Michalkiewicz o przebierańcach w średniowiecznych łachach – czyli wymiar sprawiedliwości III RP

To kupa gówna - tak wymiar sprawiedliwości określa znany publicysta Stanisław Michalkiewicz Czytaj więcej »

 

Kto zawodzi bardziej: rynek czy państwo?

Pokusa interwencjonizmu państwowego jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Nikt nie powiedział, że rynek jest czymś doskonałym i w każdej sytuacji niezawodnym, a jedynie, że jest najbardziej efektywnym środowiskiem dla rozwoju dobrobytu.



Kiedy rynek może być zawodny i czy te jego mankamenty to wystarczający powód do tego, by w celu ich skorygowania odwoływać się do państwa? Na pytanie to starają się odpowiedzieć Art Carden i Steve Horwitz w artykule „Czy zawodność rynku to dostateczny powód dla rządowej interwencji?”. Polskie tłumaczenie tekstu znaleźć można na stronie mises.pl.

Autorzy wymieniają cztery sytuacje, w których „pewne cechy rynku powstrzymują go od efektywnego działania”. Z zawodnością rynku mamy zatem do czynienia w przypadku: kosztów zewnętrznych, dóbr publicznych, asymetrii informacji oraz siły rynkowej.

Jak należy rozumieć pojęcie kosztów zewnętrznych? Autorzy artykułu przytaczają kilka przykładów. Jeśli fabryka stali zanieczyszcza otaczające ją wokół środowisko, rodzi to dla zamieszkujących w jej pobliżu mieszkańców pewne koszta, jednak nie przynosi im żadnych zysków. Ludzie ci, choć nie kupują stali i nie mają, z odbywającej się w ich pobliżu produkcji, żadnych korzyści, muszą ponosić konsekwencje związane ze skutkami ubocznymi jej wytwarzania. Ich suszące się pranie zawsze jest brudne, ich nastroje nie są najlepsze… Inni natomiast, czy to producent czy kupiec stali osiągają zyski. Inny przykład dotyczy kolei. Iskry buchające z pędzącej lokomotywy niekiedy wzniecają pożary pól, które mijają. Farmerzy ponoszą koszta, a nie osiągają z tego żadnych zysków. Horwitz i Carden przywołują pogląd, według którego rynki są zawodne wówczas, gdy prywatne koszty lub zyski działań odbiegają od społecznych kosztów lub zysków. W takich sytuacjach sugerowano często dodatkowe opodatkowanie działalności, która pewnym grupom przynosi jedynie straty (tzw. podatek Pigou, od nazwiska ekonomisty A. C. Pigou). To, zdaniem zwolenników tego typu rozwiązań, miałoby przeciwdziałać zawodności rynku. Autorzy artykułu zauważają tymczasem, że samo istnienie negatywnych kosztów zewnętrznych nie znaczy, że rząd może pozytywnie wpływać na rynek. „Problemy związane z efektami zewnętrznymi są określane jako >>zawodność<< rynku w odniesieniu do stanu równowagi modelu konkurencji doskonałej. Innymi słowy, >>zawodność<< w tym przypadku nie oznacza, iż w praktyce rynki >>nie działają<<, lecz że nie potrafią sprostać akademickiemu ideałowi” – piszą Hirwitz i Carden dodając, że w tym znaczeniu rynki zawodzą cały czas, w związku z czym negatywne efekty zewnętrzne są wszechobecne. Jednak na różne sposoby można sobie z nimi radzić bez konieczności rządowej interwencji. „Jednym z nich są zasady etykiety. Przestrzegając ich można zarówno uniknąć narzucania innym kosztów zewnętrznych, jak i znaleźć łatwe sposoby radzenia sobie z takimi negatywnymi efektami zewnętrznymi — a to wszystko wpływa pozytywnie na społeczną interakcję” – stwierdzają autorzy. Wielu ludzi wciąż jednak uważa, że dzięki decyzjom politycznym można wprowadzić „książkowe” rozwiązania, które wydają się niezbędne. Tymczasem rządy również zawodzą. „Interes własny polityków połączony z ich ograniczoną wiedzą prowadzą do tego, że prawdopodobnie >>nie będą oni w stanie osiągnąć i nie osiągną idealnego wyniku<<. Możemy jedynie głowić się, który z dwóch niedoskonałych systemów będzie nam służył lepiej: rynek, który >>zawiódł<<, czy zawodne mechanizmy polityczne” – zauważają Horwitz i Carden i dodają, że nawet przy niedoskonałych rozwiązaniach rynek i tak poradziłby sobie z problemem lepiej niż rząd. Jak twierdzą, ci którzy używają argumentów na rzecz interwencji rządu w związku z efektem kosztów zewnętrznych muszą udowodnić dwie rzeczy: że rzekoma zawodność rynku nie może być skorygowana ani poprzez przedsiębiorczość, ani przez zmianę zasad gry, oraz że narzucone przez rząd rozwiązanie jest zarówno spójne z politycznymi bodźcami, jak i przewyższa niedoskonały wynik działania rynku. „Niestety, osoby opowiadające się za rządową interwencją rzadko podejmują się wykonania drugiego z powyższych kroków. Co gorsza, niestety również ekonomiści rzadko się tego podejmują” – konkludują autorzy artykułu.

A jak Horwitz i Carden odnoszą się do kwestii dobra publicznego? „Dobrem publicznym nazywamy te artykuły i usługi, które nie są konkurencyjne w konsumpcji (co oznacza, że ich konsumpcja przez jedną osobę nie zmniejsza możliwości ich konsumpcji przez innych) oraz w przypadku których nie jest możliwe wyłączenie z ich konsumpcji (co oznacza, że wyłączenie ludzi niepłacących za takie rzeczy lub usługi z ich konsumpcji jest zbyt kosztowne, by miało sens)” i piszą. Oto przykład podany przez autorów: jabłko jest dobrem konkurencyjnym – jeśli jedna osoba zje jabłko, inna osoba zostaje pozbawiona takiej możliwości, natomiast wykład z ekonomii jest dobrem niekonkurencyjnym (przynajmniej do pewnego momentu) – jeśli siedzisz w sali i słuchasz profesora, nie ograniczasz ilości wykładu ekonomicznego, której mogą słuchać inni. Ludzie często mylą pojęcie „publiczny” z pojęciem „rządowy”. Sądzi się, że jeśli coś jest publiczne, to na pewno zostało dostarczone przez rząd. Horwitz i Carden zauważają jednak, że słowo „publiczne” w tym przypadku odnosi się do różnorodnych cech dobra, a nie do tego, czy rząd aktualnie zajmuje się jego dostarczaniem. „Niektórzy uznają kształcenie wyższe za „dobro publiczne”, lecz my się z tym nie zgadzamy. Szkoła wyższa umożliwia wykluczenie: uniwersytety w Samford i St. Lawrence, na których uczymy, mogą odmówić przyjęcia na uczelnię. Wbrew powszechnemu przekonaniu, edukacja nie jest dobrem publicznym z ekonomicznego punktu widzenia” – piszą autorzy artykułu.

Tzw. asymetria informacji to dla wielu ludzi argument za rządowym interwencjonizmem. Asymetria informacji ma miejsce, gdy jedna ze stron biorących udział w transakcji posiada istotną informację, której nie ma strona druga. Horwitz i Carden przytaczają przykład rynku ubezpieczeń społecznych, który rzekomo nie zdaje egzaminu z powodu dwóch cech: negatywnej selekcji i pokusy nadużycia. „W przypadku negatywnej selekcji, w związku z niezdolnością firmy ubezpieczeniowej do rozróżnienia pomiędzy chorym a zdrowym, jedynie chory będzie ubiegać się o ubezpieczenie. W przypadku pokusy nadużycia, osoba posiadająca ubezpieczenie może zmienić swoje zachowanie i podejmować większe ryzyko, ponieważ ktoś inny (firma ubezpieczeniowa) ponosi potencjalne koszty” – czytamy w artykule. Autorzy pytają, dlaczego wobec tych „niedoskonałości rynku” Amerykanie jak dotąd nie zdecydowali się na ubezpieczenia państwowe, które mają w Ameryce swoich zwolenników? Choć niektórzy uważają, że jest to skutek lobbingu firm ubezpieczeniowych oraz ignorancji zwykłych ludzi, to w wydanej w 2007 roku książce poświęconej tej tematyce, John E. Murray, historyk zajmujący się gospodarką, pokazuje, że amerykańcy pracownicy nie chcieli ubezpieczenia zapewnianego przez rząd, ponieważ byli zadowoleni z usług firm prywatnych. „Składki były niskie, zasiłki niezbyt hojne – w końcu chodziło o ubezpieczenia – a firmy, fundusze i pracownicy wynajdywali coraz to nowe sposoby zaradzania możliwości oportunistycznego zachowania ze strony uczestników funduszy. Ubezpieczenia te nie były doskonałe, jednak – jak zauważa Murray – nie ma wątpliwości, że nie były >>w oczywisty sposób gorsze niż ich państwowa alternatywa<<” – piszą Horwitz i Carden. Jak zauważają dalej, gdy firmy mają właściwe bodźce wówczas produkują dobra wysokiej jakości i dostarczają konsumentom precyzyjnej informacji na ich temat. Tylko rynek, ze swoją konkurencyjnością, temu sprzyja. Zatem twierdzenie, że istnienie asymetrii informacji uzasadnia rządowy interwencjonizm jest błędne. Gdy tego typu problemy pojawiają się, rynek dąży do ich rozwiązania, a rządowe interwencji, czynione rzekomo w „interesie publicznym”, tak naprawdę często podyktowane były egoistycznymi pobudkami. Za przykład autorzy podają chociażby licencjonowanie wielu zawodów. Przynosi to korzyść tym, którzy już w danym zawodzie są, zwiększając ich dochody, powoduje natomiast, poprzez wzrost cen, straty wśród konsumentów.

A jak jest z kwestią siły rynkowej, czy mówiąc inaczej – z monopolami? Autorzy tekstu z mises.pl stwierdzają humorystycznie, że istnienie monopolu naturalnego jest co najmniej tak rzadkie ja istnienie Wielkiej Stopy. „Szybkie wyszukiwanie pokazuje, że wielu ludzi uważa Google za naturalnego monopolistę w świecie wyszukiwarek (dowód nie wprost, że nim nie jest: Art wyszukał te dane za pomocą Bing), Facebook za naturalnego monopolistę w świecie serwisów społecznościowych (dowód nie wprost, że nim nie jest: Art ma konto na LinkedIn, Google+ i Twitterze), a Twittera za naturalnego monopolistę w czymkolwiek, co robi (dowód nie wprost, że nim nie jest: obaj robimy podobne rzeczy za pomocą innych serwisów społecznościowych). Kilka lat temu ludzie uważali, że Microsoft jest naturalnym monopolistą (dowód nie wprost, że nie jest: Apple), a dziś niektórzy uznają Apple za naturalnego monopolistę (dowód nie wprost, że nim nie jest: Microsoft). Kilka lat temu można było wyczytać, że MySpace jest naturalnym monopolistą. Tak jak i w przypadku innych przykładów, samo wskazywanie dużych firm i deklarowanie „siły rynkowej” czy „naturalnego monopolu” nie kończy w magiczny sposób debaty, a raczej jest początkiem czegoś, co powinno być o wiele bardziej interesującą rozmową o rynkach i rządach” – dowodzą Horwitz i Carden.

Autorzy przyznają, że kwestia zawodności rynków to temat skomplikowany nawet dla ekonomistów. Jeśli jednak biorą się za niego ludzie z ekonomią mający niewiele wspólnego – do tej grupy można zaliczyć chociażby polityków – wówczas sprawa może stać się beznadziejna. Ekonomiczni laicy nie zdają sobie często sprawy z faktu, iż poruszana wyżej problematyka ma swoją bogatą literaturę, i że ekonomiści od lat debatują nad tym jakimi sposobami można załagodzić skutki niedoskonałości rynku, bez konieczności odwoływania się do rządu. „Wytykanie niedoskonałości rynku nie usprawiedliwia ipso facto interwencji rządowej, a jedyną pewną metodą określania, czy >>zawodność<< rynku to faktycznie >>zawodność<<, jest porównanie do nieosiągalnego, teoretycznego ideału. Niedoskonałości rynku nie są magicznymi różdżkami, dzięki którym rozwiązania rynkowe i niedoskonałości rządu znikają. Prawdziwe pojęcie porównawczej ekonomii politycznej zaczyna się, a nie kończy, wraz ze zrozumieniem, że rynki nie zawsze są doskonałe” – kończą swój artykuł Horwitz i Carden.

Paweł Sztąberek

Tekst ukazał się na stronie Fundacji PAFERE


2 Responses to Kto zawodzi bardziej: rynek czy państwo?

  1. Marko napisał(a):

    Ci wielcy autorzy nie poruszyli np. tematu numer 1 kapitalizmu czyli zatorow platniczych. Nie poruszyli bo sie na gospodarce nie znaja, wzieli sie za tematy teoretyczne, sa wylacznie teoretykami a nie praktykami. Gdyby musieli poprowadzic samodzielnie jakies przedsiebiorstwo, padli by najpozniej po 3 miesiacach a wykonczylby ich temat cash flow. Czy Pan Redaktorze zna i rozumie problem zatorow platniczych w tzw. wolnym rynku? Jesli tak to niech go pan opisze. A jesli nie to niech pan powie otwarcie dlaczego zajmuje sie promocja czegos, co nie dziala?

  2. Stryjek napisał(a):

    Zatory to kolega ma chyba w ośrodkach asocjacyjnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *