Postęp czy podstęp?

Mężu, otworzysz wino, czy mam poprosić mężczyznę? - spytała ciocia nauczona życiowym doświadczeniem, że do wszystkiego trzeba fachowca Czytaj więcej »

 

Krzysztof Zawitkowski: Dziś Amerykanie nie widzą partnerów w Polsce

Portal Prokapitalizm.pl rozmawia z Krzysztofem Zawitkowskim, przewodniczącym Rady Fundacji PAFERE, na co dzień dzielącym swój czas między Polskę a USA… W wywiadzie m.in.: Co zadecydowało o zwycięstwie Obamy? Co ten wybór oznacza dla Europy i Polski? Czy amerykańska scena polityczna jest zabetonowana? Czy Stanom Zjednoczonym grozi upadek?



Prokapitalizm.pl: Przed wyborami w Stanach Zjednoczonych powiedział Pan w jednym wywiadów, że wszystko wskazuje na to, iż Mitt Romney wysadzi z siodła Barracka Obamę. Stało się inaczej. Co przesądziło o takim wyniku?

Krzysztof Zawitkowski: Podkreślałem, że jestem umiarkowanym optymistą, lecz liczę na jego sukces. W tym wywiadzie zwracałem uwagę, iż sukces odniesie jedynie w przypadku zainteresowania swą kandydaturą środowiska polonijne w USA. Polacy, a raczej Amerykanie polskiego pochodzenia, z reguły nie biorą udziału w głosowaniu. Tym razem było podobnie, choć Romney robił wszystko, aby stało się inaczej. „Nasz Dziennik” opublikował list, jaki konfederacja stanowych organizacji Kongresu Polonii Amerykańskiej otrzymała od Mitt’a Romney’a. Z tego listu wynika kilka wniosków. Romney uważa, że największym zagrożeniem i wrogiem Stanów Zjednoczonych jest Rosja. Romney podkreślał, że Rosja putinowska zakłada sobie pokonanie i zniszczenie USA. Dlatego on chciał kontynuować politykę w stylu Ronalda Reagana. Polonię amerykańską interesuje stosunek kandydatów na prezydenta do spraw węzłowych dla Polonii i dla Polski. I w tym wypadku Romney wypadł remisowo. Z jednej strony zapowiadał poprawienie bilateralnych stosunków w obszarach politycznych i militarnych, a z drugiej strony miękko wypowiedział się w sprawie Smoleńska. Więcej, gdy przyleciał do Polski, nie spotkał się z przywódcą opozycji, Jarosławem Kaczyńskim, lecz z Wałęsą i tandemem Tusk-Komorowski. Opinia wśród Polonii jest akurat odwrotna. Sprawa Smoleńska też ogniskuje Polaków w USA po stronie polskich naukowców, jak Binienda i Szuladziński. Dla nas jest to sprawa bardzo istotna. W Smoleńsku zginął jeden z nas, pan Wojciech Seweryn. On tam poleciał, jako oficjalny delegat KPA. To mógł być nawet nasz Prezes Spuła. My nie możemy sobie pozwolić na lekceważenie, jak to ma miejsce w Rosji, czy w Polsce. Gdyby więc Romney zabrał głos po myśli Polonii, to może „uruchomiłby” polskich wyborców. Jak mówiłem w wywiadzie przed wyborami, taka szansa istniała realnie.

A może Amerykanom spodobał się socjalizm w wydaniu Obamy i uznali, że przez drugą kadencję demokratyczny prezydent będzie mógł zrobić jeszcze więcej?

Nie sądzę. Trzeba pamiętać, że scena „wyborcza”, czyli elektorat w Stanach jest dość dobrze znany i zdefiniowany. Obie partie, Demokraci i Republikanie, cieszą się podobnym poparciem. Gra toczy się o niezdecydowanych. Romney przegrał o 2% (50% do 48%). To niedużo, szczególnie w dobie potężnego kryzysu. Wydaje mi się, że wobec nadchodzącej fali tsunami gospodarczego, niezdecydowani woleli pozostać przy „znanym” niż „nieznanym”.

Czy można dziś powiedzieć, że Amerykanie powoli zatracają instynkt samozachowawczy? Wybór Obamy to jednocześnie wybór etatystycznych rozwiązań w sferze społecznej i gospodarczej…

Też nie tak! Obama wcale nie wzmacnia administracji państwowej. On ją zwiększa. Nakłady na policję i na wojsko wcale nie rosną. Nawet służba zdrowia wcale się nie zmienia. Myślę, że pewne kręgi liczą na „darmochę” w tej sprawie. Dziś największym problemem zdrowotnym Ameryki jest otyłość(!).

Stany Zjednoczone chyba bardziej niż kiedykolwiek w swojej historii zamieniają się w multikulturalny tygiel. Czy może to na trwałe przeobrazić ten kraj, również w sensie politycznym i gospodarczym?

Tak, tu ma Pan rację. To właśnie etnicy, zwłaszcza Latynosi, głosowali na Obamę. Tak zwana „kolorowa” Ameryka poparła go i … kobiety. Prezydent sam siebie zdefiniował jako anty-kolonialistę. Ponadto, przekazał duże środki dla Meksykanów w Meksyku. Złe sygnały wysyłał do Izraela. Taka polityka doprowadzi do odpływu kapitału ze Stanów. Już dziś poziom korzystania z krótko-terminowego kredytu bankowego (corporate revolving and short-term borrowing) jest prawie żaden. Taka polityka nie jest przyjazna kapitałowi.
Odejście od polityki atlantyckiej i wycofanie wojskowe z Niemiec i z Włoch może dokonać spustoszenia w polityce międzynarodowej. Chciałbym wiedzieć, co obiecał Obama Miedwiediewowi, na czym przyłapały go media.

Można chyba powiedzieć, że scena polityczna w USA jest, podobnie jak w III RP, a nawet bardziej, zabetonowana. U nas, od czasu do czasu, przebije się przez tę warstwę betonu jakaś egzotyczna siła polityczna, czy egzotyczni liderzy. W Stanach wydaje się to wręcz niemożliwe. Czy to dobrze dla systemu politycznego, czy to dobrze dla Amerykanów? Co musi się stać, by ta sytuacja uległa zmianie? I czy Ameryka w ogóle takiej zmiany potrzebuje?

Nie myślę, że scena polityczna w Stanach jest zabetonowana. Natomiast niedawno brałem udział w konferencji, gdy ktoś zapytał, czy to jest koniec „białych” prezydentów w USA. Jest to możliwe, nawet myślę, że zęby sobie ostrzy Rubio. Cieszy się on wielkim wzięciem wśród Latynosów, a i dla białych byłby do strawienia. Nawet kokietował go Romney, lecz Rubio odmówił.
Szkoda, że z polityki wycofał się Ron Paul. Wnosił on bardzo dużo do polityki amerykańskiej i był, powiedziałbym, ostatnim bastionem arystotelesowskiego republikanizmu. Teraz w tej partii prym wiodą neo-konserwatyści.
Jest jeszcze jeden aspekt sprawy, o którą Pan pyta. Wybory do Izby Reprezentantów wygrały te środowiska, które doszły do władzy za drugiej kadencji Reagana, „Young Republicans”, czyli młodzi republikanie. To jest dobry prognostyk dla Ameryki.

Co oznacza wybór Barracka Obamy dla Europy?

Wydaje mi się, że odejście od polityki atlantyckiej odbije się bardzo niekorzystnie na Europie, na Unii Europejskiej. Będzie to zarówno na płaszczyźnie gospodarczej, jak i wojskowej. Rozluźnienie na linii USA-NATO sprawi, że Europa nie będzie sobie dawać rady w kłopotach i konfliktach natury zbrojnej. Widać to było już w przypadku Libii. Pytanie stawiam: Kto wejdzie w próżnię powstałą po wyjściu Ameryki? Rosja? Niemcy? Jedynie Wielka Brytania pozostanie tradycyjnym bliskim sojusznikiem USA. To nie wróży nic dobrego dla Polski!

Co oznacza więc wybór Barracka Obamy dla Polski?

Wydaje mi się, że okres koniunktury dla Polski skończył się. Koniec polityki atlantyckiej oznacza pozostawienie Polski samej sobie. Wiele będzie zależeć od zręczności rządu polskiego. Kontynuacja obecnej polityki oziębiania stosunków może tę sytuacje nie tylko pogorszyć, ale skomplikować. Dziś Amerykanie po prostu nie widzą partnerów w Polsce. Oby nie zobaczyli przeciwników, lub „agentów obcej sprawy”.
Jak wcześniej mówiłem, sprawa śmierci Wojciecha Seweryna musi być wyjaśniona. Wydaje mi się, że właśnie wybór Obamy ułatwi tym Młodym Republikanom zajmowanie stanowiska zbliżonego do stanowiska Polonii. Nie możemy zapomnieć, że najwyższe ciało Kongresu Polonii Amerykańskiej, Dyrektorzy Krajowi, w maju tego roku zażądali powołania międzynarodowej komisji do zbadania katastrofy smoleńskiej. I tutaj Prezydent Obama „pęknie” i będzie musiał zgodzić się.

W Polsce, w jednostce lotniczej w Łasku, stacjonuje od niedawna 25 osobowy oddział żołnierzy amerykańskich. Czy w razie jakiegokolwiek zagrożenia Polski, Amerykanie staną w naszej obronie po to choćby by ratować swoich 25 żołnierzy?

Nie jestem pewien, lecz wydaje mi się, że jest to sytuacja, którą planowano jeszcze przed 10 kwietnia 2010. Administracja USA musi dbać o życie każdego żołnierza. Zaangażowanie w obecność sił zbrojnych USA na terytorium Polski oznacza fizyczną ich obecność w Polsce. Oczywiście, USA będą dbać o swoich żołnierzy. W przypadku jakiegokolwiek zagrożenia dla ich życia lub zdrowia, staną w ich obronie.
W związku z zapowiedziami Prezydenta Obamy o wycofaniu wojsk z Niemiec, warto zastanowić się, co stanie się z kilkoma tysiącami samolotów amerykańskich tam stacjonujących. Może warto byłoby zaproponować ich przenosiny do Polski… Absolwenci Dęblina mogliby je oblatywać, a technicy nasi utrzymywać je w gotowości bojowej. Nie widzę powodu, dla którego mogłoby to być obojętne zarówno dla Polski, jak i dla USA.
Taka sytuacja pomogłaby „utrzymać” Stany dla polityki, może nie atlantyckiej, ale dla polskiej.

Czy Stany Zjednoczone mogą, jako imperium, upaść? Jeśli tak, to jak ten upadek mógłby przebiegać? Czy może to przybrać postać rozpadu Ameryki?

Każde imperium w przeszłości kończyło się. Putin myśli, że Rosja jest Supernova. Jak pisał kiedyś Kisiel, jeśli Ameryka straci ducha wojownika, to będzie to jej koniec. Antykolonializm zakończył kiedyś mocarstwowość Zjednoczonego Królestwa. Dziś może pokonać również USA. Są siły, które nad tym pracują. W takiej sytuacji upadek może przyjść niespodziewanie i gwałtownie. Mam nadzieję, że jednak nieprędko. Są również siły, które grożą rozczłonkowaniem Stanów. Proszę popatrzeć, jak wyglądają obszary głosowania w czasie ostatnich wyborów. W moim stanie, w Kalifornii, dwie potężne aglomeracje, LA i Frisco, zadecydowały, iż Obama zabrał aż 55 mandatów kolegium elektorskiego. Reszta stanu głosowała odwrotnie. Ludzie nie mogą pogodzić się z takim wynikiem i ruchy odśrodkowe mają już miejsce.

Jakie miałoby to konsekwencje dla świata? Kto mógłby zastąpić USA w roli światowego mocarstwa?

Aż strach pomyśleć. Rosja, Chiny, a może Afryka?

Rozmawiał Paweł Sztąberek


2 Responses to Krzysztof Zawitkowski: Dziś Amerykanie nie widzą partnerów w Polsce

  1. Marko napisał(a):

    Jak czyta sie ten „wywiad” to czlowiek sie zastanwia nad jednym: czy to czytajacy czy udzielajacy go zyja na innej planecie. Na pewne ktorys z nich nie jest stad. Gdyby sprawa nie byla z gatunku powaznych, mozna spokojnie peknac ze smiechu.

  2. rozum napisał(a):

    Rosja, Chiny Ludowe, którymi tak wielu konserwtywnychiberałów zachwyca się w Polsce, Indie, Brazylia, Niemcy, Japonia i Iran to najbardziej chętni i z możliwościami co zastąpią St.Zjed.A.P. A tak na marginesie Jankeslandowi przyda się z 10 no 20 lat komunizmu, najlepiej w wydaniu stalinowskim lub maoistowskim. Każde mocarstwo kiedyś upadnie i zwykle dzieje się tak na skutek wewnętrznych demoralizacji i poruchawek. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *