Michalkiewicz o przebierańcach w średniowiecznych łachach – czyli wymiar sprawiedliwości III RP

To kupa gówna - tak wymiar sprawiedliwości określa znany publicysta Stanisław Michalkiewicz Czytaj więcej »

 

Kto dba o bezpieczny seks?

Agenci tej instytucji mogą przyjść o każdej porze dnia i nocy. Nie zatrzyma ich żadna przepustka, żadna ochrona, regulamin czy bramka. Nie można ich zatrzymać ani poddać rewizji. Jeśli zażądają dokumentów, to wszystkich. Jeśli powiedzą, że chcą wejść tam, gdzie przechowuje się tajemnice, trzeba będzie ich wpuścić. Każdy, do kogo się zwrócą, musi udzielić im wyjaśnień. Mogą rozkazywać, żądać, nakazywać. A odmowa jest przestępstwem zagrożonym do trzech lat pozbawienia wolności.



O kim mowa? Czy to NKWD? Gestapo? UB? Nie – to PIPa, czyli Państwowa Inspekcja Pracy.

W socjalistycznym państwie rząd szczególną troską otacza pracę i ludzi pracy, podczas gdy w kapitalizmie państwo chroni wyzyskiwaczy. To prawda stara jak historia ruchu robotniczego. Nie zamierzam polemizować z utrwalonym poglądem myśli postępowej części ludzkości, więc nie zwrócę uwagi na to, że skoro w socjalizmie nie ma już wyzyskiwaczy, to i nie za bardzo jest przed kim chronić ludzi pracy. Jest to argument oparty o logikę, a więc bezbronny i całkowicie pozbawiony szans w starciu z jedynie słuszną ideologią socjalistyczną.

Tak czy owak ustrój Polski oparty jest na zasadzie ingerencji rządu w stosunki pomiędzy pracownikami i pracodawcami. Powodem istnienia inspekcji pracy jest nie tylko kompletna niewydolność wymiaru sprawiedliwości, ale głębokie przekonanie, że „państwo wie lepiej”. Co prawda jeśli facet ma ogródek do skopania i zatrudnia w tym celu ogrodnika, to logika podpowiada, że to on i ogrodnik najlepiej wiedzą, na jakich warunkach uzgodnić ten interes, jaka cena za tę robotę opłaca się obu stronom, ile to zajmie czasu itd. Tyle że logika to instrument skompromitowany w państwie socjalistycznym, więc to nie tędy droga.

Czy zatem w socjalizmie facet od ogródka i ogrodnik to półgłówki, którzy nie potrafią zliczyć do dziesięciu i ustalić, czym grzebać w ziemi, żeby robota miała ręce i nogi? Nie, to nie to. Choć co prawda tylko rząd wie, jakie są normy spulchniania gleby, wskaźniki wydajności walenia motyką w ziemię i warunki nasłonecznienia ogródka, to dopuszcza się, że dwóch dorosłych facetów jest w stanie zrobić tak prosty biznes jak skopanie ogródka. Tym, co spędza sen z powiek rządowym specjalistom od wszystkiego, jest możliwość, że właściciel ogródka bezecnie wykorzysta ogrodnika. I nie chodzi o seks – na razie rząd nie reguluje jeszcze długości trwania gry wstępnej ani minimalnej ilości ruchów podczas penetracji. Chodzi o coś daleko poważniejszego – o to, że właściciel może naruszyć prawa ogrodnika. Jakie to mogą być prawa?

Skostniałe narzędzie imperialistycznej burżuazji potocznie zwane logiką sugeruje, że właścicielowi ogródka zależy na dobrze zrobionej pracy, a ogrodnikowi na uczciwej zapłacie. Tak jednak było do czasów Rewolucji Październikowej, kiedy to masy pracujące obaliły logikę i porządek. Od tej pory z każdym rokiem na znaczeniu zyskują szkolenia w zakresie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, reguły niedyskryminacji, fundusz wczasowy, rola związków zawodowych, odprawy, płaca minimalna itp.

Na straży większości tych zdobyczy socjalizmu stoi PIPa. Teoretycznie stoi, bo obecnie działa praktycznie wyłącznie w reakcji na skargę pracownika, któremu dzieje się krzywda. Ale za to jak już się PIPa zjawi, przed pracodawcą otworzy się zupełnie nowy świat – świat postępowań mandatowych PIPy.

Za co można dostać PIPowy mandat?

Za brak przeszkolenia siebie i pracownika. Należy bowiem samemu być przeszkolonym, żeby móc przeszkolić pracownika w celu zajęcia przez niego stanowiska pracy przy… komputerze. Bo człowiek, który potrafi w domu nie powiesić się przypadkowo na kablu od myszy, po przyjściu do biura staje się półgłówkiem, który już pierwszego dnia zwichnie sobie staw nadgarstka od walenia w klawiaturę.

Za brak przeszkolenia pracownika w zakresie korzystania z kibla. Jeśli w tym przybytku stoi płyn do czyszczenia toalet, to nie można dopuścić pracownika do pracy bez instrukcji, aby tego płynu nie wypił. Inaczej ani chybi go wychleje i wypali sobie struny głosowe. Wizja faceta wchodzącego do sracza, żeby wziąć potężny łyk płynu do czyszczenia muszli, mogła przyjść do głowy tylko dwóm kategoriom szaleńców – twórcom niskobudżetowych splatter-horrorów oraz polskiemu ustawodawcy. Pozostałe zaburzenia dają się leczyć.

Za niewydanie świadectwa pracy. To taki dokument – coś jak świadectwo homologacji telefonu komórkowego – dzięki któremu zakład pracy „przejmujący” pracownika jest w stanie samodzielnie obliczyć ilość przysługującego urlopu i dowiedzieć się, że to pracownikowi wypowiedziano umowę, a nie na odwrót. Wydanie świadectwa pracy w terminie jest równie kluczowym obowiązkiem jak zameldowanie się w miejscu pobytu. Po prostu bez rejestracji rzeczywistość nie istnieje.

Za brak oświadczeń o niedyskryminacji. Nawet jeśli się ma jednego pracownika, trzeba takie oświadczenie wziąć. Co prawda mając jednego pracownika, po prostu nie ma wobec kogo go dyskryminować, ale obowiązek to obowiązek. Mamy równouprawnienie, równe traktowanie, zakaz mobbingu i co tam jeszcze, więc papier musi być. Nawet jeśli jest bez sensu.

Za niewymiarową teczkę akt osobowych. Wzór opracowano w latach 40-tych i jest to dobry wzór (inaczej by go nie opracowano, prawda?). Teczka zawiera podział na różne ważne kwestie, ma odpowiednie wymiary i w ogóle jest fajna. Kto takiej nie ma, narusza obowiązki pracownicze.

Mandat może wynosić nawet parę tysięcy złotych. I niech niezadowolony pracodawca nie narzeka, bo górna granica to trzydzieści tysięcy. Choć po zapowiedziach budżetu państwa na 2013r., w którym różnego rodzaju kary mają przynieść około 20 mld złotych wpływów, należy się raczej spodziewać propozycji mandatowych w górnych granicach. Ale nie ma co narzekać – NKWD czy Gestapo mogło zastrzelić kułaka czy wroga rasy. Jest zatem widoczny postęp.

I do tego służy PIPa. Żeby o nas dbać, zgodnie z przekonaniem, że „państwo wie lepiej”. W rozumieniu rządu obywatel to kretyn, który zaraz po przyjściu do roboty wychleje płyn do mycia kibli czy udławi się myszą komputerową. Fakt, że ten sam facio czy babeczka potrafią nie zabić się czy nie okaleczyć w domu, gdzie mają jeszcze do dyspozycji wrzątek, komplet noży czy maszynkę do golenia, jest mało przekonujący. Dom to dom, a robota to robota. W robocie człowiek durnieje i jeśli nie zatroszczy się o niego PIPa, to marnie skończy. To dlatego inspektorzy PIPy mają tak szerokie uprawnienia – żeby nic nie ukryło się ich czujnemu spojrzeniu i żeby żadna tajemnica nie chroniła wyzyskiwacza i burżuja. A wszystko w trosce o głupawych obywateli, którzy bez światłych wskazówek państwa nie potrafią zrobić niczego sensownego.

Zgodnie z tytułem miało być o seksie. I było. Była i PIPa, i ustawowe pierd…nie. Pierd…nie, czyli seks. Ale za to bezpieczny. Jak wszystko w naszym nadwiślańskim raju na ziemi.

Paweł Budrewicz

Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl


One Response to Kto dba o bezpieczny seks?

  1. Grześ napisał(a):

    Jak na dzień Wszystkich Świetych dość wesoły artykuł.
    Pozdrawiam Autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *