Braun: To zła historia jest matką złej polityki

To zła historia jest matką złej polityki. Niech się wam broń Boże nie wydaje, że możecie rozszerzyć waszą, piękną wolnościową idee, nie wracając do historii Czytaj więcej »

 

Kredyty i interwencjonizm

Witold Świrski odpowiada na listy Czytelników
dotyczące artykułu Lekcja ekonomii

* * *

Do pana Grzegorza Ziółkowskiego (list z 23 lutego 2004 11:31)

Pan Ziółkowski napisał: „System bankowy zwyczajnie ukradł złoto, czego dowodem jest to ,że nie można dolara wymienić na złoto bo bank nie ma takiego obowiązku.”

Nie wiem czy w tym zdaniu chodzi o obecną sytuację, czy też o „mój” wariant udzielania kredytów. Jeśli chodzi o obecną sytuację, to dolary można bardzo prosto wymienić na złoto – jedna uncja kosztuje około 400 USD. Natomiast problem w tym, że dolar utracił swoje znaczenie jako „banknote,” zapis bankowy opiewający na jakąś (stałą) ilość kruszcu zgromadzoną w banku i dostępną na życzenie (zapis ten byłby ma się rozumieć niszczony po wydaniu jego równowartości)

Ale powróćmy do kredytu…

Pan Ziółkowski napisał: „Jeżeli cały system bankowy przyjął w depozyt 100 ton złota to ten sam system nie może zażądać od rynku by mu rynek wrócił za pośrednictwem kredytu np. 120 ton tego kruszcu. Prędkość cyrkulacji nie ma tu nic do rzeczy.”

Pan Ziółkowski twierdzi, że bank nie może żądać więcej niż dał. A jednak może, ponieważ cyrkulacja pieniądza w gospodarce wbrew fizycznej zasadzie zachowania masy prowadzi do wytworzenia… nie oczywiście nie dodatkowej ilości złota (choć to też jest możliwe, gdy np. ktoś weźmie kredyt pod budowę kopalni złota) ale nowych towarów, usług i umiejętności.

Co zrobić z brakującymi 20 tonami w przypadku, gdy bank zaprzestanie akcji kredytowej (ustanie bankowa cyrkulacja)? Pisałem już o tym i zacytuję:

„W rzeczywistości przy fizycznym braku lwów zawsze można spłacić np. w lampartach a w ostateczności odwołać się do barteru. O ile mi wiadomo banki mogą przejmować na poczet długu nieruchomości, licytować inne wartościowe rzeczy. Dług wreszcie można po prostu odpracować.”

To znaczy, że brakujące 20 ton można spłacić w inny sposób. Srebrem, marmurem, samochodem, willą, pracą. Tym bardziej jest to możliwe, jeśli np. ktoś za kredyt zbudował kopalnię złota. Tym bardziej jest to możliwe, że te 100 ton kredytu przepływając przez gospodarkę spowodowało powstanie różnorakich dóbr materialnych (np. samochodu, domu, marmuru) i niematerialnych (np. umiejętności kładzenia tynków). Tym bardziej jest to możliwe, że bank tak naprawdę (jak każdy uczestnik rynku) nie pragnie złota, tylko tego co można za nie dostać. Dyrektor banku chce kupić willę, położyć nowe tynki w siedzibie banku itd. itp.

Ale to jeszcze nie wszystko. Pan Ziółkowski zauważył, że banki przynoszą zyski podobnie jak inne przedsiębiorstwa. Sęk w tym, że banki niczego nie produkują – one pożyczają tym którzy produkują (kredyty biznesowe) i tym którzy konsumują (kredyty dla ludności). Co to oznacza? To oznacza, że jeżeli bank pożycza na 20%, to biznesmen zarabia ponad 20% na pożyczonej kwocie. Gdyby tak nie było, to przedsiębiorca by nie wziął pożyczki. Mówiąc ogólnie przeciętne oprocentowanie kredytów biznesowych musi być niższe niż przeciętna stopa zwrotu z inwestycji biznesowej. Skoro tak to nawet nie do pomyślenia jest, że banki mogą wessać („ukraść” jak to pisze pan Ziółkowski) całe złoto z rynku, bo wcześniej „zrobią” to biznesmeni. Zauważyli to już komuniści, którzy bardziej dowalali biznesmenom (kradzież wartości dodanej, wyzysk robotnika) niż bankierom.

Istnieją też inne przyczyny dla których banki nie mogą prowadzić akcji kredytowej prowadzącej do przejęcia rynku (perpetuum mobile). Na przykład kredyty konsumpcyjne mogą rozwijać się tylko do takiego pułapu, gdy całość pensji wszystkich konsumentów idzie na spłatę kredytu. Oczywiście jest to ostateczność, bo konsumpcyjna akcja kredytowa wyhamuje wcześniej. Banki wszak sprawdzają coś takiego co się nazywa „zdolność kredytowa.”

Jeśli chodzi o biznes to sprawa wygląda tak, że np. kredyty 20% udzielane są do momentu, gdy istnieją przedsięwzięcia z których można osiągnąć zysk ponad 20%. A nawet te kredyty kończą się wcześniej. Bo biznesmen zarabiając zyskuje własny kapitał, którego w pewnym momencie może użyć zamiast bankowego, albo wręcz osiągnąwszy odpowiedni kapitał biznesmen zakłada własny bank udzielając kredytu na np. 15% (konkurencja!).

Z tego, że banki są przedsiębiorstwami (choć niczego nie produkują tylko pośredniczą w alokacji środków na produkcję) wynika jeszcze jedna ważna sprawa. By bank funkcjonował musi dochodzić do transakcji (czyli udzielenia kredytu) a aby doszło do transakcji muszą istnieć dwie strony (kredytodawca i kredytobiorca), dlatego banki nie mogą włączyć takiej jednostronnej turbo cyrkulacji dzięki której zassają całe złoto z rynku (choć czysto matematycznie jest to jak najbardziej możliwe). Tutaj oczywiście ważny jest wolny rynek, brak monopoli itd.

W przypadku wolnorynkowej cyrkulacji kredytów nie ma się co obawiać, że np. jest ona zbyt szybka lub zbyt wolna. Ona jest taka jak rozwój gospodarczy. Dzięki kredytom (one oliwią mechanizm rynkowy) na rynku przybywa towarów, pracy i usług, rośnie bogactwo liczone w towarach i usługach choć złota jest dalej fizycznie np. tylko 100 ton. To apropos zasady zachowania masy. Jak widać fizyki (oraz matematyki) nie można do końca stosować do gospodarki, bo cyrkulacja 100 ton złota doprowadza do powstania „dodatkowej masy” w postaci wytworzonych dóbr, wyświadczonych usług, zdobytej wiedzy i umiejętności. Gdyby (tylko!) matematyka i fizyka rządziły rynkiem, najlepszymi biznesmenami byliby profesorowie od matematyki i fizyki. Tymczasem nawet profesorowie ekonomii rzadko prowadzą samodzielne interesy.

Dorzućmy teraz fakt, że żaden bank nie jest, nie był i nigdy nie będzie właścicielem 100% kruszcu. A nawet gdyby był w jakimś momencie to przecież MUSI wypuścić kruszec na rynek nie tylko w postaci kredytu (wtedy dalej jest właścicielem 100% kruszcu), ale w formie pensji dla swoich pracowników, w formie zapłaty za światło, gaz, budynek, remont, w formie podatku itd. a w tych wypadkach przestaje być już właścicielem 100% kruszcu. Ba, w rzeczywistym świecie osiągnięcie jakiegokolwiek zysku przez bank nie jest bynajmniej oczywistością, ale poważnym problemem i zadaniem. Niektórym się udaje, niektórym nie.

A teraz jeszcze sprawa do pana kapitalisty, a właściwie do jego kolegi (list z 16 lutego 2004 23:31)

Proszę zwrócić uwagę, że każdy rząd (także Komisja Europejska itd.) niczego nie produkuje i niczego sam z siebie nie posiada. Wszystko co posiada rząd zostało w takiej czy innej formie zabrane ludziom. Dlatego aby zainterweniować (dać komuś coś za friko), rząd musi najpierw komuś innemu ZABRAĆ! W dodatku część tego zaboru rząd bierze dla siebie, na swoje utrzymanie.

Cały proceder interwencjonizmu opiera się na wmówieniu ludziom, że po pierwsze rząd nie zabierze tobie, tylko twojemu sąsiadowi burżujowi a jak nawet także tobie zabierze, to i tak będziesz na plusie, bo rząd da tobie więcej niż zabrał, bo sąsiadowi burżujowi zabierze jeszcze więcej. Drugi bajer jest taki, że rząd utrzymuje się tylko z niewielkiej części tego co zabiera i daje.

Oba te fakty są z gruntu fałszywe. Najpierw obalę ten drugi. Każdy rząd to co zabierze ludziom przeznacza najpierw na swoje własne potrzeby: kochanki, konta w „szfajcarii” czy na „kajamanach,” fury, komóry itd. (kolejność przypadkowa) i dopiero z tego co zostanie komuś daje. Najlepiej widać to na przykładzie polskiej służby zdrowia. Ludzie płacą rocznie ciężkie tysiące złotych (8.5%!!!) na ubezpieczenie zdrowotne a lekarze dostają od NFZ przysłowiowe 3.50 zł na osobę.

Jeśli rząd nie przepije wszystkiego, zaczyna dawać, ale nie najbardziej potrzebującym tylko albo tym co najgłośniej „drą mordę,” albo swoim znajomkom. I w ten sposób upada argument pierwszy. Jeśli nie umiesz”drzeć mordy” jak np. górnicy albo jeśli nie jesteś ustosunkowany w ministerstwie jak pan XY, to NA PEWNO w wyniku interwencjonizmu państwa twój bilans będzie na minus – rząd zabierze ci więcej niż dał.

Dlatego zwolennikami interwencjonizmu są trzy kategorie ludzi: władza, okolice władzy oraz wszyscy ci naiwni, którzy wierzą w przedstawione powyżej dwie bajery.

Co stoi za złotówką? (list z 23 lutego 2004 23:09)

Przymus i monopol. Przymus, żeby jej używać i monopol na jej druk. Gdyby nie było monopolu albo, gdy monopolista zaczyna drukować bez opamiętania wtedy przymus przestaje być skuteczny (np. ludzie zaczynają podawać ceny mieszkań w USD – było już tak za komuny).

Witold Świrski
(15 marzec 2004)


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *