Prof. Wolniewicz: Jak parszywieje Unia Europejska

Zachęcamy do obejrzenia jednego z ostatnich wystąpienia prof. Wolniewicza. Warto się nad nim zastanowić i starać się wyciągnąć wnioski Czytaj więcej »

 

Minister kultury od wspierania … „twórców”

Nowy minister kultury, pan Waldemar Dąbrowski, wspierany przez nadwornych „twórców”, bez wątpienia wie, co mówi. Być może mówi on rzeczy „słuszne” i „szlachetne” ze swojego punktu widzenia, jednak czy pożyteczne i wartościowe z punktu widzenia zwykłego szarego człowieka, podatnika?

Pan minister kultury twierdzi mianowicie, że państwo jest od tego, by dbać o kulturę i by nie dopuścić do jej degradacji. Właściwie to trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Owszem fajnie by było, gdyby państwo tak o wszystko potrafiło zadbać. Byłoby wręcz cudownie. Pytanie tylko, jak niby miałoby to zrobić? Minister kultury daje oczywiście na nie odpowiedź: ot, np. dofinansowując polską kinematografię.

Osobiście bardzo lubię kino i gdy tylko mogę chodzę na różne filmy. Tak się jednak jakoś składa, że większość z oglądanych przeze mnie filmów to obrazy zagraniczne robione za pieniądze prywatnych producentów, którym nawet do głowy nie przyjdzie, by skomleć przed państwem o dotacje. Tymczasem nasi rodzimi „twórcy”, bez dotacji nie wyobrażają sobie życia. I trudno się temu dziwić, bo skoro robią bohomazy to niby czemu publika ma na nie chodzić do kina i dawać im zarabiać … Nasza rodzima kinematografia jest dziś taka jaka jest Polska – ponieważ rządzą nią politycy jałowi, bez wyobraźni, ludzie miałcy, a często i zwykli tchórze, to czemu inni mieliby być niektórzy polscy scenarzyści czy reżyserzy. Pytanie tylko – dlaczego podatnicy mają za to płacić?

Od lat lansuje się tezę, że istnieją pewne sfery życia, których nie można puścić „na żywioł”, tzn. poddać weryfikacji rynku. Weryfikacja rynku to nic innego, jak stwierdzenie, czy jakiś towar znajduje nabywcę, czy też go nie znajduje. Jeśli go nie znajduje, wówczas ci, którzy go stworzyli, powinni zastanowić się nad tym, jak go ulepszyć, by jednak ich zyskał, bądź powinni zająć się czymś zupełnie innym. W przypadku producenta ołówków, który inwestuje wyłącznie swoje, a nie państwowe pieniądze, łatwo da się stwierdzić, czy przeszedł on weryfikację rynku. Jeśli np. zaczynał on od małego warsztaciku, w którym zatrudniał trzech pracowników, zaś obecnie urzęduje w nowoczesnym biurowcu, a jego załoga to np. stu ludzi, wtedy możemy stwierdzić, że produkcja ołówków opłaciła mu się. Jeśli idziemy np. na targ i od lat spotykamy tych samych ludzi handlujących jajkami i serem to łatwo możemy dojść do wniosku, że widocznie daje się z tego handlu wyżyć. Skoro są sprzedający to są i kupujący. Oznacza to, że przygarbiona kobiecina oferująca klientom świeży twaróg przeszła weryfikację rynku, gdyż od lat znajduje nabywców na to, co wyprodukuje. Podobnie sąsiadujący z nią sprzedawca marchewki …

Tutaj sprawa wydaje się oczywista. Inaczej jednak jest z wytworem polskiej kinematografii … czyli tzw. filmem zrobionym za państwowe, czyli podatników pieniądze – film nakręcono, reżyser dostał swoją dolę, aktorzy dostali swoją dolę, scenarzysta dostał swoją dolę itd. Tymczasem w kinie … dwóch widzów na krzyż i na dodatek tylko jeden z nich wytrzymuje do końcowych napisów … Czy taki film miałby szansę na to, by zostać pozytywnie zweryfikowanym przez rynek? Otóż nie! Ponieważ jednak jest zrobiony za pieniądze tzw. państwowe, więc spokojnie objechać może całą Polskę i zostać obejrzanym przez dziesięciu widzów. Gdyby taki film nakręcono za pieniądze prywatne, jego reżyser najprawdopodobniej na długo musiałby się rozstać z kamerą i zająć się np. wypasem owiec (choć i to pewnie nie jest wcale takie proste). Tymczasem w sytuacji, gdy zasada rynkowej weryfikacji nie obowiązuje, możemy być pewni, że ów „twórca” w krótkim czasie uraczy nas kolejnym bohomazem i znów zainkasuje za niego nasze pieniądze. A wszystko tylko dlatego, że ma on tzw. „wejścia” w komitecie kinematografii i wie, jak podcierać tyłek ministrowi kultury. Ktoś mógłby zaprotestować i powiedzieć, że takie filmy, jak np. „Ogniem i mieczem”, czy „Pan Tadeusz” odniosły komercyjny sukces. Owszem, niemniej w ich realizację mocno zaangażowały się prywatne firmy. One niewątpliwie osiągnęły dzięki tym filmom jakieś zyski. Ponieważ jednak włożono w nie także pieniądze państwowe, również i mnie, jako podatnikowi, ale także wielu z Państwa, minister kultury powinien wypłacić dywidendę. Czy ktoś z Czytelników „Strony Prokapitalistycznej” dostał dywidendę od zysku jaki osiągnął film „Ogniem i mieczem”, w związku z tym, że jako podatnik dołożył do jego powstania swoją cegiełkę?

Warto czasami słuchać polityków. Trzeba to jednak robić w specyficzny sposób. Jeśli np. minister kultury mówi, że chce chronić dziedzictwo narodowe, i że film jest tego dziedzictwa istotnym składnikiem wymagającym szczególnego traktowania, oznacza to, że chodzi tak naprawdę o to, by wyrwać z budżetu publiczne pieniądze i przekazać je tzw. „twórcom”, którzy akurat są z ministrem w dobrej komitywie. Ci „twórcy” nakręcą potem tzw. „film artystyczny”, o którym mało kto usłyszy, nie wspominając już o tym, że poza samymi „twórcami” i paroma krytykami nikt go nie obejrzy.

Paweł Sztąberek
kapitalizm@poczta.onet.pl


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *