Jak hartowała się wazelina

Sowieccy okupanci zmuszali podbitych do czytania i oglądania w kinach straszliwych wypocin swoich propagandystów Czytaj więcej »

 

Mity o wolnym rynku

Wolny rynek od lat robi za chłopca do bicia zawsze wówczas, gdy nieudolność polityków szuka dla siebie jakiegoś usprawiedliwienia. Obarczenie go za kryzys w sytuacji, gdy gospodarka ciągle podlega rządowym interwencjom to chyba jeden z największych sukcesów lewicowej propagandy.



Ludzie nie zagłębiający się specjalnie w istotę rzeczy stają się dla tej propagandy łatwym łupem a wolny rynek traktować zaczynają jako demoniczną siłę, którą trzeba zwalczać z całą stanowczością. Sandy Ikeda z portalu fee.org podejmuje się zadania odkłamania przynajmniej niektórych mitów na temat wolnego rynku. Przyjrzyjmy się co na ten temat pisze w swoim artykule, którego polskie tłumaczenie zamieszcza na swojej stronie Instytut Misesa.

Pierwszy mit z jakim rozprawia się Ikeda brzmi: „Wolny rynek powoduje niedostatek i wzrost cen”. Jak wyjaśnia publicysta fee.org, ilość dóbr dostępnych na świecie jest ograniczona. Rynek, dzięki swym naturalnym mechanizmom popytu i podaży jest w stanie znaleźć stan cenowej równowagi, przy której nie będzie nam groził ani wzrost cen, ani niedostatek. Znaczenie ma tu również system zysków i strat, który motywuje przedsiębiorców do coraz większej wydajności i do dostarczania na rynek produktów, które dzięki przystępnej cenie staną się dostępne dla wielu ludzi.

Kolejny mit głosi, że na wolnym rynku „biznes jest uprzywilejowany”. Sandy Ikeda stwierdza, że popularność tego mitu wynika z faktu mylenia „prorynkowości” z „probiznesowością”. Istota wolnego rynku polega właśnie na tym, że jest on wolny i nie generuje żadnych przywilejów dla żadnej jednostki czy grup na nim działających. Autor dostrzega rzecz jasna pewne formy uprzywilejowania niektórych ludzi, np. poprzez fakt, że wżenili się oni w zamożne rodziny, jednak nie podważa to wolnościowej wizji równych szans, wykluczającej uzyskiwanie przywilejów drogą przestępstwa, np. rabunku cudzej własności, czy stosowania przemocy wobec innych ludzi.

Innym mitem z jakim rozprawia się Ikeda jest ten, który z reformy systemu zdrowia w USA czyni remedium na wszystkie problemy Amerykanów. Jego zwolennicy twierdzą, że „przed Obamacare system zdrowia działał na zasadach wolnorynkowych, zatem teraz, gdy zajmie się nim państwo, ludzie odczują poprawę”. Publicysta fee.org kontruje, że system przed Obamacare daleki był od wolnorynkowego, za to przeżarty był interwencjonizmem. Podobnie – co podkreśla Ikeda – było np. z rynkiem nieruchomości, na którym bańka spekulacyjna wybuchła w 2008 roku. Autor poddaje ostrej krytyce system, w którym przy użyciu przemocy chce się pomagać jednym kosztem innych. A tym właśnie jest Obamacare.

Kolejny mit dotyczy zarzutu wobec wolnego rynku, że dąży on do totalnej prywatyzacji wszystkiego i uczynienia z tego przedmiotu handlu. Sandy Ikeda nie podziela tego poglądu, choć podkreśla, że to co prywatne zazwyczaj jest znacznie bardziej efektywne i wydajne. Poza tym, mitowi jakoby wolny rynek wszystko sprowadzała do poziomu czysto handlowego przeczy chociażby to, że „często wymieniamy przysługi z rodziną, znajomymi, a nawet z obcymi bez potrzeby formalnych rynków i cen rynkowych”.

„Wolny rynek wzmaga rasizm, homofobię i inne rodzaje bigoterii” – to kolejny mit, który stara się obalić na fee.org Sandy Ikeda. „Cóż, to prawda że można być rasistą i homofobem na wolnym rynku, można nie życzyć sobie mieszkania w pobliżu jednopłciowej lub międzyrasowej pary, czy też odmawiać komuś zatrudnienia za wygląd, jeśli wyda się on w jakiś sposób odrzucający. Jednak w konsekwencji takich zachowań będzie pewnie trzeba zapłacić więcej za dom, albo wypłacać wyższe pensje pracownikiem, bo jest to rozmyślne zawężenie własnego pola manewru” – ripostuje Ikeda. Jego zdaniem, próba zmienienia czyjegoś nastawienia wobec homoseksualizmu i rasizmu przemocą albo groźbą jej użycia jest metodą nieefektywną, która zwykle przynosi więcej szkody niż pożytku. Rodzi też – jak podkreśla – niepotrzebne komplikacje. Wolny rynek sam potrafi rozwiązać te problemy dzięki temu, że umożliwia swobodne zawiązywanie interakcji, pozwala uczyć się jednym od drugich. Państwowy przymus może tu tylko zaszkodzić.

Mit, iż „wolny rynek popiera wojnę” Ikeda obala krótko: wojna niszczy wolny rynek. Autor zauważa: „Wojna i rządowa interwencja, która tej pierwszej zawsze towarzyszy, ograniczają wolny rynek (wewnętrzny i w kraju, z którym toczy się wojna) i wolne stowarzyszanie, czynią kupno i sprzedaż bardziej kosztownymi, redukują siłę nabywczą, szkodzą gospodarstwom domowym i biznesom, wreszcie naruszają pokój, który jest niezbędny dla rozkwitu wolnego rynku”.

Na koniec Ikeda rozprawia się z dość absurdalnie brzmiącym mitem, czyniącym z wolnego rynku system „zawsze wydajny”. Autor zdaje się ubolewać, że tak nie jest tłumacząc tę kwestię następująco: „Prawdziwy świat zamieszkują prawdziwi ludzie, którzy nie mają pełnej informacji, mogą mieć błędne informacje lub mogą po prostu popełniać błędy. >>Idealny<< system gospodarczy to nie ten, w którym nikt nigdy nie popełnia błędów, ale ten, w którym popełniane przez ludzi pomyłki są naprawiane najefektywniej, jak to tylko możliwe. Konkurencja na wolnym rynku pozwala ocenić, czy koszty są zbyt duże, czy zbyt małe, wypatrywać okazji do obniżenia cen lub zwiększenia zysków, a także zrezygnować z nowej metody konsumpcji lub produkcji. Wolny rynek nie jest idealny, dlatego że zawsze działa perfekcyjnie, ale dlatego, że lepiej niż jakikolwiek znany system koryguje popełniane błędy ”.

Świat pełen jest mitów, ale te, które zakłamują prawdę o prawach rządzących gospodarką są szczególnie niebezpieczne, gdyż uleganie im, zwłaszcza przez rządzących, prowadzi do wielu ludzkich nieszczęść. Publicysta fee.org kontynuuje pracę tych, którzy przed laty przyczynili się do obalenia wielu mitów w książce „Fałsz politycznych frazesów”. Ale jak widać praca ta stawia przed zwolennikami wolnego rynku wciąż nowe wyzwania.

Paweł Sztąberek

Za pafere.org


5 Responses to Mity o wolnym rynku

  1. orek napisał(a):

    Różnice pomiędzy rynkiem a interwencjonizmem są takie jak pomiędzy Fizyką a Religią.
    Po prostu sprytni ludzie indoktrynują słabe intelektualnie osobniki aby je podporządkować i wykorzystać.

  2. belzebub napisał(a):

    szkoda, że autor nie wspomina o umowach śmieciowych, które są dziełem liberalnych umysłów! Nie chodzi mi o wzór waszych intelektualistów, że ludzie zarabiają po 5 tysięcy, a raczej o realne doświadczenia z krajowego podwórka czyli 1500plnów bez możliwości skorzystania choćby z urlopu i braku dłuższej perspektywy zatrudnienia. Wasz guru Korwin strzelił sobie ostatnio znów w stopę głosząc tezy popierające owe umowy w rozmowie emitowanej w tv.

  3. Dżon napisał(a):

    „Wasz guru Korwin”… Weź, bo to się już kwalifikuje, żebym do Boziewicza zajrzał.
    Korwinem większość wolnościowców gardzi. Przynajmniej tych, którzy skończyli już gimnazjum.

    A co do zależności między wysokością zarobków, ilością etatów, pozycją pracobiorcy względem pracodawcy a wielkością interwencji państwa w gospodarkę – polecam dzieła Misesa. Ot, choćby „Teoria a historia”.

  4. RobiSS napisał(a):

    A ja sie zastanawiam to po co w takim razie taka instytucja jak panstwo skoro wolny rynek zalatwia wszystko

  5. pawel napisał(a):

    Wolny rynek załatwia wszystko, co dotyczy gospodarki. Państwo akurat do niej nie powinno się mieszać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *