Przemilczane ludobójstwo rewolucji antyfrancuskiej

Kilka dni temu obchodziliśmy rocznicę, którą Francuzi uważają za swoje święto narodowe. To, że rocznica ta okupiona jest krwią niewinnych ofiar, mało się mówi. Zbrodniarze stali się bohaterami Czytaj więcej »

 

Kazachstan odchodzi od cyrylicy czyli fochy i fonty

Kazachstan Nursułtana Nazarbajewa odchodzi od cyrylicy, w Serbii i Czarnogórze wybór alfabetu to kwestia tożsamościowa. A jak sprawy mają się w podzielonej plemiennie Polsce?


Depeszowcy mieli trochę trudności, jak zakwalifikować ten news: polityka, kultura, stosunki międzynarodowe? W rezultacie wiadomość o decyzji Nursułtana Nazarbajewa, by Kazachstan zaczął przygotowywać się do zmiany alfabetu na łaciński, przewijała się pod koniec kwietnia gdzieś w drugiej dziesiątce newsów. Owszem, odnotowali ją analitycy, a Stratfor zblamował się nawet przez chwilę, publikując z błędami infografikę o zasięgu alfabetów na obszarze postsowieckim, ale po kilku dniach zainteresowanie przygasło.

A przecież to decyzja niezwykła, choć nie bezprecedensowa. Dawniej alfabety przynosili ludzkości  herosi, święci lub w ostateczności królowie i z tamtych czasów żywe jest dla nas poczucie sakralności pisma: czy czytamy „Fajdrosa” i śledzimy rozważania Sokratesa nad fenomenem pisania, czy podglądamy pierwsze „A”, „J”, a potem nawet „K”, z wysiłkiem ciągnięte po kartce kredką świecową, czy sami piszemy po ubitym piasku kijkiem lub palcem, powtarzając wieloznaczny filmowy gest – zawsze mamy poczucie jakiegoś stawania się świata. Bo też rzeczywiście Kadmos, Prometeusz, koreański Sedżong Wielki czy święci Cyryl i Metody stwarzali swoim uczniom nowy świat – czy może raczej, otwierali ich na inne światy.

Nie trzeba też dysponować darem synestezji, by czuć, że różne alfabety mają (podobnie jak języki i dźwięki) różny charakter, że nie da się ich przełożyć maszynowo, choćby nie wiem jak doskonalono międzynarodowy alfabet fonetyczny, liczący już sto kilkadziesiąt znaków i wciąż obrastający w nowe daszki, haczyki, woluty. A dwa alfabety bliskie sobie greckim rodowodem, zaś z przyczyn historycznych i politycznych przenikające się od tysiąca lat gęściej niż jakiekolwiek inne, to „łacinka” i cyrylica. Nikt nie pisał piękniej niż Serb Milorad Pavić (a Serbowie znają się na pokrewieństwie alfabetów najlepiej, o czym za chwilę) o wysiłkach dwóch mnichów z Salonik, by nadać świętym literom, którymi spisany został Platon i Ewangelie, nowy, miększy kształt, który wchłonie słowiańskie chrapliwości, wszystkie te lamenty i zaśpiewy plemion rozciągniętych od Donu po Łabę i Dunaj.

Odtąd dwa alfabety rywalizowały na rozległych równinach ze zmiennym szczęściem. Cyrylica często brała górę za sprawą faworów władcy. Mało kto pamięta, że w ramach projektów rusyfikacyjnych po powstaniu styczniowym ludzie Apuchtina wpadli na pomysł zapisywania tekstów dla włościańskiego ludu po polsku, lecz cyrylicą (modlitewniki z zapisanym w ten sposób „Ojcze Nasz” są dziś antykwarycznym rarytasem), a za Stalina do używania cyrylicy zmuszona została cała Azja Środkowa (która przedtem, w roku 1929, przeszła z alfabetu „arabskiego” na łacinkę) oraz Mongolia.

Czyżby Nazarbajew, przestawiając kraj na łacinkę, orientował się tym samym na Rzym i Paryż? To nie te czasy. Stała pewnie za tą decyzją nadzieja na delikatne utarcie nosa Kremlowi, na pozostawienie po sobie kolejnego pomnika po nowej stolicy – Astanie – na lepsze widoki marketingowe. I tyle. Europa, idolizowana podczas licznych marszów, nie ma już do zaoferowania Kazachstanowi mędrców, poematów i kościołów, lecz co najwyżej większą wygodę we wpisywaniu adresu do przeglądarki, oczywiście wówczas, gdy opadnie już pył po całym zamieszaniu. Nie będzie bowiem łatwo: zmiana alfabetu to operacja porównywalna bodaj tylko ze zmianą kierunku ruchu ulicznego. Dewaluacja czy wymiana pieniądza to przy niej drobiazg. W zasadzie powinna się ona dokonać w jednym akcie, o godzinie zero (na szczęście tylko w anegdotach o zmianie kierunku ruchu pojawiają się ministrowie decydujący, by „na początek reguła ruchu prawostronnego objęła jedynie ciężarówki”). Ale co, jeśli tak się nie stanie? Czy Rosjanie, stanowiący nadal jedną czwartą populacji Kazachstanu, naprawdę rozstaną się z cyrylicą?

 Zastanawiam się nad tym, pamiętając, jak osobliwie plotą się sprawy w Serbii i Czarnogórze, od zawsze tkwiących na pograniczu dwóch kultur i alfabetów jeszcze mocniej niż Wielkie Księstwo Litewskie. Serbia latynizowała się ochoczo, w ramach zachodniego sznytu, w latach 60. i 70., nawet wówczas jednak dziatwa uczyła się w sumie 55 liter (jedne wspólne, inne osobne, jeszcze inne co innego znaczące w każdym alfabecie – koszmar!) już w drugiej klasie podstawówki. Od lat 80. rozpoczął się „zwrot tożsamościowy”: cyrylicą pisane są nazwy ulic, ryte napisy na pomnikach, cyrylicą drukowana jest konstytucja, a stosowna ustawa nadała jej godność „alfabetu narodowego”. Prozachodnia Czarnogóra – rzecz jasna na odwrót. Najciekawszy jest jednak fakt, że w „dwualfabetycznym” społeczeństwie wybór pisma jest gestem politycznym: tragiczni obrońcy serbskiej tożsamości narodowej (często, choć na szczęście nie zawsze, zarazem obsesyjnie prorosyjscy i antyzachodni; Bałkany straciliśmy w naprawdę pięknym stylu) piszą i publikują oczywiście cyrylicą, zapadnicy odwrotnie, dzięki czemu po wejściu do księgarni lub kiosku od razu z grubsza wiemy, czego możemy się spodziewać po poszczególnych gazetach i tomach.

A jak wyglądałoby to w podzielonej plemiennie Polsce? Nikt poważny nie sięgnąłby rzecz jasna po cyrylicę (choć zarówno PiS, jak i Platforma chętnie przypisałaby ją przeciwnikom, pomawianym albo o konszachty z Kremlem, albo o zauroczenie nim), ale są przecież jeszcze dziesiątki fontów, tak fantastycznie wyrażających usposobienie indywidualne i polityczne. Proszę sobie tylko wyobrazić: kto z naszych wielkich pisze w zaciszu gabinetu banalnym, lecz łatwo czytelnym Arialem? Kto trochę staroświecką, elegancką Cambrią? Czy byli informatycy piszą swoje manifesty rozlazłym Courierem, a prawnicy – nieznośnie zasznurowanym, ale wymuszającym respekt Haettenschweilerem?

Są to sprawy bardzo intymne, bardzo zajmujące, myślę, że grafologów i typografów, którzy dotarliby do tabletów i laptopów publicystów i senatorów czekałoby wiele niespodzianek. I właściwie jednego tylko jestem w tej sprawie pewien: ulubioną czcionką posłanki Joanny Muchy musi być bez wątpienia Sans Comic.

Wojciech Stanisławski

Artykuł ukazał się w magazynie "Nowa Konfederacja". Przedruk za zgodą redakcji.

Foto.: pixabay.com


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *