Grzegorz Braun o Jonny’m Danielsie: Ktoś >>Polaczków<< musi tutaj obrabiać

Kretyn, antysemita, rasista, siewca nienawiści - takimi epitetami, Jonny Danniels, działacz żydowski, ostatnio bardzo aktywny w Polsce, nazywa Grzegorza Brauna Czytaj więcej »

 

Inflacja – komu służy, komu szkodzi?

Po dwuletniej deflacji, w grudniu ubiegłego roku powróciła inflacja. W połowie lutego osiągnęła wskaźnik 1,8% w skali roku. Oznacza to, że dziś potrzebujemy więcej pieniędzy na zakup tych samych towarów, niż potrzebowaliśmy ich przed rokiem, a na koniec roku 2017 z dużym prawdopodobieństwem potrzebować będziemy jeszcze więcej.


Utraty siły nabywczej pieniądza często jednak nie dostrzegamy. Zachodzi niepostrzeżenie, pod osłoną przewrotnej medialnej propagandy, usiłującej zafałszować oczywiste gospodarcze fakty i uśpić naszą czujność. Fakty natomiast są takie, że inflacja służy tylko bankom i rządom. Tym pierwszym pomaga w cichym  okradaniu społeczeństwa z oszczędności i majątków, a tym drugim ułatwia obsługę publicznego długu.

Geneza

Inflacja jest efektem psucia pieniądza na skutek nadmiernego zwiększania jego podaży, głównie przez emisje banków centralnych oraz kreowanie go w akcjach kredytowych przez banki komercyjne. Zjawisko stałej utraty wartości pieniądza pojawiło się w końcu XVII wieku, gdy w Wielkiej Brytanii zalegalizowano upaństwowioną grabież, polegającą  na przyznaniu prywatnym bankom wyłącznego prawa do emitowania fałszywych, poświadczonych przez państwo kwitów depozytowych (not bankowych) nie mających pokrycia w zdeponowanym złocie. Z czasem kwity te przekształciły się w walutę i pieniądz fiducjarny, czyli całkowicie oderwany od jakiegokolwiek ekwiwalentu swojej wartości w szlachetnym kruszcu. Pieniądz stał się ostatecznie towarem samym w sobie, zamiast pozostać jedynie miernikiem wartości rozmaitych dóbr materialnych i ludzkiej pracy.

Proces utraty siły nabywczej przez pieniądz


Inflacja w służbie banków

Im więcej komercyjny bank udziela kredytów, tym więcej kreuje pustego pieniądza, wyczarowując go z niczego — pieniądza, który nabiera swojej wartości dopiero wtedy, gdy kredytobiorca kupuje za pożyczone pieniądze realne dobra materialne lub usługi. W każdej bankowej umowie kredytowej zapisywane jest zobowiązanie kredytobiorcy do zapłaty odpowiednich odsetek od kredytu, a zatem bank zarobi na odsetkach tym więcej, im więcej pożyczy pieniędzy, których… nigdy nie miał. Jeśli kredytobiorca nie spłaci kredytu, to bank może zarobić nawet więcej, przejmując zastawione na kredycie dobra.

Zalegalizowana w większości państw złodziejska zasada tzw. częściowej rezerwy umożliwia bankom dopisywanie na konto kredytobiorcy nieistniejących pieniędzy. Takie kuriozalne, trudne do pogodzenia ze zdrowym rozsądkiem i poczuciem przyzwoitości unormowanie prawne stworzyło przed 300 laty podstawę współczesnej bankowości, czyli prawny fundament do uprawiania banksterskiego procederu. Co więcej, w ostatnich latach ustanowiono kolejne bandyckie regulacje prawne zezwalające na ograbienie klientów zagrożonego upadłością banku z ich kapitałowych inwestycji i depozytów. Możliwe jest to — o zgrozo — na podstawie nie podlegającej wstrzymaniu decyzji administracyjnej. Mechanizm tej upaństwowionej, drastycznie łamiącej prawo własności grabieży nazywa się Bail In, a jego administratorem jest od połowy ubiegłego roku Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Inflacja i deflacja w Polsce w latach 2012-2017


źródło: Stooq

Inflacja w służbie rządów i samorządów

Najlepszymi klientami banków są oczywiście instytucje rządowe, które chętnie pożyczają duże pieniądze pod zastaw bieżących i przyszłych podatków. Władze centralne i lokalne przerzucają na społeczeństwo skutki zawieranych umów kredytowych, przekształcając wolnych ludzi w zaharowanych wyrobników, zniewolonych monstrualnym publicznym długiem i rosnącymi podatkami. Systematycznie rozrasta się natomiast kasta państwowych biurokratów, którzy stanowią naturalne zaplecze polityczne i wyborcze każdego kolejnego rządu.

Obsługa rządowych pożyczek sprowadza się jedynie do spłaty odsetek, ponieważ budżetu państwa nie jest stać na spłatę ogromnych rat kapitałowych. Jest to sytuacja bardzo wygodna dla banków, a nawet pożądana, ponieważ swoje zyski osiągają głównie z odsetek. W ich interesie spoczywa zatem stałe zwiększanie publicznego długu (tzw. „wiecznego długu”), od którego naliczane są coraz wyższe odsetki. Obsługa odsetek od kredytów staje się dla władz publicznych prostsza, jeśli osiągają one wyższe wpływy z podatków, czemu sprzyja inflacja.

Wartość pieniądza w czasie

Utrata siły nabywczej przez pieniądz na skutek inflacji ma oczywiście fatalne skutki dla budżetów gospodarstw domowych. To jeszcze jeden ukryty podatek, który poważnie ogranicza możliwości korzystania z owoców własnej pracy i nie sprzyja gromadzeniu oszczędności.

Nieco starsze pokolenie doskonale pamięta okres przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy boleśnie doświadczaliśmy hiper-inflacji. Tempo utraty siły nabywczej pieniądza ilustrowano wówczas sarkastyczną anegdotą, jak to rzucona na ziemię złotówka dolatywała do gruntu już tylko jako pięćdziesiąt groszy… Nikt nie oszczędzał wtedy pieniędzy, tylko jak najszybciej wymieniał je na trwałe dobra użytkowe (o ile były dostępne). Dziś wystarczy spojrzeć na Wenezuelę, aby przekonać się o gorzkich owocach inflacji. Charakterystyczne jest to, że władze Wenezueli dążą przede wszystkim do spłaty odsetek od rządowych kredytów, kosztem drastycznego ograniczenia finansowania usług publicznych.

Ile tracimy na inflacji możemy łatwo i dokładnie wyliczyć korzystając z dobrze znanej w biznesie formuły matematycznej nazywanej z angielska Net Present Value (NPV). Formuła ta stosowana jest w rozmaitych projektach do obliczania rzeczywistych kosztów określonego przedsięwzięcia w szczególności wtedy, gdy jego realizacja trwa dłużej niż rok. Można wyliczyć NPV — utratę siły nabywczej swoich pieniędzy w określonym czasie — według matematycznego wzoru, albo korzystając z gotowej formuły (funkcji) w popularnym arkuszu Microsoft Excel.

Inflacja to patologia, która niszczy zdrowe naturalne mechanizmy gospodarcze. Pojawiła się wraz z zalegalizowaniem XVII-wiecznego finansowego mega-oszustwa, na którym zbudowano współczesny globalny system finansowy, będący monstrualną piramidą finansową. Ta piramida runie, ponieważ w obiegu gospodarczym jest zbyt wiele pustego pieniądza napędzającego inflację. Inflacja to jeden z najważniejszych symboli nienormalnych, wyzutych z podstawowych zasad etycznych czasów, w których żyjemy.

Zjawiska inflacji można jednak szybko się  pozbyć. Wystarczy jeśli zostanie ustanowione prawo zakazujące uchwalania budżetów państwa z deficytem, zlikwiduje się mega-lichwiarskie unormowania pozwalające bankom na udzielanie kredytów na zasadzie częściowej rezerwy, a pełną kontrolę nad emisją pieniądza przejmie państwo. To takie oczywiste i proste, tylko… czy wykonalne?

Robert Werner

Foto.: pixabay.com

Artykuł pochodzi ze strony ParitusNet.info...


11 Responses to Inflacja – komu służy, komu szkodzi?

  1. Waldemar napisał(a):

    Tak wlasnie wyglada prawdziwa twarz kapitalizmu. Okradanie pod plaszczykiem. Caly system sluzy do okradania i co smutne bezkarnego. Wezmiesz cebule ze sklepu to cie pozwa do sadu, oskarza i ukaraja wysoka grzywna a nawet wsadza do wiezienia. Za jedna cebule!! Okradasz cale narody zostajesz bohaterem mediow, mozesz dzialac bezkarnie przez cale generacje. Inflacja to patologia. Zgoda! Kapitalizm to patologia. I tu juz jakos nikt oficjalnie tego nie powie. Czemu?

  2. T.U. napisał(a):

    Tak tak Waldemar, a w socjlizmie nie ma inflacji i systemu powszechnej grabieży społeczeństwa… Pierdu, pierdu. Zmień dealera! Za inflację zawsze odpowiada rząd, a interwencjonizm to nie jest chyba „prawdziwa twarz” kapitalizmu. Deficyt budżetowy i dług publiczny jest zwykle budowany w imię jakichś polit-socjalnych fantasmagorii, a dla jego rzekomego sfinansowania potem robi się inflację… Ten system nazywa się jakoś inaczej chyba.

  3. T.U. napisał(a):

    Z jedną uwagą do autora – trzymajmy się jednak klasycznej definicji inflacji, że jest to wpompowywanie w obieg ilości pieniądza większej niż rynkowy popyt na ten pieniądz. „Utrata siły nabywczej pieniądza” to dopiero następstwo inflacji. Nie miejszajmy – wzorem mainstreamu – skutku z przyczyną. Reszta OK.

  4. HeS napisał(a):

    @T.U.:”że jest to wpompowywanie w obieg ilości pieniądza większej niż rynkowy popyt na ten pieniądz”

    Nie zgadzam się. Inflację może spowodować spadek produkcji o (np.) 50%. Definicja (spadek wartości pieniądza) jest dobra bo nie mówi nic o przyczynach. Powody inflacji (czasem chwilowe) mogą być różne i to jest temat do analizy. Owszem, najczęściej to skutek „pompowania” ale niekoniecznie.

  5. T.U. napisał(a):

    @HeS: Spadek produkcji czego? Wszystkiego? Tak nagle o 50%?… A niby z jakiego powodu? Inflacja to nie jest „spadek wartości pieniądza”, ale jeden z jego powodów. Nie każdy spadek wartości pieniądza jest wywołany przez inflację. Podobnie jak wzrost wartości pieniądza nie musi wynikać z jego celowego ściągania z rynku… Zamieszanie wokół tego wiąże się z wyrzuceniem z definicji „inflacji” jej właściwego znaczenia i wrzuceniem jedynie skutku w to miejsce, co pozwala ukryć nie tylko przyczynę, ale i sprawcę. Przyczynili się do tego keynesiści. „Inflacja” – to celowa czynność zwiększania ilości pieniądza w stosunku do rynkowego zapotrzebowania na ten pieniądz. „Inflacyjny spadek wartości pieniądza” (wzrost cen) to skutek inflacji. Jedno i drugie nie ma miejsca jednocześnie. Polecam wziąć pod uwagę dwie rzeczy: tzw. efekt Canillon’a oraz definicję Misesa…

  6. T.U. napisał(a):

    I jeszcze jedno @HeS: spadek produkcji, nawet znaczny, nie wywoła istotnego wzrostu ceny przeciętnej, jeśli w obiegu w tym czasie nie pojawi się też dodatkowy pieniądz. Owszem wzrosną ceny produktu (produktów) deficytowego (deficytowych), ale przy stałej ilości pieniądza, wywoła to jedynie spadek popytu na pozostałe produkty, których załamanie nie dotyczy i siłą rzeczy spadek ich cen. Konsument wobec braku dodatkowego pieniądza, będzie musiał bowiem dokonać korekty swoich zakupów i wydatków – na czymś zaoszczędzić, aby kupować nadal te deficytowe mimo ich nowych wyższych cen.
    W praktyce na ogół rząd w sytuacjach załamania produkcji myśli, że ją pobudzi dodatkową emisją i zwykle bank centralny obniża stopy lub dodrukowuje banknoty, lub jedno i drugie. Stąd fałszywy powszechny wniosek, że załamaniu podaży samoistnie towarzyszy inflacyjny wzrost cen (ceny przeciętnej). Sęk w tym, że dodatkowa emisja nie jest szeroko rozgłaszana…

  7. HeS napisał(a):

    @T.U.:” Spadek produkcji czego? Wszystkiego? Tak nagle o 50%?… A niby z jakiego powodu? ”

    Nieważne. Wybuchu wojny, rewolucji, awarii połowy elektrowni i braku energii, … . Przyczyna nieistotna. Ważne, że definicja inflacji jako spadku siły nabywczej pieniądza działa, bo ilość pieniądza w stosunku do ilości towarów jest za duża i pojawi się inflacja (czyli wzrost cen).

  8. T.U. napisał(a):

    Jeżeli będziemy analizować jakiś sztucznie zamknięty układ – wyizolowany np. z rynku międynarodowego – układ, którego patologię podtrzymuje się na siłę – to żadna polemika w ogóle nie ma sensu. Jeśli natomiast układ jest otwarty, to – o ile pieniądz nie został w międzyczasie „popsuty” dodatkową emisją – niedobór określonych towarów zachęca ich dostawców z zewnątrz do zwiększania ekspansji na taki rynek. Deficyt najczęściej rychło przeradza się wtedy w nadwyżkę, co w perpektywie zbilansuje wysoką cenę produktu z okresu jego niedoboru.
    Nasz problem, (brak zrozumiena) @HeS-ie, wynika z tego, że operujemy różnymi definicjami inflacji. Współczesne uproszczenie „inflacja=wzrost cen” kompletnie zaciemnia obraz (bo twórcom tej pseudo-nowoczesnej wersji właśnie o to chodziło). Zgodnie z nią każdy wzrost cen należałoby uznać za inflację, zaś ją samą za zjawisko naturalne i samoczynne (Nie ma winnych!Tak, jak nikogo nie można winnić za… wiosnę, zimę czy noc).
    Jeśli pieniądz nie został przy okazji popsuty, a układ gospodarczy jest otwarty – załamanie dostaw nie przełoży się na długotrwały i istotny wzrost ceny przeciętnej.

  9. p=PGS napisał(a):

    Do HeS.
    T.U. ma rację. Definicja jest definicją, koniec i kropka. Co innego inflacja, co innego jeden z jej skutków spadek wartości nabywczej pieniądza.

  10. Waldemar napisał(a):

    T.U. W socjalizmie inflacja jest dopiero wtedy gdy systemem bawia sie kapitalistyczni bankierzy i ich pomagierzy w polityce. Tak bylo za czasow sowieckiej komuny sterowanej z Ameryki. Druk pustego pieniadza i celowe wstrzymywanie produkcji. To bylo odwrocenie piramidy jaka mamy dzisiaj. Wtedy rynek zawalono pustym pieniadzem bez pokrycia towarowego. Dzisiaj na rynku brakuje pieniadza pod zawalone polki z towarem. Manipulowanie slowami nie zmienia faktu – spadek wartosci nabywczej pieniadza to jego inflacja, albo jak kto woli jeden z powodow inflacji. Najlepszym pomyslem byloby zlikwidowac pieniadz ale wtedy kogo oszukiwalby banksterski uklad rzadzacy swiatem?

  11. T.U. napisał(a):

    @Waldemar „w socjalizmie (…) bawią się kapitalistyczni bankierzy i ich pomagierzyw polityce” – logika powalająca, wciągasz towar ewidentnie czymś zapaskudzony…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *