roku na co najmniej 1940 rok, gdyż w późniejszym terminie Rzesza może nie istnieć z powodów czysto gospodarczych. Po prostu byłaby bankrutem bo weksle wydawane przez Rzeszę były warte tyle, ile papier na których były drukowane.

W Polsce rząd również zamierza pokryć deficyt emisją obligacji państwowych. Zmiana nazwy weksli na obligacje jest bez znaczenia, bo w gruncie rzeczy i jedno i drugie oznacza pożyczkę pieniędzy od społeczeństwa. Nasze obligacje również są terminowe i mają gwarancje rządu. A więc czeka nas…

… Ale jakby tego było mało rząd wprowadza dodatkowo jeszcze podatek od zysków z tytułu posiadanych oszczędności. Bagatela 20 procent. W rzeczywistości jest on o wiele wyższy. Jeśli bowiem przyjąć, że ktoś wpłaca do banku 1000zł, a oprocentowanie wynosi 10 proc., to podatek wynosi 20zł. Rząd nie bierze jednak pod uwagę inflacji, o ona jeśli wynosi np. 8 proc. spowoduje, że zysku z lokaty nie mamy. Zysk faktyczny wynosi bowiem nie 10proc., lecz jedynie 2proc., czyli 20zł. A przecież to rząd zabiera nam 20zł. Zysku tak naprawdę nie ma wcale. Jak ludzie zorientują się w okolicach marca jak są oszukiwani, może się zdarzyć, że zaczną na gwałt wycofywać pieniądze z banków. I co wtedy? Banki przecież część swych aktywów posiadają w postaci obligacji pastwowych! Chciałbym przy okazji zauważyć, że w 2004 roku kończą się wpływy z prywatyzacji, co w sposób o wiele bardziej znaczący obniży dochody budżetu niż zyski z tytułu podatku od pieniędzy w bankach. Wydatki zaś z roku na rok rosną, a nie maleją!

Co więcej w ostatnim tygodniu minister spraw zagranicznych, Włodzimierz Cimoszewicz poczynił stosowne kroki by przyspieszyć nasz „anschluss” do Unii Europejskiej. Wniosek z tego może być tylko jeden. Rząd doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest w beznadziejnej sytuacji. Czy liczy na to, że wejście do Unii na kolanach i z twarzą na wysokości trotuaru coś poprawi nie wiem, ale wiem, że to nic nie pomoże. Po pierwsze dlatego, że 15 maja 2000 roku Unia podjęła decyzję o tym, że każdy nowy członek dostanie z kasy unijnej tylko tyle, ile do niej wpłaci. Poza tym nie sądzę by Bruksela nie zdawała sobie sprawy z tego w jakim jesteśmy stanie.

Powyższe fakty nieuchronnie wskazują na to, że zbliżamy się do dnia w którym zamiast dobranocki dla dzieci na ekranach pojawi się Leszek Miller z informacją o bankructwie III RP. Jeśli ktoś mi nie wierzy, trudno. Może się mylę. Ale jeszcze jedno utwierdza mnie w przekonaniu, że wszystko już niedługo runie. Państwowe media wręcz krzyczą ostatnimi czasy, że wszystko, wprawdzie krętymi, czy nawet bardziej krętymi drogami, ale jednak, prowadzi ku lepszej przyszłości.

Jeszcze innym z kolei argumentem za tym, że ten dzień się zbliża bardzo szybko jest chęć jak największego przyspieszenia jesiennych wyborów samorządowych. Jeszcze kilka tygodni temu mówiło się o czerwcu, teraz w grę wchodzi nawet połowa maja. Czyżby więc bankructwo miało nastąpić jeszcze szybciej???

Tego nie wiem i szczerze pisząc nie za bardzo mnie interesuje data dzienna. Tej bowiem dzieci będą się uczyć w szkołach. Mnie zaś interesuje w jakich szkołach będą o tym się uczyć…

Paweł Toboła-Pertkiewicz


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *