Braun: To zła historia jest matką złej polityki

To zła historia jest matką złej polityki. Niech się wam broń Boże nie wydaje, że możecie rozszerzyć waszą, piękną wolnościową idee, nie wracając do historii Czytaj więcej »

 

Koszt ceny – cena kosztu

List i artykuł pana Rafała Kopko oraz odpowiedź pana Mateusza Machaja odgrzały kwestie, które już dość dawno zaprezentował na Stronie Prokapitalistycznej pan Machaj. Chodzi o problem wliczania kosztów w ceny, przerzucania podatków na konsumentów itd.

Pozwolę sobie zabrać w tej sprawie głos po pierwsze dlatego, że mam zdanie trochę inne niż pan Machaj, więc będzie okazja do polemiki, po drugie wydaje mi się, że rozwiązałem ten problem i chciałbym moje rozwiązanie poddać krytyce bardziej doświadczonych szermierzy ekonomicznej wolności.

Teza pierwsza – Koszty są wliczane w cenę.

Gdyby to była prawda, to ceny osiągnęłyby poziom plus nieskończoności. Po prostu nawet sprzedając pudełko zapałek handlowiec mógłby wliczyć w cenę np. 1 mln USD za skomplikowaną operację swojej żony w najlepszej klinice na świecie, wakacyjną podróż w kosmos za 20 mln USD, 100 mln USD za które kupił to pudełko w hurtowni itd. itd.

Co mówią o tej tezie reguły rynkowe? Otóż koszty nie mogą być wliczane w nieskończoność w cenę nawet w monopolu, ponieważ dla każdego towaru można znaleźć taką cenę przy której nie kupi go literalnie nikt (wynika to z zasady, że im wyższa cena tym niższy popyt). Nazwijmy tą cenę twardą barierą popytu. W wersji soft bariera popytu to cena powyżej której dochody sprzedających zaczynają spadać. Występuje ona o wiele wcześniej niż jej twarda imienniczka i podobnie jak ona uniemożliwia dokonanie swobodnego wliczenia kosztu w cenę.

Poza tym na wolnym rynku występuje jeszcze jeden czynnik hamujący beztroskie wliczanie czegokolwiek w cenę. Przedsiębiorca nie może podnieść ceny ot tak sobie, bo inne firmy pozostawią swoje na starym, niższym poziomie i w efekcie biznesmen nie zgarnie dodatkowego zysku a wręcz dozna strat. Takie zjawisko zwolennicy wolnego rynku nazywają… (uwaga odkrywam Amerykę!) konkurencją.

Zgodnie z powyżej przedstawionymi regułami wolnego rynku biznesmen nie może przy kalkulowaniu cen uwzględniać swoich kosztów. On musi kierować się sytuacją na rynku (po ile sprzedaje konkurencja, jaki jest poziom popytu przy danej cenie, co ludzie lubią, na co „lecą”, ile zarabiają, czego zabrania im religia lub obyczaj – to dla potencjalnych handlarzy whisky w krajach islamu itd.). Kapitalista aby osiągnąć sukces lub choćby przetrwać musi sprostać oczekiwaniom rynku, które (nota bene!!) są zupełnie niezależne od ponoszonych przez tegoż bizesmena kosztów!! Tak więc to kapitalista musi się dopasować do konsumentów a nie odwrotnie.

Teza druga – Koszty nie są wliczane w cenę.

Ta teza także prowadzi do absurdu, ale w przeciwnym kierunku. Gdyby biznesmeni nie brali pod uwagę kosztów, to wszystkie ceny powinny wynosić zero. No bo niby dlaczego cokolwiek miałoby kosztować 1 grosz lub więcej? Jeżeli w cenę nie można wliczyć np. podatku, to i na takiej samej zasadzie nie można wliczyć literalnie niczego, nawet zysku. Bo niby z jakiego powodu?

Co mówią o tej tezie reguły rynkowe? Otóż żelazną zasadą jest, że w dłuższym okresie czasu na rynku zostają tylko te firmy, które przynoszą zysk i to nie jakikolwiek zysk, lecz taki który satysfakcjonuje ich właścicieli. Jeżeli firmy przynoszą straty lub osiągają zbyt niskie zyski, wtedy biznesmeni bankrutują, ewentualnie pakują manatki, zmieniają branżę lub przechodzą do szarej strefy, na emeryturę, rentę, bezrobocie czy pracę najemną. Nie ma innej możliwości. W krótkim okresie można prowadzić interesy na kredyt, w krótkim okresie mogą wystąpić fluktuacje zysków z którymi kapitalista się pogodzi, bo ostatecznie wyjdzie na swoje, ale w długim okresie czasu kredyty muszą zostać spłacone a firma musi osiągnąć odpowiedni poziom zysków.

Żeby powyższa reguła została spełniona cena produktu musi przewyższać jego koszty i to o taką wielkość, która przemnożona przez wolumen sprzedaży zadowoli kapitalistę. Sęk w tym, że choć koszty można ciąć, to nie można ich ciąć w nieskończoność, kiedyś trzeba je ponieść zaś cena musi odzwierciedlać fakt poniesienia takich a nie innych kosztów. Jeżeli rynek tego nie zaakceptuje, tym gorzej dla rynku. Prowadzenie interesów to nie działalność charytatywna. Ustalanie ceny bez uwzględnienia poniesionych kosztów („bo tak chcą konsumenci”) oznacza bankructwo.

Dyktatorskie rządy zachłannych biznesmenów czy tyrania kapryśnych konsumentów?

Teza pierwsza przyznaje decydującą rolę na wolnym rynku biznesmenom, to oni dyktują ceny („przerzucają koszty” itd.), konsumenci są tylko dodatkowym elementem że tak powiem folklorystycznym. Według drugiej tezy jest odwrotnie – na rynku panuje dyktat konsumentów a producenci i sprzedawcy muszą się ich życzeniom podporządkować. Najdobitniej przedstawił tą opcję w swoich artykułach pan Machaj, więc kilka cytatów: „Mój pogląd wynika z prostego faktu. To konsumenci trzęsą systemem kapitalistycznym,” „to, ile jest w stanie zapłacić konsument decyduje o ostatecznej cenie,” „konsument decyduje o cenie dobra. Jeśli konsumentowi odechce się kupowania jakiegoś produktu, to kapitaliści mają problem, bo ponieśli określone koszty i nie mogą nic zrobić,” „o cenie decyduje konsument. Koszty ustawiają się według oczekiwanych wartościowań konsumentów,” „konkluzja jest zatem radykalna. O cenie decyduje konsument.” I najnowszy: „Zwolennicy wolnego rynku wielokrotnie podkreślają, że kapitaliści są SŁUŻĄCYMI konsumentów.”

Jak jest naprawdę?

Moim zdaniem spór czy w cenę są wliczane koszty, czy też cena jest ustalana niezależnie od kosztów przypomina trochę (powtarzam TROCHĘ i per analogiam) spór o światło. Jedni mówili, że światło ma naturę korpuskularną, drudzy że falową. Okazało się jednak, że jest i tak i tak jednocześnie. Obie zaprezentowane powyżej tezy są w rzeczywistości przeciwnymi stronami tego samego medalu. Na wolnym rynku o cenie WSPÓŁDECYDUJĄ zarówno biznesmeni (i ich koszty) jak i konsumenci (i grubość ich portfela). Ten fakt wynika z najbardziej fundamentalnej zasady wolnego rynku, która mówi, że KAŻDA TRANSAKCJA TO DOBROWOLNA UMOWA DWÓCH STRON.

Powtarzam. Istotą wolnego rynku jest dobrowolna umowa dwóch stron, obie są sobie równe i obie mają coś do powiedzenia na temat ceny. Konsumenta mogą nie obchodzić koszty producenta, ale producent, gdy nie otrzyma wyższej ceny, przestanie produkować. I vice versa. Producenta może nie obchodzić zasobność portfela konsumenta, ale konsument, gdy nie otrzyma niższej ceny, przestanie kupować. Kupujący startuje z tezą, że wszystko powinno być za darmo a sprzedawca, że cena powinna być nieskończona. Biczem na marzenia konsumentów są koszty ponoszone przez biznes a biczem na marzenia kapitalistów są ograniczone możliwości finansowe klientów. Tak więc cena to wynik negocjacji, kompromisu między kupującym a sprzedającym.

Widełki negocjacyjne od góry ogranicza konkurencja (w monopolu, gdzie nie ma konkurencji, tą rolę pełni bariera popytu). Na wolnym rynku sprzedający nie może zaproponować wyższej ceny niż konkurencja, bo nikt u niego nie kupi. Od dołu widełki negocjacyjne ograniczają koszty. Kupujący nie może zaproponować ceny poniżej kosztów. Jeżeli tak się dzieje, to wtedy sprzedaż zamienia się w wyprzedaż. To co już zeszło z taśmy produkcyjnej zostanie wyprzedane poniżej kosztów po czym następuje zamknięcie interesu. Tymczasem gospodarka nie opiera się na wyprzedaży. Podstawą gospodarki jest zyskowny handel i zyskowna produkcja a nie działalność charytatywna. Ewentualna dyktatura obojętnie konsumentów czy kapitalistów ma bardzo krótkie nogi.

Jeżeli dany przedsiębiorca ponosi koszty wyższe niż konkurenci, to wypada z rynku. Jeśli natomiast cała branża ma koszty wyższe od oczekiwań strony popytowej, wtedy upada cała branża, bo nie istnieje pole negocjacji cen, które dawałaby biznesowi jakiekolwiek nadzieje na zysk. Dlatego pan Machaj ma rację, gdy pisze: „Jeśli zapłacę 1000 złotych ludziom kopiącym doły, a 1000 złotych za ich zasypanie, to będę naiwny, jeśli uda mi się sprzedać taką produkcję za 2200 złotych.” Jednak nie jest to dowód na to, że konsumenci są rynkowymi dyktatorami, lecz dowód tego, że takimi dyktatorami nie mogą być biznesmeni. Zaś fakt, że dyktatorami nie mogą być kapitaliści nie oznacza automatycznie, że są nimi konsumenci. Wolny rynek to dobrowolna współpraca dwóch stron a nie dyktatura którejkolwiek z nich.

Uproszczony przykład praktyczny

Na wstępie uwaga. Zakładam, że producenci tego samego towaru ponoszą mniej więcej takie same koszty, bo jeśli ktoś ma znacząco wyższe, to wypada z rynku.

Wyobraźmy sobie, że w pewnym momencie procesów rynkowych sumaryczny koszt wyprodukowania jednej parasolki wynosi 10 zł. Czysty zysk producenta to kwota powyżej 10 zł pomnożona przez wolumen sprzedaży. Przy cenie 20 zł popyt wynosi zero (bariera popytu typu hard) a więc i zysk wynosi zero. Przy cenie 15 zł zysk jest największy (bariera popytu typu soft, bo powyżej 15 zł zysk spada). W wyniku dzikiej, dziewiętnastowiecznej konkurencji cena parasolki „stabilizuje się” poniżej bariery soft na poziomie np. 13 zł.

Widełki negocjacji między producentem a klientem wyznaczają liczby 13 zł (bez targu – najczęstszy sposób kupowania) i 10.01 (teoretyczne hipersuperextreme skuteczne targowanie się, zamówienie 1 mld sztuk itp.). Konkretna cena konkretnej transakcji mieści się między nimi. Na marginesie dodam, że widziałem raz nawet jak jeden klient targował cenę kurtki w hipermarkecie (oczywiście nie przy kasie, tylko na sklepie z kierowniczką). Zobaczmy teraz co się stanie, gdy zaczniemy zmieniać sytuację.

Gdyby teraz wprowadzić „idealny mądry monopol,” to cena podskoczyłaby do 15 zł, jednak w rzeczywistości monopol nigdy nie jest idealny i mądry tylko siermiężny i głupi, więc winduje cenę powyżej miękkiej bariery popytu np. do 17 zł. Jedynym hamulcem jest dla niego twarda bariera popytu, gdy ludzie wolą zmoknąć niż kupić parasolkę. Tak na marginesie, jeżeli w miejsce parasolki wstawić pobieranie podatków a zamiast monopolisty Urząd Skarbowy, to mielibyśmy do czynienia z krzywą Laffera z punktem przegięcia w 15 zł i zamordyzmem podatkowym na poziomie np. 17 zł, który prowadzi do zmniejszenia się dochodów budżetowych.

Zastanówmy się teraz co by było, gdyby całkowity koszt jednej parasolki po wszystkich możliwych cięciach i obniżkach wyniósł 20 zł a popyt spadał do zera już przy 10 zł? Otóż wtedy branża parasolek nie mogłaby nawet zacząć istnieć. Konsumenci są w stanie wyłożyć maksymalnie 9.99 za parasolkę a producenci są w stanie zaproponować minimum 20.01 za sztukę. Widełki negocjacyjne przypominają Kanał Panamski (wejście zachodnie leży na wschodzie a wschodnie na zachodzie dlatego statki zdążające z Atlantyku na Pacyfik płyną z zachodu na wschód), mają wartość ujemną i do żadnej transakcji nie dochodzi. Parasolki pozostają towarem wirtualnym.

Wolny rynek (a właściwie działający na nim ludzie) ma jednak to do siebie i na tym polega jego siła, że niczym Bóg powołuje do istnienia z niebytu różne towary (telefony, samochody, samoloty, antybiotyki, bary karaoke, podróże w kosmos, nalepiane tatuaże, deski surfingowe itd.). Odbywa się to dwojako. Z jednej strony producenci wciąż ponawiają próby obniżki kosztów, z drugiej strony konsumenci (najczęściej dopingowani przez żony;-) ) poszukują lepiej płatnych zajęć, domagają się podwyżek, pracują więcej, wydajniej itd. wszystko po to by móc kupić coś, co do tej pory było poza zasięgiem ich możliwości finansowych. (Tak więc jeszcze raz potwierdza się teza, że bez kobiet nie byłoby cywilizacji.)

W efekcie opisanej powyżej WSPÓŁPRACY (która poniekąd przypomina prowadzenie budowy tunelu z dwóch różnych końców) producentów i konsumentów (a nie dyktatu, którejkolwiek ze stron) dochodzi do powstania nowych branż, zaistnienia nowych towarów. Przykładowo poprzez kolejne ewolucyjne stadia pośrednie (od luksusu do masowej produkcji) koszt parasolki spada na 10 zł a bariera popytu podnosi się do 20 zł.

Im szerzej rozwarte są widełki negocjacji cen tym lepiej, bo tym większe jest pole do negocjacji, tym większy margines bezpieczeństwa (np. w przypadku, gdy Lewiatan nałoży rekiet), tym więcej swobody w wymyślaniu różnych dodatkowych bajerów marketingowych (parasolki dla dzieci, fantazyjne kształty, kolory – dla kontrastu proszę popatrzeć jaki był wybór kolorystyczny karoserii w czasach, gdy samochód był luksusem, albo ile było na świecie programów telewizyjnych 50 lat temu a ile jest teraz itd.). Im węższe są widełki tym bardziej branża narażona jest na załamanie (w wyniku nałożenia podatku, nagłego wzrostu kosztów pośrednich itd.).

Oprócz powoływania do istnienia nowych branż (produktów i zawodów) wolny rynek odsyła także do niebytu (lub zmienia ich charakter) te branże (towary i zawody), które są zastępowane przez nowe. Tak więc nie mamy już zecerów, mamy za to specjalistów od desktop publishing, kowal to dziś określenie artysty a nie masowego wyrobnika, którym stał się mechanik, koń nie jest już podstawowym środkiem komunikacji lecz luksusem, terapią, atrakcją turystyczną, hazardem wreszcie, nie ma maszyn do pisania, są komputery itd. itp.

Lewiatan w akcji

Procesy wolnorynkowe to nie idylla. Po pierwsze zawsze kogoś nie będzie stać na to czy na tamto, po drugie zawsze będą istniały różnice majątkowe (żebracy, biedacy i bogacze istnieją zarówno w Bangladeszu jak i w USA, Polsce, czy Japonii), po trzecie ludzie bardzo szybko przywykają do osiągnięć rynku i traktują je jak oczywistość (samochód, elektryczność, tv, antybiotyki, komórka) więc zawsze będą narzekać i kwękać (patrz bajka „O rybaku i złotej rybce”). Jednak te wszystkie problemy można określić jako normalne, natomiast działania Behemota powodują zgodnie ze słynną myślą Kisielewskiego zupełnie nowe problemy, nieznane w normalnych krajach.

Zobaczmy jak to wygląda na przykładzie podatków. Mają one wpływ jednoznacznie negatywny zawężają bowiem pole negocjacji cen. Koszt parasolki przestaje wynosić 10 zł a zaczyna 12.20 (22% VAT). Jeżeli do tej pory handel zarabiał 3 zł na sztuce to przy utrzymaniu starej ceny będzie zarabiał 0.80 na sztuce. Wykres zysku który do tej pory zmieniał się od zera (przy 10 złotych) poprzez maksimum (w 15 zł) do zera (przy 20 zł) ulega ścieśnieniu. Oznacza to, że nastąpi wzrost cen i spadek zysków. Biznes nie może pozostawić ceny na dotychczasowym poziomie, bo straci jeszcze więcej.

Ale jeszcze gorzej jest w sytuacji, gdy widełki już bez podatku były wąskie (z powodów naturalnych albo z powodu do tej pory nałożonych podatków, przez ogólny zamordyzm fiskalny itd.). Wtedy rzeczywiście może zaistnieć sytuacja, gdy cena nie wzrośnie, bo na przeszkodzie stanie bariera popytu. Biznes napotyka na mur którego przekroczenie oznacza spadek dochodów. W krańcowej sytuacji nałożenie podatku może nawet spowodować wzrost kosztów parasolki ponad twardą barierę popytu i wtedy następuje upadek całej branży (lub przejście do szarej strefy).

Zobaczmy teraz konkretne przykłady dewiacji na rynku spowodowane podatkami. Zazwyczaj są one inne w każdym kraju ze względu na zróżnicowanie działań Lewiatana. Dzięki temu łatwiej dostrzegają je obcokrajowcy. W Polsce na przykład funkcjonuje słynna kratka samochodowa umożliwiająca otrzymanie ulgi na samochód ciężarowy (czciciele Behemota piszą uczone dysertacje na temat definicji samochodu ciężarowego), w Grecji ponieważ podatek płaci się dopiero po zakończeniu budowy domu, często dach wygląda tak jakby miało powstać jeszcze jedno piętro (tutaj szamani podatkowi rozprawiają kiedy kończy się budowa domu) itd. Wspólne dla wszystkich chyba państw są nadzwyczaj uczone i niesłychanie wysublimowane dociekania co jest kosztem podlegającym odliczeniu a co nie. Najśmieszniej jest gdy ta sama rzecz w jednym kraju podlega odliczeniu a w drugim nie.

Jak widać Lewiatan wkraczając na wolny rynek poprzez podatki zwłaszcza wysokie, zwłaszcza skomplikowane, zwłaszcza obwarowane wieloma uznaniowymi ulgami i wyjątkami (o koncesjach, zezwoleniach, wydumanych wymogach sanitarnych, minimalnej płacy itd. nie wspominając) zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. Niszczy delikatną tkankę współpracy konsumentów z producentami w dziele poszerzania rynku. Deprawuje cele ku którym kierują się i środki którymi posługują się ludzie. Jeżeli gospodarka to organizm a ludzie w niej działający są jego komórkami, to konsekwencje podatków śmiało można nazwać rakiem. Krańcowym efektem jest zawsze to co przez wiele dziesiątków lat widać było w relacjach z Chin (i nie tylko). Jednakowe szare drelichy od pierwszego sekretarza po ostatniego biedaka, strach przed kapusiami, ukrywanie swoich myśli i pragnień, marnotrawienie sił na walkę frakcyjną, tropienie wrogów ludu, kumoterstwo, podlizywanie się, łapówkarstwo. A rynek podupada, organizm zżera rak zaszczepiany już to przez genseków, już to przez podatkowych ministrów-keynesistów.

Możemy się tylko pocieszać, że u nas Behemot działa na mniejszą skalę niż w onegdaj w maoistowskich Chinach. Ale też zazdrość bierze, gdy widzimy kraje w których Lewiatan oddziaływuje jeszcze słabiej niż u nas.

Witold Świrski
(7 czerwca 2004)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *