Sery, de Gaulle i Anne

Najmłodsza córka de Gaulle’a, Anne, cierpiała na zespół Downa. W wyniku obrażeń porodowych nigdy nie mogła poprawnie chodzić Czytaj więcej »

 

Mocne postanowienia

Trudno tak od razu stopić lodowce biegunowe, bo nawet żarliwy optymizm, jaki w swoim czasie wzbudzali przodujący w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym funkcjonariusze „organów”, nakazywał poetom przezornie pokładać nadzieję raczej w energii atomowej, a nie, dajmy na to, gorących sercach („ciepło energii atomowej stopi lodowce biegunowe, bo siła, którą kryje atom, da ludziom zdrowie, ciepło, światło” – ciekawe co by na to powiedzieli bojownicy z globalnym ociepleniem). Toteż nic dziwnego, że również przełamywanie lodów w stosunkach między Platformą Obywatelską, a Prawem i Sprawiedliwością, postępuje nadzwyczaj powoli. Można to nawet przyrównać do starego sługi z opowiadań Franciszka Fiszera („Fiszer głośno o starym słudze opowiada, który tańcząc kozaka skacze wściekle w górę, a potem niesłychanie powoli opada”), zwłaszcza, że te wzajemne obwąchiwania obudziły w końcu wzmożoną czujność razwiedki, która wyraziła się m.in. w naznaczeniu premieru Tusku pana Pawła Grasia na rzecznika jego rządu. Skoro już tak folgujemy sobie różnym skojarzeniom, to nadal folgujmy, bo pan Graś na tym stanowisku przypomina kapitana Prystora, towarzyszącego generałowi Żeligowskiemu, kiedy ten na rozkaz Józefa Piłsudskiego „zbuntował się”, zajął Wileńszczyznę i proklamował tzw. „Litwę Środkową”. Z tej okazji dziennikarze na konferencji prasowej wypytywali go o to i tamto, a generał, po każdym pytaniu spoglądał wyczekująco na kapitana Prystora, który odpowiadał: „pan generał uważa, że…” – i tak dalej, zaś dobroduszny generał kończył: „nu i wot!”

Więc, jak już informowałem, w obliczu srożącego się kryzysu zarówno rząd, jak i opozycja zaprezentowały swoje zbawienne i oczywiście – całkowicie odmienne plany ratunkowe, ale w tym momencie do walki z kryzysem włączył się pan prezydent, który zwołał do swego pałacu szczyt antykryzysowy. Ponieważ intencją pana prezydenta było włączenie do walki z kryzysem całego społeczeństwa, tedy na szczycie zasiadło całe społeczeństwo, oczywiście nie in corpore, tylko zadami swoich przedstawicieli. Oprócz pana premiera na szczyt przybyli pracownicy, urzędnicy, kryzysiarze i grandziarze i docenci i agenci, słowem – wszyscy święci. Po zagajającym naradę przemówieniu pana prezydenta dziennikarzy wyproszono, bo i po co obywatele, a już zwłaszcza cudzoziemcy mają wiedzieć, jaką mądrością rządzona jest Polska? Nie musi to być bowiem nic nadzwyczajnego, skoro z komunikatu ogłoszonego już po wszystkim okazało się, że uczestnicy zgodzili się z potrzebą sformułowania narodowej strategii walki z kryzysem. Znaczy – na razie nie wiedzą, co robić, poza tym, że mają mocne postanowienie, by z kryzysem walczyć. Z tym mocnym postanowieniem pan premier uda się do Brukseli, gdzie mu pewnie powiedzą, jaka ma być, ta nasza narodowa strategia, no a jak przyjedzie, to już opowie nam o tym własnymi słowami, tzn. nie tyle może własnymi, tylko słowami pana Grasia, który już tam będzie wiedział, co powiedzieć.

Wynika z tego, że pan prezydent najwyraźniej zignorował również zbawienny plan walki z kryzysem, jaki przedstawiło Prawo i Sprawiedliwość według pani Natalli-Świat, uchodzącej w PiS za tęgą głowę i specjalistkę od walki z kryzysem. Uprzejmość za uprzejmość, toteż premier Tusk ze swej strony przestał się upierać, by Polska przystąpiła do strefy euro najpóźniej w 2012 roku i ogłosił, że sprawa terminu jest „otwarta”. Łatwość, z jaką premieru Tusku przyszła rezygnacja z 2012 roku, zwłaszcza w kontekście gorączkowych zapewnień, że im wcześniej, tym lepiej, pokazuje, że solenne deklaracje o zbawiennym wpływie rezygnacji z własnej waluty na skuteczność walki z kryzysem można śmiało włożyć między bajki, chociaż do grona bajkonurów dołączył ostatnio Leszek Balcerowicz. Jaki ma w tym interes, kto mu i ile za tę przysługę obiecał – tego oczywiście nie wiem, ale z pewnością nie jest jedynym zainteresowanym, bo również żydowska gazeta dla Polaków już nie może się doczekać, kiedy Polska przyłączy się do Ziemi Obiecanej pod błękitnym sztandarem z wieńcem z dwunastu gwiazd, symbolizujących 12 pokoleń Izraela. Agata Nowakowska, Piotr Stasiński i Dominika Wielowieyska w rozmowie z prezydentem Kaczyńskim powiedzieli m.in., że „gdybyśmy mieli euro, nie byłoby wahań kursu złotego, problemu opcji walutowych”. Ciekawe, że taką samą, a może nawet jeszcze większą ulgę poczulibyśmy, gdybyśmy się pozbyli własnego państwa. Czy, dajmy na to, podczas rozbiorów musieliśmy martwić się o kurs walutowy? O takie sprawy martwiono się w Berlinie, Petersburgu i Wiedniu, podczas gdy w Warszawie nikt nie musiał takimi głupstwami zaprzątać sobie głowy. Toteż pan prezydent uspokoił wysłanników „Gazety Wyborczej”, że sprawa przyłączenia Polski do strefy euro jest przesądzona w traktacie akcesyjnym, a chodzi tylko o wybór odpowiedniego terminu.

To znaczy – nie tylko, bo pan prezydent jakby zapomniał, iż zarówno on, jak i PiS, stoją na nieubłaganym gruncie obrony interesu narodowego, w odróżnieniu od Platformy Obywatelskiej, która nic, tylko myśli, jakby tu Polskę przefrymarczyć naszej Katarzynie, to znaczy – pardon – oczywiście naszej pani Anieli. Dotychczas najjaskrawszym dowodem stania PiS-u na nieubłaganym gruncie obrony interesu narodowego był postulat przeprowadzenia referendum w sprawie terminu przystąpienia Polski do strefy euro. Tymczasem, wobec ustąpienia premiera Tuska z nieubłaganego 2012 roku, pan prezydent ani słowem o referendum już uprzejmie nie wspomniał. Toteż wicemarszałek Sejmu z ramienia PiS, pan Krzysztof Putra powiedział, że w tej sytuacji referendum nie jest już takie ważne. Ta deklaracja została jednak natychmiast zdezawuowana przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który z wyraźną irytacją oświadczył, że pan marszałek Putra mówił we własnym imieniu, podczas gdy „my” uważamy inaczej. Obserwatorzy zachodzą w głowę, co w tej sytuacji może oznaczać liczba mnoga tego zaimka, ale cokolwiek by oznaczała, to niewątpliwie świadczy nie tylko o pewnym rozchwianiu dyscypliny partyjnej w PiS, ale również – że Jarosław Kaczyński nawet własnemu bratu nie da się tak łatwo wyślizgać z pierwszego szeregu obrońców interesu narodowego.

Stanisław Michalkiewicz
Źródło: www.michalkiewicz.pl


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *