Koniec ery mas

Wszyscy mamy świadomość, że przeżywamy rewolucję technologiczną, której symbolami są mikroinformatyka i mikrobiologia, to znaczy połączenie tego, co nieskończenie małe z tym, co nieskończenie potężne Czytaj więcej »

 

Płonące umysły rewolucjonistów

Rewolucja to coś więcej niż tylko niezadowolony, podburzony tłum, niszczący na swojej drodze wszystko co napotka. Rewolucja to proces, który rodzi się w ludzkim umyśle. Trzeba ten umysł prześwietlić, by lepiej ten proces zrozumieć.


James H. Billington postanowił podjąć próbę prześwietlenia umysłu rewolucjonisty. Jego książka „Płonące umysły. Źródła rewolucyjnej wiary” wydana przez WEKTORY naprowadza nas na lepsze zrozumienie procesów, które, zapoczątkowane rewolucją francuską, zmieniły drastycznie porządek świata.

Wcześniej, tj. do czasu rewolucji nad Sekwaną, wszelkie zawirowania służyły – jak zauważa Billington – reakcji. Nawet jeśli występowano przeciwko królowi, to jednak nie dążono do obalenia monarchii. Zwykle też ruchy te miały podłoże religijne, w klasycznym rozumieniu tego słowa. Dopiero w XVIII wieku uzmysłowiono sobie, że rewolucja może mieć podłoże świeckie. Billington wyróżnia kilka czynników, które stały się czymś w rodzaju silnika rewolucji. W Paryżu był to Palais-Royal, plac, na którym gromadziły się tłumy ludzi, by słuchać przeróżnych mówców. Plac ten otaczały liczne kawiarnie, w których toczono niekończące się dysputy, kwitło życie towarzyskie, był to nieodłączny element rodzenia się rewolucyjnego fermentu (czyż nie przypomina nam to choć trochę słynnego kijowskiego Majdanu, który ponoć funkcjonuje do chwili obecnej, a co oznaczać może, że rewolta na Ukrainie jeszcze się nie skończyła?). Billington pisze: „Czasownik >>politykować<< prawdopodobnie pochodzi z kawiarnianego żargonu Palais. W środowisku tym zaczęto uprawiać szczególny rodzaj polityki. Nie była to bowiem polityka osób odpowiedzialnych za istniejącą już władzę Zgromadzenia Narodowego czy paryskich sekcji. Była to natomiast polityka pragnień kształtowanych przy kieliszku, pozwalająca na radosne przyćmienie świadomości, w nastroju non-lo-sapraye (co w zniekształconej włoszczyźnie oznacza >>nigdy nic nie wiadomo<<), po słodyczach stworzonych dla obżartuchów (na przykład lodach z >>Cafe Tortoni<<)”. Kluczowa dla rozwoju rewolucji okazała się także maszyna drukarska. Broszury czy gazety masowo rozpowszechniane podczas paryskiego fermentu miały olbrzymi wpływ na kształtowanie świadomości. Hebert, Bonneville, Marat to nazwiska, które zapisały się w historii rewolucji. Ich walka polegała głównie na produkowaniu słów, na przekraczaniu kolejnych granic tego o czym wolno pisać. Marat jawnie wzywał do bratobójczych mordów, Hebert posługiwał się wulgaryzmami, by tym sposobem podburzać Francuzów, ale też zniszczyć język arystokracji, Bonneville natomiast marzył o stworzeniu pisma, które stanie się „kręgiem światła” i „centrum świata”. Dziennikarz – według niego – to „ustawodawca świata”, który ma przygotować „wielki plan powszechnej odnowy”.

Rewolucjoniści kombinowali przy wszystkim, byleby tylko stworzyć nowy świat na gruzach starego. Zmienili kalendarz i nawet – choć podkreślali świeckość swojej zawieruchy – stworzyli nowe religie, nowe święta, które miały spajać rewolucyjną społeczność. Zaczęto czcić rośliny, zwierzęta. Organizowano uliczne parady, podczas których oddawano cześć „Naturze”. Swoiste spektakle odbywały się także pod gilotyną (od nazwiska jej projektanta doktora Guillotina), gdy wymierzano sprawiedliwość „odszczepieńcom”. „Gilotyna zmieniła rewolucję w sztukę dramatyczną zrozumiałą dla każdego” - pisze Billington i dodaje: „Ta msza dla mas zapewniała krwawą ofiarę i obietnicę kolektywnego zbawienia. (…) Rewolucyjne >>zamiłowanie do teatralności<< objęło nawet ciała ofiar dekapitacji, gdyż >>ludzie bawili się nimi, śpiewali do nich, tańczyli, śmiali się i bawił ich bezradny wygląd owych aktorów, którzy tak kiepsko odgrywali swoje >>śmieszne role<<”. Cóż, my nazwalibyśmy to dziś zwykłym zdziczeniem...

Książka Billingtona to wnikliwa analiza ewolucji myśli rewolucyjnej i rewolucyjnego czynu, próba uchwycenia momentu, kiedy to dążenia narodowowyzwoleńcze zaczynają się przeistaczać w dążenie do wyzwolenia z „więzów społecznych”, w czym kluczową rolę odegrać ma nie jakaś nacja lecz klasa, proletariat. Analiza ruchu rewolucyjnego w Rosji i jego specyfiki również zasługuje na uwagę, zwłaszcza, że to co stało się w tym kraju w 1917 roku, zaważyło również na przyszłości Rzeczypospolitej.

Billington nie ogranicza się jedynie do analizy samych idei czy ich ewolucji. Czyni to przede wszystkim poprzez przybliżenie sylwetek najsłynniejszych rewolucjonistów, w tym także kobiet, które zapisały się w historii jako gorliwe rewolucjonistki. Taka np. Emma Wilard zwalczała wszelkie zorganizowane religie oraz instytucję rodziny, ale była tak radykalna, że przerażała tym radykalizmem wielu swoich współpracowników. Postulowała na przykład, by odbierać dzieci w wieku dwóch lat rodzicom i umieszczać je w szkołach publicznych, w których wbijano by im do głów idee egalitaryzmu. Pragnęła również zmieszać wszystkie rasy w celu stworzenia nowej populacji mulatów. Ten postulat – jak zauważa Billington – nawet wśród abolicjonistów wzbudzał odruchy rasistowskie. Oczywiście sporo miejsca poświęca Billington jednej z najsłynniejszych rewolucjonistek, Róży Luksemburg.

Damian Leszczyński w posłowiu do książki Billingtona czyni ciekawe spostrzeżenie: „(...) w zasadzie wszystkie kategorie, za pomocą których opisujemy dziś rzeczywistość polityczną, wszystkie pojęcia i idee, a także wszystkie dostępne dziś opcje ideologiczne są tworem powstałym po rewolucji francuskiej, w świecie całkowicie przenicowanym jej hasłami. (…) Innymi słowy, nasze myślenie o polityce, chcemy czy nie, ukształtowane zostało przez XIX wiek, epokę porewolucyjną, ale w gruncie rzeczy będącą kontynuacją i pogłębianiem ideologii rewolucyjnej”.

Uświadamiając sobie te ponure skutki rewolucji francuskiej (czy może lepiej antyfrancuskiej) dopiero widzimy, jak kiepskie jest nasze położenie. Cóż nam zatem pozostaje? Na pewno sięgnięcie po książkę Billingtona. Zresztą niech autor sam nas zachęci: „Warto opowiedzieć historię rewolucjonistów z XIX stulecia, niezależnie od problemów dnia dzisiejszego czy spekulacji na temat jutra. Owa bogata, przełomowa historia rewolucjonistów bez władzy stanowi wspaniały rozdział w dziejach ludzkich dążeń. Niniejsze badania mają na celu sprawić, by martwi przemówili za siebie, nie zważając na nieustanne problemy żywych”.

Paweł Sztąberek


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *