Ubezpieczenia emerytalne – oto, za co jeszcze można podziwiać Szwajcarię

Szwajcarię można podziwiać za wiele rzeczy, szczególnie w porównaniu z jej rozrzutnymi sąsiadami Czytaj więcej »

 

Islandczycy chcą Euro, ale bez Unii

Z Michałem Sikorskim, specjalistą w sprawach Islandii, do niedawna konsulem RP w Reykjaviku rozmawia Konrad Rajca

– Jak wygląda obecna sytuacja gospodarcza na Islandii? Słyszymy wręcz o bankructwie państwa, protestach, demonstracjach niezadowolenia, rzeczach niespotykanych od lat w tym kraju…

– Mówi się, że Islandczycy dzielą się dziś na załamanych i wściekłych – choć faktycznie najwięcej jest tych, którzy zdają się nie dopuszczać do siebie myśli o kryzysie i z nadzieją patrzą w przyszłość. Islandczycy przypominają, że miewali gorsze problemy gospodarcze, wyższą inflację i większe bezrobocie. To ostatnie przekroczyło właśnie 5%, co w Polsce uznane zostałoby za duży sukces. Dla większości Islandczyków sytuacja nie jest dramatyczna, największy problem mają osoby, które inwestowały w akcje czy te, które zaciągnęły kredyt w obcej walucie. Wszędzie widać setki wolnych mieszkań, których wybudowano zwyczajnie za dużo.

– Czy możemy mówić o swego rodzaju bankructwie państwa, w przypadku Islandii?
– Pytanie, czy państwo, jako podmiot nierynkowy może w ogóle zbankrutować? Islandia de facto została zmuszona do przejęcia większościowych udziałów w bankach, choć teoretycznie powinna była pozwolić im zbankrutować, tak przynajmniej stałoby się w warunkach normalnej gospodarki. Niewielka wyspa w ciągu niecałej dekady stała się graczem na światowych rynkach, prowadząc inwestycje finansowe na całym świecie. Niestety okazało się, że w dużej mierze – na kredyt.
W ciągu kilkunastu dni upadły trzy największe banki. Ich kredyty i inne aktywa 10-krotnie przekraczały wartość islandzkiego PKB. O nieproporcjonalnie dużych rozmiarach miejscowych banków może świadczyć fakt, że stanowiły one łącznie 75% wartości miejscowej giełdy papierów wartościowych. Kiedy więc upadły, siłą rzeczy zagrożone zostały podstawy państwa. Pojawiły się obawy, że Islandia pożyczy pieniądze od Rosji, w zamian za bliżej nieokreślone korzyści polityczne. Niektórzy mówili nawet o korzystaniu z bazy w Keflaviku pozostawionej po Amerykanach czy prawa do połowów ryb na islandzkich wodach. Ostatecznie pożyczkę dało kilka państw-członków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w tym Polska. Aż strach pomyśleć co się stanie gdy Islandia nie ograniczy wydatków, a nadejdzie dzień spłaty zobowiązań.

– Co jest przyczyną kryzysu gospodarczego? Kto za niego odpowiada?
Dzięki wysokim stopom procentowym na Islandię płynęły pieniądze z zagranicy, ale miejscowe kredyty były dość drogie (choć łatwo dostępne). Z tego powodu wiele osób decydowało się na zaciąganie pożyczek w obcych walutach, i to oni mają dziś największy problem ze spłatą. Kiedy pojawiło się widmo kryzysu w Ameryce, pieniądze z niewielkiej i niepewnej Islandii zaczęły odpływać w pierwszej kolejności, dramatycznie zmniejszając wartość islandzkiej korony i odsłaniając obraz po pękniętej bańce spekulacyjnej. Gdy zagrożony upadkiem bank Glitnir poprosił Bank Centralny  (kierowany przez Davida Oddssona) o pożyczenie pół miliarda euro okazało się, że w państwowej kasie też brakuje walut. Nie jest wykluczone, że powodem inflacji korony mogły być także kolejne ataki hedgingowe, które na tak małą gospodarkę przeprowadzić jest w miarę prosto.

– Co to znaczy, że Islandczycy chcą „nowej republiki” i zmiany systemu władzy, bo właśnie pod takimi hasłami protestują?

Miejscowi politycy dotychczasowej koalicji Partii Niepodległości i Socjaldemokratów starają się przekonywać, że Islandia padła ofiara światowego kryzysu. Póki co sytuacja doprowadziła do upadku rządu, a nowe wybory pokażą jakie wnioski wyciągnęli Islandczycy z tej sytuacji. Mówienie o „Nowej Republice” to początek nowej, lewicującej inicjatywy politycznej, bazującej na kontestowaniu obecnej polityki rządu. Niektórzy publicyści żartują, że Islandii może pomóc jedynie brak działania polityków, na co inni odpowiadają, że już nic więcej zepsuć się nie da.
– Czy niezadowolenie Islandczyków wynika tylko z sytuacji gospodarczej?
– W zeszłym roku, według rankingu ONZ uznano ją za najlepsze miejsce do życia, dziś wielu Islandczyków wyjeżdża w poszukiwaniu pracy do Danii, Norwegii, Kanady czy na projekty na Grenlandii. Islandczycy przyzwyczaili się do życia na wysokim poziomie. Nadal jeżdżą drogimi samochodami, choć wiele z nich jest niespłaconych. Przypatrując się zapełnionym restauracjom i centrom handlowym można odnieść wrażenie, jakby do wielu nie docierało jeszcze że jest naprawdę źle. Płacenie za granicą islandzką kartą stało się nieopłacalne, a w pewnym momencie wręcz niemożliwe, bo nikt nie ufał islandzkiej walucie. W bankach wprowadzono ograniczenia ilości wypłacanej waluty, a kurs ISK jest sztucznie podtrzymywany przez bank centralny.

– Co zmieni kryzys gospodarczy na Islandii? Mówi się że zwiększy on siłę zwolenników wejścia Islandii do Unii Europejskiej…
– Prawdą jest, że coraz głośniej mówi się o wejściu do Unii Europejskiej, choć poparcie wzrosło, jak mówi się na wyspie, w wyniku chwilowej paniki. Wiele osób chciałoby przystąpienia do strefy Euro bez pełnej integracji politycznej, ale Brukseli ten pomysł się delikatnie mówiąc nie podoba. Czekamy na deklaracje nowego rządu w tej sprawie.

– Jaką lekcję gospodarczą mogą wynieść różne kraje z kryzysu islandzkiego?
– Kiedy na początku lat 90-tych premierem został Dawid Oddsson, zaczął liberalizować gospodarkę, aby uniezależnić ją od rybołówstwa. Od tego czasu sprywatyzowano większość firm, a Islandia otworzyła się na nowe technologie. Niestety zmiany nie były do końca oparte na wolnym rynku, a nowe firmy oparte były często na układach rodzinno-przyjacielskich. Obecne problemy nie wynikają, jak niektórzy sugerują z niewystarczającej kontroli państwa, ale właśnie z braku mechanizmów rynkowych i zbyt dużego wpływu polityków na gospodarkę.

– Czy Islandia, pewnego rodzaju symbol wolności na świecie, będzie taka sama po kryzysie? Co się zmieni?
 – Nadal ma duże łowiska ryb, duże zasoby energii, a przede wszystkim pozostaje atrakcyjna dla turystów. Islandczycy przetrwali wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, głód, wyższą niż dziś inflację, dlatego i z tego kryzysu wyjdą obronną ręką, choć zajmie to wiele lat. W Islandczykach na pewno nie zgaśnie umiłowanie wolności, nawet jeśli na jakiś czas muszą wystawić ją na ciężką próbę.

Michał Sikorski – założyciel i wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „Stosunki Międzynarodowe, kierował Instytutem Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi w Warszawie. Zakładał polską placówkę dyplomatyczną na Islandii, w latach 2007-2009 konsul RP na Islandii, od lutego 2009 pracuje w Ambasadzie Polskiej w Waszyngtonie.

Źródło: www.pafere.org


2 Responses to Islandczycy chcą Euro, ale bez Unii

  1. Marcin Sobieszkowski napisał(a):

    Jaki konsul wolnorynkowy, to dobrze 😉

  2. Majkke napisał(a):

    Ciekawe czy to jakaś rodzina Radka Sikorskiego ten konsul 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *