Przemilczane ludobójstwo rewolucji antyfrancuskiej

Kilka dni temu obchodziliśmy rocznicę, którą Francuzi uważają za swoje święto narodowe. To, że rocznica ta okupiona jest krwią niewinnych ofiar, mało się mówi. Zbrodniarze stali się bohaterami Czytaj więcej »

 

Niech stanie się pieniądz

“Jeżeli ludzie w kraju rozumieliby naszą bankowość i system monetarny, wierzę, że przed jutrzejszym rankiem wybuchłaby rewolucja” - te spiżowe słowa o funkcjonowaniu amerykańskiego sektora bankowego wygłosił jeden z największych kapitalistów dwudziestowiecznej Ameryki, gigant motoryzacyjny, Henry Ford.


I rzeczywiście, Ford w tej krótkiej sentencji zawarł niesamowicie trafną ocenę sytuacji: nie ma bowiem wątpliwości, że obecna podstawa funkcjonowania światowej gospodarki jest jedną z najbardziej niesprawiedliwych rzeczy opatrzonych etykietą “rządowej moralności” - a równocześnie jest jedną z najbardziej niepoznanych i niezrozumiałych.

Myślę, że warto na moment odstawić na bok przepychanki naszych przywódców - którzy dzień w dzień prześcigają się w przychylaniu nam nieba - i zastanowić się nad sprawą fundamentalną - nad obecnym systemem monetarnym. Bo jeśli zwracamy uwagę na wesołe pląsy polityków, to powinniśmy także - a może nawet bardziej! - zwrócić również uwagę na grajka w rytm muzyki którego owi mężowie stanu podskakują. Tym bardziej, że nie jest to zadanie specjalnie trudne, wystarczy otworzyć pierwszą lepszą gazetę po przyjęciu przez parlament jakiejkolwiek reformy - w mig dowiemy się, jak na niedawno zakończone głosowanie zareagowały rynki finansowe. W jaki zatem sposób funkcjonują owe “rynki finansowe” i dlaczego z ich opinią politycy liczą się bardziej, niż z opinią obywateli?

Aby opisać zagadnienie w pełni, należałoby cofnąć się do siedemnastowiecznej Anglii, gdzie w 1694 roku - wraz z fundamentami pierwszego banku centralnego świata - położono podwaliny nowoczesnych finansów. Nie chcę jednak zbytnio rozwlekać niniejszego tekstu i pisać o rzeczach sprzed trzech wieków - zacznę zatem od historii bliższej nam wszystkim, sięgającej czasów cytowanego we wstępie Henry’ego Forda. Od roku 1913, w którym powstał amerykański System Rezerwy Federalnej (Fed), będący trzecim z kolei bankiem centralnym Stanów Zjednoczonych - dwa poprzednie zlikwidowano w burzliwych okolicznościach (największym przeciwnikiem banków centralnych był prezydent Andrew Jackson, za którego kadencji - jedyny raz w historii - Stany Zjednoczone całkowicie spłaciły swój dług publiczny). Wtedy właśnie zaczął się krystalizować amerykański system monetarny, od którego dziś uzależniona jest światowa gospodarka. Najistotniejszą rzeczą jaką należy wiedzieć o Federalnej Rezerwie jest to, że nie jest ona “federalna”. A przynajmniej nie w taki sposób jak Federalne Biuro Śledcze (FBI) - bardziej jak Federal Express (FedEx). Innymi słowy, Fed jest prywatnym bankiem, posiadającym z nadania rządu Stanów Zjednoczonych wyłączne prawo emitowania legalnego środka płatniczego - amerykańskiego dolara. Naturalnie struktura samej Rezerwy jest bardzo złożona, w jej skład wchodzi kilkanaście banków członkowskich, a Rada Gubernatorów oraz prezesi wybierani są przez prezydenta USA - i zatwierdzani przez Senat - zatem w teorii Rezerwa Federalna nakręcana jest przez amerykańskich polityków tak, by jej wskazówki obracały się zgodnie z ich wolą. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle jest to prywatny bank, oraz wynikających z tego konsekwencji.

Najbardziej istotnym następstwem owego stanu rzeczy jest to, że Fed emituje walutę pod zastaw obligacji rządowych, co w praktyce oznacza, że Federalna Rezerwa pożycza rządowi Stanów Zjednoczonych nowo wydrukowane banknoty - a zatem dolar powstaje tylko wraz z powstawaniem długu i znika, kiedy dług jest spłacony. Nie jest to wszystko w tym temacie, bo - jak każdy dług - dług zaciągnięty w banku centralnym należy oddać wraz z odsetkami, a więc każdy dolar będący w obiegu ma wartość (minus) jeden +  określony procent w stosunku do Fedu. Wypracowany zysk, ów Bank banków przeznacza w pierwszej kolejności na wypłatę dywidend bankom członkowskim, a pozostałą część przekazuje do Departamentu Skarbu. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się w porządku - Fed pobiera jedynie niewielki procent zysku, jako wynagrodzenie za kreację pieniądza - jednak kiedy przyjrzymy się bliżej zrozumiemy, że w tak funkcjonującym systemie pożyczonego w Federalnej Rezerwie długu nie można spłacić: jak bowiem oddać dolara wraz z odsetkami, gdy ma się w ręku tylko ten jeden pożyczony banknot? Jedynym wyjściem jest pożyczenie kolejnego dolara i, przykładowo, pięciu centów – i dopiero wówczas oddanie długu oraz ustalonego procenta. Wtedy jednak nie jesteśmy już winni Federalnej Rezerwie dolara (plus prowizja), a dolara i pięć centów - no i rzecz jasna odsetki od owej, wyższej już!, kwoty.

Takim oto sposobem amerykański dług rośnie w tempie geometrycznym - a wraz z nim długi innych krajów. Dopóki bowiem waluta była oparta o złoto - a przecież istniał równocześnie także parytet srebra - nie było to aż tak palącym problemem jakim jest obecnie. Przykładowo, do 1934 roku jeden dolar stanowił równowartość jednej dwudziestej uncji złota i każdy obywatel mógł posiadane banknoty wymienić na kruszec. Sytuacja zmieniła się po 1934 roku, kiedy rząd Stanów Zjednoczonych znacjonalizował amerykańskie złoto i zabronił jego przechowywania - wtedy też zniesiono wymienialność dolara na metal dla obywateli USA, a parytet złota pozostawiono wyłącznie dla rozliczeń międzynarodowych, obniżając jednocześnie “wartość” dolara z 1/20 na 1/35 uncji - a całość standardu złota ostatecznie zawaliła się w 1971 roku, kiedy prezydent Nixon odszedł od systemu z Bretton Woods, całkowicie zrywając link pomiędzy dolarem a złotem. Właśnie od tego momentu mamy do czynienia z pieniądzem fiducjarnym (łac. fides – wiara) - opartym wyłącznie na wierze, że ma on jakąkolwiek wartość większą, niż papier i nadrukowana na nim farba -  bądź też, jak mawiają inni, z fiat money (fiat – łac. niech się stanie, oraz money – ang. pieniądz) parodiującego słynne fiat lux („niech stanie się światłość”) z biblijnej Księgi Rodzaju. I rzeczywiście, chyba to drugie określenie jest bardziej trafne, bo dokładnie w taki sposób banki centralne “wytwarzają” dziś pieniądze: niech się stanie pieniądz!

Wracając jednak do wydrukowanych przez Fed banknotów - dziś, gdy dolar jest jedyną legalną walutą, sytuacja wygląda zgoła inaczej, niż za czasów Andrew Jacksona. O ile bowiem siódmy prezydent USA był w stanie, w sposób konwencjonalny, spłacić zaciągnięty dług, to w dzisiejszym systemie opartym o pieniądz fiducjarny nie jest to już możliwe. Oddać zaciągniętą w banku banków pożyczkę można wyłącznie poprzez zaciągnięcie nowej - większej. I tak na przykład, kiedy Fed skupuje miesięcznie obligacje rządowe o wartości 55 mld dolarów (a przecież jeszcze kilka miesięcy temu skupował je w tempie 85 mld/mc!), znaczy to ni mniej ni więcej, że Federalna Rezerwa pożycza rządowi świeżo wydrukowane banknoty, które ten będzie musiał zwrócić wraz z odsetkami, kiedy upłynie data wykupu obligacji. Wtedy oczywiście amerykańscy politycy będą musieli zaciągnąć kolejny dług - i tak owe 620 mld UDS jakie  w ciągu roku rząd USA pożyczy z Federalnej Rezerwy będzie musiał spłacić kolejnym długiem, tym razem wynoszącym - dajmy na to - 650 mld. W taki sposób dług publiczny jest rolowany, a całkowite zlikwidowanie go względem Systemu Rezerwy Federalnej musiałoby się równać zlikwidowaniu waluty.

Oczywiście struktura długu USA (oraz innych państw również) jest bardziej złożona i sam dług wynikający z kreowania bazy monetarnej, to zaledwie około 12% całości zadłużenia Stanów Zjednoczonych - choć współczynnik ten systematycznie rośnie w związku z malejącym zainteresowaniem amerykańskimi obligacjami, przez co bank centralny musi je skupować, aby nie dopuścić do ich nagłej utraty wartości. Pozostała część obligacji jest w rękach rządów innych krajów (Chiny, Japonia oraz kraje OPEC są największymi wierzycielami USA) a także banków komercyjnych i prywatnych inwestorów. Bank Rozrachunków Międzynarodowych podał nie tak dawno do publicznej wiadomości, że globalny dług publiczny przekroczył już 100 bln dolarów - przy 70 bln dolarów zsumowanego, globalnego PKB - a zatem w ciągu siedmiu lat wzrósł o ponad czterdzieści procent, i z roku na rok narasta szybciej! Całkowite zadłużenie USA wynosi natomiast 17 bln dolarów, czyli przekroczyło 100% PKB (dług Grecji wynosi już 175% w stosunku do PKB, a dług Japonii przekroczył niedawno 230%!) - a przecież są to jedynie oficjalne dane, bez tzw. ukrytych zobowiązań. Tak więc, wedle różnych szacunków, do 2017 roku same koszty obsługi długu Stanów Zjednoczonych będą większe niż tamtejszy budżet zdrowotny, a do 2020 roku amerykańscy podatnicy zapłacą z tytułu odsetek od zaciągniętego długu więcej, niż obecnie wynosi całkowity budżet obronny ich kraju. Idąc dalej, przybliżone prognozy wskazują, że przed 2050 rokiem obsługa długu publicznego Stanów Zjednoczonych przekroczy roczne wpływy budżetowe - jednak, czy do tego czasu system wsparty na dolarze przetrwa? A jeśli tak, to w jaki sposób świat zareaguje na bankructwo USA? - które równie dobrze może nastąpić dużo wcześniej. I jak same Stany Zjednoczone będą bronić się przed tym, wydawać by się mogło, nieodwracalnym upadkiem? Czy czeka nas coś równie szokującego jak wycofanie się Nixona z porozumienia z Bretton Woods w 1971 roku? W związku z tymi pytaniami można snuć różnorakie teorie, lecz dopiero przyszłość je zweryfikuje. Pewnym natomiast jest, że doszliśmy już do momentu, w którym całość zaciągniętego długu wymyka się spod kontroli, a jego przyrost jest trudny do zatrzymania - wiązałoby się to bowiem z ogromnymi cięciami budżetowymi, likwidacją pomocy socjalnej, ubezpieczeń społecznych i zaniechaniem inwestycji rządowych, oraz ze zmniejszeniem samych rządów - a to byłoby w większości krajów politycznym samobójstwem, zatem politycy wolą topić podatników - przyszłe pokolenia! - w morzu długów, niż wprowadzić konieczne reformy.

Same zobowiązania zaciągane przez rządy są natomiast tylko jedną stroną tej dłużnej monety - kreacja pieniądza poprzez banki komercyjne jest stroną drugą. Bo o ile banki centralne mają monopol na bicie monety - w praktyce dziś i tak “bicie monet” czy “drukowanie banknotów” w większej części odbywa się cyfrowo, poprzez zmianę stanu rachunków - to system rezerwy częściowej daje bankom komercyjnym sposobność tworzenia pieniądza bezgotówkowego. System częściowej rezerwy polega na tym, że banki nie muszą posiadać (na rachunku w banku centralnym) pełnych rezerw powierzonych im depozytów, a jedynie niewielką ich część. Resztę pieniędzy mogą przeznaczyć na akcje kredytowe. W praktyce oznacza to, że bank posiadając 1000 zł depozytu przy stopie rezerw obowiązkowych oscylującej na poziomie 10% może udzielić kredytu o wartości 900 zł. Sztuczka polega na tym, że ów 1000 zł cały czas spoczywa na rachunku deponenta - a więc ma on do niego dostęp w każdej chwili - bank musi natomiast “wytworzyć” całkowicie nowe 900 zł, które zostaje wprowadzone do obiegu. Wspomniane 900 zł kredytu traktowane jest w momencie podpisania umowy jako aktywa kredytodawcy, i na ich podstawie bank centralny może bankom komercyjnym udzielać pożyczek na pokrycie brakującej gotówki. Kiedy pożyczkobiorca spłaca zaciągnięty dług, wykreowany pieniądz znika z obiegu pozostawiając po sobie jedynie odsetki - które z powrotem wracają do obrotu w postaci wypracowanego przez bank zysku. Tu dochodzimy do kwestii zasadnej - do “obrotu” długiem.

Jeśli zatem długi traktowane są jako aktywa, sprytni finansiści zaczęli pożyczki segregować według ryzyka, a agencje ratingowe wystawiały im na podstawie owego ryzyka oceny, wedle którego inwestorzy „kupowali” kredyty jako coś przynoszącego zyski - w postaci określonych w umowie odsetek. Tak powstały - bardzo upraszczając - kredytowe instrumenty pochodne, będące główną przyczyną kryzysu z 2007 roku. Wszystko bowiem działało sprawnie, dopóki osoba, która zaciągnęła dług spłacała go w terminie. Problem pojawił się, kiedy coraz większa liczba kredytobiorców nie była w stanie spłacać swoich zobowiązań - w wyniku czego podkopane zostało zaufanie do całego sektora finansowego i powiązanych ze sobą instrumentów pochodnych - na których umocowane było wiele instytucji, na kilku poziomach funkcjonowania. Mówiąc najprościej jak można: dług był gwarantem kolejnego długu - i tak dalej, i tak dalej - a cały ten ambaras funkcjonował (i funkcjonuje nadal) w symbiozie z rządowymi instytucjami nadzorczymi.

Jak zatem określić dług dla dzisiejszego świata? Jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dla banków centralnych, banków komercyjnych, a także dla międzynarodowych instytucji finansowych dług jest najprawdziwszym bożkiem! To on pozwala na niczym nieograniczone bogacenie się, on jest gwarantem stałych dochodów. Dla polityków jest z kolei łatwym środkiem urabiania opinii publicznej - dzięki taniemu kredytowi można finansować drogie programy socjalne i rządowe inwestycje, pomagające w kampanii wyborczej. Na krótką metę. W dłuższej perspektywie jest dla nich panem i władcą. Uzależnione od zewnętrznego kredytowania rządy, niczym alkoholik od mocnego trunku, po pierwszym etapie euforii nie są już w stanie bez kolejnych dostaw kredytu funkcjonować. I wreszcie ostatnie ogniwo tego łańcucha pokarmowego: podatnik. Dla niego dług jest kulą u nogi, kaftanem krępującym ruchy, utrudniającym bogacenie się. Ostatecznie koszty obsługi długu zawsze płaci bowiem podatnik - bo obligacje którymi rząd zastawia zaciągane pożyczki są niczym innym, jak obietnicą, że w tym a tym terminie obywatele odprowadzą tyle i tyle podatku, co umożliwi rządowi wykup papierów wartościowych.
Mając na uwadze powyższe, warto się jeszcze raz zastanowić nad słowami Henry’ego Forda - bo czy nie ma nic bardziej niesprawiedliwego od sytuacji w której konsument - dla dobra którego powinien przecież działać system monetarny! - funkcjonuje wyłącznie po to, aby wyżywić przerośnięty i patologiczny sektor finansowy?

Jakub Bijan


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *