Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Majowa lekcja ekonomii

Na początku maja 2002 wszyscy mieliśmy kilka dni urlopu związanych z jednym z najbardziej socjalistycznych świąt, czyli tzw. świętem pracy. Część obywateli zamiast jednak na tradycyjny pochód udała się poza miasta na popularną w ostatnich latach majówkę – na działki, w góry, czy nad morze. Pogoda sprzyjała więc większość wróciła do domów zadowolona, mimo że w portfelach po weekendowych wojażach została przysłowiowa pustka.

Nie jest to artykuł o tym jak spędzają majówkę Polacy, lecz o ich wolnorynkowym zachowaniu podczas niej. Jest ono o tyle dziwne, że na co dzień nasi rodacy mówią zupełnie inaczej, niż czynią podczas tych wolnych dni. Już tłumaczę o co mi chodzi.

– Trzeba zakazać sprowadzania używanej odzieży, bo przez to polski przemysł włókienniczy jest na skraju bankructwa – jest to bardzo popularny wśród Polaków pogląd.

– Nie można dopuścić do importu używanych samochodów, gdyż grozi to upadkiem fabryki Daewoo, Lublina, poza tym dealerzy samochodowi wraz ze zmniejszającymi się obrotami zaczynają zwalniać pracowników – na pewno każdy z Państwa spotkał się z takim poglądem u jakiegoś swego znajomego. Powyższe przykłady charakteryzują specyficzny model myślenia panujący wśród Polaków. Import towarów jest niedobry, gdyż zabiera miejsca pracy, rodzime firmy bankrutują w konkurencji z zagranicznymi, a obcokrajowcy zarobione pieniądze wywożą z Polski, przez co stajemy się jeszcze bardziej ubodzy. Wielu ludzi popiera zakreśloną na szeroką skalę „ochronę” rodzimego rynku przed zagranicznymi firmami, nie protestuje przeciw cłom, VAT-om i innym formom podwyższania cen na granicach – twierdzi, że to wszystko jest przecież dobre dla gospodarki. Istnieją także wręcz różnego rodzaju lobby, które domagają się ceł!!!

Oczywiście nakładanie ceł, zakazywanie lub ograniczanie importu jest niekorzystne zarówno dla konsumentów, czyli nas wszystkich, jak i dla gospodarki. Skoro jednak Polacy popierają politykę „chroniącą nasz rynek” to dlaczego, gdy przebywają w pobliżu granicy z naszymi południowymi sąsiadami, masowo jeżdżą tam po zakupy? Dlaczego przywożą stamtąd, czyli importują piwo i wódkę, słodycze, a nawet zabawki skoro wszystko to jest dostępne na miejscu? Przecież patrząc na to ze strony przeciętnego zjadacza chleba, który na co dzień głosi powyższe poglądy, takim zachowaniem przyczynia się do zwolnienia kilku osób z firmy produkującej zabawki, powoduje, że niejedna gorzelnia wpadnie w kłopoty finansowe, a może nawet zbankrutuje! A wszystko to dlatego, że ten czy ów, po piwko i flaszkę wolał udać się na Słowację lub do Czech, niż kupić ją w miejscowym sklepie monopolowym.

Odpowiedź na pytanie dlaczego Polacy masowo jeżdżą po alkohol do południowych sąsiadów jest prosta. W Polsce nie ma prohibicji, więc szczególnie w kurortach górskich sprzedaż prowadzona jest normalnie. Nie ma też, co widać gołym okiem, deficytu alkoholowego – sklepy są wręcz wypchane do granic wytrzymałości skrzynkami z popularnym browarem. Przyczyną wycieczek do południowych sąsiadów jest tylko cena towaru, która w porównaniu z cenami tych samych towarów na miejscu, w kraju, jest o kilkanaście lub kilkadziesiąt procent mniejsza!!! To jest przyczyną tego, że niemal każdy będąc w górach przekracza z pełnymi siatami i wypchanymi plecakami granice.

Załóżmy, że za trzy wódki, skrzynkę piwa i 10 czekolad zapłacilibyśmy w Polsce 150zł. W Czechach i na Słowacji za te same zakupy zapłacimy ok. 70-80zł, czyli niemal dwukrotnie mniej. Idąc po te produkty za szlaban (pierwsze sklepy są oddalone dosłownie o 5 metrów od granicznego punktu) wywozimy kapitał, zabieramy miejsca pracy Polakom oraz przyczyniamy się do wzrostu potęgi gospodarczej naszych sąsiadów – takie są przecież tego skutki według opinii narodu znad Wisły. Przyczyny tego, że Polacy zapominają nagle o swych przekonaniach, rzecz oczywista całkowicie błędnych, mogą być trzy. Pierwsza możliwość to taka, że Polacy powtarzają zazwyczaj to, co usłyszą w telewizji sądząc, że tzw. niezależni eksperci z wiadomości gospodarczych przekazują nam prawdę o ekonomii. Dlatego Polacy często przyjmują usłyszane tam stwierdzenia za prawdziwe. Drugą możliwością jest to, że w czasie wyjazdów zazwyczaj nie oglądają – parafrazując Waldemara Łysiaka – ogłupiacza, czyli telewizora – co jest przyczyną tego, że postępują jak klasyczni kapitaliści. Wreszcie trzecia możliwość jest taka, iż Polacy nadal sądzą tak jak mówią, ale zachowanie wolnorynkowe jest immanentną cechą człowieka. Świadczyłoby to o tym, że wbrew temu co się sądzi i mówi, ludzie i tak postępują w taki sposób, aby tanio kupić – drogo sprzedać i żadne lanie wody w telewizji i prasie nie jest w stanie tego racjonalnego zachowania zmienić.

Przy okazji skoro już został podjęty temat importu towarów zagranicznych, warto od razu obalić kilka panujących w Polsce mitów.

Przede wszystkim swobodna wymian handlowa nie powoduje bezrobocia, lecz je zmniejsza. Jeśli w Czechach dokonamy zakupów za 100zł, (a w Polsce za to samo płacimy np. 150zł) to zostaje nam w portfelach 50zł. Gdybyśmy kupowali polskie piwo i polską wódkę, wówczas nie mielibyśmy 50zł, które i tak podczas majówki w górach wydamy. Ale nie wydamy ich już na alkohol, gdyż w tym segmencie jako konsumenci jesteśmy już usatysfakcjonowani. Wydamy je więc na co innego. Kupimy lody, kupimy żonie albo narzeczonej bluzkę lub sukienkę, w ostateczności będziemy mieć na Alka Seltzer, która pomaże nam zwalczyć poranny ból głowy.

Kupując lody, zapiekankę, sukienkę i lekarstwo dajemy pracę lodziarzowi, krawcowej, aptekarzowi i wielu innym osobom. Gdybyśmy kupili krajowe produkty, albo nie kupili u południowych sąsiadów alkoholu, nie mielibyśmy już pieniędzy, aby dać pracę innym Polakom!

Wniosek jaki płynie z majowych wyjazdów powinien być oczywisty – import jest korzystny dla gospodarki, a ponadto mimo wysiłków antyliberalnych sił nie da się pokonać w człowieku tego co nazywamy postępowaniem racjonalnym. Zawsze, ale to zawsze człowiek mając do wyboru tani i drogi produkt o tych samych cechach wybierze tańszy.

Gdy usłyszą Państwo w rozmowie ze znajomym, który po powrocie z majówki w górach – gdzie popijał wieczorem czeskiego Mnicha – nadal głosi poglądy o konieczności uszczelniania granic, zapytajmy go, dlaczego jest tak bardzo niekonsekwentny? Dlaczego inaczej mówi, a inaczej robi? Może na tym przykładzie uda się komuś zaszczepić wolnorynkowe poglądy i przekonać, że import wcale nie jest zły, a wręcz przeciwnie – przyczynia się do rozwoju całej gospodarki.

Paweł Toboła-Pertkiewicz
prawicarazem@wp.pl


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *